Feeds:
Posty
Komentarze

Król i Daisy w Keele Hall

Wielki książę rosyjski Michał Michajłowicz Romanow (1861 – 1929) i jego morganatyczna żona, Zofia hrabina Torby (1868 – 1927) byli dobrymi i oddanymi przyjaciółmi księżnej Daisy von Pless do końca swojego życia. Trudno ustalić dokładnie gdzie i kiedy się poznali. Po ślubie z Zofią w lutym 1891 r., którego jego rodzice – wielki książę Michał Mikołajewicz i księżna badeńska Cecylia Augusta – nie zaaprobowali, Michał otrzymał zakaz wjazdu do Rosji. Młodzi małżonkowie mieszkali początkowo w Wiesbaden w niemieckim księstwie Nassau, rządzonym przez ojca Zofii, księcia Mikołaja Wilhelma. Jej matką była Natalia Aleksandrowna Puszkin, córka wielkiego poety rosyjskiego Aleksandra Puszkina. W Niemczech przebywała również siostra Michała, Anastazja, która wyszła za mąż za Fryderyka Franciszka III, wielkiego księcia Makelmburgii i Schwerinu, którego Plessowie gościli w Pszczynie w 1896 r.

W 1899 r., Michał i Zofia przenieśli się na stałe do swojej wytwornej willi Kazbek w Cannes. Księstwo von Pless zaczęło regularnie odwiedzać Francuską Riwierę od 1897 r. W międzyczasie obie pary wpadały często do Londynu. Okazji do spotkań było więc wiele. keele-hall-gd-michael

Keele Hall, angielska rezydencja wielkiego księcia Michała w hrabstwie Staffordshire, wynajmowana przez niego w latach 1900 – 1910.

W 1900 r., wielki książę Michał zdecydował się wynająć dom w Anglii, w którym rodzina mogłaby wygodnie mieszkać przez kilka miesięcy w roku i gdzie on z Zofią byliby w stanie zaistnieć w angielskiej socjecie już nie tylko jako goście, ale także gospodarze rewanżujący się zaproszeniami do własnej rezydencji na prowincji. Jego wybór padł na pałac Keele Hall w hrabstwie Staffordshire, który wydzierżawił na 10 lat od pułkownika Ralpha Sneyda. Nie bardzo wiadomo, czym kierował się w tej decyzji, skoro, choć wygodny, Keele Hall znajdował się w bliskim sąsiedztwie zagłębia węglowego. Jak wspomina baronowa von Stoeckl, której mąż Sasza był od 1898 r. koniuszym księcia, drzewa w ogrodzie oprószone były zawsze pyłem i dotknięcie jakiegokolwiek liścia pozostawiało na rękach ciemne smugi. Zanieczyszczony czy nie, Keele Hall okazał się dla rodziny szczęśliwym domem, a dla księcia miejscem, gdzie – zaakceptowany przez miejscową ludność i władze – czuł się spełnionym i użytecznym lokalnie gentlemanem. 4459-0

Wielki książę Michał z żoną i dziećmi w Keele Hall, ich domu na prowincji angielskiej. Foto: Borough Museum and Art Gallery, Newcastle-under-Lyme

Wkrótce po otwarciu wrót swojej angielskiej rezydencji, książę Michał zaprosił na długi weekend króla Edwarda VII. Datę tej – pierwszej od wstąpienia na tron – wizyty nowego króla ustalono na dnie od 12 do 15 lipca 1901 r. Król z własnymi gośćmi, wśród których znajdowała się jego przyjaciółka, pani Keppel, przybył specjalnym pociągiem na stację Whitmore, gdzie czekały na nich trzy zaprzęgi konne; jednym z nich powoził sam książę Michał. Warto tu nadmienić, że to właśnie Michał i Zofia przedstawili królowi panią Keppel podczas wakacji w Cannes, rozpoczynając tym niechcący jego ostatni romans.

Ze swojej strony, książę sprowadził do Keele Hall jedynych swoich, jak do tej pory, bliskich przyjaciół angielskich w postaci ksieżnej Daisy von Pless i członków jej rodziny: ojca, pułkownika Williama Cornwallis-Westa, jego żonę Patsy oraz córkę Shelagh, świeżo upieczoną księżnę Westminsteru. Wszyscy byli dobrymi znajomymi Edwarda, co sprawiło, że jego pobyt przeszedł w ciepłej, przyjaznej atmosferze. Jak bardzo król był wtedy zrelaksowany, świadczy zamieszczona poniżej fotografia, pokazująca go na herbatce z domownikami i Cornwallis-Westami. Siedząca na honorowym miejscu Daisy miała, oczywiście, za zadanie zabawiać i zajmować monarchę interesującą konwersacją. Znając ją, możemy przypuszczać, że w pełni jej się to udało. Daisy_Keel_Hall

Herbatka z królem w Keele Hall w lipcu 1901 r., siedzą (z lewej do prawej): księżna daisy von Pless, król Edward VII, lord Hugh Grosvenor, hrabina Zofia Torby, pani Cornwallis-West („Patsy”), księżna Konstancja („Shelagh”) Westminster, baronowa Agnes de Stoeckl; stoją (z lewej do prawe): wielki książę Michał, pułkownik William („Poppets”) Cornwallis-West, pani Keppel, lord Elphinston, Sir Sidney Greville, baron Aleksander („Sasza”) de Stoeckl.

W ciągu dnia król grał w krokieta i golfa, zabierany był przez Michała na przejażdżki i kiedy tylko miał okazję, gawędził po niemiecku ze służbą, która w całości pochodziła z Meklemburgii.

Atrakcją jednego z wieczorów było obejrzenie słynnej kolekcji tabakierek ze zbiorów właściciela Keele Hall, Ralpha Sneyda. Przysłał on w tym celu własnego kamerdynera, który otworzył sejf i ułożywszy te cenne przedmioty na tacach, zaniósł je do salonu. Tego rodzaju prezentacja zaowocowała żartem Edwarda skierowanym do obecnych dam: „Zapraszam panie do poczęstunku!” Kamerdyner wziął go na serio i, przestraszony, wybiegł z pokoju, by powiadomić telegramem swojego pracodawcę o poleceniu króla.

Wizyta Edwarda VII w Keele Hall musiała być udana, skoro na jej zakończenie wręczył księciu Michałowi i jego koniuszemu, byłemu dyplomacie, baronowi Aleksandrowi („Saszy”) de Stoeckl królewski Order Wiktorii za zasługi dla monarchii brytyjskiej.

Niniejsze wspomnienia o Patsy Cornwallis-West opublikowano wkrótce po jej śmierci w lipcu 1920 r. Zatytuowane „Romans pani Cornwallis West. ‚Dzika Róża Irlandii’ która królowała w Londyńskiej Socjecie”, napisane zostały przez przyjaciółkę, która znała ją od dzieciństwa. Z jakiś powodów, autorka nie odkryła swojej tożsamości.
Druga część jej artykułu poświęcona jest implikacjom słynnego przewodu sądowego, który zrujnował reputację i zdrowie Pani Cornwallis-West.
Chodzi o przesłuchania komisji wojskowej dotyczące wykorzystywania przez Patsy do osobistych celów jej pozycji towarzyskiej i wpływów wśród dygnitarzy armii brytyjskiej. W złości na młodego rekonwalescenta, sierżanta Paula Barretta, który odrzucił jej amory, sprawiła, że przeniesiono go do innego oddziału i uniemożliwiono dalszą karierę, doprowadzając go tym do załamania nerwowego. Jej zachowanie i konszachty, poparte przechwyconymi listami, przedstawiła władzom zazdrosna żona agenta majątków Westów, pani Birch, pod skrzydłami której Barrett dochodził do zdrowia. W zakończeniu przewodu, 22 grudnia 1916 r., sąd wojskowy zwolnił ze stanowisk niektórych oficerów wplątanych w tą aferę, a Pani Cornwallis West udzielił surowej reprymendy.

Patsy_tribute_1920 copy

Trybut oddany Patsy przez jej przyjaciółkę, opublikowany w The Sunday Post 25 lipca 1920 r. Ilustracja dzięki uprzejmości The British Library.

