Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘żart’

Wielki książę rosyjski Michał Michajłowicz Romanow (1861 – 1929) i jego morganatyczna żona, Zofia hrabina Torby (1868 – 1927) byli dobrymi i oddanymi przyjaciółmi księżnej Daisy von Pless do końca swojego życia. Trudno ustalić dokładnie gdzie i kiedy się poznali. Po ślubie z Zofią w lutym 1891 r., którego jego rodzice – wielki książę Michał Mikołajewicz i księżna badeńska Cecylia Augusta – nie zaaprobowali, Michał otrzymał zakaz wjazdu do Rosji. Młodzi małżonkowie mieszkali początkowo w Wiesbaden w niemieckim księstwie Nassau, rządzonym przez ojca Zofii, księcia Mikołaja Wilhelma. Jej matką była Natalia Aleksandrowna Puszkin, córka wielkiego poety rosyjskiego Aleksandra Puszkina. W Niemczech przebywała również siostra Michała, Anastazja, która wyszła za mąż za Fryderyka Franciszka III, wielkiego księcia Makelmburgii i Schwerinu, którego Plessowie gościli w Pszczynie w 1896 r.

W 1899 r., Michał i Zofia przenieśli się na stałe do swojej wytwornej willi Kazbek w Cannes. Księstwo von Pless zaczęło regularnie odwiedzać Francuską Riwierę od 1897 r. W międzyczasie obie pary wpadały często do Londynu. Okazji do spotkań było więc wiele. keele-hall-gd-michael

Keele Hall, angielska rezydencja wielkiego księcia Michała w hrabstwie Staffordshire, wynajmowana przez niego w latach 1900 – 1910.

W 1900 r., wielki książę Michał zdecydował się wynająć dom w Anglii, w którym rodzina mogłaby wygodnie mieszkać przez kilka miesięcy w roku i gdzie on z Zofią byliby w stanie zaistnieć w angielskiej socjecie już nie tylko jako goście, ale także gospodarze rewanżujący się zaproszeniami do własnej rezydencji na prowincji. Jego wybór padł na pałac Keele Hall w hrabstwie Staffordshire, który wydzierżawił na 10 lat od pułkownika Ralpha Sneyda. Nie bardzo wiadomo, czym kierował się w tej decyzji, skoro, choć wygodny, Keele Hall znajdował się w bliskim sąsiedztwie zagłębia węglowego. Jak wspomina baronowa von Stoeckl, której mąż Sasza był od 1898 r. koniuszym księcia, drzewa w ogrodzie oprószone były zawsze pyłem i dotknięcie jakiegokolwiek liścia pozostawiało na rękach ciemne smugi. Zanieczyszczony czy nie, Keele Hall okazał się dla rodziny szczęśliwym domem, a dla księcia miejscem, gdzie – zaakceptowany przez miejscową ludność i władze – czuł się spełnionym i użytecznym lokalnie gentlemanem. 4459-0

Wielki książę Michał z żoną i dziećmi w Keele Hall, ich domu na prowincji angielskiej. Foto: Borough Museum and Art Gallery, Newcastle-under-Lyme

Wkrótce po otwarciu wrót swojej angielskiej rezydencji, książę Michał zaprosił na długi weekend króla Edwarda VII. Datę tej – pierwszej od wstąpienia na tron – wizyty nowego króla ustalono na dnie od 12 do 15 lipca 1901 r. Król z własnymi gośćmi, wśród których znajdowała się jego przyjaciółka, pani Keppel, przybył specjalnym pociągiem na stację Whitmore, gdzie czekały na nich trzy zaprzęgi konne; jednym z nich powoził sam książę Michał. Warto tu nadmienić, że to właśnie Michał i Zofia przedstawili królowi panią Keppel podczas wakacji w Cannes, rozpoczynając tym niechcący jego ostatni romans.

