Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘zazdrość’

Niniejsze wspomnienia o Patsy Cornwallis-West opublikowano wkrótce po jej śmierci w lipcu 1920 r. Zatytuowane „Romans pani Cornwallis West. ‚Dzika Róża Irlandii’ która królowała w Londyńskiej Socjecie”, napisane zostały przez przyjaciółkę, która znała ją od dzieciństwa. Z jakiś powodów, autorka nie odkryła swojej tożsamości.
Druga część jej artykułu poświęcona jest implikacjom słynnego przewodu sądowego, który zrujnował reputację i zdrowie Pani Cornwallis-West.
Chodzi o przesłuchania komisji wojskowej dotyczące wykorzystywania przez Patsy do osobistych celów jej pozycji towarzyskiej i wpływów wśród dygnitarzy armii brytyjskiej. W złości na młodego rekonwalescenta, sierżanta Paula Barretta, który odrzucił jej amory, sprawiła, że przeniesiono go do innego oddziału i uniemożliwiono dalszą karierę, doprowadzając go tym do załamania nerwowego. Jej zachowanie i konszachty, poparte przechwyconymi listami, przedstawiła władzom zazdrosna żona agenta majątków Westów, pani Birch, pod skrzydłami której Barrett dochodził do zdrowia. W zakończeniu przewodu, 22 grudnia 1916 r., sąd wojskowy zwolnił ze stanowisk niektórych oficerów wplątanych w tą aferę, a Pani Cornwallis West udzielił surowej reprymendy.

Patsy_tribute_1920 copy

Trybut oddany Patsy przez jej przyjaciółkę, opublikowany w The Sunday Post 25 lipca 1920 r. Ilustracja dzięki uprzejmości The British Library.