A oto cały tekst jej przyjaciółki:
„Pani Maria Cornwallis West była najśliczniejszą kobietą Socjety w czasach gdy kult piękności sięgał szczytów. Wiem, że i dzisiaj jest wiele pięknych pań w Socjecie, ale czar oblicza i manier osądzane są teraz według innych kryteriów, niż było to za dni kiedy Maria Cornwallis West dzierżyła berło Królowej Piękności i wraz z Panią Langtry, słynną „Lilią Jersey’u”, rywalizowały o hołdy artystów i świata towarzyskiego Londynu.
Spotkałam ją po raz pierwszy wiele lat temu w salonie jej rodzinnego domu, plebani w Clones w hrabstwie Leitrim. Była wtedy jeszcze dzieckiem, w wieku około piętnastu lat, ale już obdarzona przez los wielką urodą. Kiedy żwawo hasała po okolicznych ścieżkach, z rozpuszczonymi na wietrze złoto-brązowymi włosami i z tymi jej niezwykłymi oczami, które z brązowych zmieniały się w słońcu na niebieskie, czuło się, że ten podlotek przy pierwszej nadarzającej się okazji podbije cały świat.
Była niewątpliwie olśniewająco ładna, ale jej wielki sukces towarzyski nie opierał się tylko na urodzie. Dowcipna i pełna werwy, posiadała dużą umiejętność konwersacji i głęboki czar osobisty. Ta córka pastora i damy z arystokratycznej rodziny, zrodzona została by wspiąć się na najwyższe szczyty.
Jej matka, Lady Olivia Fitzpatrick była pięknością. Jej własne córki też są piękne, ale nie myślę, aby którakolwiek z nich wywarła na londyńskiej Socjecie tak natychmiastowe i piorunujące wrażenie jak ona. Prorokowany jej w dzieciństwie błyskotliwy sukces towarzyski przeszedł wszelkie granice oczekiwań. Od momentu wejścia w to środowisko, świat legł u jej stóp.
Osiemnastoletnia mężatka: W wieku osiemnastu lat poślubiła Pułkownika Williama Cornwallis Westa, zamożnego właściciela zamku Ruthin w Denbighshire i w jednej chwili z prześlicznej debiutantki stała się jedną z czołowych hostess tamtych czasów.
Książęta, mężowie stanu, poeci, malarze i erudyci współzawodniczyli ze sobą o jej względy. Zaproszenie na jedno z jej przyjęć „wywyższało” adresata do niepojętych granic. Nie osiągnąwszy nawet dwudziestego roku życia, Pani Cornwallis West była w pozycji otwarcia lub zamknięcia drogi ludziom aspirującym do królewskich łask.
W nawale sukcesów pozostała jednak dawnym nieokiełzanym podlotkiem. Ta celebrowana przez wszystkich piękność, w głębi duszy była nadal dziewczynką i to dziewczynką o raczej łobuzerskim charakterze. W swoich żartach nie oszczędzała nawet członków rodziny królewskiej: jednego razu wrzuciła kawałki lodu za koszulę Księcia Walii, dzisiejszego Króla Edwarda.
Proszę pozwolić mi tu podkreślić, że nigdy nie widziałam, by ta kochana osoba pałała nienawiścią wobec rywalek lub żywiła do kogoś jakiś żal. Jednakże święcony przez nią triumf nie zawsze był pasmem czystych przyjemności. Byłoby to czymś niespotykanym, aby wejście jakiejkolwiek panny na scenę życia towarzyskiego stolicy, a co dopiero wkroczenie na nią w blasku sławy córki jakiegoś irlandzkiego proboszcza, przyjęte zostało bez złośliwego słowa.
Pamiętam dzień, kiedy po przyjęciu, na którym cieszyła się wyjątkową popularnością, zaoferowałam jej miejsce w swoim powozie. Siedząc przy niej, ze zdziwieniem zauważyłam łzy na jej policzkach. „Pewnie jesteś bardzo zmęczona, kochanie” – powiedziałam, by w odpowiedzi, tego przecież wciąż jeszcze dziecka, usłyszeć ze zdumieniem: „Nie, wcale nie jestem zmęczona” – wybuchnęła, „Raczej zraniona. Niektóre damy myślą, że ponieważ się uśmiecham, to ich nie słyszę. Dlaczego nie mogą być wobec mnie uprzejme? Nigdy nie chciałam mieć wrogów, a tymczasem wygląda na to, że zawsze znajdzie się jakaś kobieta, która ma coś złego do powiedzenia na mój temat”.
Jej jedyną prawdziwą rywalką, jako towarzyska piękność, była Pani Langtry, obecna Lady de Bathe, znana wówczas jako „Lilia Jersey’u”. Sensacji wzbudzanych ich urodą nie da się przyłożyć do dzisiejszych kanonów. Każda z nich miała swój własny dwór admiratorów i, o ile mi wiadomo, nigdy nie pojawiały się razem na tej samej funkcji. Powodem do dumy każdej gospodyni była obecność jednej z nich na wydanym przez nią balu lub obiedzie.
Książę albo śmieciarz: Pani Cornwallis West miała cudowną zdolność pozowania do portretów i gdziekolwiek się zjawiła, w Kairze, Pietrogradzie, Paryżu, Cowes czy Londynie, zachwycali się nią artyści i poeci. Śmiem przypuszczać, że w salonach całej Europy do tej pory więcej jest jej wizerunków, niż jakiejkolwiek innej osoby. Dlatego wszyscy byli zdumieni, gdy ta energiczna i fascynująca Irlandka poślubiła zwyczajnego człowieka. Mogła przecież wybrać kogo chciała z Debrett’a lub Burke’go [spisów szlachty brytyjskiej]. Każdy był przekonany, że zostanie żoną co najmniej para.
„No i znowu to samo” – skomentowała kiedyś w chwilowej złości, po tym jak ktoś powtórzył jej tego rodzaju dywagacje. „Poślubię tego, kogo kocham, nieważne czy Książę czy śmieciarz”.
Pułkownik Cornwallis West nie ofiarował jej tytułu, ale zapewnił dostatek i do końca życia był jej wielce oddany. Jego majątek pozwolił jej zdominować Socjetę na wiele lat. Jej podejmowanie gości podczas regat w Cowes, przyjęcia na zamku w Ruthin i bale w Londynie słynęły ze wspaniałości i ekskluzywności. Przez ponad ćwierć wieku panowała w Londynie i wypoczynkowych resortach Europy. Przez większość tego czasu byłam jej bardzo bliską przyjaciółką i nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek wyrządziła komuś jakąś krzywdę.
Porywcza Irlandka: Była rzeczywiście, jak to jej syn George oświadczył w obronie matki po tzw „sprawie Barretta”, porywczą Irlandką. Jej chwale oddam fakt, że nikt nigdy nie zarzucił jej wykorzystywania cudzej własności lub lekceważenia ludzi niższego stanu.
Z równymi sobie, jednakże, Pani Cornwallis West nie miała takich oporów. Tak jak jej rywalka, Pani Langtry, uwielbiała psikusy. Zdarzało się więc, że na wieść o ich ostatnich żartach, londyńskie towarzystwo West End’u mogło się nieźle pośmiać przy swoich obiadach.
Przysięgam, że następujący incydent rzeczywiście miał miejsce podczas wakacji Pani Cornwallis West w Egipcie, dokąd popłynęła jachtem z kilkoma wybranymi przyjaciółmi. Ich obecność w kraju faraonów wzbudziła nadzwyczajne zainteresowanie, które zaowocowało, między innymi, zaproszeniem od ważnego Paszy.
Spontaniczny psikus: Przyjęcie, które przywołuję, było raczej sztywne i pełne ceremonialnego rytuału Wschodu. Znudzona powagą uroczystości, Pani Cornwallis West rozglądając się po komnacie, zauważyła rząd imponujących elektrycznych przycisków, które Pasza używał aby przywołać do siebie swoich sekretarzy i wysokich urzędników. Podekscytowana nadarzającą się okazją do żartu, Pani Cornwallis West nacisnęła wszystkie za jednym zamachem. Nie upłynęło parę minut, a usłyszeliśmy dobiegający z korytarza tupot stóp, po czym drzwi się otworzyły i, ku wielkiemu zdziwieniu obecnych, do pokoju wbiegło mnóstwo różnych funkcjonariuszy. Przywitani zostali jej perlistym śmiechem, ale udobruchanie Paszy wymagało więcej niż jednych z jej strony przeprosin.
