Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2012

Rozwód Daisy z Hansem, którego finał miał miejsce 12 grudnia 1923 r., nie przyniósł księżnej oczekiwanego spokoju. Już wcześniej, w czasie malżeńskiej dyskusji, wiele dawnych ran zostało rozdrapanych do bólu. Zjawił się żal i rozgoryczenie z obu stron. Pretensje wrzały tym bardziej, że codzienne życie po wojnie okazało się znacznie trudniejsze, niż ktokolwiek by przypuszczał. Ani Książ, ani tym bardziej Pszczyna – teraz w granicach młodego państwa polskiego – nie przynosiły dochodów, do których książęca para była przyzwyczajona. Szalejąca wtedy w Niemczech inflacja sprawiła, że należne byłej żonie apanaże traciły z dnia na dzień na wartości. Gdy zjawiały się z opóźnieniem, co było nagminne, warte były jeszcze mniej. Bez stałego adresu i wykończona fizycznie wojną, Daisy błąkała się po licznych pensjonatach i sanatoriach, szukając kuracji i nowego celu w życiu. Ten jednak okazał się bardzo enigmatycznym, i jak sama przyznała w korespondencji do przyjaciólki, Etty Desborough, w listopadzie 1923 r., odzyskana „wolność“ bez pieniędzy  nie stała się żadnym komfortem. „Mogłabym przyjechać do [siostry] Shelagh“ – donosiła – „ale przecież trzeba by było zapłacić za przejazd, a ja jestem uwięziona w tym kraju z powodu braku pieniędzy.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy) Tak naprawdę, było jeszcze gorzej. W tym samym czasie, jej kuzynka i opiekunka, Ena FitzPatrick, słała błagające listy do Administracji w Pszczynie o fundusze, które pokryłyby koszty lecznia ksieżnej i zapobiegłyby wyrzuceniu ich z hotelu. Zdesperowana Daisy zdecydowała się na desperacki krok – zgodziła się, za wynagrodzeniem, na imienne lansowanie popularnego wtedy kosmetyku, Mercolized Wax-u. Prawdopodobnie, teść Vater przekręcił się wtedy w grobie. Reakcją Hansa nie musiała się już przejmować.

Ksieżna Daisy von Pless w reklamie kosmetyku Mercolised Wax, 1923 – 1926.

Jak i kiedy producenci tego specjału, amerykańska firma Dearborn, podeszli księżną i namówili ją do współpracy, nie wiem, ale reklama Mercolized Wax-u, uwierzytelniona cytatem Daisy zaczęła ukazywać się stopniowo na łamach popularnej prasy angielskiej od kwietnia 1923 r, by w lispodadzie tegoż roku i w kwietniu następnego przybrać rozmiary intensywnej kampanii. Jak narazie, ostatnią publikacją, w której ją zauważyłam, była edycja The Daily Mirror z dnia 27 lipca 1926 r.

Reklama zaczyna się słowami: „Księżna von Pless – jedna z najpiękniejszych kobiet – wychwala [zalety] Mercolized Wax-u dla karnacji. Mercolized Wax absorbuje stare, wyschnięte i odbarwione płatki skóry, odsłaniając świeżą, nową cerę pod spodem. Spróbuj go przez kilka nocy, a zobaczysz jak znikną Twoje zmarszczki i plamy na skórze. Sława tego niesłychanego preparatu osięgnęła światowy rozgłos. Można go nabyć w każdej aptece i w eksluzywnych sklepach. Cena 2-3/6.

