Feeds:
Wpisy
Komentarze

Młodziutka Maria Theresa Olivia Cornwallis-West, zwana „Daisy” czyli „Stokrotką”, od grudnia 1891 r. żona księcia Hansa Heinricha XV von Pless, przybyła za mężem do Niemiec w 1892 r. zupełnie nieświadoma co czeka ją w przybranej ojczyźnie. Nie przywiozła ze sobą wiele własnego dobytku, bo rodziców nie stać było na porządną wyprawę, ale gotowa była ofiarować nowej rodzinie swoje inne atuty: pierwszorzędne koligacje, wielką urodę i dobre wychowanie. O tym ostatnim była szczerze przekonana, że było takie jak trzeba, bo przecież nikt w Anglii ją za nie nie krytykował, a w swoim zachowaniu nigdy nie zapominała o dobrze otaczających ją ludzi. W Niemczech, a dokładnie w Prusach, dowiedziała się, że ma być inaczej. Jej spontaniczność, humor i nawyk bezpośredniego kontaktowania się z innymi wzbudzały u przedstawicieli pruskiej arystokracji zgrozę i gorzkie komentarze. Jej mąż, który w Londynie był „normalny”, w Prusach zabronił jej „nieksiążęcych” gestów i żądał bezwzględnego przestrzegania etykiety. Jednym z najdziwniejszych dla niej punktów nowego regulaminu był zakaz występów publicznych, czegoś, co z aprobatą rodziców robiła od dzieciństwa.

Młodziutka Daisy śpiewa i gra na gitarze w 1890 r.

Daisy odziedziczyła po matce, Mary Cornwallis-West znanej powszechnie jako Patsy, przepiękny głos i miłość do śpiewania. Od małego oglądała mamę na scenie w przedstawieniach i na koncertach, które ta, jako Pani na Ruthin i Newlands, organizowała by zebrać fundusze na lokalne instytucje społeczne i dobroczynne. Wsłuchiwała się w jej dramatyczne interpretacje pieśni irlandzkich i amerykańskich ballad. Podziwiała jej zdolność inicjowania interakcji z publicznością, którą wciągała we wspólne śpiewanie refrenu lub którą rozbawiała do łez doborem humorystycznych zwrotek. Z biegiem czasu, wraz z młodszą siostrzyczką Shelagh , poszły w ślady matki i rzadko kiedy odmawiały uczestnictwa w występach charytatywnych w północnej Walii, skąd pochodziły, lub w Hampshire, gdzie często przebywały. Później, kiedy małżeństwa dały im status księżnych , akceptowane przez nich zaproszenia nabrały wielkiej wagi, co przekładało się zazwyczaj na większy dochód dla sponsorowanych przez nie instytucji.
Talent muzyczny Daisy był na tyle obiecujący, że rodzice postanowili rozwinąć go prywatnymi lekcjami u renomowanych nauczycieli śpiewu. W swojej rezydencji w Newlands urządzili dla niej pokój muzyczny, który wyposażyli w najlepszy na rynku fortepian Bechsteina.

Sir Paolo Tosti (1846-1916), pierwszy nauczyciel śpiewu księżnej Daisy

Jej pierwszym nauczycielem był sir Paolo Tosti , włoski kompozytor muzyki salonowej, który osiadł w Londynie i został później mistrzem śpiewu na dworze królewskim. Następny, Luigi Vannuccini , zachwycił się jej mezzosopranem do tego stopnia, że zaoferował jej dalszą naukę za darmo pod warunkiem, że zdecyduje się na karierę śpiewaczą. Nie był jedynym, który wierzył, że w tej profesji osiągnęłaby wielki sukces. W 1902 r., kiedy księżna odśpiewała dwa utwory podczas koncertu na rzecz londyńskiego oddziału Stowarzyszenia Walijskiego Przemysłu (The Welsh Industries Association), prasa nie mogła się powstrzymać od żalu, że nie błyszczy na zawodowej scenie, oświadczając: „Oprócz przystojnej prezencji, wspaniałych manier i obfitości osobistego czaru, księżna von Pless posiada niezwykle piękny głos i dwie pieśni, „Good-bye” Tostiego i „A Barque at Mid-night” Franka Lamberta, wykonała z wielką ekspresją i siłą. Gdyby nie była księżną, księżna von Pless z łatwością mogłaby zostać prima donną”.
Zachwyty nie przewróciły jej w głowie. Jako dorosła osoba i matka, najpierw jednego, potem dwóch i wreszcie trzech synków, nie przestała dbać o i trenować swój głos. Wiosną 1904 r. spędziła kilka tygodni w Paryżu, studiując śpiew u Jana Reszki , słynnego polskiego tenora mieszkającego we Francji. W 1906 r., przebywając dłuższy czas we Wiedniu z powodu wypadku męża, planowała kolejne lekcje śpiewu. Niestety, przeszkodziło jej w tym chore gardło.
Każda choroba gardła przyprawiała ją o tak wielkie zmartwienie, że odnotowywała ją na kartach swojego pamiętnika. W 1910 r. leczyła je inhalacjami u słynnego berlińskiego lekarza. Ich efekt tak ją zachwycił, że swojego dobroczyńcę zarekomendowała cierpiącemu na astmę królowi angielskiemu, Edwardowi VII.
Niezwykle poważnie traktowała również swój repertuar, ciągle szukając nowych utworów, których muzyka lub słowa przemawiałyby do jej duszy. Kiedy takie znalazła i je wypróbowała, z uniesieniem kopiowała ich libretta w swoim dzienniku, jak to miało na przykład miejsce w 1910 r. z francuską piosenką Georgesa Hue „J’ai pleuré en rêvé” („Całą noc płakałam”), którą uznała za „pełną życia i nadziei”. Jeśli nic z gotowego materiału jej nie odpowiadało, zamawiała nowe utwory specjalnie dla siebie. Tak było z trwającą ponad godzinę fantazją muzyczną „Lotus”, którą w 1906 r. opracowali dla niej Harold Simpson i Charles Braun na podstawie wskazanej przez nią birmańskiej pieśni miłosnej. Jej premiera odbyła się podczas dorocznej, styczniowej gościny angielskiej pary królewskiej w Chatsworth, rezydencji księcia i księżnej Devonshire. Księstwo von Pless miało zaszczyt uczestniczyć w tych gościnach od 1902 r. i Daisy od początku włączyła się aktywnie w urządzane tam wtedy amatorskie przedstawienia teatralne. Ich wysoki poziom artystyczny był szeroko komentowany przez ówczesną prasę i sława księżnej von Pless jako aktorki i wokalistki rozeszła się po całym Imperium Brytyjskim. Od tej pory „popyt” na śpiew księżnej przerósł jej możliwości i choć przebywała w Anglii często, nie była w stanie przyjąć wszystkich zaproszeń od swoich arystokratycznych przyjaciółek, oczekujących jej obecności na patronowanych przez nie wydarzeniach charytatywnych. Królowa Aleksandra stała się jednym z jej największych fanów, co zobowiązywało Daisy do specjalnych dla niej występów nawet w ciągu prywatnych wizyt w Windsorze i Sandringham lub podczas okazjonalnych przyjęć na jachcie Brytania podczas regat żeglarskich w Cowes. By je dla niej ułatwić, królowa z chęcią sama przekładała dla niej kartki z nutami!
Pomimo natłoku zamówień, Daisy nigdy nie odmówiła przysługi członkom bliższej i dalszej rodziny, nawet jeśli powód ich próśb był trywialny w porównaniu z prestiżowymi zamówieniami od brytyjskiej socjety. W lipcu 1906 r. przybyła specjalnie do Colchesteru, by zaśpiewać trzy pieśni („Élégie” Julesa Massenet, “I hid my Love” Guya d’Hardelot i “Good-bye” Francesca Paolo Tostiego) dla wsparcia 16 pułku lansjerów, w którym Guy Wynfham, mąż jej cioci Minnie, służył w randze kapitana. W 1913 r. dotarła do swojego szwagra, hrabiego Fritza von Hocherg, osiadłego wtedy w Great Bowden w hrabstwie Leicestershire, by swoim występem w tej malutkiej miejscowości wesprzeć zbiórkę pieniędzy na lokalną świetlicę.
1907 był ostatnim rokiem po-Bożo Narodzeniowych (tzw Twelfth Night) przyjęć w Chatsworth, które skończyły się z chorobą i śmiercią 8. księcia Devonshire w 1908 r. Daisy uznała go za najlepszy w swojej aktorskiej karierze: „Dla większego efektu, wyszłam na scenę jako ostatnia i zaśpiewałam trzy pieśni (jej występ był zatytuowany „A Contrast in Three Songs”). Pierwsza (Yum-Yum’a, „The Moon and I” czyli „Księżyc i Ja”) była z opery „Mikado”. (…) Druga była pieśnią czarnych niewolników (o tytule „What’s the Matter with the Moon Tonight”, czyli „Co stało się z księżycem dzisiejszej nocy”), którą wykonałam ubrana w ubogą suknię i obszerny blado-niebieski kapelusz filcowy, kończąc ją krótkim tańcem z czerwonym płóciennym parasolem. Na koniec odśpiewałam francuską piosenkę Bemberga „Il Neige” („Śnieg”) w nowym, ładnym ubranku saneczkowym z Książa, białej czapeczce ozdobionej kiścią ostrokrzewu, białej mufce udekorowanej jemiołą i w wysokich czerwonych butach. Otaczały mnie jodły pokryte watą, a (z góry) spadały malutkie płatki białego papieru, kreując śliczny efekt śniegu”. Warto dodać, że za kostiumy do tego występu księżna zapłaciła z własnej kieszeni, co dodatkowo wskazuje jak wielką wagę przywiązywała do prezentacji na scenie.

Księżna Daisy w trzech odsłonach piosenek wykonanych podczas pobytu z parą królewską w Chatsworth w 1907 r.