Ze swojej strony, książę sprowadził do Keele Hall jedynych swoich, jak do tej pory, bliskich przyjaciół angielskich w postaci ksieżnej Daisy von Pless i członków jej rodziny: ojca, pułkownika Williama Cornwallis-Westa, jego żonę Patsy oraz córkę Shelagh, świeżo upieczoną księżnę Westminsteru. Wszyscy byli dobrymi znajomymi Edwarda, co sprawiło, że jego pobyt przeszedł w ciepłej, przyjaznej atmosferze. Jak bardzo król był wtedy zrelaksowany, świadczy zamieszczona poniżej fotografia, pokazująca go na herbatce z domownikami i Cornwallis-Westami. Siedząca na honorowym miejscu Daisy miała, oczywiście, za zadanie zabawiać i zajmować monarchę interesującą konwersacją. Znając ją, możemy przypuszczać, że w pełni jej się to udało. Daisy_Keel_Hall

Herbatka z królem w Keele Hall w lipcu 1901 r., siedzą (z lewej do prawej): księżna daisy von Pless, król Edward VII, lord Hugh Grosvenor, hrabina Zofia Torby, pani Cornwallis-West („Patsy”), księżna Konstancja („Shelagh”) Westminster, baronowa Agnes de Stoeckl; stoją (z lewej do prawe): wielki książę Michał, pułkownik William („Poppets”) Cornwallis-West, pani Keppel, lord Elphinston, Sir Sidney Greville, baron Aleksander („Sasza”) de Stoeckl.

W ciągu dnia król grał w krokieta i golfa, zabierany był przez Michała na przejażdżki i kiedy tylko miał okazję, gawędził po niemiecku ze służbą, która w całości pochodziła z Meklemburgii.

Atrakcją jednego z wieczorów było obejrzenie słynnej kolekcji tabakierek ze zbiorów właściciela Keele Hall, Ralpha Sneyda. Przysłał on w tym celu własnego kamerdynera, który otworzył sejf i ułożywszy te cenne przedmioty na tacach, zaniósł je do salonu. Tego rodzaju prezentacja zaowocowała żartem Edwarda skierowanym do obecnych dam: „Zapraszam panie do poczęstunku!” Kamerdyner wziął go na serio i, przestraszony, wybiegł z pokoju, by powiadomić telegramem swojego pracodawcę o poleceniu króla.

Wizyta Edwarda VII w Keele Hall musiała być udana, skoro na jej zakończenie wręczył księciu Michałowi i jego koniuszemu, byłemu dyplomacie, baronowi Aleksandrowi („Saszy”) de Stoeckl królewski Order Wiktorii za zasługi dla monarchii brytyjskiej.

Read Full Post »

Czytelnicy dzienników księżnej Daisy pamiętają zapewnie wymienianego w nich niejednokrotnie Pata FitzPatricka, czy to przy okazji wspólnych podróży, gościny w Irlandii, odwiedzin w Eaton Hall u siostry Shelagh, czy jego częstych przyjazdów na Śląsk. Kim był ten popularny w jej życiu człowiek?

Matka księżnej, Mary Adelaide Thomasina Eupatoria (zwana „Patsy“ lub „Mai“) miała jedną siostrę, Edwinę Virginię Joannę („Minnie“) i pięciu braci. Najstarszym był Frederick Thomas Edwin, potem Robert Persse („Bob“), Heremon John Francis Headford („Pat“ lub „Herry“), Hugo George Heber i Oliver Thomas Edward. Pat był przeto bliskim wujkiem Daisy, Shelagh i Georga.

Urodził się w 1860 r. W 1885 ożenił się z Mary Lindsey, która wniosła w wianie rodzinną posiadłość Hollymount w irlandzkim hrabstwie Mayo. By oddać temu cześć, Heremon dodał jej nazwisko do swojego. Mary zmarła w 1895 r. Od 1908 r. jego drugą żoną była Grace Agnew Brooke, wdowa po pułkowniku Henrym L’Estrange Malone. Oba małżeństwa były bezdzietne.