Księżna von Pless wyznaje: „Szanowni Państwo, Mam niezwykłą przyjemność w napisaniu tych słów, by każda kobieta dowiedziała się o czerpaniu korzyści z Mercolized Wax-u. Tak wiele zależy od dobrego wyglądu, że bez czystej karnacji i niepomarszczonej twarzy, kobieta nie zajdzie daleko na tym świecie. Oświadczyć tu mogę, z ręką na sercu, że ludzie biorą mnie za młodszą niż jestem i, że zawdzięczam to stosowaniu cudownego Mercolized Wax-u, którego używam od 1921 r, od kiedy wróciłam do ukochanej  Anglii i przyjaciół, których kiedyś opuściłam. Każdy, kto jak ja aplikował poprzednio tłuste kremy i odżywki skórne, jest w stanie zobaczyć jak lepszym od nich jest Mercolized Wax w pielęgnacji skóry. Moja pokojówka, obecna przy pisaniu tego listu, powtarza mi, że odkąd go używam, wyglądam o wiele lat młodszą. Stosuję go każdego ranka po umyciu twarzy oraz wieczorem przed pójściem do łóżka, i moje zmarszczki stopniowo znikają. Piszę ten list, by pomóc niezamożnym kobietom, które chciałyby się dowiedzieć jak pielęgnować ich cerę i wyglądać młodziej bez kosztownych upiększających zabiegów i masaży. Ten wax mogą aplikować same i w przeciągu krótkiego czasu będą zaskoczone różnicą, jaką spowodował. Wybiela on bowiem cerę, i jest doskonały w pielęgnowaniu dłoni. Z poważaniem – Marie Therese, Księżna von Pless.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Reklama ta opatrzona została sprytnie, nie współczesną fotografią Daisy, na której być może nie wyglądałaby korzystnie,  ale jej malowanym portretem w stroju pielęgniarki z czasów niedawnej wojny. Oprócz wyidealizowanego piękna jej twarzy (i cery!!!), portret ten miał pozytywne konotacje co do jej charakteru i szlachetnych zasług.

Publikacja aprobaty (tzw. „endorsement“) produktów w odnoszących się do nich reklamach nie była niczym nowym. Zazwyczaj udzielały jej, oczywiście za zapłatą, popularne aktorki teatru i filmu. Kiedy jednak produkt osiągnął już uznanie, jego sprzedaż się stabilizowała.  Znaczyło to początek końca fascynacji, która go otaczała i niebezpieczeństwo porzucenia go na rzecz kolejnej nowości wchodzącej na rynek. Ludzie reklamy więc, musieli bez przerwy wymyślać nowe chwyty, które podtrzymałyby uwagę i zachwyt klienteli.

Jednym z nich był Stanley Resor, pracujący dla amerykańskiej agencji reklamowej, J. Walter Thompson. W latach dzwudziestych 20. wieku zaczął on wprowadzać do reklam kremu Pond’s tzw „spirit of emulation“ („ducha naśladownictwa“), wierząc że ludzie z natury „kopiują tych, których uważają za lepszych od siebie w guście, wiedzy czy doświadczeniu.“ A tymi, niekoniecznie, były wschodzące i zachodzące gwiazdki sceny lub ekranu. Znacznie większy autorytet niosły słowa dystyngowanych osobistości z wyźszych sfer społecznych.

Po pierwszych sukcesach reklam Pond’sa, w których produkt lansowały wybitne kobiety amerykańskiego establishmentu, Resor, za przykładem Mercolized Wax-u, rozpoczął w 1924 r. kampanię rekrutacji wśród europejskiej arystokracji. W jej wyniku podpisał umowę z trzema królowymi, sześcioma księżnymi i kilkoma damami. Daisy von Pless nie była jedyną zubożałą po wojnie arystokratką. W potrzebie zastrzyka finansowego znalazły się: była królowa Hiszpanii, Ena, kuzynka Alfonsa XIII, księżna Marie de Bourbon, gruzińska księżna Matchabelli, lady Diana Manners oraz księżna de Richeliu, by wymienić tylko kilka. Na liście tej jednak, prym wiodła dobra znajoma księżnej Daisy – królowa rumuńska, Maria Koburg!

 

 Księżna de Richelieu i księżna Marie de Bourbon w reklamach kremu Pond’s, 1924 -1925.