Hans był niejednokrotnie świadkiem występów żony w Anglii. Jego postawa trąciła jednak hipokryzją. Z powodów znanych tylko sobie, nie przeszkadzało mu, że Daisy zachowywała się tam dokładnie tak, jak zabraniał zachowywać się jej w Niemczech. Osobiście uwielbiał jej głos i często prosił, by w domowym zaciszu śpiewała tylko dla niego. Czasami wtórował jej gwizdaniem. Był też niesłychanie dumny, kiedy jej głosem zachwycali się jego goście, zwłaszcza cesarz niemiecki Wilhelm II. W ukłonie dla cesarza, księżna von Pless uczyła się nowych piosenek na każdy jego przyjazd do Pszczyny.
Co więcej, zawsze gotowa do śpiewania, Daisy ratowała często sytuację, gdy jakiś punkt programu dla gości nie wypalił. Tak było na przykład podczas wizyty cesarzewicza Wilhelma i jego żony Cecylii w Książu w styczniu 1910 r. kiedy nie mogły się odbyć zaplanowane tańce z powodu żałoby po nagłej śmierci dziadka Cecylii.
W gronie intymnych przyjaciół pozwalała sobie czasami zarzucić muzykę salonową na rzecz rozrywkowych piosenek dawnych niewolników amerykańskich, których wykonanie łączyła z zabawnymi krokami tańców „skirt-dances” i „cake-walks” . Nieobce jej było również filuterne kokietowanie słuchaczy, jak to zrobiła w kwietniu 1910 r. na przyjęciu u Henri Bernsteina, wczuwając się w rozluźnioną atmosferę wieczoru francuskiej bohemy na Lazurowym Wybrzeżu. Zaintonowała wtedy spontanicznie kabaretowy numer „Vous étes si jolie” (muzyka Paul Julien Delmet, słowa Léon Suès). Dla domagających się więcej gości zaśpiewała jeszcze dwie inne francuskie piosenki i jedną balladę murzyńską. Wdzięczny gospodarz podziękował jej potem słowami: „Patrzeć na Panią jest przyjemnością i ucztą dla zmysłów, lecz sama wspaniałość nie wystarcza Pani i przeto obnażasz Pani przed innymi tyle perfekcji boskości i „czaru”, że nikt nie ośmieliłby się marzyć, że piękno mogłoby być pełniejsze. A przy tym, Pani śpiew przyśpiesza bicie i tak już rozdygotanego do granic serca …”.
To jej wczuwanie się w nastroje innych ludzie i wybór wymownej w danej sytuacji pieśni było dla księżnej, osoby niezwykle uczuciowej, czymś zupełnie normalnym. W czerwcu 1898 r. odwiedziła wraz z mężem swoją rodaczkę, cesarzową Fryderykową. Widząc ją raz siedzącą samotnie na balkonie, otworzyła pianino i zaśpiewała „Home sweet Home”, przeczuwając, że cesarzowa myślała wtedy o Anglii. Instynkt jej nie zawiódł, a ujęta gestem cesarzowa stała się jej dozgonną bratnią duszą. Czasem po prostu pogoda narzucała wybór repertuaru. Pewnego deszczowego popołudnia w październiku 1905 r., księżna dała impromptu recital damom zgromadzonym w buduarze jej przyjaciółki, Fanny Sternberg. Śpiewała ponad godzinę, czując sympatię słuchaczek, z których dwie prawie się popłakały. Czy zbliżyły się wtedy do jej duszy? Sama Daisy byłaby daleka od takiej konkluzji, bo jak kiedyś stwierdziła: „Gdy jestem na scenie, zatracam się w śpiewie, stając się całkowicie sobą. Nikt nie jest w stanie domyślić się, co słowa i muzyka naprawdę dla mnie znaczą”.
Po latach sporów z Hansem, determinacja Daisy zwyciężyła i mąż wreszcie pozwolił jej w lipcu 1907 r. na lokalny koncert w Szczawnie Zdroju w celu zebrania funduszów na otwartą przez nią w czerwcu 1906 szkołę dla kalekich dzieci w Wałbrzychu. Towarzyszyli jej zawodowcy: baryton Schimmel, panna Steigermann z Lipska, panna Suttes oraz amator, hrabia Limburg-Puckler. Księżna wykonała dwa utwory niemieckie: „Still wie die Nacht” Carla Bohma i „Verborgenheit” Huga Wolfa. Dochód ze sprzedaży biletów wyniósł 1 900 marek. Niedługo potem, księżna nawiązała kontakt z kompanią gramofonową w sprawie nagrania płyty. Jak się zwierzyła na kartach swojego pamiętnika: „Zamierzają dać mi jednego szylinga za każdą sprzedaną płytę. (…) Czyż nie będzie cudowne, że co roku przyniesie to małą sumę dla szkoły?”. Zaplanowane na grudzień 1907 r. nagranie nie doszło jednak do skutku, bo niedawny pobyt w mglistym Londynie odbił się źle na jej głosie. Przełożone, nigdy się nie zmaterializowało. Wielka szkoda.
Do następnego występu publicznego Daisy doszło w Berlinie 13 lutego 1909 r. Serce jej krwawiło z powodu choroby malutkiego siostrzeńca Edwarda. Z myślami przy nim, zaśpiewała „When the Birds go North again” („Kiedy ptaki odlatują znowu na północ”) , bo była to pieśń o nadziei, którą potraktowała jako swoją modlitwę o jego zdrowie. Według św. Augustyna „kto śpiewa, dwa razy się modli”. Niestety mały Edward już wtedy nie żył, o czym Hans powiadomiony został tuż przed koncertem, ale wstrzymał się z przekazaniem żonie wiadomości do czasu jego zakończenia.

Daisy na scenie z bratem Georgem w 1912 r.

Pomimo licznych występów w Anglii, nikt z niemieckiej socjety, poza paroma bliskimi przyjaciółmi, nie wiedział o talencie muzycznym księżnej. Tym zaskoczonym i proszącym o wyjaśnienie, Daisy odpowiedziała: „Nie mogliście mnie usłyszeć wcześniej, bo jest to pierwszy raz kiedy zaśpiewałam w Berlinie. Do tej pory mówiono mi, że niemieckim damom i księżniczkom nie wypada śpiewać publicznie i mój mąż mi tego zakazywał”. Berliński koncert przyniósł 5 200 marek dochodu na cele charytatywne.
Księżna von Pless bardzo ciężko przeżyła połóg swojego trzeciego synka Bolko, który przyszedł na świat 23 września 1910 r. Bliska śmierci, dochodziła potem do siebie przez prawie dwa lata. Siłą rzeczy śpiew i publiczne występy poszły na drugi plan. Ale gdy zaczęła wracać do Anglii, wpojona w nią od dzieciństwa powinność „noblesse oblige”, połączona z nostalgią za sceną, zaowocowały kolejnym uczestnictwem w charytatywnych przedstawieniach. Zapewne największym z nich był wspólny z siostrą występ w Bournemouth i Lymington na rzecz szpitala dla kalekich dzieci. Shelagh zagrała główną rolę w jednoaktówce „Pistolety dla dwóch” („Pistols for Two”), a Daisy wyrecytowała swój monolog „The Eternal Feminine” oraz odśpiewała w duecie z Denisem Drew balladę murzyńskich niewolników z własnym akompaniamentem na gitarze. Publiczny występ dwóch księżnych naraz był tak wielką sensacją, że dziennik „Daily Mirror poświęcił mu całą frontową stronę wydania z 16 stycznia 1914 r.

Księżna Daisy w duecie z Denisem Drew na przedstawieniu w Bournemouth w 1914 r.

W przeddzień wybuchu pierwszej wojny światowej, księżna von Pless wróciła, jak się potem okazało ku swojemu nieszczęściu, do męża i synów w Niemczech. Prawie natychmiast zaangażowała się w pracę pielęgniarki w berlińskim szpitalu Tempelhof 2. Według referencji danych jej później przez przełożonego, profesora von Kuestera, Daisy „z zadowoleniem i oddaniem opiekowała się rannymi, pocieszając ich i uspokajając swoim serdecznym podejściem. Niestrudzenie podejmowała wysiłki, aby ich rozweselić i pokrzepić, a tym samym ulżyć ich cierpieniom”. Jednym ze sposobów na to było organizowanie dla nich spontanicznych wieczorków muzycznych, podczas których, otoczywszy księżną grającą na fortepianie, aktywnie włączali się w śpiewanie.

Wojenna pielęgniarka Daisy gra na pianinie i śpiewa ze swoimi pacjentami w 1915 r.

W późniejszych latach wojny, księżna pracowała w pociągach sanitarnych. W przerwach pomiędzy angażami, wpadała na Dolny Śląsk by przeprowadzać inspekcje szpitali i domu dla rekonwalescentów na terenie posiadłości von Plessów. W październiku 1915 r. przybyła w tym celu do Szczawna i przy okazji wzięła udział w koncercie dobroczynnym w pobliskich Świebodzicach. Odśpiewała na nim dwie pieśni: „Gebet während der Schlacht „ (słowa Karl Theodor Körner, muzyka Franz Schubert) i „Ave Maria” (muzyka J.S. Bach/Charles Gounod) . Był to jej ostatni występ publiczny.
Fala nieszczęść, jakie spadły na nią po zakończeniu wojny, załamałyby niejednego człowieka. Rozpadło się jej małżeństwo z Hansem, znikł dotychczasowy dobrobyt i bezpieczeństwo finansowe. Wykończony trudami wojny, organizm księżnej zaczął odmawiać posłuszeństwa. Nawiedzająca ją poprzednio tajemnicza choroba (prawdopodobnie stwardnienie rozsiane) atakowała go z różnych stron, paraliżując najpierw nogi, a potem gardło. Jej mowa została porażona i śpiewanie musiało pójść w zapomnienie. Teraz Daisy modliła się tylko w duchu…

Reklamy

Dzisiaj, 11 stycznia 2017 r., wszystkie gazety angielskie piszą o śmierci 105-letniej Clare Hollingworth, wybitnej dziennikarki i korespondentki wojennej poprzedniego stulecia. Wszystkie przyznają jej zasługę powiadomienia Wielkiej Brytanii o napadzie Niemiec na Polskę na dwa dni zanim ten napad nastąpił 1 września 1939 r. Była to pierwsza sensacyjna bomba, jaką ta młoda wówczas, świeżo przyjęta do pracy reporterka dostarczyła swojemu pracodawcy, dziennikowi „The Daily Telegraph”. Następne przysyłała z Rumunii (ogarniętej chaosem po abdykacji króla Carola), z Egiptu (skąd generał Montgomery wyrzucił ją za niesubordynację) i z Algieru (gdzie zdobyła sobie sympatię generała Eisenhowera, bo nie oczekiwała od niego specjalnego traktowania jako kobieta).
Po wojnie pracowała jako korespondentka wydarzeń na Bliskim Wschodzie, pokrywając, między innymi, przebieg wojny cywilnej w Algierze i donosząc o ucieczce Kima Philby z Bejrutu do Moskwy, czym udowodniła, że był on trzecim (po Burgessie i Macleanie) członkiem sowieckiej siatki szpiegowskiej z Cambridge.