Nic więc dziwnego, że dobroduszny Pat przelał całe zasoby ojcowskiej miłości na swoich licznych bratanków i siostrzeńców. Wszystkie dzieci w rodzinie uwielbiały jego wizyty i nie mogły doczekać się wyjazdu na wakacje do Hollymount. Miały tam pełno swobody, ale też dużo się uczyły, bo wuj Pat wprowadzał je w tajniki jazdy konnej, zdradzał sekrety polowań, pokazywał jak posługiwać się bronią, ćwiczył ich dyscyplinę i maniery. Wszystkim wpoił respekt dla natury i miłość do zwierząt. Będąc hodowcą koni, znał się na nich bardzo dobrze i był świetnym jeźdzcem. Doradzał im na ich temat nawet wtedy gdy byli już dorosłymi.

Pat FitzPatrick w otoczeniu swoich czworonożnych przyjaciół w Hollymount

W miarę dojrzewania, ich uwielbienie przeradzało się w głęboki szacunek, a potem w dozgonną przyjaźń. Jak stwierdził po latach jeden z nich: „Dla mnie i pozostałych z mojej generacji, był on nie tylko super wujem, ale i doskonałym towarzyszem, jak również – co miało dla nas młodych szczególne znaczenie – człowiekiem wielkiej mądrości i zrozumienia. (…) Pamięć o nim przywołuje zawsze szczęśliwe chwile radości i uciechy.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Humor Pata był legendarny. Matka, lady Olivia, i siostra Minnie padały często ofiarami jego niedorzecznych zmyślań, ale dla obydwu był do końca życia ulubionym synem i bratem. Lady Olivia zwykła nawet mówić, że śmiech, którym kończyły się jego nabierania „utrzymuje ją młodą na duchu.“

Uwielbiał też tzw „praktyczne żarty“ („practical jokes“). Nigdy nie pozwolił sobie w nich na wulgarność i bolesną złośliwość. Nigdy nie posunął się w nich za daleko. Ich „scenariusze“ pokazują, poza olbrzymim poczuciem humoru, jego głęboki humanizm i inteligencję.

Moim ulubionym jest ten o orderach: Pewnego razu w Fürstenstein wydano obiad na cześć dostojnego gościa, wielkiej księżnej Hesse. Gościom nakazano przyjść w przyznanych im za życia medalach. Pat FitzPatrick nie posiadał żadnego, więc przypiął sobie wszystkie swoje odznaczenia ze zwycięskich wyścigów konnych. Siedząca przy nim wielka księżna zwróciła uwagę na jeden – znaczek wyścigu Leopardstown. Zapytany o niego, Pat bez zmróżenia oka wyjaśnił, że jest to Order Lamparta, który przysługuje tylko bezpośrednim potomkom dawnego króla Irlandii. Powiedział jej, że, jak wszyscy FitzPatrickowie, on także zrzekł się wszelkich roszczeń do tronu, po czym opisał z detalami starodawną irlandzką ceremonię koronacji. Wielką księżną bardzo to zainteresowało. Pod koniec wieczoru, kiedy Daisy wydała Pata, wszyscy dobrze się tym ubawili i z „należnymi honorami“ pożegnali irlandzkiego pretendenta.

Wielki książe rosyjski Michał Michajłowicz i jego córka, księżniczka Zia Torby, którym Pat zgotował specjalne przywitanie w Książu w 1905 r.

Kuzyn księżnej von Pless, general major Geoffrey Brooke (1884-1966), zostawił po sobie ujmujące wspomnienia, które w dużej mierze opowiadają o ich ukochanym wujku . Jako kolejny przykład przemyślnego humoru Pata, ponownie związanego z Książem, pozwolę sobie zacytować w całości anegdotę, którą przytacza:

„Po ślubie Daisy Cornwallis West z Hansem Pless, Pat był częstym gościem w ich zamku Książ na Śląsku, gdzie żyli w iście królewskim stylu. Choć zawsze mile widziany, był on tam przysłowiową solą w oku Hansa, który nigdy nie wiedział co i kiedy Pat (zazwyczaj podżegnywany i wspomagany przez Daisy) wymyśli i zrobi.