A oto cały tekst jej przyjaciółki:
„Pani Maria Cornwallis West była najśliczniejszą kobietą Socjety w czasach gdy kult piękności sięgał szczytów. Wiem, że i dzisiaj jest wiele pięknych pań w Socjecie, ale czar oblicza i manier osądzane są teraz według innych kryteriów, niż było to za dni kiedy Maria Cornwallis West dzierżyła berło Królowej Piękności i wraz z Panią Langtry, słynną „Lilią Jersey’u”, rywalizowały o hołdy artystów i świata towarzyskiego Londynu.
Spotkałam ją po raz pierwszy wiele lat temu w salonie jej rodzinnego domu, plebani w Clones w hrabstwie Leitrim. Była wtedy jeszcze dzieckiem, w wieku około piętnastu lat, ale już obdarzona przez los wielką urodą. Kiedy żwawo hasała po okolicznych ścieżkach, z rozpuszczonymi na wietrze złoto-brązowymi włosami i z tymi jej niezwykłymi oczami, które z brązowych zmieniały się w słońcu na niebieskie, czuło się, że ten podlotek przy pierwszej nadarzającej się okazji podbije cały świat.
Była niewątpliwie olśniewająco ładna, ale jej wielki sukces towarzyski nie opierał się tylko na urodzie. Dowcipna i pełna werwy, posiadała dużą umiejętność konwersacji i głęboki czar osobisty. Ta córka pastora i damy z arystokratycznej rodziny, zrodzona została by wspiąć się na najwyższe szczyty.
Jej matka, Lady Olivia Fitzpatrick była pięknością. Jej własne córki też są piękne, ale nie myślę, aby którakolwiek z nich wywarła na londyńskiej Socjecie tak natychmiastowe i piorunujące wrażenie jak ona. Prorokowany jej w dzieciństwie błyskotliwy sukces towarzyski przeszedł wszelkie granice oczekiwań. Od momentu wejścia w to środowisko, świat legł u jej stóp.
Osiemnastoletnia mężatka: W wieku osiemnastu lat poślubiła Pułkownika Williama Cornwallis Westa, zamożnego właściciela zamku Ruthin w Denbighshire i w jednej chwili z prześlicznej debiutantki stała się jedną z czołowych hostess tamtych czasów.
Książęta, mężowie stanu, poeci, malarze i erudyci współzawodniczyli ze sobą o jej względy. Zaproszenie na jedno z jej przyjęć „wywyższało” adresata do niepojętych granic. Nie osiągnąwszy nawet dwudziestego roku życia, Pani Cornwallis West była w pozycji otwarcia lub zamknięcia drogi ludziom aspirującym do królewskich łask.
W nawale sukcesów pozostała jednak dawnym nieokiełzanym podlotkiem. Ta celebrowana przez wszystkich piękność, w głębi duszy była nadal dziewczynką i to dziewczynką o raczej łobuzerskim charakterze. W swoich żartach nie oszczędzała nawet członków rodziny królewskiej: jednego razu wrzuciła kawałki lodu za koszulę Księcia Walii, dzisiejszego Króla Edwarda.
Proszę pozwolić mi tu podkreślić, że nigdy nie widziałam, by ta kochana osoba pałała nienawiścią wobec rywalek lub żywiła do kogoś jakiś żal. Jednakże święcony przez nią triumf nie zawsze był pasmem czystych przyjemności. Byłoby to czymś niespotykanym, aby wejście jakiejkolwiek panny na scenę życia towarzyskiego stolicy, a co dopiero wkroczenie na nią w blasku sławy córki jakiegoś irlandzkiego proboszcza, przyjęte zostało bez złośliwego słowa.
Pamiętam dzień, kiedy po przyjęciu, na którym cieszyła się wyjątkową popularnością, zaoferowałam jej miejsce w swoim powozie. Siedząc przy niej, ze zdziwieniem zauważyłam łzy na jej policzkach. „Pewnie jesteś bardzo zmęczona, kochanie” – powiedziałam, by w odpowiedzi, tego przecież wciąż jeszcze dziecka, usłyszeć ze zdumieniem: „Nie, wcale nie jestem zmęczona” – wybuchnęła, „Raczej zraniona. Niektóre damy myślą, że ponieważ się uśmiecham, to ich nie słyszę. Dlaczego nie mogą być wobec mnie uprzejme? Nigdy nie chciałam mieć wrogów, a tymczasem wygląda na to, że zawsze znajdzie się jakaś kobieta, która ma coś złego do powiedzenia na mój temat”.
Jej jedyną prawdziwą rywalką, jako towarzyska piękność, była Pani Langtry, obecna Lady de Bathe, znana wówczas jako „Lilia Jersey’u”. Sensacji wzbudzanych ich urodą nie da się przyłożyć do dzisiejszych kanonów. Każda z nich miała swój własny dwór admiratorów i, o ile mi wiadomo, nigdy nie pojawiały się razem na tej samej funkcji. Powodem do dumy każdej gospodyni była obecność jednej z nich na wydanym przez nią balu lub obiedzie.
Książę albo śmieciarz: Pani Cornwallis West miała cudowną zdolność pozowania do portretów i gdziekolwiek się zjawiła, w Kairze, Pietrogradzie, Paryżu, Cowes czy Londynie, zachwycali się nią artyści i poeci. Śmiem przypuszczać, że w salonach całej Europy do tej pory więcej jest jej wizerunków, niż jakiejkolwiek innej osoby. Dlatego wszyscy byli zdumieni, gdy ta energiczna i fascynująca Irlandka poślubiła zwyczajnego człowieka. Mogła przecież wybrać kogo chciała z Debrett’a lub Burke’go [spisów szlachty brytyjskiej]. Każdy był przekonany, że zostanie żoną co najmniej para.