Jazda samochodem, golf i może loty samolotami są dzisiejszą rozrywką liderów socjety. W czasach Pani Cornwallis West, damy z towarzystwa uwielbiały regaty żeglarskie i wyścigi konne w Goodwood lub Ascot. Na tego rodzaju spotkaniach, Pani Cornwallis West było prominentną postacią. Będąc czarującą duszą towarzystwa sprawiała, że to przy jej gościnnym stole znajdowano zawsze piękno i interesującą konwersację.
Czy to na polowaniach, gdzie wspaniale i bez strachu jeździła na koniach, czy na jachtach w Cowes, królując na parkietach sal balowych albo pozując do dzieł wielkich artystów za dni jej potęgi, ponętny czar i uroda Pani Cornwallis West zdobywały wszystkich.
Premier Gladstone wielbicielem: Ktoś kiedyś napomknął, że choć ma ona większość gentlemenów u swoich stóp, nie podbije nigdy człowieka tak poważnego, jak Gladstone. Sposób w jaki podjęła to wezwanie, był dość niezwyczajny. Była zbyt inteligentna, aby zagonić Premiera w kąt i próbować wywrzeć na nim wrażenie błyskotliwą rozmową o polityce, aczkolwiek stać ją było na to. Zamiast tego, zaprowadziła go do salonu, gdzie zaśpiewała mu [rewolucyjną pieśń irlandzką] „The Wearing o’ the Green”. Od tego momentu, Gladsone ją ubóstwiał i chwalił do każdego.
Mieć Premiera wśród swoich wielbicieli, było niewątpliwym sukcesem nawet dla powszechnie uznanej piękności, ale doprawdy niewielu mogło się oprzeć czarowi Pani Cornwallis West.
Obydwie córki, Księżna von Pless i Księżna Westminsteru, odziedziczyły po niej urok, ale, moim zdaniem, ich matka miała go w znacznie wyższym stopniu. Pani Cornwallis West była unikalna.
Poddani w Ruthin ubóstwiali ją. Przytoczyć mogę wiele przykładów, że była nie tylko ich hojną zwierzchniczką, ale również prawdziwym przyjacielem. Ich „Acushla” [po irlandzku „dobroczyni”], malowaniem której tacy artyści jak Frank Miles lub Forbes Robertson nie byli nigdy zmęczeni, czuła się w domu zarówno w skromnej chacie niedomagającego chłopa, jak i na salonach Belgravii [bogatej dzielnicy londyńskiej] lub w modnych hotelach francuskiej Riwiery.
Z biegiem czasu, jej przywódcza pozycja w socjecie malała, aczkolwiek do wybuchu wojny Pani Cornwallis West była wciąż liczącą się osobistością w Londynie i pierwszą damą w swoim hrabstwie [Denbighshire].
Myślę, że dzierżąc kiedyś tak wielką władzę, nie chciała zauważyć zaniku siły swoich wpływów i nadrzędnej roli, jaką przedtem sprawowała. Fakt ten, prawdopodobnie, doprowadził do tragedii, która czarnymi chmurami spowiła jej późniejsze życie.
Bolesny szok: Niewielu zdaje sobie sprawę, jak mocno odczuła to uderzenie i jak bolesny szok przeżył jej mąż, kiedy zdał sobie sprawę ze swojej bezsilności w walce o obronę jej imienia. Z szoku tego, Pan na Ruthin nigdy już nie wyszedł.
W trakcie śledztwa, Pani Cornwallis West gorąco deklarowała przyjaciołom niewinność w zarzucanej jej nieroztropności. Osobiście uważam, że źle wtedy zrozumiano jej porywczą irlandzką naturę. Na czas dochodzenia, prowadzonego przez komisję wojskową, przygarnęła ją [w Londynie] jej synowa, Pani Patrick Campbell.
Gdy Sąd potępił ją ostrymi słowami, cała rodzina stanęła za nią murem, co tylko potwierdza jej [dobry] charakter. Rozpacz jej męża z powodu tych, jak określał, bezpodstawnych oszczerstw, budziła szczerą litość w tych, którzy byli jej świadkami. „Całe swoje życie” – mówił – „ofiarowała innym uprzejmość, a teraz kiedy my jej potrzebujemy, moją żonę uznano za skandalistkę”.
Tragiczny żal wobec świata: Instynktownie, ta „Dzika Irlandzka Róża” zamknęła serce na kłódkę i nie pozwoliła gapiom oglądać swojego bólu. Ale nie udało się jej go ukryć przed rodziną i przyjaciółmi: „Czuję się” – skarżyła się – „jakby ktoś uderzył mnie pręgierzem po twarzy”. A kiedy niespodziewanie umarł mąż, ani zamek Ruthin, ani Denbighshire więcej jej nie zobaczyły.
Była jedną z tych kobiet, które nie potrafiły służyć, jeśli nie rządziły, więc wróciła do ukochanej Irlandii w poszukiwaniu ukojenia na traktach i wrzosowiskach swojego dzieciństwa. „Musi być gdzieś miejsce” – powiedziała mi – „w którym odnajdę spokój i dlatego wyjeżdżam tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie”.
Tragedią jej ostatnich lat było, że nawet w Irlandii nie mogła znaleźć zapomnienia. Pręgierz wrogiej opinii publicznej zostawił po sobie zbyt głęboką ranę.
Kiedy myślę o śmierci Pani Cornwallis West, stają mi przed oczami dwa obrazy. Pierwszy, jej jako młodziutkiej panienki na pierwszym londyńskim balu, pięknej w obliczu i tryskającej szczęściem.
Cień jej świetności: Drugi, jako kobiety, którą spotkałam parę miesięcy temu w Cannes. Dla wszystkich tam obecnych, jasnym było, że umiera. Wyglądała jak cień dawnej świetności, nękana na umyśle swoją tragedią, co wyrażało się w nieustającej potrzebie rozmowy o tym niewiarygodnym wydarzeniu z 1917 r.
Po raz pierwszy w swoim życiu znalazła się w sytuacji, że zamiast królewny, której każdy kaprys stawał się rozkazem dla rzeszy wielbicieli, była kobietą zmuszoną do samoobrony. Ta rola zupełnie do niej nie pasowała.
Do ostatniej chwili utrzymywała, że jej zachowanie w tej sprawie zostało złośliwie wyolbrzymione. Ale nawet w tych końcowych dniach, utrzymała w sobie nieco z dawnej władczej powaby, a jej osobisty czar pozostał nietknięty.
Z jakiegoś powodu, gdy tak wtedy spacerowałyśmy po ogrodzie Hotelu Riviera, podziwiałam ją bardziej, niż kiedykolwiek. Było to nasze ostatnie spotkanie.
Widziałam łzy w jej oczach i byłam w stanie uwierzyć, że popełniony został błąd. Może rzeczywiście jej porywczość uznana została mylnie za nieroztropność. Być może próżność spowodowała, że chwaliła się siłą, której nie posiadała. Jej życie, w większości słoneczne, kończyło się w głębokim cieniu.
Teraz już jej nie ma, a ja wolę pamiętać ją za dni jej sławy – jako kobietę królującą w Socjecie, która nigdy nic nikomu złego nie wyrządziła”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Jak sama Daisy stwierdziła, jej matka Patsy (Mary Adelaide Thomasina Eupatoria de domo FitzPatrick) była osobą unikalną. W hołdzie oddanym jej na stronach pamiętnika Lepiej przemiczeć (str 458-462), księżna przyznaje również: „Nigdy nie zrozumiem, jak ona, będąc owocem czasów wczesnowiktoriańskich, mogła w równej mierze szokować i zachwycać środowisko, z którego wyszła”. Czytając między linijkami, znaczy to, że miała równą ilość wielbicieli, jak wrogów. Opinia tych ostatnich przeważyła i w dzisiejszych publikacjach analizujących rodzinę Cornwallis-Westów, Patsy malowana jest w czarnych kolorach, jako osoba pragnąca dominacji, wtrącająca się w małżeństwa córek, rozrzutna, wulgarna, rozpustna i chciwa. Co w przeciwwadze tych zarzutów powiedzieć mogliby jej przyjaciele? Niniejszym wpisem rozpoczynam serię wspomnień o tej niecodziennej kobiecie. Wyciągnięcie wniosków pozostawiam Państwu.