 

hollingworth_clare

Wybitna dziennikarka i korespondentka wojenna, Clare Hollingworth (10 pażdziernik 1911 – 10 styczeń 2017)

Kolejne konflikty światowe, wojna w Wietnamie i rewolucja w Chinach, przeniosły ją jeszcze dalej na Wschód, gdzie później osiadła na wiele lat w Hong Kongu. Kiedy w 1990 r. wybuchła I wojna w Zatoce Perskiej, miała nadzieję na powrót na Bliski Wschód. Nikt jednak nie odważył się wysłać 79-letnią staruszkę na front.
Odwaga, wytrwałość i determinacja pomogły tej malutkiej kobiecie (miała tylko 1.50 m wzrostu) w niesłychanie bogatym, ale i niejednokrotnie niebezpiecznym, życiu zawodowym. Te cechy jej charakteru ujawniły się już wcześniej, zanim pod koniec sierpnia 1939 r. wskoczyła do wypożyczonego od konsula brytyjskiego auta, przejechała granicę Niemiec i pomimo silnej ochrony zerknęła przez zaciemnione ogrodzenie na dziesięć dywizji i zmasowane tanki niemieckie czekające na rozkaz przekroczenia granicy. W dodatku, te cechy jej charakteru ujawniły się światu po raz pierwszy nie gdzie indziej, ale w Polsce, a ściślej w Katowicach. Tu bowiem, w marcu 1939 r., Clare zgłosiła się jako woluntariuszka do pracy z Brytyjskim Komitetem dla Uciekinierów z Czechosłowacji (BCRC – British Committee for Refuges from Chechoslovakia).
Jej pierwszym zadaniem był nadzór nad 451 uciekinierami oczekującymi wyjazdu statkiem z Gdyni oraz wyekwipowanie ich w odpowiednie dokumenty, bilety i fundusze. Okazała się tak świetną organizatorką, że BCRC ustanowiło ją swoją oficjalną reprezentantką w Polsce, współpracującą ściśle w sprawie wiz angielskich z brytyjskimi konsulatami w Warszawie i Katowicach. Zachowane spisy osób, które zarejestrowały się z BCRC, wskazują, że było ich ponad 13 000. Wśród nich znalazła się rodzina Madleny Korbel, która po przesiedleniu się do Stanów Zjednoczonych zmieniła nazwisko na Madeleine Albright, stając się po latach amerykańską minister spraw zagranicznych.

 

lexel_handsome

Hrabia Alexander („Lexel”) von Hochberg, który z pomocą Clare otrzymał paszport brytyjski, który ułatwił mu ucieczkę z Polski we wrześniu 1939 r.

W swojej autobiografii „The Front Line”, Clare Hollingworth opisuje jak pomogła również synowi księcia pszczyńskiego Jana Henryka XV von Hochberg. Jako badaczka historii rodziny Hochbergów, muszę uściśnić, że osobą do której po wielu latach błędnie referowała jako „księcia Hansa Heinricha XVII von Hochberg” był nie jego starszy syn Hans (zwany „Hanselem”), ale młodszy Alexander (zwany „Lexelem”). Zjawił się on tuż przed wojną w konsulacie w Warszawie z prośbą o wizę brytyjską. Konsul Generalny, John Anthony Thwaites, odmówił mu, mając polecenie przełożonych, że tylko Polacy zaaprobowani przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Londynie mogą otrzymać wizę. W odpowiedzi usłyszał: „Jaka szkoda, bo ja urodziłem się na placu Berkeley [w Londynie], a Król i Królowa byli moimi rodzicami chrzestnymi”. „W takim razie” – stwierdził Thwaites – „nie mogąc Panu wydać wizy, przyznam Panu paszport brytyjski po zobaczeniu pańskiego świadectwa urodzin”. Z pomocą Clare, świadectwo to zostało przetelegrafowane z Anglii do konsulatu w Katowicach. Lexel je stamtąd odebrał i w ostatniej możliwej chwili, kiedy Warszawa była już bombardowana, opuścił stolicę z nowym paszportem w kieszeni, który niezmiernie pomógł mu w jego wojennej tułaczce.

Bendor i Coco Chanel

Coco Chanel nie trzeba nikomu przedstawiać. Bendor, dla przypomnienia, to Hugh Richard Arthur Grosvenor, 2. książę Westminsteru i szwagier księżnej Daisy von Pless. O losach jego małżeństwa z jej siostrą Shelagh pisałam już wcześniej (zobacz: https://daisypless.wordpress.com/2012/06/13/desperackie-bledy-shelagh/) , kończąc opowieść na 1913 – roku ich separacji. Wkrótce potem wybuchła pierwsza wojna światowa, która, ironicznie, umożliwiła małżonkom ucieczkę od problemów matrymonialnych.
Bendor, jako organizator i dowódca oddziału zmilitaryzowanych samochodów, walczył na froncie Północnej Afryki. Shelagh sprawnie zarządzała szpitalem wojskowym w La Touquet na terenie Francji. Poznała tam i zakochała się w młodym, przystojnym kapitanie lotnictwa, Johnie Fitzpatricku Lewisie. W październiku 1919 r. rozwiodła się z mężem i trzy miesiące później poślubiła Lewisa, przedkładając szczęście osobiste ponad majątek i status społeczny. Zmęczony licznymi romansami (podczas przewodu rozwodowego Shelagh udowodniła mu osiem zdrad!), Bendor również postanowił się ustatkować i w listopadzie 1920 r. ożenił się z Violetą Rowley w nadziei, że ta ciągle jeszcze młoda rozwódka urodzi mu, jak to zrobiła pierwszemu mężowi, syna i dziedzica. Nic jednak z tego nie wyszło i po niespełna trzech latach małżeństwa wyrzucił ją z domu, nonszalancko ignorując skandal i zabiegi Violety w szukaniu sprawiedliwości drogą sądową.
Na wakacje zimowe 1923/1924 r. popłynął swoim jachtem do Monte Carlo. Tam wpadła mu w oko czterdziestoletnia już wprawdzie, ale wciąż atrakcyjna i interesująca, paryska projektantka mody Gabrielle („Coco”) Chanel. Przedstawiła ich sobie wspólna znajoma Vera Bate Lombardi, która także, zgodnie z obietnicą daną Bendorowi, zmusiła Coco do uczestnictwa w obiedzie wydawanym przez niego na pokładzie jego łodzi. Od tego wieczoru, pokój Mademoiselle Chanel w Hotelu de Paris na francuskiej Riwierze zasypywany był codziennie świeżymi kwiatami.
Książę Westminsteru nie był ani pierwszym Anglikiem, ani pierwszym arystokratą, jaki pojawił się w jej życiu. Po młodzieńczym romansie z francuskim oficerem Etienne Balsanem, Coco związała się na kilka lat z kapitanem Arthurem („Boyem”) Capelem. Gdy ten, zmuszony społecznym konwenansem, poślubił w 1918 r. Hon. Dianę Wyndham (nota bene młodziutką wdowę po Percy Lyulph Wyndhamie, przyrodnim bracie Bendora), Chanel znalazła pocieszenie w ramionach wielkiego księcia rosyjskiego Dymitra Pawłowicza.
Nie potrzebowała również ani pieniędzy najbogatszego człowieka w Anglii, ani jego kontaktów. Na arenę wybranego zawodu weszła już w 1910 r., sprzedając z dużym sukcesem zaprojektowane przez siebie kapelusze w sklepiku przy 21 Rue Cambon, otwartym z pomocą finansową Capela. Wkrótce potem, także przy jego wsparciu, stała się właścicielką sklepu z wakacyjnymi, wygodnymi sukienkami i kostiumikami w resorcie Deauville, a od 1915 r. kolejnego sklepu w Biarritz. Biznes prosperował tak dobrze, że w 1919 r. zainwestowała w kupno całego budynku przy 31 Rue Cambon w Paryżu, w którym otworzyła własny, elegancki dom mody. Projektowała i szyła nie tylko dla indywidualnych klientek. Jej zespół szwaczek wykonywał kolekcje dla dużych domów towarowych, w tym także dla potentatów handlu detalicznego w Londynie. Już w marcu 1920 r. Selfridge’s zaczął sprzedawać jej popularne welwetowe pelerynki wykończone strusimi piórami, a w październiku 1923 r. Harrod’s wystawił jej kolekcję sukien dworskich. Ich prosty, ale wyrafinowany styl podkreślający feministyczne kształty podbił serca nowoczesnych kobiet. Kiedy w maju 1923 r. pojawiła się w jednej z nich na dworze żona hiszpańskiego ambasadora, prasa nie omieszkała zwrócić uwagi na jej strój. Nawet wybiórczy i powściągliwy „The Times” doniósł czytelnikom: „Madame Merry del Val miała na sobie suknię Chanel: bardzo prostą, wykonaną w białej krepie, wyszytej srebrem i z trenem z belgijskiej koronki podbitej srebrną tkaniną”.
Pomimo jej niezależności, a może właśnie z tego powodu, Bendor nie dawał za wygraną. Jak dekadę wcześniej z aktorką Gertie Millar, był zafascynowany spotkaniem kobiety samowystarczalnej i intrygującej w swojej pewności siebie. A ona, ciekawa co kryje się za fasadą najsłynniejszego w Europie playboya, poddała się w końcu jego zalotom. W pierwszych miesiącach 1924 r. byli już parą.