„No i znowu to samo” – skomentowała kiedyś w chwilowej złości, po tym jak ktoś powtórzył jej tego rodzaju dywagacje. „Poślubię tego, kogo kocham, nieważne czy Książę czy śmieciarz”.
Pułkownik Cornwallis West nie ofiarował jej tytułu, ale zapewnił dostatek i do końca życia był jej wielce oddany. Jego majątek pozwolił jej zdominować Socjetę na wiele lat. Jej podejmowanie gości podczas regat w Cowes, przyjęcia na zamku w Ruthin i bale w Londynie słynęły ze wspaniałości i ekskluzywności. Przez ponad ćwierć wieku panowała w Londynie i wypoczynkowych resortach Europy. Przez większość tego czasu byłam jej bardzo bliską przyjaciółką i nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek wyrządziła komuś jakąś krzywdę.
Porywcza Irlandka: Była rzeczywiście, jak to jej syn George oświadczył w obronie matki po tzw „sprawie Barretta”, porywczą Irlandką. Jej chwale oddam fakt, że nikt nigdy nie zarzucił jej wykorzystywania cudzej własności lub lekceważenia ludzi niższego stanu.
Z równymi sobie, jednakże, Pani Cornwallis West nie miała takich oporów. Tak jak jej rywalka, Pani Langtry, uwielbiała psikusy. Zdarzało się więc, że na wieść o ich ostatnich żartach, londyńskie towarzystwo West End’u mogło się nieźle pośmiać przy swoich obiadach.
Przysięgam, że następujący incydent rzeczywiście miał miejsce podczas wakacji Pani Cornwallis West w Egipcie, dokąd popłynęła jachtem z kilkoma wybranymi przyjaciółmi. Ich obecność w kraju faraonów wzbudziła nadzwyczajne zainteresowanie, które zaowocowało, między innymi, zaproszeniem od ważnego Paszy.
Spontaniczny psikus: Przyjęcie, które przywołuję, było raczej sztywne i pełne ceremonialnego rytuału Wschodu. Znudzona powagą uroczystości, Pani Cornwallis West rozglądając się po komnacie, zauważyła rząd imponujących elektrycznych przycisków, które Pasza używał aby przywołać do siebie swoich sekretarzy i wysokich urzędników. Podekscytowana nadarzającą się okazją do żartu, Pani Cornwallis West nacisnęła wszystkie za jednym zamachem. Nie upłynęło parę minut, a usłyszeliśmy dobiegający z korytarza tupot stóp, po czym drzwi się otworzyły i, ku wielkiemu zdziwieniu obecnych, do pokoju wbiegło mnóstwo różnych funkcjonariuszy. Przywitani zostali jej perlistym śmiechem, ale udobruchanie Paszy wymagało więcej niż jednych z jej strony przeprosin.
Jazda samochodem, golf i może loty samolotami są dzisiejszą rozrywką liderów socjety. W czasach Pani Cornwallis West, damy z towarzystwa uwielbiały regaty żeglarskie i wyścigi konne w Goodwood lub Ascot. Na tego rodzaju spotkaniach, Pani Cornwallis West było prominentną postacią. Będąc czarującą duszą towarzystwa sprawiała, że to przy jej gościnnym stole znajdowano zawsze piękno i interesującą konwersację.
Czy to na polowaniach, gdzie wspaniale i bez strachu jeździła na koniach, czy na jachtach w Cowes, królując na parkietach sal balowych albo pozując do dzieł wielkich artystów za dni jej potęgi, ponętny czar i uroda Pani Cornwallis West zdobywały wszystkich.
Premier Gladstone wielbicielem: Ktoś kiedyś napomknął, że choć ma ona większość gentlemenów u swoich stóp, nie podbije nigdy człowieka tak poważnego, jak Gladstone. Sposób w jaki podjęła to wezwanie, był dość niezwyczajny. Była zbyt inteligentna, aby zagonić Premiera w kąt i próbować wywrzeć na nim wrażenie błyskotliwą rozmową o polityce, aczkolwiek stać ją było na to. Zamiast tego, zaprowadziła go do salonu, gdzie zaśpiewała mu [rewolucyjną pieśń irlandzką] „The Wearing o’ the Green”. Od tego momentu, Gladsone ją ubóstwiał i chwalił do każdego.
Mieć Premiera wśród swoich wielbicieli, było niewątpliwym sukcesem nawet dla powszechnie uznanej piękności, ale doprawdy niewielu mogło się oprzeć czarowi Pani Cornwallis West.
Obydwie córki, Księżna von Pless i Księżna Westminsteru, odziedziczyły po niej urok, ale, moim zdaniem, ich matka miała go w znacznie wyższym stopniu. Pani Cornwallis West była unikalna.