Patsy_Laf_1897_75

Matka księżnej Daisy, Patsy Cornwallis-West (1858-1920), sfotografowana w 1897 r. przez Lafayette’a. Foto z kolekcji autorki.

Od momentu poznania Patsy w 1905 r., Pani Claude Beddington (1879-1963) stała się jej bliską znajomą, goszczoną często w Ruthin i Newlands. Po separacji z mężem w 1925 r., osiadła w Londynie. Wysokie apanaże matrymonialne pozwoliły jej prowadzić bogate życie towarzyskie i zdobyć pozycję popularnej hostessy. Przez salon jej domu, Arkwright Lodge w Hampstead, przewinęło się wiele słynnych osobistości. To, że w swoich reminiscencjach, poświęciła Pani Cornwallis-West cały rozdział, wskazuje jak głęboko i pozytywnie wryła się ona w jej pamięć. Pani Beddington opowiada:
„Nie miałam możliwości poznania Pani Cornwallis-West zanim się postarzała i straciła swoją słynną urodę, ale nawet wtedy kipiała wciąż niesłychaną energią, a młodzieńczy błysk w oczach sprawiał, że trudno było określić dokładnie jej wiek.
Nigdy przedtem równie spontaniczna i wielkoduszna córa irlandzkich moczarów nie została przesadzona na angielską glebę, jak Mary Fitzpatrick – dziecko irladzkiego pastora i wnuczki markiza Headfortu – kiedy w wieku szesnastu lat, prosto od szkolnej ławy, zdobyta została szturmem przez Williama Cornwallis-Westa, Pana na zamku Ruthin w Walii i Newlands Manor w Hampshire.
Spotkałam ją po raz pierwszy 27 stycznia 1905 r. w dublińskim domu Ministra Irlandii, Georga Wyndhama i jego żony, Lady Grosvenor.
Córka Pani Cornwallis-West, Shelagh, poślubiła syna Lady Grosvenor, obecnego Księcia Westminsteru, a brat Georga Wyndhama, Guy, był mężem siostry Pani Cornwallis-West, Minnie. Ten zbieg okoliczności sprawił, że Pani Cornwallis-West stała się zarówno teściową syna Lady Grosvenor, jak i szwagierką jej męża. (…)
Oddana i poświęcająca się dzieciom matka, Pani Cornwallis-West zawsze pomagała i myślała o innych w potrzebie. Jednego dnia, podczas mojego pobytu w Newlands Manor, zniknęła swoim powozem na cały ranek. Wróciła dopiero w porze lunchu, ze śladami płaczu na twarzy i … z małym lokiem jasnych włosków w torebce. Jej znajomej, niedawno rozwiedzionej młodej kobiecie, prawo zakazało dostępu do dziecka. Pani West, dowiedziawszy się, że niemowlę przebywa na terenie Hampshire, przejechała wiele kilometrów tylko po to, by zdobyć dla matki loczek z jego główki.
Jej wielkie serce wprawiało czasem rodzinę i domowników w zakłopotanie. Wystarczyło, że podczas przymiarki u krawcowej zauważyła wykończoną grypą szwaczkę, by natychmiast zabrać ją ze sobą do Newlands dla odpoczynku i zmiany powietrza, nie szczędząc czasu ani wysiłków w odbudowaniu jej zdrowia.
Jej żarliwość w niesieniu pomocy nieszczęśliwym kobietom była tak wielka, że gdyby mogła, zatrudniłaby, o czym jestem święcie przekonana, tylko samotne matki do służby w swoich rezydencjach. Rodzina jednak stanowczo się temu sprzeciwiła.
Kiedyś natknęłam się na Pułkownika Westa (a przyszło mu przeżyć wiele takich szoków) schowanego za krzakami, który, z purpurową ze złości twarzą, zapytał mnie szeptem: kim, NA BOGA, jest ta dziwna niewiasta przechadzająca się po trawniku? Odpowiedziałam: „To wróżka cierpiąca na anemię”, po czym delikatnie i okrężną drogą zaprowadziłam go do domu. W tego rodzaju sytuacjach, Pani West zwracała się do mnie: „Proszę idź i uspokój Wallisa [jedno z przezwisk jej męża], bo pewnie znowu siedzi gdzieś w ogrodzie i NA-BOGUJE.
Pułkownik West był typowym, staroświeckim gentlemenem, niezbyt może sprytnym, ale za to bardzo uczciwym. Większość życia spędził służąc, jak najlepiej potrafił, swojemu hrabstwu, udzielając się w lokalnym rządzie, prowincjonalnej armii i tysiącu innych sprawach, przeważnie żmudnych, bezwdzięcznych i wymagających wiele zachodu. W życiu prywatnym był oddanym mężem i ojcem, jak również uprzejmym gospodarzem i szarmanckim przyjacielem. Przez wszystkie lata kiedy go znałam, nie usłyszałam od niego ani jednego nieuprzejmego lub pogardliwego słowa w odniesieniu do kobiet. Jego osobowość przypominała mi zawsze cudowną postać „Pułkownika Newcome’a” z noweli Thackeray’a.
Któregoś dnia zapytałam przyjaciółkę: „Chciałabyś pojechać ze mną do Newlands jutro popołudniu i spotkać Panią Cornwallis-West? Obiecuję, że tego nie pożałujesz”. Na co ona odparła: „Nie mam ochoty na poznawanie „Rozkapryszonej Piękności”, u stóp której leżał przedtem cały świat i której zapewnie te pochlebstwa strzeliły do głowy”. Ostatecznie jednak zgodziła się i kiedy zjawiłyśmy się w Newlands, udałyśmy się natychmiast do buduaru Pani West. Zastałyśmy tam „Rozkapryszoną Piękność” klęczącą na wycieraczce przed kominkiem, z pobrudzoną czarnymi smugami twarzą i w rękawicach utytłanych sadzą, żarliwie skrobiącą jego przednią ściankę. Spojrzała na nas spod przymróżonych powiek, wyjaśniając: „Sprzątaczka twierdzi, że nie da się usunąć tych plam!”, po czym nabrała kolejną porcję pasty do czyszczenia, splunęła fachowo na miedzianą osłonę rusztu i ponowiła wysiłek. Moja przyjaciółka przestała mówić o rozpuszczonych i zarozumiałych pięknościach!
Czy żyła kiedykolwiek kobieta zwracająca mniejszą uwagę na swoją aparycję, niż Pani Cornwallis-West? Pewnego wieczoru, jej górny węzełek ze sztucznych włosów (tak modny w czasach Edwardiańskich) zaczepił się o haczyk w suficie elektrycznego landoletu jej córki, Shelagh Westminster, w momencie kiedy obie damy podjechały pod budynek opery w Covent Garden. Towarzyszący im książęcy lokaj odczepił go i z pełną powagą oddał Pani West, która wbiła go z powrotem na swoją głowę i – tak ubawiona niezręczną sytuacją, jak pobliscy gapie – wykrzyknęła: „Absalom miał mniej szczęścia!”.
Pełna życia, gadatliwa i bardzo niecierpliwa, nie znosiła ciszy. Pewnego razu znalazła się w przedziale pociągu z obcym mężczyzną, z którym miała przebyć długą podróż. Po dziesięciu minutach milczenia w dobrym tonie, nie wytrzymała i wybuchnęła: „Jestem teściową Księcia Westminsteru i Lady Randolph Churchill, więc na miłość Boską proszę ze mną rozmawiać!”.
Nigdy nie zapomnę chrztu Lorda FitzHarrisa, syna i dziedzica Lorda i Lady Malmesbury w Heron Court, koło Christchurch 19 stycznia 1908 r. Pułkownik z Panią West i ja, przyjechaliśmy tam z Newlands Manor na wielki lunch wydany z tej okazji. Na środku stołu umieszczono imponujący, wymyślnie dekorowany puchar, jak mówiono cały ze złota, sprezentowany dziecku przez Kajzera, jego ojca chrzestnego. Przy okazji dodam, że w momencie deklaracji wojny z Niemcami, Lord Malmesbury polecił go stopić i wtedy okazało się, że zrobiony był z ołowiu pokrytego cienką warstwą złota.
Niemiecki ambasador, Hrabia Wolff-Metternich (a propos, największy nudziarz jakiegokolwiek spotkałam), który reprezentował swojego władcę, był tak zaabsorbowany albo swoim jedzeniem, albo abstrakcyjnymi myślami, że zupełnie zapomniał wznieść toast za zdrowie niemowlaka. Dręcząca chwila przedłużała się, aż Pani West zdecydowała się wkroczyć w sytuację, oświadczając mi: „Zaraz dźgnę tego błazna widelcem i zobaczymy, czy go to obudzi”. Zdążyłam tylko zauważyć jak jej ręka zniknęła pod obrusem i usłyszeć rozdrażniony szept: „Wstawaj i przemów!”, gdy Metternich skoczył na równe nogi i wzniósł toast, na który wszyscy tak długo czekaliśmy.
Pani West była w młodości, jak to nazywamy w Irlandii, „przeraźliwie nieokiełzana” [„terribly wild”], więc wiele opowieści przetrwało o jej śmiałych i niecodziennych żartach.
Król Edward, wówczas Książę Walii, często gościł u Westów na polowaniach, ale jednego wieczoru, jego i innych uczestników odstrzeliwania bażantów wracających do zamku Ruthin zaintrygowała wielce dziwna, biała rzecz powiewająca na maszcie wieży. Po bliższym przyglądnięciu okazało się, że tym nowym proporcem były w rzeczywistości gacie gospodarza zawieszone tam przez figlarną żonę.
Jej energia nie miała granic i nawet będąc już w średnim wieku, zdobywała się ona na fizyczne wyczyny, których pozazdrościliby młodzi ludzie. Kiedy przebywałam na zamku Ruthin w czerwcu 1907 r., Pani West musiała być co najmniej pięćdziesięcioletnią kobietą. Pomimo tego, wieczorem przy schodzeniu na obiad, ni stąd ni z owąd owinęła się ciasno swoją spódnicą i zjechała na dół po dębowych schodach ” na samej sobie” (jak to jako dzieci delikatnie nazywaliśmy). Było to dla mnie coś zupełnie nowego, więc aż zaniemówiłam z wrażenia. Stojący obok Książę Westminsteru ze śmiechem stwierdził” „Niewielu ma takie teściowe!”, z czym zupełnie się zgodziłam.
Gdyby Pani West żyła w dzisiejszych czasach [tzn 1920-ych], przekonana jestem, że zrobiłaby majątek jako projektanka ogrodów. Jej wyczucie koloru i pomysłowość co do cudownych aranżacji nawet najbardziej niedogodnych miejsc równała się geniuszowi. Upiększała wszystko czego się dotknęła zarówno w ogrodach w Ruthin, jak i w Newlands i gdziekolwiek się w nich spojrzało, pejzaż wydawał się piękniejszy od poprzedniego”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Ci z Państwa, którzy śledzą moje badania na Facebooku, pamiętają zapewne, że w kwietniu tego roku dzieliłam się z nimi wynikami swojej walki na ebay’u o zakup akwarelowego portretu księżnej Daisy von Pless, namalowanego przez Hala Hursta (1865-1938).
Zetknąwszy się już wcześniej z jego twórczością i pracą z księżną, przekonana byłam, że obraz ten należał do serii sześciu jej portretów wystawionych przez artystę w 1908 r. jako cykl „Kostiumów i Nastrojów” (https://daisypless.wordpress.com/2013/03/30/nieznane-portrety-daisy-i-zabawa-z-hal-hurstem/). Dzisiaj przyznaję, że byłam w błędzie. Powstał on bowiem w 1902 r., a jego genezą były uroczystości związane z objęciem tronu przez króla Edwarda VII.