00

Lady Mary Grosvenor i jej matka Shelagh, pierwsza żona Bendora na ślubie Ursuli. Suknia Mary została wykonana według projektu Coco Chanel, opublikowanego w czasopiśmie Vogue wiosną 1924 r.

23 czerwca 1924 r. starsza córka Bendora, Ursula, wzięła ślub z Williamem Patrickem Filmer-Sankey. Młodsza siostrzyczka Mary była jej druhną i – co jest bardzo wymowne w odniesieniu do relacji ich ojca z nową kobietą – przyszła na uroczystość weselną w sukni zaprojektowanej przez Coco! Na fakt ten zwrócił moją uwagę badacz Chanel, pan Piotr Szostak i uprzejmie przysłał mi do porównania ilustrację sukni jej projektu z Vogue’a z wiosny 1924 r. Ich podobieństwa, jak kilkuwarstwowa, zwiewna spódnica, czy spływające z ramion fragmenty materiału, są nie do zaprzeczenia. Różnica w linii dekoltu jest zrozumiała: czternastoletnia wtedy Mary nie mogła go mieć tak głęboko wyciętego, jak to było w oryginalnym projekcie.
Mary i Coco szybko się zaprzyjaźniły. Obie były doskonałymi amazonkami i często razem galopowały na koniach. Kiedy cztery lata później, Mary świętowała debiut w socjecie, nie miała problemu zaprosić kochankę ojca na swój bal. Wzruszona Coco odwdzięczyła się obiadem dla rodziny Mary, ale na jej tańce nie poszła. Nie chcąc wzbudzić sensacji swoją obecnością, wykręciła się bólem głowy.

coco-chanel-the-legend-and-the-life-justine-picardie

Lady Mary Grosvenor (na pierwszym planie) i Coco Chanel sfotografowane podczas wspólnej przejażdżki końmi. Obydwie były doskonałymi amazonkami.

Sprawność fizyczna Chanel i zamiłowanie do aktywnych ćwiczeń na świeżym powietrzu niewątpliwie miały pozytywny wpływ na jej związek z Bendorem. Jak jego pierwsza żona Shelagh, mogła mu szczerze i z prawdziwym zapałem towarzyszyć w jego niespożytej żądzy sportowych emocji. Tego czego nie umiała, uczyła się szybko. Kilka pobytów w Szkocji wystarczyło, by stała się bardzo dobrym wędkarzem. Szkocję pokochała na równi z Bendorem. Odkąd w 1926 r. książę kupił wyłącznie dla nich rezydencję Rosehall (mimo, że był już właścicielem trzech innych!), którą Coco sama udekorowała i umeblowała, czuła się tam, jak u siebie w domu. Można powiedzieć, że Szkocja jej się w dwójnasób za to odwdzięczyła.
Góralska garderoba księcia, wykonana w ekskluzywnym szkockim tweedzie, zwróciła jej uwagę swoim komfortem oraz jakością i wzorami materiału. Pożyczając ubrania z jego szafy, osobiście przekonała się o ich wygodzie i natychmiast zaadoptowała je w damskich, dwuczęściowych kostiumach i pojedynczych marynarkach, szytych z miękkiej wełny, tkanej specjalnie dla niej w Szkocji. Zachwycona formą i geometrycznymi wzorami rozpinanych swetrów, robionych ręcznie na drutach na wyspie Fair, zaprojektowała dla siebie i swoich klientek luźne, wzorzyste kardigany, zachowując w nich niektóre męskie akcenty (szerokie ramiona), lecz podkreślając jednocześnie tak ważne damskie elementy jak odpowiednie wycięcie lub kołnierz eksponujący szyję.

tumblr_nboyipuaxu1r9e2vfo1_1280

Coco Chanel w zaprojektowanym przez siebie kardiganie, opartym na formie i geometrycznych wzorach swetrów ze szkockiej wyspy Fair.

Styl życia Bendora był dla niej wręcz łańcuchem inspiracji. Gdy włożyła na siebie jego za dużą na nią tunikę do gry w polo, musiała ją przytrzymać paskiem na biodrach. Pomysł ten przeniosła potem na swoje obszerne płaszcze, skrócone do długości tuż poniżej kolan – tej samej, której sięgała na niej jego tunika.

0ef0b7790094dc7f4126a69d703374be

Bendor i Coco Chanel sfotografowani na wyścigach konnych. Coco ma na sobie tunikę Bendora do gry w polo, która zainspirowała ją w projekcie obszernych płaszczy dla kobiet.

W swoich projektach kopiowała pasiaste kamizelki jego służących i dwurzędowe kurtki z mosiężnymi guzikami, noszone przez członków załogi jego jachtów. Spędzając ze swoim kochankiem dużo czasu na morzu, dla własnej wygody zaczęła nosić na codzień wygodne, dzwonowate spodnie, a wieczorami ich bardziej elegancką wersję z białego jedwabiu (tzw. „silk pajamas”). Czapki z daszkiem, charakterystyczne dla żeglarzy, przearanżowała w berety ozdabiane broszkami, a ich marynarskie trykoty na sweterki i koszule w paski; te ostatnie zawsze – jak u Bendora – z mankietami i spinkami.

4f41fff041b5ac3acc0fb869eedccd4a

Coco w luźnych spodniach i sweterku w paski opartych na roboczych ubraniach marynarzy pracujących na jachtach Bendora.

Nawet prezenty od niego, zwłaszcza liczne sznury pereł, nasunęły jej pomysł swoistej ekstrawagancji. „Nie mogłam nosić swoich prawdziwych pereł bez krępującego gapienia się na mnie na ulicy, więc rozczęłam modę noszenia ich podróbek” – tłumaczyła. Czasem dla przekory mieszała te prawdziwe z fałszywymi, ale zawsze miała ich pełno na sobie.

coco-chanel-ritz

Sznury sztucznych pereł zamiast tych prawdziwych, otrzymywanych od Bendora, stały się swoistym znakiem rozpoznawczym jej swoistej ekstrawagancji.

Romans Bendora z Coco trwał, jak na niego, długo, bo aż sześć lat. Plotkowano nawet o ich małżeństwie. Plotkę tą „potwierdziła” sama Chanel tłumacząc w wywiadzie po latach dlaczego nie wyszła za księcia: „było wtedy już kilka księżnych Westminster, ale tylko jedna Coco”. Piszę „potwierdziła” w cudzysłowie, bo im stawała się starszą, tym bardziej upiększała swoją przeszłość. Badacze jej życia nie bardzo w to wierzą. Najprawdopodobniej, Bendor po prostu się nią znudził i przypomniawszy sobie, że musi jeszcze w życiu spłodzić syna i dziedzica, po zaledwie trzech miesiącach zalotów do młodej panny z dobrego domu, Loelii Ponsonby, ożenił się z nią w lutym 1930 r.

Król i Daisy w Keele Hall

Wielki książę rosyjski Michał Michajłowicz Romanow (1861 – 1929) i jego morganatyczna żona, Zofia hrabina Torby (1868 – 1927) byli dobrymi i oddanymi przyjaciółmi księżnej Daisy von Pless do końca swojego życia. Trudno ustalić dokładnie gdzie i kiedy się poznali. Po ślubie z Zofią w lutym 1891 r., którego jego rodzice – wielki książę Michał Mikołajewicz i księżna badeńska Cecylia Augusta – nie zaaprobowali, Michał otrzymał zakaz wjazdu do Rosji. Młodzi małżonkowie mieszkali początkowo w Wiesbaden w niemieckim księstwie Nassau, rządzonym przez ojca Zofii, księcia Mikołaja Wilhelma. Jej matką była Natalia Aleksandrowna Puszkin, córka wielkiego poety rosyjskiego Aleksandra Puszkina. W Niemczech przebywała również siostra Michała, Anastazja, która wyszła za mąż za Fryderyka Franciszka III, wielkiego księcia Makelmburgii i Schwerinu, którego Plessowie gościli w Pszczynie w 1896 r.

W 1899 r., Michał i Zofia przenieśli się na stałe do swojej wytwornej willi Kazbek w Cannes. Księstwo von Pless zaczęło regularnie odwiedzać Francuską Riwierę od 1897 r. W międzyczasie obie pary wpadały często do Londynu. Okazji do spotkań było więc wiele. keele-hall-gd-michael

Keele Hall, angielska rezydencja wielkiego księcia Michała w hrabstwie Staffordshire, wynajmowana przez niego w latach 1900 – 1910.

W 1900 r., wielki książę Michał zdecydował się wynająć dom w Anglii, w którym rodzina mogłaby wygodnie mieszkać przez kilka miesięcy w roku i gdzie on z Zofią byliby w stanie zaistnieć w angielskiej socjecie już nie tylko jako goście, ale także gospodarze rewanżujący się zaproszeniami do własnej rezydencji na prowincji. Jego wybór padł na pałac Keele Hall w hrabstwie Staffordshire, który wydzierżawił na 10 lat od pułkownika Ralpha Sneyda. Nie bardzo wiadomo, czym kierował się w tej decyzji, skoro, choć wygodny, Keele Hall znajdował się w bliskim sąsiedztwie zagłębia węglowego. Jak wspomina baronowa von Stoeckl, której mąż Sasza był od 1898 r. koniuszym księcia, drzewa w ogrodzie oprószone były zawsze pyłem i dotknięcie jakiegokolwiek liścia pozostawiało na rękach ciemne smugi. Zanieczyszczony czy nie, Keele Hall okazał się dla rodziny szczęśliwym domem, a dla księcia miejscem, gdzie – zaakceptowany przez miejscową ludność i władze – czuł się spełnionym i użytecznym lokalnie gentlemanem. 4459-0

Wielki książę Michał z żoną i dziećmi w Keele Hall, ich domu na prowincji angielskiej. Foto: Borough Museum and Art Gallery, Newcastle-under-Lyme

Wkrótce po otwarciu wrót swojej angielskiej rezydencji, książę Michał zaprosił na długi weekend króla Edwarda VII. Datę tej – pierwszej od wstąpienia na tron – wizyty nowego króla ustalono na dnie od 12 do 15 lipca 1901 r. Król z własnymi gośćmi, wśród których znajdowała się jego przyjaciółka, pani Keppel, przybył specjalnym pociągiem na stację Whitmore, gdzie czekały na nich trzy zaprzęgi konne; jednym z nich powoził sam książę Michał. Warto tu nadmienić, że to właśnie Michał i Zofia przedstawili królowi panią Keppel podczas wakacji w Cannes, rozpoczynając tym niechcący jego ostatni romans.