Przyjaciółki spotkały się w Lonynie w maju 1924 r. Księżna von Pless wynajęła wtedy apartment w Albert Gate Court i tam, jak doniosła kronika towarzyska The Times’a, królowa Maria odwiedziła ją na herbatkę 29 maja. Daisy była już po swoim „reklamowym debiucie“, więc obie panie niewątpliwie przedyskutowały ten epizod.

Wkrótce potem, królowa Maria skontaktowała się z producentem kremu Pond’sa, prosząc o  dostawę. Twierdziła, że kosmetyk ten bardzo polubiła podczas swojej wizyty w Stanach w 1923 r. W odpowiedzi dostała duzy zapas produktu i… hojną ofertę współpracy, którą przyjęła, stając się  – od 1925 r. – najbardziej prestiżową twarzą kremu Pond’s.

Nie jest chyba zbiegiem okoliczności, źe w swojej reklamie wykorzystała trik Daisy i, zamiast prawdziwej fotografii, użyła w niej swój wyidalizowany portret, namalowany przez słynnego Phillipa de Laszlo.

 Rumuńska królowa, Maria Koburg stała się od 1925 r. najbardziej prestiżową twarzą kremu Pond’s.

W przeciwieństwie do księżnej Daisy von Pless, której przygoda z reklamą wydaje się być jednorazową, królowa rumuńska Maria bardzo w niej zasmakowała. Pojawiała się na reklamowych stronach czasopism amerykańskich tak często, lansując tak wiele wyrobów, że straciła wiarygodność, stając się pośmieliskiem dla czytelników i ludzi z biznesu reklamowego. Zniknęła ze sceny dopiero wtedy, gdy udowodniono jej, źe w swojej zachłanności, promowała nawet produkty, których nie znała i nigdy nie używała.

Read Full Post »

Czytelnicy dzienników księżnej Daisy pamiętają zapewnie wymienianego w nich niejednokrotnie Pata FitzPatricka, czy to przy okazji wspólnych podróży, gościny w Irlandii, odwiedzin w Eaton Hall u siostry Shelagh, czy jego częstych przyjazdów na Śląsk. Kim był ten popularny w jej życiu człowiek?

Matka księżnej, Mary Adelaide Thomasina Eupatoria (zwana „Patsy“ lub „Mai“) miała jedną siostrę, Edwinę Virginię Joannę („Minnie“) i pięciu braci. Najstarszym był Frederick Thomas Edwin, potem Robert Persse („Bob“), Heremon John Francis Headford („Pat“ lub „Herry“), Hugo George Heber i Oliver Thomas Edward. Pat był przeto bliskim wujkiem Daisy, Shelagh i Georga.

Urodził się w 1860 r. W 1885 ożenił się z Mary Lindsey, która wniosła w wianie rodzinną posiadłość Hollymount w irlandzkim hrabstwie Mayo. By oddać temu cześć, Heremon dodał jej nazwisko do swojego. Mary zmarła w 1895 r. Od 1908 r. jego drugą żoną była Grace Agnew Brooke, wdowa po pułkowniku Henrym L’Estrange Malone. Oba małżeństwa były bezdzietne.

Nic więc dziwnego, że dobroduszny Pat przelał całe zasoby ojcowskiej miłości na swoich licznych bratanków i siostrzeńców. Wszystkie dzieci w rodzinie uwielbiały jego wizyty i nie mogły doczekać się wyjazdu na wakacje do Hollymount. Miały tam pełno swobody, ale też dużo się uczyły, bo wuj Pat wprowadzał je w tajniki jazdy konnej, zdradzał sekrety polowań, pokazywał jak posługiwać się bronią, ćwiczył ich dyscyplinę i maniery. Wszystkim wpoił respekt dla natury i miłość do zwierząt. Będąc hodowcą koni, znał się na nich bardzo dobrze i był świetnym jeźdzcem. Doradzał im na ich temat nawet wtedy gdy byli już dorosłymi.