Hal_Hurst_FL

Księżna Daisy von Pless na akwarelowym portrecie Hala Hursta, który pojawił się niedawno na aukcji ebay’u.

Rządząca od niepamiętnych czasów, królowa Wiktoria zmarła 22 stycznia 1901 r. Jej najstarszy syn i następca, Albert Edward, książę Walii miał wówczas 59 lat i natychmiast, z niecierpliwością, zaczął wprowadzać na dworze drastyczne zmiany.
Na początek, wziął się za królewskie pałace, które oczyścił z nagromadzonego przez matkę blichtru i rozkazał odnowić je w stylu, który odzwierciedlałby jego umiłowanie do wystawnych ceremonii, podkreślających zarówno tradycję, jak i ówczesną siłę Brytyjskiego Imperium. Zapomniany przez wiele lat londyński pałac Buckingham, zachwycający teraz teatralnością swoich wnętrz kapiących czerwienią, bielą i złotem, stał się na nowo reprezentacyjną siedzibą królewską.
Król, i chętnie mu w tym towarzysząca, królowa Alexandra, stali się z własnego wyboru głównymi aktorami okazałych spektakli. Pierwszym z nich było uroczyste otwarcie Parlamentu 14 lutego 1901 r., wydarzenie, w którym królowa Wiktoria przestała uczestniczyć od 1886 r.
Kolejne zmiany dotyczyły regulacji i przebiegu funkcji publicznych na dworze, z których najważniejszymi były coroczne prezentacje. Te tak zwane „Drawings Rooms” nabrały podczas długiego panowania starej monarchini bezbarwnego charakteru monotonnej formalności. Edward VII od razu przesunął je z popołudnia na późny wieczór i rzadko kiedy odelegowywał swoją obecność na innego członka rodziny królewskiej, co w wypadku Wiktorii było bardzo częstym zjawiskiem. Zajmując na nich centralną pozycję, uwielbiał być otoczony kobietami w pięknych wieczorowych sukniach i błyszczących w elektrycznym świetle klejnotach. Choć ubiór osób uczestniczących w tych spotkaniach był ściśle regulowany, kobiety miały swobodę w wyborze dodatków i biżuterii zdobiących ich stroje, przez co wnosiły do nich element niespodzianki i konkurencji. Nic więc dziwnego, że prasa zamieszczała następnego dnia namiętnie czytane przez wszystkich opisy ich toalet.

M1650902391

Scena prezentacji na „pierwszym dworze” króla Edwarda VII i królowej Alexandry, który odbył się 14 marca 1902 r. Ilustracja z The Graphic opublikowana 22 marca 1902 r.

Pierwsza taka funkcja w „nowej” oprawie odbyła się w pałacu Buckingham 14 marca 1902 r. i, siłą rzeczy, wzbudziła potężne zainteresowanie. Relacje z niej zamieściły wszystkie gazety, a towarzyskie magazyny opatrzyły je wieloma ilustracjami. Nasz Hal Hurst uzyskał pozwolenie króla na uwiecznienie tego wydarzenia dużym płótnem olejnym. Swój obraz, zatytuowany „The First Court of Their Majesties King Edward VII and Queen Alexandra” wystawił dla publiczności w maju 1902 r. w londyńskiej galerii M’Lean.
Oto słowa jednego z krytyków, które rozjaśniły mi okoliczności powstania portretu księżnej Daisy: „[W pracy tej] widać doskonale umiejętność Pana Hursta w posługiwaniu się wspaniałymi kolorami śmiało nakładymi pędzlem. Obraz oddaje w pełni przepych wydarzenia. Postacie królewskie, ze szkarłatną kurtyną w tle, ukazane są na drugim planie; efektowny, czerwony mundur Króla kontrastuje wymownie z bielą sukni Królowej Alexandry. Wokół nich zgrupowane zostały damy w dworskich toaletach, wśród których artysta dał główne miejsce Księżnej Henrykowej von Pless ubranej w brokat ozdobiony złotem i futrem i z diamentami we włosach. Choć podobieństwo jest duże, nie udalo się Panu Hurstowi oddać uroczego oblicza tej damy; to co widzimy nie jest w pełni nią.”. Wszyscy się chyba z tym zgodzimy, aczkolwiek gotowa jestem oddać szczery ukłon artyście za wyśmienite oddanie bogactwa i rafinerii jej stroju.

Hal_Hurst_Daisy_detail2

 

 

 

 

 

 

 

Hurst nie zdołał w pełni uchwycić rysów i ekspresji twarzy księżnej Daisy, ale po mistrzowsku oddał bogactwo i detale jej stroju.