Ze swojej strony, książę sprowadził do Keele Hall jedynych swoich, jak do tej pory, bliskich przyjaciół angielskich w postaci ksieżnej Daisy von Pless i członków jej rodziny: ojca, pułkownika Williama Cornwallis-Westa, jego żonę Patsy oraz córkę Shelagh, świeżo upieczoną księżnę Westminsteru. Wszyscy byli dobrymi znajomymi Edwarda, co sprawiło, że jego pobyt przeszedł w ciepłej, przyjaznej atmosferze. Jak bardzo król był wtedy zrelaksowany, świadczy zamieszczona poniżej fotografia, pokazująca go na herbatce z domownikami i Cornwallis-Westami. Siedząca na honorowym miejscu Daisy miała, oczywiście, za zadanie zabawiać i zajmować monarchę interesującą konwersacją. Znając ją, możemy przypuszczać, że w pełni jej się to udało. Daisy_Keel_Hall

Herbatka z królem w Keele Hall w lipcu 1901 r., siedzą (z lewej do prawej): księżna daisy von Pless, król Edward VII, lord Hugh Grosvenor, hrabina Zofia Torby, pani Cornwallis-West („Patsy”), księżna Konstancja („Shelagh”) Westminster, baronowa Agnes de Stoeckl; stoją (z lewej do prawe): wielki książę Michał, pułkownik William („Poppets”) Cornwallis-West, pani Keppel, lord Elphinston, Sir Sidney Greville, baron Aleksander („Sasza”) de Stoeckl.

W ciągu dnia król grał w krokieta i golfa, zabierany był przez Michała na przejażdżki i kiedy tylko miał okazję, gawędził po niemiecku ze służbą, która w całości pochodziła z Meklemburgii.

Atrakcją jednego z wieczorów było obejrzenie słynnej kolekcji tabakierek ze zbiorów właściciela Keele Hall, Ralpha Sneyda. Przysłał on w tym celu własnego kamerdynera, który otworzył sejf i ułożywszy te cenne przedmioty na tacach, zaniósł je do salonu. Tego rodzaju prezentacja zaowocowała żartem Edwarda skierowanym do obecnych dam: „Zapraszam panie do poczęstunku!” Kamerdyner wziął go na serio i, przestraszony, wybiegł z pokoju, by powiadomić telegramem swojego pracodawcę o poleceniu króla.

Wizyta Edwarda VII w Keele Hall musiała być udana, skoro na jej zakończenie wręczył księciu Michałowi i jego koniuszemu, byłemu dyplomacie, baronowi Aleksandrowi („Saszy”) de Stoeckl królewski Order Wiktorii za zasługi dla monarchii brytyjskiej.

Niniejsze wspomnienia o Patsy Cornwallis-West opublikowano wkrótce po jej śmierci w lipcu 1920 r. Zatytuowane „Romans pani Cornwallis West. ‚Dzika Róża Irlandii’ która królowała w Londyńskiej Socjecie”, napisane zostały przez przyjaciółkę, która znała ją od dzieciństwa. Z jakiś powodów, autorka nie odkryła swojej tożsamości.
Druga część jej artykułu poświęcona jest implikacjom słynnego przewodu sądowego, który zrujnował reputację i zdrowie Pani Cornwallis-West.
Chodzi o przesłuchania komisji wojskowej dotyczące wykorzystywania przez Patsy do osobistych celów jej pozycji towarzyskiej i wpływów wśród dygnitarzy armii brytyjskiej. W złości na młodego rekonwalescenta, sierżanta Paula Barretta, który odrzucił jej amory, sprawiła, że przeniesiono go do innego oddziału i uniemożliwiono dalszą karierę, doprowadzając go tym do załamania nerwowego. Jej zachowanie i konszachty, poparte przechwyconymi listami, przedstawiła władzom zazdrosna żona agenta majątków Westów, pani Birch, pod skrzydłami której Barrett dochodził do zdrowia. W zakończeniu przewodu, 22 grudnia 1916 r., sąd wojskowy zwolnił ze stanowisk niektórych oficerów wplątanych w tą aferę, a Pani Cornwallis West udzielił surowej reprymendy.

Patsy_tribute_1920 copy

Trybut oddany Patsy przez jej przyjaciółkę, opublikowany w The Sunday Post 25 lipca 1920 r. Ilustracja dzięki uprzejmości The British Library.