Poddani w Ruthin ubóstwiali ją. Przytoczyć mogę wiele przykładów, że była nie tylko ich hojną zwierzchniczką, ale również prawdziwym przyjacielem. Ich „Acushla” [po irlandzku „dobroczyni”], malowaniem której tacy artyści jak Frank Miles lub Forbes Robertson nie byli nigdy zmęczeni, czuła się w domu zarówno w skromnej chacie niedomagającego chłopa, jak i na salonach Belgravii [bogatej dzielnicy londyńskiej] lub w modnych hotelach francuskiej Riwiery.
Z biegiem czasu, jej przywódcza pozycja w socjecie malała, aczkolwiek do wybuchu wojny Pani Cornwallis West była wciąż liczącą się osobistością w Londynie i pierwszą damą w swoim hrabstwie [Denbighshire].
Myślę, że dzierżąc kiedyś tak wielką władzę, nie chciała zauważyć zaniku siły swoich wpływów i nadrzędnej roli, jaką przedtem sprawowała. Fakt ten, prawdopodobnie, doprowadził do tragedii, która czarnymi chmurami spowiła jej późniejsze życie.
Bolesny szok: Niewielu zdaje sobie sprawę, jak mocno odczuła to uderzenie i jak bolesny szok przeżył jej mąż, kiedy zdał sobie sprawę ze swojej bezsilności w walce o obronę jej imienia. Z szoku tego, Pan na Ruthin nigdy już nie wyszedł.
W trakcie śledztwa, Pani Cornwallis West gorąco deklarowała przyjaciołom niewinność w zarzucanej jej nieroztropności. Osobiście uważam, że źle wtedy zrozumiano jej porywczą irlandzką naturę. Na czas dochodzenia, prowadzonego przez komisję wojskową, przygarnęła ją [w Londynie] jej synowa, Pani Patrick Campbell.
Gdy Sąd potępił ją ostrymi słowami, cała rodzina stanęła za nią murem, co tylko potwierdza jej [dobry] charakter. Rozpacz jej męża z powodu tych, jak określał, bezpodstawnych oszczerstw, budziła szczerą litość w tych, którzy byli jej świadkami. „Całe swoje życie” – mówił – „ofiarowała innym uprzejmość, a teraz kiedy my jej potrzebujemy, moją żonę uznano za skandalistkę”.
Tragiczny żal wobec świata: Instynktownie, ta „Dzika Irlandzka Róża” zamknęła serce na kłódkę i nie pozwoliła gapiom oglądać swojego bólu. Ale nie udało się jej go ukryć przed rodziną i przyjaciółmi: „Czuję się” – skarżyła się – „jakby ktoś uderzył mnie pręgierzem po twarzy”. A kiedy niespodziewanie umarł mąż, ani zamek Ruthin, ani Denbighshire więcej jej nie zobaczyły.
Była jedną z tych kobiet, które nie potrafiły służyć, jeśli nie rządziły, więc wróciła do ukochanej Irlandii w poszukiwaniu ukojenia na traktach i wrzosowiskach swojego dzieciństwa. „Musi być gdzieś miejsce” – powiedziała mi – „w którym odnajdę spokój i dlatego wyjeżdżam tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie”.
Tragedią jej ostatnich lat było, że nawet w Irlandii nie mogła znaleźć zapomnienia. Pręgierz wrogiej opinii publicznej zostawił po sobie zbyt głęboką ranę.
Kiedy myślę o śmierci Pani Cornwallis West, stają mi przed oczami dwa obrazy. Pierwszy, jej jako młodziutkiej panienki na pierwszym londyńskim balu, pięknej w obliczu i tryskającej szczęściem.
Cień jej świetności: Drugi, jako kobiety, którą spotkałam parę miesięcy temu w Cannes. Dla wszystkich tam obecnych, jasnym było, że umiera. Wyglądała jak cień dawnej świetności, nękana na umyśle swoją tragedią, co wyrażało się w nieustającej potrzebie rozmowy o tym niewiarygodnym wydarzeniu z 1917 r.
Po raz pierwszy w swoim życiu znalazła się w sytuacji, że zamiast królewny, której każdy kaprys stawał się rozkazem dla rzeszy wielbicieli, była kobietą zmuszoną do samoobrony. Ta rola zupełnie do niej nie pasowała.
Do ostatniej chwili utrzymywała, że jej zachowanie w tej sprawie zostało złośliwie wyolbrzymione. Ale nawet w tych końcowych dniach, utrzymała w sobie nieco z dawnej władczej powaby, a jej osobisty czar pozostał nietknięty.
Z jakiegoś powodu, gdy tak wtedy spacerowałyśmy po ogrodzie Hotelu Riviera, podziwiałam ją bardziej, niż kiedykolwiek. Było to nasze ostatnie spotkanie.
Widziałam łzy w jej oczach i byłam w stanie uwierzyć, że popełniony został błąd. Może rzeczywiście jej porywczość uznana została mylnie za nieroztropność. Być może próżność spowodowała, że chwaliła się siłą, której nie posiadała. Jej życie, w większości słoneczne, kończyło się w głębokim cieniu.
Teraz już jej nie ma, a ja wolę pamiętać ją za dni jej sławy – jako kobietę królującą w Socjecie, która nigdy nic nikomu złego nie wyrządziła”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Siostra Daisy, Shelagh czyli Konstancja księżna Westminsteru, jak reszta jej rodzeństwa, lubiła brać udział w przedstawieniach teatralnych. Nie śpiewała może tak dobrze jak księżna von Pless, ale nie miała oporów przed występami na scenie dla rodziny, przyjaciół lub podczas wieczoru zorganizowanego na cele dobroczynne.