 

 

 

 

 

 

 

 

Z całą więc pewnością stwierdzić teraz mogę, że nieznany akwarelowy portret Daisy, który niedawno pojawił się na ebay’u był przygotowawczym studium Hursta do jego wielkiego płótna przedstawiającego „Pierwszy Dwór króla Edwarda VII i królowej Alexandry”, namalowanego w maju 1902 r. Wskazuje na to zamieszczony powyżej opis ówczesnego krytyka i popierają tą diagnozę fakty historyczne.
W 1902 r., księżna przyjechała do Angli już na początku stycznia, zaproszona przez księstwo Devonshire na długi weekend do Chatsworth. Potem odwiedziła księstwo Marlborough w Blenheim, skąd w lutym przeniosła się do siostry do Eaton. Od marca, wraz z mężem, przebywała w Londynie, biorąc udział w licznych przyjęciach na cześć nowego monarchy. 14 marca zostali oczywiście zaproszeni do pałacu Buckingham.
Jak tego wymagał regulamin, Daisy włożyła na tą okazję strój dworski, który składał się z nisko wyciętej sukni z krótkimi rękawami i przyczepionego do ramion długiego na prawie trzy metry trenu. Jego szerokość na dole nie mogła być mniejsza niż 140 cm. Do tego, obowiązkowe białe rękawiczki i trzy (jako mężatka) białe pióra we włosach, osadzone po lewej stronie głowy, z której spływał biały welon długości 115 cm. Z własnego wyboru, stanik sukni ozdobiła szafrą i orderem Teresy Bawarskiej oraz diamentową biżuterią, idącą w parze z diamentową koroną. Wyglądała wspaniale.

20 lipca minie 70 lat od nieudanego zamachu na życie Adolfa Hitlera, dokonanego w 1944 r. przez pułkownika Clausa Schenka hrabiego von Stauffenberga. Bomba, pozostawiona przez niego w teczce na sali konferencyjnej kwatery „Wilczy Szaniec” we Wschodnich Prusach, wybuchła zabijając cztery inne osoby, ale tylko raniąc Hitlera w prawe ramię.

Zamach ten był pierwszym krokiem w akcji, która przeszła do historii pod pseudonimem „Walkiria”. Jej głównym celem było odsunięcie siłą nazistów od władzy i stworzenie nowego rządu, z Carlem Friedrichem Goerdelerem jako kanclerzem oraz Ludwikiem Beckiem jako prezydentem. stauffenberg

Pułkownik Claus Schenk hrabia von Stauffenberg (1907-1944), jeden z przywódców operacji „Walkiria” i wykonawca zamachu na Hitlera 20 lipca 1944 r.

Odważny żołnierz, ciężko ranny podczas walk w Tunezji, hrabia von Stauffenberg nie był jedynym niemieckim patriotą pozbawionym złudzeń co do katastrofalnej polityki Hitlera. O wynik wojny i losy swojej ojczyzny martwiło się wielu wysokich rangą oficerów Wermachtu, działaczy społecznych i światłych członków germańskiej arystokracji. W odwecie za spisek, ponad 200-tu podejrzanych natychmiast rozstrzelano, pozostałych 5 000 nieco później, a setki innych osadzono w więzieniach i obozach koncentracyjnych. Niewielu wie, że wśród nich znalazł się siostrzeniec księcia Jana Henryka XV von Pless, książę Friedrich III zu Solms-Baruth.

Friedrich Herman Christian Hans III, książę zu Solms-Baruth urodził się 25 marca 1886 r. w Kliczkowie. Był najstarszm synem księcia Friedricha II zu Solms-Baruth i jego żony, hrabianki Idy Luizy („Lulu”) von Hochberg. W 1914 ożenił się w Poczdamie z księżniczką Adelheid von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glucksburg, z którą miał później pięcioro dzieci: cztery córki i jednego syna – Friedricha IV zu Solms-Baruth (1926-2006). Tutuł i majątek po ojcu odziedziczył w 1920 r. friedrich_iii-zu-solms-baruth_large

Siostrzeniec księcia Jana Henryka XV von Pless, książę Friedrich III zu Solms-Baruth (1886-1951), anty-nazistowski dysydent zaangażowany w spisek „Walkiria”.

Jako zagorzały rojalista i krytyk hitlerowskiego nacjonalizmu, książę Friedrich III zu Solms-Baruth stał się z czasem członkiem grupy podobnie myślących rodaków, spotykających się od maja 1942 r. na dyskusje polityczne w Krzyżowej (Kreisau) koło Świdnicy – śląskiej rezydencji hrabiego Helmuta von Moltke. Ten tzw „Krąg Krzyżowej” („Kreisauer Kreis”) postawił sobie za cel odtworzenie federalnego państwa niemieckiego i przywrócenie w społeczeństwie zasad chrześcijańskiego współżycia. Niektórzy jego członkowie byli nawet za przywróceniem konstytucyjnej monarchii, wierząc że ten ustrój nie dopuści w przyszłości do przejęcia władzy przez kolejnego dyktatora. Choć „Krąg Krzyżowej” był w kontaktach z innymi dysydentami, odgradzał się od prób zabicia Hitlera, obawiając się, że udany zamach uczyni z niego męczennika. Drogę do zmian widział w zbliżającej się dyskredytacji partii nazistowskiej i klęsce Niemiec w rozpętanej przez nich wojnie. Gestapo aresztowało hrabiego von Moltke w styczniu 1944 r. 11 stycznia 1945 r. skazany został na śmierć. „Krąg Krzyżowej” się rozpadł. Część jego byłych członków zaczęła się skłaniać ku idei zbrojnego puczu i włączyła się czynnie w przygotowywanie akcji „Walkiria”.

Książę Friedrich III zu Solms-Baruth dwa razy udostępnił spiskowcom swoją rezydencję na spotkania. Świadomy grożącego mu niebezpieczeństwa, nadał tym spotkaniom pozory towarzyskich przyjęć, a na rozmowy z konspiratorami w lesie zabierał dla niepoznaki swoją siostrę. Strach jednak go nie odstępował i w obawie przed aresztowaniem spędzał każdą noc w innym pokoju, śpiąc z naładowanym rewolwerem pod poduszką. Gestapo przyszło po niego dzień po nieudanym zamachu, 21 lipca 1944 r. Zamknięty został w powszechnie znanym z okrucieństwa więzieniu na Albrechtstrasse w Berlinie. Przesłuchania trwały siedem miesięcy. Uszedł z życiem tylko dlatego, że podpisał prawny dokument przekazujący jego majątek, w skład którego wchodziły cztery rezydencje i ponad 17 000 akrów ziemi, Heinrichowi Himmlerowi. Pod karą śmierci zakazano mu tam kiedykolwiek wrócić.

Po wyjściu z więzienia, zrujnowany psychicznie i materialnie, wyjechał z żoną i dziećmi na rodzinną farmę w Saksonii, a potem do domu szwagra, księcia Friedricha von Schleswig-Holstein. Stamtąd udali się do Szwecji, gdzie byli gośćmi następczyni tronu szweckiego, księżniczki Sibylli (z domu Saxe-Coburg-Gotha) w jej pałacu Haga w Sztokholmie. Ostatecznie, zdecydowali się na emigrację do Namibii, gdzie jeszcze przed wojną nabyli podupadłe rancho. Tam rozpoczęli nowe życie, mieszkając początkowo w baraku zbudowanym z krowiego łajna i gliny. Jak dumnie podkreśla wnuk księcia: „na gołej ziemi, gdzie zastali tylko kamienie, węże i trzy owce”, ciężką pracą stworzyli drugie, najlepiej zarządzane gospodarstwo w Namibii.