Pat FitzPatrick w otoczeniu swoich czworonożnych przyjaciół w Hollymount

W miarę dojrzewania, ich uwielbienie przeradzało się w głęboki szacunek, a potem w dozgonną przyjaźń. Jak stwierdził po latach jeden z nich: „Dla mnie i pozostałych z mojej generacji, był on nie tylko super wujem, ale i doskonałym towarzyszem, jak również – co miało dla nas młodych szczególne znaczenie – człowiekiem wielkiej mądrości i zrozumienia. (…) Pamięć o nim przywołuje zawsze szczęśliwe chwile radości i uciechy.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Humor Pata był legendarny. Matka, lady Olivia, i siostra Minnie padały często ofiarami jego niedorzecznych zmyślań, ale dla obydwu był do końca życia ulubionym synem i bratem. Lady Olivia zwykła nawet mówić, że śmiech, którym kończyły się jego nabierania „utrzymuje ją młodą na duchu.“

Uwielbiał też tzw „praktyczne żarty“ („practical jokes“). Nigdy nie pozwolił sobie w nich na wulgarność i bolesną złośliwość. Nigdy nie posunął się w nich za daleko. Ich „scenariusze“ pokazują, poza olbrzymim poczuciem humoru, jego głęboki humanizm i inteligencję.

Moim ulubionym jest ten o orderach: Pewnego razu w Fürstenstein wydano obiad na cześć dostojnego gościa, wielkiej księżnej Hesse. Gościom nakazano przyjść w przyznanych im za życia medalach. Pat FitzPatrick nie posiadał żadnego, więc przypiął sobie wszystkie swoje odznaczenia ze zwycięskich wyścigów konnych. Siedząca przy nim wielka księżna zwróciła uwagę na jeden – znaczek wyścigu Leopardstown. Zapytany o niego, Pat bez zmróżenia oka wyjaśnił, że jest to Order Lamparta, który przysługuje tylko bezpośrednim potomkom dawnego króla Irlandii. Powiedział jej, że, jak wszyscy FitzPatrickowie, on także zrzekł się wszelkich roszczeń do tronu, po czym opisał z detalami starodawną irlandzką ceremonię koronacji. Wielką księżną bardzo to zainteresowało. Pod koniec wieczoru, kiedy Daisy wydała Pata, wszyscy dobrze się tym ubawili i z „należnymi honorami“ pożegnali irlandzkiego pretendenta.

Wielki książe rosyjski Michał Michajłowicz i jego córka, księżniczka Zia Torby, którym Pat zgotował specjalne przywitanie w Książu w 1905 r.

Kuzyn księżnej von Pless, general major Geoffrey Brooke (1884-1966), zostawił po sobie ujmujące wspomnienia, które w dużej mierze opowiadają o ich ukochanym wujku . Jako kolejny przykład przemyślnego humoru Pata, ponownie związanego z Książem, pozwolę sobie zacytować w całości anegdotę, którą przytacza:

„Po ślubie Daisy Cornwallis West z Hansem Pless, Pat był częstym gościem w ich zamku Książ na Śląsku, gdzie żyli w iście królewskim stylu. Choć zawsze mile widziany, był on tam przysłowiową solą w oku Hansa, który nigdy nie wiedział co i kiedy Pat (zazwyczaj podżegnywany i wspomagany przez Daisy) wymyśli i zrobi.

Pompa i ceremonia, bez których Hans nie mógł się obejść, dominowały w Książu i, z tego właśnie powodu, gospodarz stał się obiektem licznych żartów. Hans więc siedział zawsze jak na szpilkach, obawiając się kolejnego epizodu, który zatrzęsie fundamentami jego, tak mocno osadzonego, porządku. (…)