Pompa i ceremonia, bez których Hans nie mógł się obejść, dominowały w Książu i, z tego właśnie powodu, gospodarz stał się obiektem licznych żartów. Hans więc siedział zawsze jak na szpilkach, obawiając się kolejnego epizodu, który zatrzęsie fundamentami jego, tak mocno osadzonego, porządku. (…)

Siłą rzeczy, panująca tam atmosfera dyscypliny podsuwała Patowi (i jego częstemu „pomocnikowi“, księciu Francisowi Teck) pomysły wyrachowanych wyczynów, które zbiłyby z tropu nieszczęsnego pana domu. Na jedną z pamiętnych okazji, przybyli [na Śląsk] wielki książę Michał i [jego córka] księżniczka Zia Torby. Ze stacji przywiozła ich czterokonna karoca z forysiami i eskortą. Kiedy zatrzymała się przed zamkiem, pół minuty po tym jak Hans wyszedł by stosownie powitać gości, rozległy się przygłuszające i waśniące ze sobą dźwięki wydawane przez dwóch trębaczy w zbrojach, usytuowanych na balkonie nad wejściem. Gdyby muzyka, którą wygrywali była zharmonizowana, ten element starodawnego powitania mógł zrobić imponujące wrażenie. (…) W tym wypadku jednak, rycerzami w pancerzach na balkonie byli książę Francis i Pat. Stojący poniżej na schodach Hans i jego goście, ogłuszeni tym bezbożnym hałasem, nie byli w stanie zobaczyć skąd dochodzi ów ryk, ale i tak nie poznaliby sprytnych spiskowców.

Oczywiście, pracowicie dobrane słowa adresu Hansa utopiły się całkowicie w huku „melodii“, przed której piekielnymi dźwiękami wszyscy uciekli do holu. Widok stojącej tam, uprzejmnie uśmiechającej się Daisy uspokoił nieco zdenerwowanego męża. Kamerdyner odebrał księciu Michałowi kapelusz i wszystko wydawało się wracać do ładu, gdy nagle Hans spojrzał na schody i … oniemiał. Nie wierzył własnym oczom: ustawieni tam w rzędy lokaje, stali wyprostowani na baczność, ale … każdy z nich miał twarz pomalowaną na CZARNO! Biedak o mało nie dostał apopleksji.

Lokaje zamku Książ, których księżna Daisy i jej wuj Pat wciągnęli w swój żart

Od razu domyślił się, że to złe duchy wuja Pata i księcia Francisa zrodziły tą nieprawość, frustrującą podstawowe zasady przyzwoitości i tradycji, ale wiedział również, że jego własna żona nie była bez winy.

Każdy inny, z łatwością i czarem, obróciłby to w żart, ale nie Hans, który długo przychodził do siebie. W końcu zawsze odzyskiwał humor i, po mniej więcej tygodniu, zaczynał się z tego śmiać – początkowo szelmowskim uśmiechem kota Cheshire [postaci z „Alicji w Krainie Czarów“], który stopniowo przechodził w konspiracyjny chichot.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Opisane powyżej wydarzenie miało miejsce w 1905 r. Pat odwiedził później Książ przynajmniej dwukrotnie. Potem widział jeszcze Daisy w nowym domu Shelagh, Ettington Park, w październiku 1913 r i na południu Francji zimą 1914 r.

W czasie wojny wujek Pat znalazł się we Francji, gdzie jego żona Grace pracowała w szpitalu prowadzonym przez Konstancję (Shelagh) księżną Westminsteru w Le Touquet. Choć oficjalnie nie zatrudniony, włączył się w przewóz wyleczonych żołnierzy z powrotem na front. Robił to na własny koszt i swoim prywatnym samochodem, ubrany w mundur wicegubernatora hrabstwa Mayo. Biurokraci wojskowi jednak, uznali to za niedopuszczalną nieregularność i Pat musiał wrócić do Irlandii.