Księciu Friedrichowi III zu Solm-Baruth nie dane było powrócić w rodzinne strony. Zmarł 12 września 1957 r. w Windhoek w Południowej Afryce. Jego jedyny syn, książę Friedrich IV zu Solms-Baruth nie zaprzestał jednak walki ojca o sprawiedliwość i odzyskanie tak podstępnie zrabowanego majątku. Upadek Niemieckiej Republiki Demokratycznej, w granicach której ten majątek się znajdował, otworzył przed nim nowe szanse. W 2003 r., książę Friedrich IV odzyskał 3 658 hektrarów ziemi na terenie Branderburgii i Saksoni-Anhalt. Teraz tę walkę kontynuuje jego wnuk, książę Friedrich V zu Solms-Baruth. FSB V--300x350

Książę Friedrich V zu Solms-Baruth, sfotografowany na tle portretu dziadka, walczy nadal o odzyskanie rodzinnego majątku. Foto: ABC/es

W grudniu 2008 r. Administracyjny Sąd w Poczdamie odmówił jednak zwrotu posiadłości książęcych, teraz należących do Branderburgii oraz miast Baruth i Zossen. Odwołanie się od tej decyzji, rozpatrzone w 2012 r., nie odniosło pozytywnego skutku. Argumentacja sądu oparła się na fakcie, że Nazistowskie Niemcy były wciąż państwem konstytucyjnym i sporządzone wtedy legalne dokumenty mają nadal moc prawną. Stanowisko to podważa znany angielski historyk II wojny światowej, Anthony Beevor, który stwierdził: „Jest to niesłychane, aby papier podsunięty do podpisania więźniowi przetrzymywanemu w kwaterze SS na Albrechtstrasse, i w dodatku więźniowi zaaresztowanemu w związku z zamachem na Hitlera 20 lipca 1944 r., uznany został za legalny kontrakt, w który wszedł on dobrowolnie i bez przymusu”.

Nie poddając się, książę Friedrich V zu Solms-Baruth otworzył kolejny przewód w Federalnym Sądzie Najwyższej Instancji w Lipsku i jest gotowy szukać sprawiedliwości w Europejskim Sądzie Praw Człowieka.

Pod koniec 1895 roku zdarzył się w Południowej Afryce epizod, który zajął niechlubne miejsce  w historii Wielkiej Brytanii: pod osłoną nocy uzbrojona policja dowodzona przez dr Jamesona, który działał z pełną wiedzą prezydenta brytyjskiego Kraju Przylądkowego, Cecila Rhodesa, najechała na Transwal – semi-niezależne państewko potomków holenderskich osadników, Burów. Naruszyła tym jego niepodległość zagwarantowaną zwycięstwem z Anglikami w tzw pierwszej wojnie burskiej, rozegranej w latach 1880-1881. Pretekstem była ochrona praw i interesów mieszkających tam Brytyjczyków; nieoficjalnie chodziło o opanowanie terenów na których odkryto w 1886 r. bogate złoża złota i diamentów. Najazd Jamesona (tzw „Jameson Raid“) został szybko odparty, za co prezydent Transwalu, Paul Krugier, otrzymał gratulacyjny telegram od cesarza Niemiec, Wilhelma II.
Spektakularny sukces Burów rozpalił jednak na nowo nacjonalistyczne sentymenty. Drugie ich państewko, Orania, podpisało szybko układ z Transwalem. Rząd brytyjski zaczął podejrzewać Burów o próbę stworzenia unijnego państwa Południowej Afryki pod przewodnictwem białych Afrykanów. Kiedy Transwal odrzucił żądanie przyznania prawa wyborczego pracującym na jego terenie cudzoziemskim górnikom i postawił Wielkiej Brytanii własne ultimatum, wszedł tym samym na ścieżkę wojenną. Tzw „druga wojna burska“ rozpoczęła się 11 października 1899 r. Trwała do 1902 r., pochłaniając tysiące ofiar zarówno wśród armii angielskiej i towarzyszących jej oddziałów z krajów Imperium Brytyjskiego, jak i partyzantów oraz ludności cywilnej Burów.
Jak Daisy to sobie później wytłumaczyła, telegram cesarza Wilhelma II do prezydenta Krugiera był jego impulsywnym odruchem na coś co uznał za kolejną kolonialną agresję Wielkiej Brytanii. Mając sama impulsywny charakter, była w stanie zrozumieć pochopny gest kajzera. Jednakże gwałtowna i agresywna reakcja społeczności angielskiej przeraziła ją. Silne pogorszenie się stosunków brytyjsko-niemieckich odczuła na własnej skórze: jej wysiłki zebranie dużego funduszu od Niemców i ich angielskich żon dla upamiętnienia diamentowego jubileuszu królowej Wiktorii zakończyły się miernym sukcesem.
Szczery ból i rozpacz Wilhelma z powodu śmierci babci, królowej Wiktorii, w styczniu 1901 r. spotkał się z pozytywnym oddźwiękiem w Anglii, czego obecna tam z okazji ślubu swojej siostry, księżna von Pless była naocznym świadkiem. Wyczuwając nadarzającą się okazję do poprawienia brytyjsko-niemieckich relacji, Daisy wyszła z niezwykle humanitarną inicjatywą, która według jej własnych słów mogłaby „wygładzić zazdrości i podejrzenia zrodzone wśród Niemców wojną burską“. Logicznie rozumując, że „nawet jeśli Bursowie są germańsko-holenderskiego pochodzenia i walczyć im przyszło z angielskim najeźdzcą, to i tak oficerowie i źołnierze obu stron, w obliczu śmierci, są równi sobie pod względem honoru i bohaterstwa“ i o ich groby troszczyć się należy w tej samej mierze, przystąpiła na początku 1901 r. do zoorganizowania Stowarzyszenia Kobiet lojalnych problemowi Południowej Afryki („Guild of Loyal Women of South Africa“).
Oddając głos księżnej: „Ciągnąca się długo podjazdowa walka, uniemożliwiała przedtem zrobienie czegokolwiek na ten temat. Nie byłam w stanie znieść myśli, że tysiące rodzin w obu krajach, opłakujących poległych krewnych, czują się dodatkowo przygnębionymi faktem zaniedbania ich mogił. Miałam przy tym nadzieję, że oprócz dostarczenia pewnej ulgi osobom indywidualnym, mój wysilek zaowocuje również ukojeniem politycznych ran wywołanych przez tę wojnę. Jednocześnie, nie dawała mi spokoju myśl, że Gordon Wood i wielu innych drogich mi przyjaciół, którzy w niej mężnie zginęli, leży gdzieś w dalekiej Afryce w zapomnianych grobach. Na grobie Gordona poleciłam wyryć słowa: Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będę, ponieważ był on najbardziej bezinteresownym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znałam“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Daisy_SAfrica_Madame_1901_crop

Od lewej do prawej: Pani Cornwallis-West („Patsy”), pułkownik Stackpool i księżna Daisy von Pless na pokładzie statku Kinfauns Castle odpływającego 20 marca 1901 r. z portu Southampton do Południowej Afryki.

O ile mi wiadomo, księżna von Pless nigdy nie wybrała się na osobistą inspekcję tych mogił. Przeto zagadką jest reprodukowane powyżej zdjęcie, na które natknęłam się przeglądając angielską prasę z marca 1901 r. Przedstawia ona Daisy i jej matkę, Patsy Cornwallis-West z pułkownikiem Stacpoolem na pokładzie statku Kinfauns Castle tuż przed jego wypływem 20 marca 1901 r. z Southampton do Południowej Afryki. Jak donosił Southampton Observer and Hampshire News wiózł on tam 440 żołnierzy kawalerii z oddziałów księcia Connaught i pułkownika Arthura Pageta. Lista pasażerów wymienia także kilka osób prywatnych, wśród nich księżną Abercorn i lady Hamilton, ale nie wspomina ani słowem o księżnej von Pless.
Wygląda na to, że Daisy z Patsy zjawiły się w Southampton, by pożegnać swoich znajomych. Pułkownik Arthur Paget i jego żona Minnie należeli do grona ich bliskich przyjaciół. Fakt, że księżna sfotografowała się przy okazji wydarzenia związanego ściśle z wojną burską, świadczyć tylko może o jej instyktownym wyczuciu korzyści z reklamy, jaką publikacja tego portretu zapewnić mogła jej nowej inicjatywie.
Zapoczątkowane przez Daisy działania zaczęły szybko przynosić rezultaty. Pieniądze, które wpływały na konta otwarte w Natal Banku w Południowej Afryce oraz w Messrs Hoare’s Banku w Londynie bardzo się liczyły, ale znacznie większe znaczenie miała wzbudzona przez tą akcję opinia publiczna. Pod jej wpływem regionalny rząd Kraju Przylądkowego zaczął ogradzać i porządkować miejsca dawnych bitew z pogrzebanymi żołnierzami, którzy w nich polegli.  W maju, gazeta Daily Mail obwieściła, że to samo postanowił zrobić rząd Natalu, który dodatkowo zobowiązał się do pokrycia kosztów ich utrzymania i pielęgnacji w przyszłości.
W obliczu tak honorowych deklaracji, księżna von Pless mogła w październiku 1901 r. zamknąć oficjalnie zbiórkę funduszów, przekazując 350 funtów oraz przyszłe kierownictwo akcją południowo-afrykańskiemu oddziałowi stowarzyszenia założonego przez nią niecały rok wcześniej. Jej kolejna chwalebna misja zakończyła się ponownie sukcesem!