Siłą rzeczy, panująca tam atmosfera dyscypliny podsuwała Patowi (i jego częstemu „pomocnikowi“, księciu Francisowi Teck) pomysły wyrachowanych wyczynów, które zbiłyby z tropu nieszczęsnego pana domu. Na jedną z pamiętnych okazji, przybyli [na Śląsk] wielki książę Michał i [jego córka] księżniczka Zia Torby. Ze stacji przywiozła ich czterokonna karoca z forysiami i eskortą. Kiedy zatrzymała się przed zamkiem, pół minuty po tym jak Hans wyszedł by stosownie powitać gości, rozległy się przygłuszające i waśniące ze sobą dźwięki wydawane przez dwóch trębaczy w zbrojach, usytuowanych na balkonie nad wejściem. Gdyby muzyka, którą wygrywali była zharmonizowana, ten element starodawnego powitania mógł zrobić imponujące wrażenie. (…) W tym wypadku jednak, rycerzami w pancerzach na balkonie byli książę Francis i Pat. Stojący poniżej na schodach Hans i jego goście, ogłuszeni tym bezbożnym hałasem, nie byli w stanie zobaczyć skąd dochodzi ów ryk, ale i tak nie poznaliby sprytnych spiskowców.

Oczywiście, pracowicie dobrane słowa adresu Hansa utopiły się całkowicie w huku „melodii“, przed której piekielnymi dźwiękami wszyscy uciekli do holu. Widok stojącej tam, uprzejmnie uśmiechającej się Daisy uspokoił nieco zdenerwowanego męża. Kamerdyner odebrał księciu Michałowi kapelusz i wszystko wydawało się wracać do ładu, gdy nagle Hans spojrzał na schody i … oniemiał. Nie wierzył własnym oczom: ustawieni tam w rzędy lokaje, stali wyprostowani na baczność, ale … każdy z nich miał twarz pomalowaną na CZARNO! Biedak o mało nie dostał apopleksji.

Lokaje zamku Książ, których księżna Daisy i jej wuj Pat wciągnęli w swój żart

Od razu domyślił się, że to złe duchy wuja Pata i księcia Francisa zrodziły tą nieprawość, frustrującą podstawowe zasady przyzwoitości i tradycji, ale wiedział również, że jego własna żona nie była bez winy.

Każdy inny, z łatwością i czarem, obróciłby to w żart, ale nie Hans, który długo przychodził do siebie. W końcu zawsze odzyskiwał humor i, po mniej więcej tygodniu, zaczynał się z tego śmiać – początkowo szelmowskim uśmiechem kota Cheshire [postaci z „Alicji w Krainie Czarów“], który stopniowo przechodził w konspiracyjny chichot.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Opisane powyżej wydarzenie miało miejsce w 1905 r. Pat odwiedził później Książ przynajmniej dwukrotnie. Potem widział jeszcze Daisy w nowym domu Shelagh, Ettington Park, w październiku 1913 r i na południu Francji zimą 1914 r.

W czasie wojny wujek Pat znalazł się we Francji, gdzie jego żona Grace pracowała w szpitalu prowadzonym przez Konstancję (Shelagh) księżną Westminsteru w Le Touquet. Choć oficjalnie nie zatrudniony, włączył się w przewóz wyleczonych żołnierzy z powrotem na front. Robił to na własny koszt i swoim prywatnym samochodem, ubrany w mundur wicegubernatora hrabstwa Mayo. Biurokraci wojskowi jednak, uznali to za niedopuszczalną nieregularność i Pat musiał wrócić do Irlandii.

Natężające się nastroje rewolucyjne spowodowały, że zdecydował zamknąć Hollymount i przenieść się do spokojniejszej cześci Irlandii, hrabstwa Meath, gdzie Grace miała dom w Killarkin. Ale i tam po pewnym czasie zaczęło być niespokojnie. Ich rezydencja została zaatakowana i ograbiona. Choć jej nie opuścili, zaczęli coraz częściej i na dłuźej przyjeżdżać do rodziny do Anglii.

Pat FitzPatrick zmarł na atak serca w  Dublinie 1 lipca 1929 r.