Nikt więc z gości zaproszonych do jej rezydencji w Eaton Hall na Boże Narodzenie 1911 r. nie był zaskoczony faktem, że program przygotowanych dla nich rozrywek obejmował również pokaz sztuk teatralnych. To co zobaczyli, przeszło ich najśmielsze oczekiwania…

Ale zanim tajemnica zostanie zdradzona, potrzebny jest prolog. Jest nim opis trzech lat rozpadającego się związku Shelagh z Bendorem  (Hugh, 2. księciem Westminsteru) – wymarzonym od dzieciństwa  mężem i ojcem jej dzieci.

Pomimo obiekcji ze strony jego rodziny, pobrali się w 1901 r.  On był jednym z najbogatszych ludzi w Wielkiej Brytanii, ona jedną z najpiękniejszych kobiet ówczesnej socjety. Okazała się też świetną hostessą. Mieli wiele wspólnych zainteresowań i obydwoje byli znakomitymi sportowcami. Ich pierwsza córka, Urszula, przyszła na świat w lutym 1902 r. Sielance jednak zaczęła przeszkadzać zbyt częsta obecność teściów i ich niekończące się wymagania finansowe.

W maju 1903 r. Shelagh wypłakała się siostrze; „powiedziałam jej“ – zapisała Daisy w pamiętniku – „że z wiekiem, każda kobieta staje się coraz bardziej rozczarowana życiem i mężem, który nie dorasta jej oczekiwaniom.“

W listopadzie 1904 r., ku wielkiej radości i dumie księcia Westminsteru, urodził się Edward, syn i spadkobierca tytułu. Wydawało się, że małżeństwo zostało scementowane na zawsze. Jak nigdy przedtem, pewna swojej pozycji Shelagh rzuciła się w wir życia towarzyskiego. Polowała, balowała, żeglowała i zaczęła wyjeżdżać w ciągnące się miesiącami podróże zagraniczne. To samo robił jej mąż Bendor. Ich przyjaciel Wilfrid Blunt tak skomentował ich ówczesne zachowanie: „George Wyndham [ojczym Bendora]  i Shelagh, księżna Westminsteru przyjechali po południu z Elbarrow. Spędzili cały ranek obserwując manewry wojskowe, po czym wsiedli do samochodu, przejechali trzydzieści mil po to tylko żeby wypić ze mną szybką herbatę i wracają, bo wieczorem wychodzą na obiad. Oto przykład szalonego tempa życia, jakie prowadzą dzisiejsze damy. Shelagh ma zawsze przy sobie pokojówkę, lokaja, szofera i kucharza. Książę [Bendor] w międzyczasie jest na rejsie w Irlandii z kolejnym szoferem, kucharzem i kilkoma jeszcze służącymi, nie mówiąc o łodzi w której będzie się wyścigował. Życie tych dwojga ludzi jest nieustającym galopem. Dłużej tak nie może być, bo skończy się to w Bedlam [angielski synonim Wariatkowa].“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Problem w tym, że robili to coraz częściej osobno. I może dlatego księżna Westminsteru nie odganiała od siebie adoratorów. Najbardziej wytrwałym z nich był hiszpański książę Alba.