W swoich poprzednich wpisach niejednokrotnie podkreślałam serdeczność i zażyłość, jaką okazywali sobie członkowie irlandzkiej rodziny matki księżnej Daisy, Patsy. Pisałam wcześniej o dobrotliwej i uroczej babci Olivii oraz o opiekuńczym i wesołym wuju Pat’cie, a ostatnio o kochanej przez wszystkich cioci Minnie. Liczni i w przeważającej mierze znacznie ubożsi kuzyni nigdy nie zostali zapomnieni lub odsunięci przez Daisy lub Shelagh, które często ich u siebie gościły i pomagały im jak mogły. Niniejsza opowieść jest o mało jej znanej kuzynce z Ameryki, Olivii Lukrecji FitzPatrick.

sized_oliver01

Oliver Thomas Edward „Eddie” FitzPatrick (1863-1928), brat Patsy, wuj Daisi, ojciec hrabiny Olivii Larisch von Moennich. Foto: http://www.fitz-patrick.net

Jeden z braci Patsy, Oliver Thomas Edward FitzPatrick, zwany przez wszystkich „Eddim” urodził się w 1863 r. Do Ameryki wyjechał po raz pierwszy w 1885 z nadzieją założenia w Texasie lukratywnego biznesu. Zakupił od meksykańskich chłopów stado owiec, ale nie nacieszył się nimi długo, bo szybko zostały mu one przez nich z powrotem ukradzione. Jednakże w czasie swojego tam pobytu, poznał i zakochał się z wzajemnością w pannie Phoebe Lukrecji Willoughby White, która przybyła do San Antonio odwiedzić stare strony rodziców. Jej ojciec, pułkownik John Adams White, miał tam bowiem w latach 1840-tych farmę, zanim przeniósł się z żoną do Stockton w stanie Kalifornii, gdzie Phoebe przyszła na świat w 1873 r.

W celu uregulowania swoich spraw finansowych, Eddie wrócił do Irlandii, prosząc ukochaną o cierpliwość i wierność. Spotkali się ponownie po siedmiu latach i w sierpniu 1893 r. wzięli ślub w kościele Św. Marka w San Antonio. Zrażony do owiec i Texasu, Eddie dał się łatwo przekonać na wyjazd do Kalifornii, która w owych czasach przeżywała hossę w produkcji owoców cytrusowych. Młodzi małżonkowie więc, dołączyli wkrótce do rodziców Phoebe w Saticoy, w kalifornijskim powiecie Ventura. Tam, w 1894 r, urodziło się ich pierwsze dziecko, Olivia Lukrecja. Rok po niej mieli syna Johna Fredericka, a w 1899 r. kolejną córeczkę, Mary Isabel.
Około 1910 r., Eddie był w stanie kupić własną ziemię i wystawić na niej rodzinny dom. Jest to, istniejące do dnia dzisiejszego i ciągle w rękach jego potomków, rancho zwane Oliver Thomas Edward FitzPatrick’s Ranch, kultywujące brzoskwinie i pomarańcze.
W 1911 r., Eddie zdecydował się wysłać najstarszą córkę do Europy w celu nabrania ogłady i poznania szerszego świata – coś co w tamtych czasach nazywało się „finishing off”. Poprosił w tym względzie o pomoc swoją siostrzenicę, księżną Daisy von Pless, która bez wahania i z szeroko otwartymi ramionami przyjęła na Śląsku młodziutką kuzynkę.
Olivia spędziła z Daisy całą jesień. Nie sprawiała księżnej żadnego kłopotu, a fakt że była ładna, miła i lubiana przez Hansa tylko pomógł jej pobytowi w Książu i w Pszczynie. Uczestnicząc w życiu towarzyskim Plessów, młodziutka Olivia FitzPatrick wprowadzona została w krąg ich najbliższych przyjaciół, wśród których przodujące miejsce zajmowali austriacki arystokrata, Heinrich („Heine”) 6. hrabia Larisch von Moennich i jego żona Henriette, rezydujący w niedalekiej od Pszczyny Solcy. Hrabia Heine był nie tylko ulubionym sąsiadem księstwa von Pless i uroczym gospodarzem podejmujących ich w swoich włościach, ale również organizatorem częstych łowów w Pardubicach i towarzyszem ich polowań na lisy („fox-hunting”) w Anglii.

detail_img.php

Nieistniejący dzisiaj pałac Larischów w Solcy, rezydencja przyjaciół księstwa von Pless: Heinricha („Heine”)  hrabiego Larisch von Moennich i jego żony Henrietty.

W 1896 r. Daisy ubolewała, że jego najstarszy syn i dziedzic, Johann („Hansie”) był beznadziejnie zakochany w jej siostrze Shelagh. W 1912 wciąż kawaler, był on „czterdziestoletnim mężczyzną, aczkolwiek wyglądającym na trzydzieści, pełnym życia i bardzo miłym, choć łysym od niepamiętnych czasów”. Przedstawiła go więc młodziutkiej, siedemnastoletniej wtedy Olivii, która „mając ciemną, hiszpańskiego rodzaju urodę, wyglądała na znacznie starszą”, otwierając jej tym samym szansę na poślubienie dobrej partii. Ta, bez oporu się zgodziła, gotowa nawet przejść na katolicką religię przyszłego małżonka. Szczęśliwi, Hans i Daisy, wyprawili im wesele w Pszczynie 29 kwietnia 1912 r.

735162_317083891744622_1117575876_n

Nowożeńcy: Johann Heinrich Franz Maria „Hansie” Larisch von Moennich (1872-1962) i Olivia Lukrecja FitzPatrick (1894-1971) sfotografowani wkrótce po ślubie. Reprodukcja z austriackiego tygodnika Sport und Salon opublikowana 22 listopada 1912 r., zlokalizowana przez pana Wladislawa VonHochberg.

Olivia „jest niesłychaną dziewczyną, naturalną, dobrą i czarującą” – odnotowała księżna w swoim pamiętniku. Nie pomyliła się. Ta prowincjonalna kuzyneczka okazała się wierną towarzyszką do końca życia. To właśnie ona pomagała Daisy w jej ostatnich latach w Książu i Wałbrzychu i jako jedyna krewna przyjechała na jej siedemdziesiąte urodziny. Kiedy księżna dzień później zmarła, zajęła się pogrzebem i zawiadomieniem rodziny.
Pomimo różnicy wieku, małżeństwo Olivii z Hansiem było szczęśliwe i zaowocowało trzema synami i dwoma córkami. Hansie stał się dziedzicem rodzinnej fortuny w 1918 r. – za późno by cieszyć się swoim statusem. Powstałe w październiku 1918 r. państwo Czechosłowacji odebrało mu tytuł i należne przywileje. Sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej w październiku 1938, kiedy na mocy dekretu monachijskiego region cieszyński przeszedł w ręce polskie. Pod koniec 1944 r. rodzina Larisch -Moennich przeniosła się do pałacu Valec koło Karlowych Warów, a w 1945 wyemigrowała do Austrii, rezydując najpierw we Wiedniu, a potem w ich myśliwskim zameczku w Palfau, gdzie Hansie zmarł w 1962, a Olivia w 1971 roku.

Olivia_Lukrecia_Fitz-Patrick

Hrabina Olivia Larisch von Moennich w średnim wieku. Foto: Archiwum Państwowe w Starej Karvinnie.

Wszystkie posiadłości Larischów na terenie Czechosłowacji zostały skonfiskowane przez państwo w 1945 r. Pałac w Solcy zburzono w 1953 r.