Read Full Post »

Po rozstaniu się ze Stellą Patrick Campbell w 1919 r., życie Georga może spowolniło, ale nabrało niezależności i, swojego rodzaju, determinacji. Zarażony bakcylem teatru po występach ze Stellą w Ameryce, George postanowił rozpocząć nową karierę. Tak naprawdę, nie miał innego wyjścia. Jako bankrut, musiał znaleźć nowe środki utrzymania.

Swoją pierwszą sztukę teatralną, „The Mousetrap“, napisał parę lat temu, ale G.B. Shaw bardzo ją skrytykował, więc poszła w zapomnienie. Kolejna, „Pro Patria“, o temacie szpiegowskim, została wystawiona w 1917 r., a teatr Lyceum zamienił ją nawet później na popularną operę.

Teraz rozpoczął pracę nad nową, którą zatytuował „Some Do and Some Don’t“. Czerpiąc z własnego doświadczenia, przedstawił w niej nieszczęśliwe małżeństwo ze słynną artystką, której nieobliczalny temperament, służący jej tak dobrze na scenie, doprowadza związek do upadku. Nigdy nie wystawiona, zniknęła na zawsze w szufladzie.

W międzyczasie, spłaceni wierzyciele przestali go nękać i George, nareszcie, rozpocząć mógł nową, stabilną egzystencję w oparciu o niewielki majątek, jaki mu pozostał. Kupił własny dom na 8 Sterling Street, który wygodnie urządził, ozdabiając go rodzinnymi pamiątkami i małymi skarbami z Ruthin i Newlands. Na życie zarabiał artykułami dla The Daily Telegraph o swoim słynnym przodku, admirale Cornwallis, opartymi na autentycznych dokumentach i listach. Znalazł je na strychu Newlands, gdy przygotowywał tą rezydencję do sprzedaży. Ich popularność zadecydowała o napisaniu pełnej biografii admirała, która została bardzo pozytywnie przyjęta. Zbudowany jej sukcesem, opublikował wkrótce swoje własne wspomnienia, tytułując je „Edwardian Hey-Days“. Pozbawiony plotek i sensacji, tom ten do dnia dzisiejszego jest wielce cenionym przez historyków źródłem informacji o minionej epoce. „Edwardians Go Fishing“, w którym z detalami opisał każdy aspect swojego ulubionego hobby, był kolejnym, choć specyficznym, dziełem rejestrującym czasy edwardiańskie. Do tej samej kategorii, aczkolwiek o lźejszej formie, zaliczyć można ostatnią jego pracę, „Us Dogs“, w której poprzez narrację swojego labradora Sambo, opowiada o psich uczuciach wobec ich właścicieli.

Po fiasku sztuk teatralnych, George postanowił pisać scenariusze filmowe. Skończyło się na jednym, który wprawdzie nie trafił na ekran, ale został wydany jako książka pod tytułem „Dwie Żony“. Zadedykowana siostrom, ta wielce sentymentalna powieść była na tyle popularna, że doczekała się wydania amerykańskiego w 1930 r. Na pewno podobała się Daisy, która napisała do brata: „Oh, Buzzie [przezwisko Georga] kochany, właśnie skończyłam twoją zachwycającą książkę. (…) Jest czarująca i pełna prawdy. Jak bardzo bym chciała, żebyś mógł poślubić taką żonę jak Toinette [jedna z bohaterek], młodą kobietę, którą nauczyłbyś życia i miłości, i z którą miałbyś drogie, małe dzieci (…).“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Ale George, wciąż związany – choć tylko na papierze – ze Stellą Patrick Campbell, nie mógł kontemplować żadnych planów matrymonialnych. Jego druga żona z nienawiścią i uporem odmawiała  rozwodu. Dopiero jej śmierć 9 kwietnia 1940 r. rozwiązała mu ręce.

Georgette Hirsch (1878 – 1972), portret Sargenta z 1905 r.

Tym razem 64-letni George wybrał, czy to z miłości, czy z rozsądku 58-letnią panią Georgettę Hirsch. Trącąc déjà vu prasowa zapowiedź ich ślubu zbiegła się w czasie z anonsami w gazetach o nabożeństwie żałobnym ku pamięci jego poprzedniej partnerki.

