Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Styczeń 2018

Młodziutka Maria Theresa Olivia Cornwallis-West, zwana „Daisy” czyli „Stokrotką”, od grudnia 1891 r. żona księcia Hansa Heinricha XV von Pless, przybyła za mężem do Niemiec w 1892 r. zupełnie nieświadoma co czeka ją w przybranej ojczyźnie. Nie przywiozła ze sobą wiele własnego dobytku, bo rodziców nie stać było na porządną wyprawę, ale gotowa była ofiarować nowej rodzinie swoje inne atuty: pierwszorzędne koligacje, wielką urodę i dobre wychowanie. O tym ostatnim była szczerze przekonana, że było takie jak trzeba, bo przecież nikt w Anglii ją za nie nie krytykował, a w swoim zachowaniu nigdy nie zapominała o dobrze otaczających ją ludzi. W Niemczech, a dokładnie w Prusach, dowiedziała się, że ma być inaczej. Jej spontaniczność, humor i nawyk bezpośredniego kontaktowania się z innymi wzbudzały u przedstawicieli pruskiej arystokracji zgrozę i gorzkie komentarze. Jej mąż, który w Londynie był „normalny”, w Prusach zabronił jej „nieksiążęcych” gestów i żądał bezwzględnego przestrzegania etykiety. Jednym z najdziwniejszych dla niej punktów nowego regulaminu był zakaz występów publicznych, czegoś, co z aprobatą rodziców robiła od dzieciństwa.

Młodziutka Daisy śpiewa i gra na gitarze w 1890 r.

Daisy odziedziczyła po matce, Mary Cornwallis-West znanej powszechnie jako Patsy, przepiękny głos i miłość do śpiewania. Od małego oglądała mamę na scenie w przedstawieniach i na koncertach, które ta, jako Pani na Ruthin i Newlands, organizowała by zebrać fundusze na lokalne instytucje społeczne i dobroczynne. Wsłuchiwała się w jej dramatyczne interpretacje pieśni irlandzkich i amerykańskich ballad. Podziwiała jej zdolność inicjowania interakcji z publicznością, którą wciągała we wspólne śpiewanie refrenu lub którą rozbawiała do łez doborem humorystycznych zwrotek. Z biegiem czasu, wraz z młodszą siostrzyczką Shelagh , poszły w ślady matki i rzadko kiedy odmawiały uczestnictwa w występach charytatywnych w północnej Walii, skąd pochodziły, lub w Hampshire, gdzie często przebywały. Później, kiedy małżeństwa dały im status księżnych , akceptowane przez nich zaproszenia nabrały wielkiej wagi, co przekładało się zazwyczaj na większy dochód dla sponsorowanych przez nie instytucji.
Talent muzyczny Daisy był na tyle obiecujący, że rodzice postanowili rozwinąć go prywatnymi lekcjami u renomowanych nauczycieli śpiewu. W swojej rezydencji w Newlands urządzili dla niej pokój muzyczny, który wyposażyli w najlepszy na rynku fortepian Bechsteina.