Jimmy, książę Alba był przez lata gorącym wielbicielem księżnej Westminsteru. Foto: Library of Congress, Washington

Nazywany przez przyjaciół Jimmy, Jacobo Fitz-James Stuart y Falcó, 17. książę Alba de Tormes (1878 – 1953) był siostrzeńcem cesarzowej Eugenii. Ożenił się późno, w 1926 r., a polityce oddał się aktywnie dopiero w ostatnich dwudziestu latach swojego życia. Do tego czasu prowadził beztroską egzystencję bogatego playboya. Król Hiszpanii, Alfonso XIII, jak Jimmy zapalony gracz w polo, przedstawił go Westminsterom. W sierpniu 1910 r., był on oczywiście w świcie Alfonsa XIII, kiedy ten przybył z oficjalną wizytą do Eaton Hall na słynny „Polo Week“.

Shelagh, księżna Westminsteru (po lewej) z hiszpańską królową Eną w czasie wizyty Alfonsa XIII w Eaton Hall

Poznała go i zaprzyjaźniła się z nim również księżna Daisy, która potem zaprosiła go kilkakrotnie na Śląsk. Ale najpierw obie siostry i Hans, zostawiwszy dzieci z dziadkami w Ruthin, wybrali się w 1908 r. na wycieczkę do Sevilii, Burgos, Grenady i Madrytu, gdzie byli goszczeni przez księcia Albę w jego wspaniałym Palais de Liria.

Tragedia nastąpiła w lutym 1909 r. Podczas kolejnej nieobecności Shelagh, jej mały synek Edward dostał boleści brzucha, które początkowo zostały zignorowane przez lokalnego lekarza. Stanem dziecka zaniepokoił się dopiero następnego dnia, podejrzewając zapalenie wyrostka robaczkowegi. Specjalista z Londynu potwierdził jego diagnozę. Operacja jednak odbyła się za późno. Edward zmarł 13 lutego 1909 r. Rozpacz Bendora była ogromna, a jego żal i złość obróciły się przeciwko żonie, która „jeśli byłaby na miejscu, ze swoim synem, a nie Bóg wie gdzie, nigdy do tego by nie doszło!“  Fakt, że „zdruzgotana bólem“ Shelagh nie uczestniczyła w pogrzebie, napewno nie pomógł ich relacji.

Spragniony dziedzica, książę Westminsteru dał żonie jeszcze jedną szansę i w listopadzie 1909 r. Daisy dowiedziała się, że jej siostra zaszła w ciążę. Wszyscy modlili się o chłopca. 27 czerwca 1910 r. na świat przyszła kolejna córka, Maria Konstancja. Ojciec nawet na nią nie spojrzał…

Według zeznań Shelag na sprawie rozwodowej w 1920 r., jej mąż przestał z nią współżyć pod koniec 1909 r. Utrzymywali tylko pozory małżeństwa, pokazując się publicznie na wydarzeniach wymagających ich wspólnej obecności. Mieszkali pod jednym dachem, ale osobno. Po pewnym czasie Bendor przestał wracać na noc do domu, aż wreszcie zupełnie się z niego wyprowadził.

Księżna Westminsteru zaczęła tracić grunt pod nogami, tym bardziej, że doszły do niej plotki o romansie Bendora z aktorką, Gertie Millar.

Gertie Millar, popularna aktorka Gaiety Theatre, z Edmundem Payne w przedstawieniu „The Spring Chicken“.

Gertie Millar (1879 – 1952) była gwiazdą muzycznej komedii epoki Edwardiańskiej. Ciemnowłosa, wysoka i szczupła, była kobietą wielce atrakcyjną, o silnym charakterze i osobowości. Zdeterminowana i ambitna, doszła do sukcesu ciężką pracą. Była bogata, niezależna i bardzo popularna. Poślubiła równie słynnego kompozytora, Lionela Moncktona, twórcę jej największych przeboji, które pisał dla niej nawet po tym jak od niego odeszła. Jednym słowem, była dla Shelagh groźną rywalką.