Georgette Hirsch była bardzo bogatą wdową po Adolphie Hirsch – maklerze giełdowym z własną firmą w londyńskim City. Jej mąż pochodził z dystyngowanej źydowskiej rodziny heskiej, a ona sama wywodziła się ze słynnego żydowskiego rodu Seligmanów. Jej kuzyni, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, na tyle zdominowali tamtejsze banki, że zasłużyli sobie na przydomek „amerykańskich Rothschildów“.

Adolph i Georgette pobrali się w 1897 r. Mieli dwie córki: Gladys Minnę i Evelyn Nellie. Pierwsza poślubiła w 1919 r. majora Coldstream Gwardii, Richarda Pinto, druga w 1920 r. bankiera, Ralpha Raphaela. Córka Pintów, Ann Catherine, wyszła później za mąż za Simona Marksa, prezesa i współdyrektora Marksa i Spencera.

Adolph Hirsch zmarł 9 lipca 1922 r. W swoim życiu dorobił się olbrzymiej fortuny na kopalniach złota w Południowej Afryce i kopalniach węgla w Anglii. W testamencie zapisał żonie wszystko – biżuterię, kolekcję win, sklepy, majątek osobisty, używalność każdej rezydencji i mebli, jak również majątku powierniczego do końca jej źycia. Ogółem jego cały majątek wyceniono na 354 000 funtów (około 1 miliarda funtów dzisiaj).

Nie wiem, gdzie i jak George poznał panią Hirsch. Jego sekretarka, a potem biografka, Eileen Quelch wspomina tylko, że znali się na dobrych parę lat przed ślubem.

Hirschowie byli kolekcjonerami sztuki i Adolph niejednokrotnie pożyczał okazy ze swoich zbiorów na krajowe i światowe wystawy. Być może zakupili jakieś obrazy ze spuścizny po pułkowniku Williamie Cornwallis-West, które George wystawił na dwóch aukcjach po śmierci ojca? A może znali się z londyńskiej sceny teatralnej? Zarówno Adolph, jak i Georgette Hirsch byli, od 1904 r, członkami Towarzystwa Sceny (Stage Society), do której należała również pierwsza żona Georga, Jennie Churchill, i której przewodził jego przyjaciel, G.B. Shaw.

Georgette Hirsch w 1940 r. Ogłoszenie o ślubie z Georgem zamieszczone w Daily Express 12 kwietnia 1940 r.

Ich ślub odbył się w poniedziałek rano, 15 kwietnia 1940 r. w Caxton Hall, słynnym urzędzie stanu cywilnego w londyńskiej dzielnicy Westminster, w którym wiele celebrowanych par złożyło małżeńską przysięgę. Zamieszkali w domu Georgette pod numerem 22 na Hill Street, w okolicy Berkeley Square na Knightsbridge. Dom Georga na Sterling Street został sprzedany, osobiste archiwum przeniesione do magazynu, a wierny lokaj i kucharka wysłani na emeryturę.

Jak wspomina Eileen Quelch, George, pomimo swojego wieku, wciąż zwracał swoją osobą uwagę londyńskich przechodniów, którzy często się za nim oglądali, podziwiając jego „doskonałą, wysoką na 1.95 m, posturę, oblicze, z którego biło szlacheckie pochodzenie, świeżość karnacji i niebieskich oczu. [Był] przystojny, dumny i ujmujący…“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Nawet jako sześćdziesięcio-paroletni mężczyzna, George wciąż zwracał uwagę swoją urodą, elegancją i posturą.