Sir Paolo Tosti (1846-1916), pierwszy nauczyciel śpiewu księżnej Daisy

Jej pierwszym nauczycielem był sir Paolo Tosti , włoski kompozytor muzyki salonowej, który osiadł w Londynie i został później mistrzem śpiewu na dworze królewskim. Następny, Luigi Vannuccini , zachwycił się jej mezzosopranem do tego stopnia, że zaoferował jej dalszą naukę za darmo pod warunkiem, że zdecyduje się na karierę śpiewaczą. Nie był jedynym, który wierzył, że w tej profesji osiągnęłaby wielki sukces. W 1902 r., kiedy księżna odśpiewała dwa utwory podczas koncertu na rzecz londyńskiego oddziału Stowarzyszenia Walijskiego Przemysłu (The Welsh Industries Association), prasa nie mogła się powstrzymać od żalu, że nie błyszczy na zawodowej scenie, oświadczając: „Oprócz przystojnej prezencji, wspaniałych manier i obfitości osobistego czaru, księżna von Pless posiada niezwykle piękny głos i dwie pieśni, „Good-bye” Tostiego i „A Barque at Mid-night” Franka Lamberta, wykonała z wielką ekspresją i siłą. Gdyby nie była księżną, księżna von Pless z łatwością mogłaby zostać prima donną”.
Zachwyty nie przewróciły jej w głowie. Jako dorosła osoba i matka, najpierw jednego, potem dwóch i wreszcie trzech synków, nie przestała dbać o i trenować swój głos. Wiosną 1904 r. spędziła kilka tygodni w Paryżu, studiując śpiew u Jana Reszki , słynnego polskiego tenora mieszkającego we Francji. W 1906 r., przebywając dłuższy czas we Wiedniu z powodu wypadku męża, planowała kolejne lekcje śpiewu. Niestety, przeszkodziło jej w tym chore gardło.
Każda choroba gardła przyprawiała ją o tak wielkie zmartwienie, że odnotowywała ją na kartach swojego pamiętnika. W 1910 r. leczyła je inhalacjami u słynnego berlińskiego lekarza. Ich efekt tak ją zachwycił, że swojego dobroczyńcę zarekomendowała cierpiącemu na astmę królowi angielskiemu, Edwardowi VII.
Niezwykle poważnie traktowała również swój repertuar, ciągle szukając nowych utworów, których muzyka lub słowa przemawiałyby do jej duszy. Kiedy takie znalazła i je wypróbowała, z uniesieniem kopiowała ich libretta w swoim dzienniku, jak to miało na przykład miejsce w 1910 r. z francuską piosenką Georgesa Hue „J’ai pleuré en rêvé” („Całą noc płakałam”), którą uznała za „pełną życia i nadziei”. Jeśli nic z gotowego materiału jej nie odpowiadało, zamawiała nowe utwory specjalnie dla siebie. Tak było z trwającą ponad godzinę fantazją muzyczną „Lotus”, którą w 1906 r. opracowali dla niej Harold Simpson i Charles Braun na podstawie wskazanej przez nią birmańskiej pieśni miłosnej. Jej premiera odbyła się podczas dorocznej, styczniowej gościny angielskiej pary królewskiej w Chatsworth, rezydencji księcia i księżnej Devonshire. Księstwo von Pless miało zaszczyt uczestniczyć w tych gościnach od 1902 r. i Daisy od początku włączyła się aktywnie w urządzane