Natężające się nastroje rewolucyjne spowodowały, że zdecydował zamknąć Hollymount i przenieść się do spokojniejszej cześci Irlandii, hrabstwa Meath, gdzie Grace miała dom w Killarkin. Ale i tam po pewnym czasie zaczęło być niespokojnie. Ich rezydencja została zaatakowana i ograbiona. Choć jej nie opuścili, zaczęli coraz częściej i na dłuźej przyjeżdżać do rodziny do Anglii.

Pat FitzPatrick zmarł na atak serca w  Dublinie 1 lipca 1929 r.

Read Full Post »

Dla badaczy przeszłości, epok wiktoriańskiej i edwardiańskiej, ówczesny zwyczaj prowadzenia pamiętników jest wręcz darem niebios. Bez dzienników tamtych ludzi nasza wiedza o czasach, w których żyli byłaby ograniczona, niekompletna i pozbawiona detali. I choć czytając je pamiętać musimy, że nie do końca są obiektywnym źródłem informacji, oddać im należy pokłon za kolor i tonację w jakiej spoglądamy na te lata.

Nasza wiedza o księżnej Daisy von Pless pochodzi głównie z jej pamiętników, ale byli też inni, którzy nie zapomnieli o niej w swoich zapiskach. Ich wspomnienia niejednokrotnie rzucają nowe światło na jej życie i charakter, zmuszając nas do zrewidowania przyjętej opinii. Przykładem niech będzie książka opublikowana w 1922 r. przez jej rówieśniczkę, lady Susan Townley.

Lady Susan Townley (1868 – 1953) spotkała i zaprzyjaźniła się z księżną Daisy von Pless w Berlinie. Rysunek ołówkiem wykonany przez księżną Rutland

Lady Susan była córką Williama Keppel, 7. hrabiego Albemarle. W 1896 r. wyszła za mąż za Sir Waltera Beaupré Townley’a, dyplomatę, którego długa kariera zaczęła się w 1886 r. Lady Townley przebywała razem z mężem na placówkach w Lizbonie, Berlinie, Rzymie, Pekinie, Konstantynoplu, Waszyngtonie, Buneos Aries, Bukareszcie i Teheranie.  Sir Walter Beaupré Townley zmuszony został przejść na emeryturę w 1918 r. z powodu apolitycznej niedyskrecji żony, która w nieodpowiednim  czasie znalazła się w niewłaściwym miejscu – w Holandii w czasie abdykacji cesarza Wilhelma II. Ale zanim to nastąpiło, spędziła interesujący czas w Niemczech od 1899 do 1900 r., gdzie spotkała i zaprzyjaźniła się z księżną Daisy. Oto jak ją wspomina:

Sir Walter Beaupré Townley (1863 – 1945) dyplomata brytyjski i mąż lady Susan. Portret P. de László. Foto: Government Art Collection

„W czasie naszego pobytu w Berlinie najbardziej popularną postacią stolicznej society była angielska żona księcia [Jana] Henryka von Pless, magnata niemieckiego, właściciela ogromnych posiadłości w południowych Niemczech. Była młoda, bardzo czarująca, nadzwyczaj piękna, szczera i bezpośrednia do stopnia alarmującego ludzi przyzwyczajonych od kołyski, jak Niemcy, do surowej ceremonii i porządku.

Żaden opis Berlina z początku 20. wieku nie byłby jednak pełny bez wzmianki o niej. Była dzieckiem Natury, które nie zważało na ustalone zwyczaje, otwarcie zaprzeczało konwencjom i łamało towarzyskie reguły, płatając figle z dziecięcą, ale fantastycznie pociągającą, nieposłusznością.