A oto cały tekst jej przyjaciółki:
„Pani Maria Cornwallis West była najśliczniejszą kobietą Socjety w czasach gdy kult piękności sięgał szczytów. Wiem, że i dzisiaj jest wiele pięknych pań w Socjecie, ale czar oblicza i manier osądzane są teraz według innych kryteriów, niż było to za dni kiedy Maria Cornwallis West dzierżyła berło Królowej Piękności i wraz z Panią Langtry, słynną „Lilią Jersey’u”, rywalizowały o hołdy artystów i świata towarzyskiego Londynu.
Spotkałam ją po raz pierwszy wiele lat temu w salonie jej rodzinnego domu, plebani w Clones w hrabstwie Leitrim. Była wtedy jeszcze dzieckiem, w wieku około piętnastu lat, ale już obdarzona przez los wielką urodą. Kiedy żwawo hasała po okolicznych ścieżkach, z rozpuszczonymi na wietrze złoto-brązowymi włosami i z tymi jej niezwykłymi oczami, które z brązowych zmieniały się w słońcu na niebieskie, czuło się, że ten podlotek przy pierwszej nadarzającej się okazji podbije cały świat.
Była niewątpliwie olśniewająco ładna, ale jej wielki sukces towarzyski nie opierał się tylko na urodzie. Dowcipna i pełna werwy, posiadała dużą umiejętność konwersacji i głęboki czar osobisty. Ta córka pastora i damy z arystokratycznej rodziny, zrodzona została by wspiąć się na najwyższe szczyty.
Jej matka, Lady Olivia Fitzpatrick była pięknością. Jej własne córki też są piękne, ale nie myślę, aby którakolwiek z nich wywarła na londyńskiej Socjecie tak natychmiastowe i piorunujące wrażenie jak ona. Prorokowany jej w dzieciństwie błyskotliwy sukces towarzyski przeszedł wszelkie granice oczekiwań. Od momentu wejścia w to środowisko, świat legł u jej stóp.
Osiemnastoletnia mężatka: W wieku osiemnastu lat poślubiła Pułkownika Williama Cornwallis Westa, zamożnego właściciela zamku Ruthin w Denbighshire i w jednej chwili z prześlicznej debiutantki stała się jedną z czołowych hostess tamtych czasów.
Książęta, mężowie stanu, poeci, malarze i erudyci współzawodniczyli ze sobą o jej względy. Zaproszenie na jedno z jej przyjęć „wywyższało” adresata do niepojętych granic. Nie osiągnąwszy nawet dwudziestego roku życia, Pani Cornwallis West była w pozycji otwarcia lub zamknięcia drogi ludziom aspirującym do królewskich łask.
W nawale sukcesów pozostała jednak dawnym nieokiełzanym podlotkiem. Ta celebrowana przez wszystkich piękność, w głębi duszy była nadal dziewczynką i to dziewczynką o raczej łobuzerskim charakterze. W swoich żartach nie oszczędzała nawet członków rodziny królewskiej: jednego razu wrzuciła kawałki lodu za koszulę Księcia Walii, dzisiejszego Króla Edwarda.
Proszę pozwolić mi tu podkreślić, że nigdy nie widziałam, by ta kochana osoba pałała nienawiścią wobec rywalek lub żywiła do kogoś jakiś żal. Jednakże święcony przez nią triumf nie zawsze był pasmem czystych przyjemności. Byłoby to czymś niespotykanym, aby wejście jakiejkolwiek panny na scenę życia towarzyskiego stolicy, a co dopiero wkroczenie na nią w blasku sławy córki jakiegoś irlandzkiego proboszcza, przyjęte zostało bez złośliwego słowa.
Pamiętam dzień, kiedy po przyjęciu, na którym cieszyła się wyjątkową popularnością, zaoferowałam jej miejsce w swoim powozie. Siedząc przy niej, ze zdziwieniem zauważyłam łzy na jej policzkach. „Pewnie jesteś bardzo zmęczona, kochanie” – powiedziałam, by w odpowiedzi, tego przecież wciąż jeszcze dziecka, usłyszeć ze zdumieniem: „Nie, wcale nie jestem zmęczona” – wybuchnęła, „Raczej zraniona. Niektóre damy myślą, że ponieważ się uśmiecham, to ich nie słyszę. Dlaczego nie mogą być wobec mnie uprzejme? Nigdy nie chciałam mieć wrogów, a tymczasem wygląda na to, że zawsze znajdzie się jakaś kobieta, która ma coś złego do powiedzenia na mój temat”.
Jej jedyną prawdziwą rywalką, jako towarzyska piękność, była Pani Langtry, obecna Lady de Bathe, znana wówczas jako „Lilia Jersey’u”. Sensacji wzbudzanych ich urodą nie da się przyłożyć do dzisiejszych kanonów. Każda z nich miała swój własny dwór admiratorów i, o ile mi wiadomo, nigdy nie pojawiały się razem na tej samej funkcji. Powodem do dumy każdej gospodyni była obecność jednej z nich na wydanym przez nią balu lub obiedzie.
Książę albo śmieciarz: Pani Cornwallis West miała cudowną zdolność pozowania do portretów i gdziekolwiek się zjawiła, w Kairze, Pietrogradzie, Paryżu, Cowes czy Londynie, zachwycali się nią artyści i poeci. Śmiem przypuszczać, że w salonach całej Europy do tej pory więcej jest jej wizerunków, niż jakiejkolwiek innej osoby. Dlatego wszyscy byli zdumieni, gdy ta energiczna i fascynująca Irlandka poślubiła zwyczajnego człowieka. Mogła przecież wybrać kogo chciała z Debrett’a lub Burke’go [spisów szlachty brytyjskiej]. Każdy był przekonany, że zostanie żoną co najmniej para.
„No i znowu to samo” – skomentowała kiedyś w chwilowej złości, po tym jak ktoś powtórzył jej tego rodzaju dywagacje. „Poślubię tego, kogo kocham, nieważne czy Książę czy śmieciarz”.
Pułkownik Cornwallis West nie ofiarował jej tytułu, ale zapewnił dostatek i do końca życia był jej wielce oddany. Jego majątek pozwolił jej zdominować Socjetę na wiele lat. Jej podejmowanie gości podczas regat w Cowes, przyjęcia na zamku w Ruthin i bale w Londynie słynęły ze wspaniałości i ekskluzywności. Przez ponad ćwierć wieku panowała w Londynie i wypoczynkowych resortach Europy. Przez większość tego czasu byłam jej bardzo bliską przyjaciółką i nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek wyrządziła komuś jakąś krzywdę.
Porywcza Irlandka: Była rzeczywiście, jak to jej syn George oświadczył w obronie matki po tzw „sprawie Barretta”, porywczą Irlandką. Jej chwale oddam fakt, że nikt nigdy nie zarzucił jej wykorzystywania cudzej własności lub lekceważenia ludzi niższego stanu.
Z równymi sobie, jednakże, Pani Cornwallis West nie miała takich oporów. Tak jak jej rywalka, Pani Langtry, uwielbiała psikusy. Zdarzało się więc, że na wieść o ich ostatnich żartach, londyńskie towarzystwo West End’u mogło się nieźle pośmiać przy swoich obiadach.
Przysięgam, że następujący incydent rzeczywiście miał miejsce podczas wakacji Pani Cornwallis West w Egipcie, dokąd popłynęła jachtem z kilkoma wybranymi przyjaciółmi. Ich obecność w kraju faraonów wzbudziła nadzwyczajne zainteresowanie, które zaowocowało, między innymi, zaproszeniem od ważnego Paszy.
Spontaniczny psikus: Przyjęcie, które przywołuję, było raczej sztywne i pełne ceremonialnego rytuału Wschodu. Znudzona powagą uroczystości, Pani Cornwallis West rozglądając się po komnacie, zauważyła rząd imponujących elektrycznych przycisków, które Pasza używał aby przywołać do siebie swoich sekretarzy i wysokich urzędników. Podekscytowana nadarzającą się okazją do żartu, Pani Cornwallis West nacisnęła wszystkie za jednym zamachem. Nie upłynęło parę minut, a usłyszeliśmy dobiegający z korytarza tupot stóp, po czym drzwi się otworzyły i, ku wielkiemu zdziwieniu obecnych, do pokoju wbiegło mnóstwo różnych funkcjonariuszy. Przywitani zostali jej perlistym śmiechem, ale udobruchanie Paszy wymagało więcej niż jednych z jej strony przeprosin.
Jazda samochodem, golf i może loty samolotami są dzisiejszą rozrywką liderów socjety. W czasach Pani Cornwallis West, damy z towarzystwa uwielbiały regaty żeglarskie i wyścigi konne w Goodwood lub Ascot. Na tego rodzaju spotkaniach, Pani Cornwallis West było prominentną postacią. Będąc czarującą duszą towarzystwa sprawiała, że to przy jej gościnnym stole znajdowano zawsze piękno i interesującą konwersację.
Czy to na polowaniach, gdzie wspaniale i bez strachu jeździła na koniach, czy na jachtach w Cowes, królując na parkietach sal balowych albo pozując do dzieł wielkich artystów za dni jej potęgi, ponętny czar i uroda Pani Cornwallis West zdobywały wszystkich.
Premier Gladstone wielbicielem: Ktoś kiedyś napomknął, że choć ma ona większość gentlemenów u swoich stóp, nie podbije nigdy człowieka tak poważnego, jak Gladstone. Sposób w jaki podjęła to wezwanie, był dość niezwyczajny. Była zbyt inteligentna, aby zagonić Premiera w kąt i próbować wywrzeć na nim wrażenie błyskotliwą rozmową o polityce, aczkolwiek stać ją było na to. Zamiast tego, zaprowadziła go do salonu, gdzie zaśpiewała mu [rewolucyjną pieśń irlandzką] „The Wearing o’ the Green”. Od tego momentu, Gladsone ją ubóstwiał i chwalił do każdego.
Mieć Premiera wśród swoich wielbicieli, było niewątpliwym sukcesem nawet dla powszechnie uznanej piękności, ale doprawdy niewielu mogło się oprzeć czarowi Pani Cornwallis West.
Obydwie córki, Księżna von Pless i Księżna Westminsteru, odziedziczyły po niej urok, ale, moim zdaniem, ich matka miała go w znacznie wyższym stopniu. Pani Cornwallis West była unikalna.
Poddani w Ruthin ubóstwiali ją. Przytoczyć mogę wiele przykładów, że była nie tylko ich hojną zwierzchniczką, ale również prawdziwym przyjacielem. Ich „Acushla” [po irlandzku „dobroczyni”], malowaniem której tacy artyści jak Frank Miles lub Forbes Robertson nie byli nigdy zmęczeni, czuła się w domu zarówno w skromnej chacie niedomagającego chłopa, jak i na salonach Belgravii [bogatej dzielnicy londyńskiej] lub w modnych hotelach francuskiej Riwiery.
Z biegiem czasu, jej przywódcza pozycja w socjecie malała, aczkolwiek do wybuchu wojny Pani Cornwallis West była wciąż liczącą się osobistością w Londynie i pierwszą damą w swoim hrabstwie [Denbighshire].
Myślę, że dzierżąc kiedyś tak wielką władzę, nie chciała zauważyć zaniku siły swoich wpływów i nadrzędnej roli, jaką przedtem sprawowała. Fakt ten, prawdopodobnie, doprowadził do tragedii, która czarnymi chmurami spowiła jej późniejsze życie.
Bolesny szok: Niewielu zdaje sobie sprawę, jak mocno odczuła to uderzenie i jak bolesny szok przeżył jej mąż, kiedy zdał sobie sprawę ze swojej bezsilności w walce o obronę jej imienia. Z szoku tego, Pan na Ruthin nigdy już nie wyszedł.
W trakcie śledztwa, Pani Cornwallis West gorąco deklarowała przyjaciołom niewinność w zarzucanej jej nieroztropności. Osobiście uważam, że źle wtedy zrozumiano jej porywczą irlandzką naturę. Na czas dochodzenia, prowadzonego przez komisję wojskową, przygarnęła ją [w Londynie] jej synowa, Pani Patrick Campbell.
Gdy Sąd potępił ją ostrymi słowami, cała rodzina stanęła za nią murem, co tylko potwierdza jej [dobry] charakter. Rozpacz jej męża z powodu tych, jak określał, bezpodstawnych oszczerstw, budziła szczerą litość w tych, którzy byli jej świadkami. „Całe swoje życie” – mówił – „ofiarowała innym uprzejmość, a teraz kiedy my jej potrzebujemy, moją żonę uznano za skandalistkę”.
Tragiczny żal wobec świata: Instynktownie, ta „Dzika Irlandzka Róża” zamknęła serce na kłódkę i nie pozwoliła gapiom oglądać swojego bólu. Ale nie udało się jej go ukryć przed rodziną i przyjaciółmi: „Czuję się” – skarżyła się – „jakby ktoś uderzył mnie pręgierzem po twarzy”. A kiedy niespodziewanie umarł mąż, ani zamek Ruthin, ani Denbighshire więcej jej nie zobaczyły.
Była jedną z tych kobiet, które nie potrafiły służyć, jeśli nie rządziły, więc wróciła do ukochanej Irlandii w poszukiwaniu ukojenia na traktach i wrzosowiskach swojego dzieciństwa. „Musi być gdzieś miejsce” – powiedziała mi – „w którym odnajdę spokój i dlatego wyjeżdżam tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie”.
Tragedią jej ostatnich lat było, że nawet w Irlandii nie mogła znaleźć zapomnienia. Pręgierz wrogiej opinii publicznej zostawił po sobie zbyt głęboką ranę.
Kiedy myślę o śmierci Pani Cornwallis West, stają mi przed oczami dwa obrazy. Pierwszy, jej jako młodziutkiej panienki na pierwszym londyńskim balu, pięknej w obliczu i tryskającej szczęściem.
Cień jej świetności: Drugi, jako kobiety, którą spotkałam parę miesięcy temu w Cannes. Dla wszystkich tam obecnych, jasnym było, że umiera. Wyglądała jak cień dawnej świetności, nękana na umyśle swoją tragedią, co wyrażało się w nieustającej potrzebie rozmowy o tym niewiarygodnym wydarzeniu z 1917 r.
Po raz pierwszy w swoim życiu znalazła się w sytuacji, że zamiast królewny, której każdy kaprys stawał się rozkazem dla rzeszy wielbicieli, była kobietą zmuszoną do samoobrony. Ta rola zupełnie do niej nie pasowała.
Do ostatniej chwili utrzymywała, że jej zachowanie w tej sprawie zostało złośliwie wyolbrzymione. Ale nawet w tych końcowych dniach, utrzymała w sobie nieco z dawnej władczej powaby, a jej osobisty czar pozostał nietknięty.
Z jakiegoś powodu, gdy tak wtedy spacerowałyśmy po ogrodzie Hotelu Riviera, podziwiałam ją bardziej, niż kiedykolwiek. Było to nasze ostatnie spotkanie.
Widziałam łzy w jej oczach i byłam w stanie uwierzyć, że popełniony został błąd. Może rzeczywiście jej porywczość uznana została mylnie za nieroztropność. Być może próżność spowodowała, że chwaliła się siłą, której nie posiadała. Jej życie, w większości słoneczne, kończyło się w głębokim cieniu.
Teraz już jej nie ma, a ja wolę pamiętać ją za dni jej sławy – jako kobietę królującą w Socjecie, która nigdy nic nikomu złego nie wyrządziła”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Jak sama Daisy stwierdziła, jej matka Patsy (Mary Adelaide Thomasina Eupatoria de domo FitzPatrick) była osobą unikalną. W hołdzie oddanym jej na stronach pamiętnika Lepiej przemiczeć (str 458-462), księżna przyznaje również: „Nigdy nie zrozumiem, jak ona, będąc owocem czasów wczesnowiktoriańskich, mogła w równej mierze szokować i zachwycać środowisko, z którego wyszła”. Czytając między linijkami, znaczy to, że miała równą ilość wielbicieli, jak wrogów. Opinia tych ostatnich przeważyła i w dzisiejszych publikacjach analizujących rodzinę Cornwallis-Westów, Patsy malowana jest w czarnych kolorach, jako osoba pragnąca dominacji, wtrącająca się w małżeństwa córek, rozrzutna, wulgarna, rozpustna i chciwa. Co w przeciwwadze tych zarzutów powiedzieć mogliby jej przyjaciele? Niniejszym wpisem rozpoczynam serię wspomnień o tej niecodziennej kobiecie. Wyciągnięcie wniosków pozostawiam Państwu.