tam wtedy amatorskie przedstawienia teatralne. Ich wysoki poziom artystyczny był szeroko komentowany przez ówczesną prasę i sława księżnej von Pless jako aktorki i wokalistki rozeszła się po całym Imperium Brytyjskim. Od tej pory „popyt” na śpiew księżnej przerósł jej możliwości i choć przebywała w Anglii często, nie była w stanie przyjąć wszystkich zaproszeń od swoich arystokratycznych przyjaciółek, oczekujących jej obecności na patronowanych przez nie wydarzeniach charytatywnych. Królowa Aleksandra stała się jednym z jej największych fanów, co zobowiązywało Daisy do specjalnych dla niej występów nawet w ciągu prywatnych wizyt w Windsorze i Sandringham lub podczas okazjonalnych przyjęć na jachcie Brytania podczas regat żeglarskich w Cowes. By je dla niej ułatwić, królowa z chęcią sama przekładała dla niej kartki z nutami!
Pomimo natłoku zamówień, Daisy nigdy nie odmówiła przysługi członkom bliższej i dalszej rodziny, nawet jeśli powód ich próśb był trywialny w porównaniu z prestiżowymi zamówieniami od brytyjskiej socjety. W lipcu 1906 r. przybyła specjalnie do Colchesteru, by zaśpiewać trzy pieśni („Élégie” Julesa Massenet, “I hid my Love” Guya d’Hardelot i “Good-bye” Francesca Paolo Tostiego) dla wsparcia 16 pułku lansjerów, w którym Guy Wynfham, mąż jej cioci Minnie, służył w randze kapitana. W 1913 r. dotarła do swojego szwagra, hrabiego Fritza von Hocherg, osiadłego wtedy w Great Bowden w hrabstwie Leicestershire, by swoim występem w tej malutkiej miejscowości wesprzeć zbiórkę pieniędzy na lokalną świetlicę.
1907 był ostatnim rokiem po-Bożo Narodzeniowych (tzw Twelfth Night) przyjęć w Chatsworth, które skończyły się z chorobą i śmiercią 8. księcia Devonshire w 1908 r. Daisy uznała go za najlepszy w swojej aktorskiej karierze: „Dla większego efektu, wyszłam na scenę jako ostatnia i zaśpiewałam trzy pieśni (jej występ był zatytuowany „A Contrast in Three Songs”). Pierwsza (Yum-Yum’a, „The Moon and I” czyli „Księżyc i Ja”) była z opery „Mikado”. (…) Druga była pieśnią czarnych niewolników (o tytule „What’s the Matter with the Moon Tonight”, czyli „Co stało się z księżycem dzisiejszej nocy”), którą wykonałam ubrana w ubogą suknię i obszerny blado-niebieski kapelusz filcowy, kończąc ją krótkim tańcem z czerwonym płóciennym parasolem. Na koniec odśpiewałam francuską piosenkę Bemberga „Il Neige” („Śnieg”) w nowym, ładnym ubranku saneczkowym z Książa, białej czapeczce ozdobionej kiścią ostrokrzewu, białej mufce udekorowanej jemiołą i w wysokich czerwonych butach. Otaczały mnie jodły pokryte watą, a (z góry) spadały malutkie płatki białego papieru, kreując śliczny efekt śniegu”. Warto dodać, że za kostiumy do tego występu księżna zapłaciła z własnej kieszeni, co dodatkowo wskazuje jak wielką wagę przywiązywała do prezentacji na scenie.