Oczywiście, będąc obie młodymi Angielkami spotykałyśmy się często. Kiedy poszłam zobaczyć ją po narodzinach jej najstarszego syna [Hansela w 1900 r.], byłam tak zachwycona jej  cudowną urodą gdy leżała oparta na poduszkach, że powiedziałam jej, że wygląda bosko. „Bosko!“ wykrzyknęła, przeglądając się w lusterku. „Nonsens! Zaczekaj tylko chwilę!“ A potem zawołała „Anna“ do swojej pokojówki, „przynieś mi moje włosy.“ Pokojówka przyniosla pudło pełne loków, w których księżna zaczęła przebierać. „Wystarczy“ powiedziała, odprawiając dziewczynę z na pól pustym pudłem. „A teraz zobacz różnicę“ i wciąż rozmawiając przypieła triumfalnie loki, dodając też za ucho ogromną różową satynową kokardę. I rzeczywiście wyglądała prześlicznie, jak duża jasnowłosa lalka. W tamtych czasach, kiedy w modzie były wolumniaste fryzury, prawie każda kobieta dodawała sobie loków (i wciąż dodaje), ale ze wszystkich moich znajomych tylko księżna tak otwarcie się do tego przyznawała.

Zanim prywatne występy teatralne stały się normą, księżna zaskoczyła statecznych Berlińczyków rozrywkami teatralnymi, jakie organizowała ku pomocy interesujących ją instytucji dobroczynnych. Niewątpliwie sprzyjającym był tu fakt, że jej szwagier był zarządcą Narodowego Teatru.

Pewnego razu odpowiedzialna była za manekinowe przedstawienie, uwięczone ogromnym sukcesem, tzw „Puppenfee“, wystawione w domu jej teścia, w którym cała młoda śmietanka Berlina pojawiła się w charakterze mechanicznych kukieł. Pamiętam, że byłam motylem i wykonałam zdumiewający taniec na czubkach palców, z rozpostartymi ramionami, ubrana w cudowny kostium, który wybrałam sobie z garderoby cesarskiej opery. Nasze przedstawienie było wielkim wydarzeniem towarzyskim sezonu, a organizacje charytatywne księżnej Daisy bardzo się na nim wzbogaciły.

Jej zachowanie w roli hostessy rezydencji jej meźa w południowych Niemczech było nawet bardziej niekonwencjonalne niż w Berlinie. Jej mąż był dumnym arystokratą, przywiązanym do rodzinnych tradycji i chciał mieć wszystko na najwyższym poziomie, czego jego żona nie podzielała. Jednego dnia, wciąż w swoim pokoju na górze, usłyszała przybycie gościa. Przekroczywszy na palcach galerię, spoglądnęła sponad balustrady na przedsionek i zobaczyła tam czekającego mężczyznę. Od razu wpadł jej do głowy psikus. Pobiegła więc z powrotem do sypialni, by za chwilę wrócić z dzbanem wody, który na niego wylała. Nie była przy tym zupełnie skonsternowana, gdy wściekły, z pianą na ustach, mężczyzna spojrzał w kierunku skąd zleciał na niego prysznic i okazał się być, zamiast swawolnym młodym oficerem, ziemiańskim sąsiadem o wielkim znaczeniu i arystokratycznym pochodzeniu, którego mało znała, a który przebył ponad dwadzieścia mil by złożyć jej grzecznościową wizytę!

Jej bezceremonialne postępowanie z adoratorami jest nie do opisania, aczkolwiek biedni cierpiętnicy byli zazwyczaj tak beznadziejnie w niej zakochani, że wydawali się nie żywić do niej urazy za szyderstwa, którymi ich obdarzała. Pewnego letniego wieczoru, kiedy wszyscy byliśmy na trawniku, powiedziała melancholijnie, „Jakże bardzo bym chciała mieć kasztana z tego drzewa! Oh, żeby ktoś mógł mi go zerwać!“

Natychmiast jeden z młodzieńców poderwał się, by spełnić jej kaprys. I choć nieodpowiednio ubrany, wdrapał się na drzewo. Ona zaś, przez chwilę bawiła się tym, wykrzykując mu kierunek, prowadząc go wciąż wyżej i wyżej, z jednej gałęzi na drugą, ryzykując jego upadek, aż znudzona żartem, ze śmiechem zawołala go na dół.