Ale, pomimo nabytego przez małżeństwo bogactwa i wygód, życie Georga zaczęło trącić monotonią. Przestał pisać. Gdy dowiedział się o aresztowaniu swojego siostrzeńca Hansela, który osadzony został w więzieniu jako „wróg narodu“ pod regulacją 18B prawa obrony z 1939 r., skierował wszystkie swoje środki i znajomości w celu obalenia postawionych mu zarzutów. Doprowadził do jego ewentualnego zwolnienia, przeprosin i odszkodowania ze strony wicehrabiego Castereagh, który zainicjował  plotkę o szpiegostwie Hansela na rzecz Niemiec.

Bombardowanie Londynu sprawiło, że przeniósł sie z żoną do eleganckiego hotelu Normandie w Bournemouth. Ale nawet tam nie był szczęśliwy, czując się publicznie niepotrzebnym i osobiście uziemnionym z powodu braku przydziału na paliwo dla  eskapad na ukochaną prowincję. Przyjaciel, generał Alexander, starał się pomóc i załatwił mu kupon na benzynę, by mógł wyjeżdżać na prelekcje do oddziałów wojskowych i, prywatnie, na wędkarskie wypady nad rzekę Avon. Czasami zjawiał się równieź w stolicy, ale przeważnie w smutnych okolicznościach, takich jak choroba oddanego mu służącego lub nabożeństwo żałobne na cześć jego siostry, ksieżnej Daisy von Pless.

Bournemouth w latach 40-tych 20. wieku, gdzie George i Georgette spędzili większość lat 2. wojny światowej

Po wojnie, wynajął apartment w Wellington Court w Londynie, ponieważ dom Georgetty na Hill Street zburzyła bomba. Wciąż szukając nowego miejsca, wracali z żoną do Bournemouth, zatrzymując się, od 1948 r., w eksluzywnym Toft House Hotel. Ale zdrowie Georga, który nigdy nie był dobrej kondycji, zaczęło się gwałtownie pogarszać. Ból, który go nachodził, musiał być czasami uśmierzany zastrzykami morfiny. Na dodatek, zaczęła go męczyć bezsenność i depresja spowodowana pogłębiającą się głuchotą. Nie chcąc się poddać, zdecydował się na ostatnią przygodę – podróż dookoła Afryki! Po dwóch tygodniach musiał ją przerwać. I choć wrócił do Anglii w wielkim stylu, przelatując samolotem 6 800 mil, wiedział, że życie zacznie być pasmem niekontrolowanego upadku. Stał się ofiarą choroby Parkinsona. Nie wiadomo czy był to jego ostatni gorzki żart, czy tylko przypadek, ale zastrzelił się nie innego dnia, ale 1 kwietnia 1951 r.

Nabożeństwo żałobne ku jego pamięci miało miejsce 17 kwietnia 1951 r. w Królewskiej Kaplicy Wojskowej na terenie Wellington Barracks. Mszę odprawił krewny, pastor Richard FitzPatrick. Rodzinę Cornwallis-West reprezentowała siostra Shelagh i jej mąż, J.F. Lewis. Co złe w przeszłości, zostało zapomniane. Winston Churchill musiał na tyle lubić Georga, że na jego pogrzeb posłał jako swojego przedstawiciela syna, majora Randolpha Churchilla.

Georgette Cornwallis-West zmarła w wieku 94 lat, 21 listopada 1972 r.

Pisząc powyższy blog, zastanawiałam się cały czas jaki wpływ mogło mieć ostatnie malżeństwo Georga na losy Daisy w faszystowskich Niemczech. Ówczesne władze nazistowskie musiały wiedzieć o jego nowym związku. Na pewno nie były sympatycznie nastawione do faktu, że brat księźnej von Pless poślubił zamoźną kobietę pochodzenia żydowskiego z koneksjami z amerykańskimi bankierami. Nieprzyjazne traktowanie Daisy, spowodowane zadeklarowaną anglofilią Hansela i przynależnością Lexela do polskich sił zbrojnych, musiało się po tym fakcie bardzo negatywnie pogłębić. Wrogość Berlina i piętrzące się wtedy obstrukcje w wypłacaniu księżnej należnych jej apanaży nabierają nagle nowego wymiaru…

Read Full Post »