Patsy_Laf_1897_75

Matka księżnej Daisy, Patsy Cornwallis-West (1858-1920), sfotografowana w 1897 r. przez Lafayette’a. Foto z kolekcji autorki.

Od momentu poznania Patsy w 1905 r., Pani Claude Beddington (1879-1963) stała się jej bliską znajomą, goszczoną często w Ruthin i Newlands. Po separacji z mężem w 1925 r., osiadła w Londynie. Wysokie apanaże matrymonialne pozwoliły jej prowadzić bogate życie towarzyskie i zdobyć pozycję popularnej hostessy. Przez salon jej domu, Arkwright Lodge w Hampstead, przewinęło się wiele słynnych osobistości. To, że w swoich reminiscencjach, poświęciła Pani Cornwallis-West cały rozdział, wskazuje jak głęboko i pozytywnie wryła się ona w jej pamięć. Pani Beddington opowiada:
„Nie miałam możliwości poznania Pani Cornwallis-West zanim się postarzała i straciła swoją słynną urodę, ale nawet wtedy kipiała wciąż niesłychaną energią, a młodzieńczy błysk w oczach sprawiał, że trudno było określić dokładnie jej wiek.
Nigdy przedtem równie spontaniczna i wielkoduszna córa irlandzkich moczarów nie została przesadzona na angielską glebę, jak Mary Fitzpatrick – dziecko irladzkiego pastora i wnuczki markiza Headfortu – kiedy w wieku szesnastu lat, prosto od szkolnej ławy, zdobyta została szturmem przez Williama Cornwallis-Westa, Pana na zamku Ruthin w Walii i Newlands Manor w Hampshire.
Spotkałam ją po raz pierwszy 27 stycznia 1905 r. w dublińskim domu Ministra Irlandii, Georga Wyndhama i jego żony, Lady Grosvenor.
Córka Pani Cornwallis-West, Shelagh, poślubiła syna Lady Grosvenor, obecnego Księcia Westminsteru, a brat Georga Wyndhama, Guy, był mężem siostry Pani Cornwallis-West, Minnie. Ten zbieg okoliczności sprawił, że Pani Cornwallis-West stała się zarówno teściową syna Lady Grosvenor, jak i szwagierką jej męża. (…)
Oddana i poświęcająca się dzieciom matka, Pani Cornwallis-West zawsze pomagała i myślała o innych w potrzebie. Jednego dnia, podczas mojego pobytu w Newlands Manor, zniknęła swoim powozem na cały ranek. Wróciła dopiero w porze lunchu, ze śladami płaczu na twarzy i … z małym lokiem jasnych włosków w torebce. Jej znajomej, niedawno rozwiedzionej młodej kobiecie, prawo zakazało dostępu do dziecka. Pani West, dowiedziawszy się, że niemowlę przebywa na terenie Hampshire, przejechała wiele kilometrów tylko po to, by zdobyć dla matki loczek z jego główki.
Jej wielkie serce wprawiało czasem rodzinę i domowników w zakłopotanie. Wystarczyło, że podczas przymiarki u krawcowej zauważyła wykończoną grypą szwaczkę, by natychmiast zabrać ją ze sobą do Newlands dla odpoczynku i zmiany powietrza, nie szczędząc czasu ani wysiłków w odbudowaniu jej zdrowia.
Jej żarliwość w niesieniu pomocy nieszczęśliwym kobietom była tak wielka, że gdyby mogła, zatrudniłaby, o czym jestem święcie przekonana, tylko samotne matki do służby w swoich rezydencjach. Rodzina jednak stanowczo się temu sprzeciwiła.
Kiedyś natknęłam się na Pułkownika Westa (a przyszło mu przeżyć wiele takich szoków) schowanego za krzakami, który, z purpurową ze złości twarzą, zapytał mnie szeptem: kim, NA BOGA, jest ta dziwna niewiasta przechadzająca się po trawniku? Odpowiedziałam: „To wróżka cierpiąca na anemię”, po czym delikatnie i okrężną drogą zaprowadziłam go do domu. W tego rodzaju sytuacjach, Pani West zwracała się do mnie: „Proszę idź i uspokój Wallisa [jedno z przezwisk jej męża], bo pewnie znowu siedzi gdzieś w ogrodzie i NA-BOGUJE.
Pułkownik West był typowym, staroświeckim gentlemenem, niezbyt może sprytnym, ale za to bardzo uczciwym. Większość życia spędził służąc, jak najlepiej potrafił, swojemu hrabstwu, udzielając się w lokalnym rządzie, prowincjonalnej armii i tysiącu innych sprawach, przeważnie żmudnych, bezwdzięcznych i wymagających wiele zachodu. W życiu prywatnym był oddanym mężem i ojcem, jak również uprzejmym gospodarzem i szarmanckim przyjacielem. Przez wszystkie lata kiedy go znałam, nie usłyszałam od niego ani jednego nieuprzejmego lub pogardliwego słowa w odniesieniu do kobiet. Jego osobowość przypominała mi zawsze cudowną postać „Pułkownika Newcome’a” z noweli Thackeray’a.
Któregoś dnia zapytałam przyjaciółkę: „Chciałabyś pojechać ze mną do Newlands jutro popołudniu i spotkać Panią Cornwallis-West? Obiecuję, że tego nie pożałujesz”. Na co ona odparła: „Nie mam ochoty na poznawanie „Rozkapryszonej Piękności”, u stóp której leżał przedtem cały świat i której zapewnie te pochlebstwa strzeliły do głowy”. Ostatecznie jednak zgodziła się i kiedy zjawiłyśmy się w Newlands, udałyśmy się natychmiast do buduaru Pani West. Zastałyśmy tam „Rozkapryszoną Piękność” klęczącą na wycieraczce przed kominkiem, z pobrudzoną czarnymi smugami twarzą i w rękawicach utytłanych sadzą, żarliwie skrobiącą jego przednią ściankę. Spojrzała na nas spod przymróżonych powiek, wyjaśniając: „Sprzątaczka twierdzi, że nie da się usunąć tych plam!”, po czym nabrała kolejną porcję pasty do czyszczenia, splunęła fachowo na miedzianą osłonę rusztu i ponowiła wysiłek. Moja przyjaciółka przestała mówić o rozpuszczonych i zarozumiałych pięknościach!
Czy żyła kiedykolwiek kobieta zwracająca mniejszą uwagę na swoją aparycję, niż Pani Cornwallis-West? Pewnego wieczoru, jej górny węzełek ze sztucznych włosów (tak modny w czasach Edwardiańskich) zaczepił się o haczyk w suficie elektrycznego landoletu jej córki, Shelagh Westminster, w momencie kiedy obie damy podjechały pod budynek opery w Covent Garden. Towarzyszący im książęcy lokaj odczepił go i z pełną powagą oddał Pani West, która wbiła go z powrotem na swoją głowę i – tak ubawiona niezręczną sytuacją, jak pobliscy gapie – wykrzyknęła: „Absalom miał mniej szczęścia!”.
Pełna życia, gadatliwa i bardzo niecierpliwa, nie znosiła ciszy. Pewnego razu znalazła się w przedziale pociągu z obcym mężczyzną, z którym miała przebyć długą podróż. Po dziesięciu minutach milczenia w dobrym tonie, nie wytrzymała i wybuchnęła: „Jestem teściową Księcia Westminsteru i Lady Randolph Churchill, więc na miłość Boską proszę ze mną rozmawiać!”.
Nigdy nie zapomnę chrztu Lorda FitzHarrisa, syna i dziedzica Lorda i Lady Malmesbury w Heron Court, koło Christchurch 19 stycznia 1908 r. Pułkownik z Panią West i ja, przyjechaliśmy tam z Newlands Manor na wielki lunch wydany z tej okazji. Na środku stołu umieszczono imponujący, wymyślnie dekorowany puchar, jak mówiono cały ze złota, sprezentowany dziecku przez Kajzera, jego ojca chrzestnego. Przy okazji dodam, że w momencie deklaracji wojny z Niemcami, Lord Malmesbury polecił go stopić i wtedy okazało się, że zrobiony był z ołowiu pokrytego cienką warstwą złota.
Niemiecki ambasador, Hrabia Wolff-Metternich (a propos, największy nudziarz jakiegokolwiek spotkałam), który reprezentował swojego władcę, był tak zaabsorbowany albo swoim jedzeniem, albo abstrakcyjnymi myślami, że zupełnie zapomniał wznieść toast za zdrowie niemowlaka. Dręcząca chwila przedłużała się, aż Pani West zdecydowała się wkroczyć w sytuację, oświadczając mi: „Zaraz dźgnę tego błazna widelcem i zobaczymy, czy go to obudzi”. Zdążyłam tylko zauważyć jak jej ręka zniknęła pod obrusem i usłyszeć rozdrażniony szept: „Wstawaj i przemów!”, gdy Metternich skoczył na równe nogi i wzniósł toast, na który wszyscy tak długo czekaliśmy.
Pani West była w młodości, jak to nazywamy w Irlandii, „przeraźliwie nieokiełzana” [„terribly wild”], więc wiele opowieści przetrwało o jej śmiałych i niecodziennych żartach.
Król Edward, wówczas Książę Walii, często gościł u Westów na polowaniach, ale jednego wieczoru, jego i innych uczestników odstrzeliwania bażantów wracających do zamku Ruthin zaintrygowała wielce dziwna, biała rzecz powiewająca na maszcie wieży. Po bliższym przyglądnięciu okazało się, że tym nowym proporcem były w rzeczywistości gacie gospodarza zawieszone tam przez figlarną żonę.
Jej energia nie miała granic i nawet będąc już w średnim wieku, zdobywała się ona na fizyczne wyczyny, których pozazdrościliby młodzi ludzie. Kiedy przebywałam na zamku Ruthin w czerwcu 1907 r., Pani West musiała być co najmniej pięćdziesięcioletnią kobietą. Pomimo tego, wieczorem przy schodzeniu na obiad, ni stąd ni z owąd owinęła się ciasno swoją spódnicą i zjechała na dół po dębowych schodach ” na samej sobie” (jak to jako dzieci delikatnie nazywaliśmy). Było to dla mnie coś zupełnie nowego, więc aż zaniemówiłam z wrażenia. Stojący obok Książę Westminsteru ze śmiechem stwierdził” „Niewielu ma takie teściowe!”, z czym zupełnie się zgodziłam.
Gdyby Pani West żyła w dzisiejszych czasach [tzn 1920-ych], przekonana jestem, że zrobiłaby majątek jako projektanka ogrodów. Jej wyczucie koloru i pomysłowość co do cudownych aranżacji nawet najbardziej niedogodnych miejsc równała się geniuszowi. Upiększała wszystko czego się dotknęła zarówno w ogrodach w Ruthin, jak i w Newlands i gdziekolwiek się w nich spojrzało, pejzaż wydawał się piękniejszy od poprzedniego”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Ci z Państwa, którzy śledzą moje badania na Facebooku, pamiętają zapewne, że w kwietniu tego roku dzieliłam się z nimi wynikami swojej walki na ebay’u o zakup akwarelowego portretu księżnej Daisy von Pless, namalowanego przez Hala Hursta (1865-1938).
Zetknąwszy się już wcześniej z jego twórczością i pracą z księżną, przekonana byłam, że obraz ten należał do serii sześciu jej portretów wystawionych przez artystę w 1908 r. jako cykl „Kostiumów i Nastrojów” (https://daisypless.wordpress.com/2013/03/30/nieznane-portrety-daisy-i-zabawa-z-hal-hurstem/). Dzisiaj przyznaję, że byłam w błędzie. Powstał on bowiem w 1902 r., a jego genezą były uroczystości związane z objęciem tronu przez króla Edwarda VII.