Książę Westminsteru był nią zafascynowany i wcale tego nie ukrywał, o czym świadczą słowa Winstona Churchilla w liście do żony z 26 czerwca 1911 r.: „wychodzę zaraz na koncert, a potem idę do Grosvenor House [londyńskiej rezydencji Westminsterów]. Powiedziano mi, że Bendora tam nie będzie, by zabawiać króla i królową. Wyszedł z domu, nie zostawiwszy adresu, zobaczyć się ze znaną nam wszystkim z widzenia przyjaciółką [Gertie Millar]…“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Shelagh postanowiła zrobić wszystko, by przypomnieć mężowi o swoim istnieniu i wzbudzić jego zazdrość. Wiedząc, że kroniki towarzyskie będą o tym donosić, zaczęła się coraz cześciej pokazywać w towarzystwie przystojnego księcia Alby. W kwietniu 1911 odwiedziła ponownie Hiszpanię, tym razem podróżując z lady Helen Grosvenor , gdzie znów zatrzymała się  w pałacu swojego wielbiciela. W tym samym roku, zaraz po koronacji, Jimmy był jednym z uczestników jej wyprawy jachtem do Holandii. Widziany był z nią wszędzie – w Egipcie, w Mandelieu na południu Francji, a potem w Londynie podczas Elżbietańskiego Turnieju zorganizowanego w 1912 r. przez szwagierkę Jennie. W międzyczasie, Shelagh dostarczyła brukowcom kolejnej okazji do plotek i komentarzy.

Na święta Bożego Narodzenia 1911 r, zaprosiła swoją rodzinę i przyjaciół do Eaton Hall, rezydencji Westminsterów w hrabstwie Cheshire. Co miało być prywatną rozrywką, zostało później publicznie opisane i wyśmiane w prasie. „Skandal“ dotyczył jej aktu teatralnego, który natychmiast uznany zostal za próbę udowodnienia, że księżnej nie brakuje na scenie niczego czym pochwalić się może jej konkurentka.

Zagrała roztrzepaną chłopczycę w jednoaktówce zatytuowanej „Scaramouche“.  Ubrana w sweter i spódnicę dochodzącą tylko do kolan, pokazała widzom swoje śliczne nogi. Skakała przez krzaki, zjeżdżała po poręczach, wchodziła przez okna, siedziała z nogami opartymi na gzymsie kominka i paliła papierosy – czyli robiła to, co tytularnej ksężnej nie przystoi. „Była tak dobra, jak Gertie Millar w „The Spring Chicken!“ – mówiono potem.  Czy była tym usatysfakcjonowana?

Trudno powiedzieć, że Bendor był zazdrosny. Napewno był wściekły. Oliwy do ognia dolały szeroko publikowane zdjęcia Shelagh z zimowych wakacji w Mürren, w Szwajcarii, gdzie trenowała jazdę na łyżwach z ówczesnym czempionem, Felixem Locherem.

Księżna Westminsteru tańcząca na lodzie ze szwajcarskim chempionem, Feliksem Locherem. Foto: Central News

Elegancko ubrana w rzeczy opinające jej zgrabną figurę, wirowała w jego objęciach po lodowisku, nie zwracając uwagi na trzaskające aparaty fotografów z agencji Central News. Dla gapiów mogła być sensacją, ale konserwatywny (choć hipokrytyczny) mąż uznał jej zachowanie za szokujące i niemoralne. „Prawdziwa dama tak się nie zachowuje. (…) Co na to powiedziałaby moja babka, która była wielką przyjaciółką królowej Wiktorii. Dobrze, że już nie żyje i tego nie ogląda“ – skomentował oburzony, wygodnie zapominając o własnym postępowaniu.

Kiedy Shelagh wróciła do Londynu, książę Westminsteru przestał się do niej odzywać. 5 sierpnia 1912 r. wyjechał z Londynu do Eaton Hall. Shelagh  podążyła za nim w nadzieji konfrontacji. Zobaczywszy ją wchodzącą do pokoju, wyszedł bez słowa, nie zwaźając na gości, których podejmował.

W styczniu 1913 r. przysłal jej list, omawiający warunki separacji.

Read Full Post »