Księżna Daisy w trzech odsłonach piosenek wykonanych podczas pobytu z parą królewską w Chatsworth w 1907 r.

Hans był niejednokrotnie świadkiem występów żony w Anglii. Jego postawa trąciła jednak hipokryzją. Z powodów znanych tylko sobie, nie przeszkadzało mu, że Daisy zachowywała się tam dokładnie tak, jak zabraniał zachowywać się jej w Niemczech. Osobiście uwielbiał jej głos i często prosił, by w domowym zaciszu śpiewała tylko dla niego. Czasami wtórował jej gwizdaniem. Był też niesłychanie dumny, kiedy jej głosem zachwycali się jego goście, zwłaszcza cesarz niemiecki Wilhelm II. W ukłonie dla cesarza, księżna von Pless uczyła się nowych piosenek na każdy jego przyjazd do Pszczyny.
Co więcej, zawsze gotowa do śpiewania, Daisy ratowała często sytuację, gdy jakiś punkt programu dla gości nie wypalił. Tak było na przykład podczas wizyty cesarzewicza Wilhelma i jego żony Cecylii w Książu w styczniu 1910 r. kiedy nie mogły się odbyć zaplanowane tańce z powodu żałoby po nagłej śmierci dziadka Cecylii.
W gronie intymnych przyjaciół pozwalała sobie czasami zarzucić muzykę salonową na rzecz rozrywkowych piosenek dawnych niewolników amerykańskich, których wykonanie łączyła z zabawnymi krokami tańców „skirt-dances” i „cake-walks” . Nieobce jej było również filuterne kokietowanie słuchaczy, jak to zrobiła w kwietniu 1910 r. na przyjęciu u Henri Bernsteina, wczuwając się w rozluźnioną atmosferę wieczoru francuskiej bohemy na Lazurowym Wybrzeżu. Zaintonowała wtedy spontanicznie kabaretowy numer „Vous étes si jolie” (muzyka Paul Julien Delmet, słowa Léon Suès). Dla domagających się więcej gości zaśpiewała jeszcze dwie inne francuskie piosenki i jedną balladę murzyńską. Wdzięczny gospodarz podziękował jej potem słowami: „Patrzeć na Panią jest przyjemnością i ucztą dla zmysłów, lecz sama wspaniałość nie wystarcza Pani i przeto obnażasz Pani przed innymi tyle perfekcji boskości i „czaru”, że nikt nie ośmieliłby się marzyć, że piękno mogłoby być pełniejsze. A przy tym, Pani śpiew przyśpiesza bicie i tak już rozdygotanego do granic serca …”.
To jej wczuwanie się w nastroje innych ludzie i wybór wymownej w danej sytuacji pieśni było dla księżnej, osoby niezwykle uczuciowej, czymś zupełnie normalnym. W czerwcu 1898 r. odwiedziła wraz z mężem swoją rodaczkę, cesarzową Fryderykową. Widząc ją raz siedzącą samotnie na balkonie, otworzyła pianino i zaśpiewała „Home sweet Home”, przeczuwając, że cesarzowa myślała wtedy o Anglii. Instynkt jej nie zawiódł, a ujęta gestem cesarzowa stała się jej dozgonną bratnią duszą. Czasem po prostu pogoda narzucała wybór repertuaru. Pewnego deszczowego popołudnia w październiku 1905 r., księżna dała impromptu recital damom zgromadzonym w buduarze jej przyjaciółki, Fanny Sternberg. Śpiewała ponad godzinę, czując sympatię słuchaczek, z których dwie prawie się popłakały. Czy zbliżyły się wtedy do jej duszy? Sama Daisy byłaby daleka od takiej konkluzji, bo jak kiedyś stwierdziła: „Gdy jestem na scenie, zatracam się w śpiewie, stając się całkowicie sobą. Nikt nie jest w stanie domyślić się, co słowa i muzyka naprawdę dla mnie znaczą”.
Po latach sporów z Hansem, determinacja Daisy zwyciężyła i mąż wreszcie pozwolił jej w lipcu 1907 r. na lokalny koncert w Szczawnie Zdroju w celu zebrania funduszów na otwartą przez nią w czerwcu 1906 szkołę dla kalekich dzieci w Wałbrzychu. Towarzyszyli jej zawodowcy: baryton Schimmel, panna Steigermann z Lipska, panna Suttes oraz amator, hrabia Limburg-Puckler. Księżna wykonała dwa utwory niemieckie: „Still wie die Nacht” Carla Bohma i „Verborgenheit” Huga Wolfa. Dochód ze sprzedaży biletów wyniósł 1 900 marek. Niedługo potem, księżna nawiązała kontakt z kompanią gramofonową w sprawie nagrania płyty. Jak się zwierzyła na kartach swojego pamiętnika: „Zamierzają dać mi jednego szylinga za każdą sprzedaną płytę. (…) Czyż nie będzie cudowne, że co roku przyniesie to małą sumę dla szkoły?”. Zaplanowane na grudzień 1907 r. nagranie nie doszło jednak do skutku, bo niedawny pobyt w mglistym Londynie odbił się źle na jej głosie. Przełożone, nigdy się nie zmaterializowało. Wielka szkoda.
Do następnego występu publicznego Daisy doszło w Berlinie 13 lutego 1909 r. Serce jej krwawiło z powodu choroby malutkiego siostrzeńca Edwarda. Z myślami przy nim, zaśpiewała „When the Birds go North again” („Kiedy ptaki odlatują znowu na północ”) , bo była to pieśń o nadziei, którą potraktowała jako swoją modlitwę o jego zdrowie. Według św. Augustyna „kto śpiewa, dwa razy się modli”. Niestety mały Edward już wtedy nie żył, o czym Hans powiadomiony został tuż przed koncertem, ale wstrzymał się z przekazaniem żonie wiadomości do czasu jego zakończenia.

Daisy na scenie z bratem Georgem w 1912 r.