Hal_Hurst_FL

Księżna Daisy von Pless na akwarelowym portrecie Hala Hursta, który pojawił się niedawno na aukcji ebay’u.

Rządząca od niepamiętnych czasów, królowa Wiktoria zmarła 22 stycznia 1901 r. Jej najstarszy syn i następca, Albert Edward, książę Walii miał wówczas 59 lat i natychmiast, z niecierpliwością, zaczął wprowadzać na dworze drastyczne zmiany.
Na początek, wziął się za królewskie pałace, które oczyścił z nagromadzonego przez matkę blichtru i rozkazał odnowić je w stylu, który odzwierciedlałby jego umiłowanie do wystawnych ceremonii, podkreślających zarówno tradycję, jak i ówczesną siłę Brytyjskiego Imperium. Zapomniany przez wiele lat londyński pałac Buckingham, zachwycający teraz teatralnością swoich wnętrz kapiących czerwienią, bielą i złotem, stał się na nowo reprezentacyjną siedzibą królewską.
Król, i chętnie mu w tym towarzysząca, królowa Alexandra, stali się z własnego wyboru głównymi aktorami okazałych spektakli. Pierwszym z nich było uroczyste otwarcie Parlamentu 14 lutego 1901 r., wydarzenie, w którym królowa Wiktoria przestała uczestniczyć od 1886 r.
Kolejne zmiany dotyczyły regulacji i przebiegu funkcji publicznych na dworze, z których najważniejszymi były coroczne prezentacje. Te tak zwane „Drawings Rooms” nabrały podczas długiego panowania starej monarchini bezbarwnego charakteru monotonnej formalności. Edward VII od razu przesunął je z popołudnia na późny wieczór i rzadko kiedy odelegowywał swoją obecność na innego członka rodziny królewskiej, co w wypadku Wiktorii było bardzo częstym zjawiskiem. Zajmując na nich centralną pozycję, uwielbiał być otoczony kobietami w pięknych wieczorowych sukniach i błyszczących w elektrycznym świetle klejnotach. Choć ubiór osób uczestniczących w tych spotkaniach był ściśle regulowany, kobiety miały swobodę w wyborze dodatków i biżuterii zdobiących ich stroje, przez co wnosiły do nich element niespodzianki i konkurencji. Nic więc dziwnego, że prasa zamieszczała następnego dnia namiętnie czytane przez wszystkich opisy ich toalet.

M1650902391

Scena prezentacji na „pierwszym dworze” króla Edwarda VII i królowej Alexandry, który odbył się 14 marca 1902 r. Ilustracja z The Graphic opublikowana 22 marca 1902 r.

Pierwsza taka funkcja w „nowej” oprawie odbyła się w pałacu Buckingham 14 marca 1902 r. i, siłą rzeczy, wzbudziła potężne zainteresowanie. Relacje z niej zamieściły wszystkie gazety, a towarzyskie magazyny opatrzyły je wieloma ilustracjami. Nasz Hal Hurst uzyskał pozwolenie króla na uwiecznienie tego wydarzenia dużym płótnem olejnym. Swój obraz, zatytuowany „The First Court of Their Majesties King Edward VII and Queen Alexandra” wystawił dla publiczności w maju 1902 r. w londyńskiej galerii M’Lean.
Oto słowa jednego z krytyków, które rozjaśniły mi okoliczności powstania portretu księżnej Daisy: „[W pracy tej] widać doskonale umiejętność Pana Hursta w posługiwaniu się wspaniałymi kolorami śmiało nakładymi pędzlem. Obraz oddaje w pełni przepych wydarzenia. Postacie królewskie, ze szkarłatną kurtyną w tle, ukazane są na drugim planie; efektowny, czerwony mundur Króla kontrastuje wymownie z bielą sukni Królowej Alexandry. Wokół nich zgrupowane zostały damy w dworskich toaletach, wśród których artysta dał główne miejsce Księżnej Henrykowej von Pless ubranej w brokat ozdobiony złotem i futrem i z diamentami we włosach. Choć podobieństwo jest duże, nie udalo się Panu Hurstowi oddać uroczego oblicza tej damy; to co widzimy nie jest w pełni nią.”. Wszyscy się chyba z tym zgodzimy, aczkolwiek gotowa jestem oddać szczery ukłon artyście za wyśmienite oddanie bogactwa i rafinerii jej stroju.

Hal_Hurst_Daisy_detail2

 

 

 

 

 

 

 

Hurst nie zdołał w pełni uchwycić rysów i ekspresji twarzy księżnej Daisy, ale po mistrzowsku oddał bogactwo i detale jej stroju.

 

 

 

 

 

 

 

 

Z całą więc pewnością stwierdzić teraz mogę, że nieznany akwarelowy portret Daisy, który niedawno pojawił się na ebay’u był przygotowawczym studium Hursta do jego wielkiego płótna przedstawiającego „Pierwszy Dwór króla Edwarda VII i królowej Alexandry”, namalowanego w maju 1902 r. Wskazuje na to zamieszczony powyżej opis ówczesnego krytyka i popierają tą diagnozę fakty historyczne.
W 1902 r., księżna przyjechała do Angli już na początku stycznia, zaproszona przez księstwo Devonshire na długi weekend do Chatsworth. Potem odwiedziła księstwo Marlborough w Blenheim, skąd w lutym przeniosła się do siostry do Eaton. Od marca, wraz z mężem, przebywała w Londynie, biorąc udział w licznych przyjęciach na cześć nowego monarchy. 14 marca zostali oczywiście zaproszeni do pałacu Buckingham.
Jak tego wymagał regulamin, Daisy włożyła na tą okazję strój dworski, który składał się z nisko wyciętej sukni z krótkimi rękawami i przyczepionego do ramion długiego na prawie trzy metry trenu. Jego szerokość na dole nie mogła być mniejsza niż 140 cm. Do tego, obowiązkowe białe rękawiczki i trzy (jako mężatka) białe pióra we włosach, osadzone po lewej stronie głowy, z której spływał biały welon długości 115 cm. Z własnego wyboru, stanik sukni ozdobiła szafrą i orderem Teresy Bawarskiej oraz diamentową biżuterią, idącą w parze z diamentową koroną. Wyglądała wspaniale.