Stanął przed nią potargany i zbity z tropu. A ona odwróciła się do służącego i, wskazując na swoją ofiarę, powiedziała w złym niemieckim (nigdy nie nauczyła się języka zaadoptowanego kraju): „Proszę wziąć tego gentlemana do stajni, bo jest osłem. Proszę go dobrze nakarmić, pamiętając że on tylko je osty.“

Przy innej okazji byliśmy w jej pszczyńskiej rezydencji, gdzie oczekiwano wpół-oficjalnej wizyty Gubernatora Śląska i jego małżonki. Nasz gospodarz był bardzo przejęty, że powinno się ich przyjąć z odpowiednią ceremonią i zarządał by żona powitała ich na progu domu.

Ona jednak, jak tylko wyjechał na stację wielką karocą zaprzężoną w cztery konie, z forysiami i eskortą, oświadczyła że zamierza pobrodzić sobie w jeziorze. Nakazała służbie, by gości po ich przyjeździe tam doprowadzić, gdzie również będzie podany poczęstunek. Nic nie było w stanie zmienić jej decyzji i choć staraliśmy się odwrócić ją od tego zamiaru, zaciągnęła nas nad wodę, by tam spędzić gorące popołudnie.

Siedzenie nad brzegiem jeziora było bardzo przyjemne, więc tam zostaliśmy nawet gdy karoca wróciła już z gośćmi do pustego domu. Z oddali zobaczyliśmy ich idących po trawniku w naszą stronę – pochmurnego, poniżonego męża i dwie wściekłe niemieckie osobistości, głęboko urażone złym potraktowaniem. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy tej damy. Lecz nikt nie mógł być długo zły na Daisy; bo, pomimo jej nieodpowiedzialności, była osobą serdeczną i uprzejmą.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Księżna Daisy von Pless w Viceregal Lodge w Dublinie podczas wizyty księstwa York w Irlandii w sierpniu 1897 r. Foto Lafayette’a z kolekcji autorki

Proszę nie oburzać się na Daisy za jej młodociane psikusy, brak subordynacji wobec męża i „okrucieństwo“ dla adoratorów. Każdy aspekt jej zachowania ma wytłumaczenie.

Niewybredne żarty, tzw „practical jokes“, były normą i barometrem poczucia humoru w środowisku angielskiej arystokracji. Jej własna matka wrzuciła kostki lodu za  koszulę księcia Walli [przyszlego króla Edwarda VII]! A księżna Warwick wspomina, że nawet stateczny Hans Pless nie uwierzył w trzęsienie ziemi, które nawiedziło jej posiadłość, będąc przekonanym że to lord Herbert Vane-Tempest siedzi pod i rusza łóżkiem w jego sypialni.

O tym, że księżna przeciwna była przesadnej pompie i sztywnemu niemieckiemu protokołowi wiemy z jej własnych zwierzeń. Upartemu i konserwatywnemu Hansowi musiała się sprzeciwiać, żeby podkreślić swój punkt widzenia oraz wprowadzić zmiany w nużącej i, w porównaniu do brytyjskiej, skostniałej etykiecie.

Miała również dosyć tuzinkowych adoratorów, których komplementy – jak pisała – „powielane tymi samymi słowami tracą swój czar“ nudząc, a nawet, ją złoszcząc.

Wspomnienia lady Susan Townley dorzucają jednak parę nowych faktów. Interesująca jest wzmianka o fryzurach Daisy, jak również opis manekinowego  przedstawienia w domu Vatera. Ciekawe są przytoczone dialogi i sytuacyjne obserwacje.

Powyższy tekst jest pierwszym cytatem z ówczesnej literatury pamiętnikarskiej, który tutaj przedstawiam. Kolejne pojawią się wkrótce.

Read Full Post »