Pomimo licznych występów w Anglii, nikt z niemieckiej socjety, poza paroma bliskimi przyjaciółmi, nie wiedział o talencie muzycznym księżnej. Tym zaskoczonym i proszącym o wyjaśnienie, Daisy odpowiedziała: „Nie mogliście mnie usłyszeć wcześniej, bo jest to pierwszy raz kiedy zaśpiewałam w Berlinie. Do tej pory mówiono mi, że niemieckim damom i księżniczkom nie wypada śpiewać publicznie i mój mąż mi tego zakazywał”. Berliński koncert przyniósł 5 200 marek dochodu na cele charytatywne.
Księżna von Pless bardzo ciężko przeżyła połóg swojego trzeciego synka Bolko, który przyszedł na świat 23 września 1910 r. Bliska śmierci, dochodziła potem do siebie przez prawie dwa lata. Siłą rzeczy śpiew i publiczne występy poszły na drugi plan. Ale gdy zaczęła wracać do Anglii, wpojona w nią od dzieciństwa powinność „noblesse oblige”, połączona z nostalgią za sceną, zaowocowały kolejnym uczestnictwem w charytatywnych przedstawieniach. Zapewne największym z nich był wspólny z siostrą występ w Bournemouth i Lymington na rzecz szpitala dla kalekich dzieci. Shelagh zagrała główną rolę w jednoaktówce „Pistolety dla dwóch” („Pistols for Two”), a Daisy wyrecytowała swój monolog „The Eternal Feminine” oraz odśpiewała w duecie z Denisem Drew balladę murzyńskich niewolników z własnym akompaniamentem na gitarze. Publiczny występ dwóch księżnych naraz był tak wielką sensacją, że dziennik „Daily Mirror poświęcił mu całą frontową stronę wydania z 16 stycznia 1914 r.

Księżna Daisy w duecie z Denisem Drew na przedstawieniu w Bournemouth w 1914 r.

W przeddzień wybuchu pierwszej wojny światowej, księżna von Pless wróciła, jak się potem okazało ku swojemu nieszczęściu, do męża i synów w Niemczech. Prawie natychmiast zaangażowała się w pracę pielęgniarki w berlińskim szpitalu Tempelhof 2. Według referencji danych jej później przez przełożonego, profesora von Kuestera, Daisy „z zadowoleniem i oddaniem opiekowała się rannymi, pocieszając ich i uspokajając swoim serdecznym podejściem. Niestrudzenie podejmowała wysiłki, aby ich rozweselić i pokrzepić, a tym samym ulżyć ich cierpieniom”. Jednym ze sposobów na to było organizowanie dla nich spontanicznych wieczorków muzycznych, podczas których, otoczywszy księżną grającą na fortepianie, aktywnie włączali się w śpiewanie.

Wojenna pielęgniarka Daisy gra na pianinie i śpiewa ze swoimi pacjentami w 1915 r.

W późniejszych latach wojny, księżna pracowała w pociągach sanitarnych. W przerwach pomiędzy angażami, wpadała na Dolny Śląsk by przeprowadzać inspekcje szpitali i domu dla rekonwalescentów na terenie posiadłości von Plessów. W październiku 1915 r. przybyła w tym celu do Szczawna i przy okazji wzięła udział w koncercie dobroczynnym w pobliskich Świebodzicach. Odśpiewała na nim dwie pieśni: „Gebet während der Schlacht „ (słowa Karl Theodor Körner, muzyka Franz Schubert) i „Ave Maria” (muzyka J.S. Bach/Charles Gounod) . Był to jej ostatni występ publiczny.
Fala nieszczęść, jakie spadły na nią po zakończeniu wojny, załamałyby niejednego człowieka. Rozpadło się jej małżeństwo z Hansem, znikł dotychczasowy dobrobyt i bezpieczeństwo finansowe. Wykończony trudami wojny, organizm księżnej zaczął odmawiać posłuszeństwa. Nawiedzająca ją poprzednio tajemnicza choroba (prawdopodobnie stwardnienie rozsiane) atakowała go z różnych stron, paraliżując najpierw nogi, a potem gardło. Jej mowa została porażona i śpiewanie musiało pójść w zapomnienie. Teraz Daisy modliła się tylko w duchu…

Reklamy

Read Full Post »