Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘era edwardiańska’

Wielki książę rosyjski Michał Michajłowicz Romanow (1861 – 1929) i jego morganatyczna żona, Zofia hrabina Torby (1868 – 1927) byli dobrymi i oddanymi przyjaciółmi księżnej Daisy von Pless do końca swojego życia. Trudno ustalić dokładnie gdzie i kiedy się poznali. Po ślubie z Zofią w lutym 1891 r., którego jego rodzice – wielki książę Michał Mikołajewicz i księżna badeńska Cecylia Augusta – nie zaaprobowali, Michał otrzymał zakaz wjazdu do Rosji. Młodzi małżonkowie mieszkali początkowo w Wiesbaden w niemieckim księstwie Nassau, rządzonym przez ojca Zofii, księcia Mikołaja Wilhelma. Jej matką była Natalia Aleksandrowna Puszkin, córka wielkiego poety rosyjskiego Aleksandra Puszkina. W Niemczech przebywała również siostra Michała, Anastazja, która wyszła za mąż za Fryderyka Franciszka III, wielkiego księcia Makelmburgii i Schwerinu, którego Plessowie gościli w Pszczynie w 1896 r.

W 1899 r., Michał i Zofia przenieśli się na stałe do swojej wytwornej willi Kazbek w Cannes. Księstwo von Pless zaczęło regularnie odwiedzać Francuską Riwierę od 1897 r. W międzyczasie obie pary wpadały często do Londynu. Okazji do spotkań było więc wiele. keele-hall-gd-michael

Keele Hall, angielska rezydencja wielkiego księcia Michała w hrabstwie Staffordshire, wynajmowana przez niego w latach 1900 – 1910.

W 1900 r., wielki książę Michał zdecydował się wynająć dom w Anglii, w którym rodzina mogłaby wygodnie mieszkać przez kilka miesięcy w roku i gdzie on z Zofią byliby w stanie zaistnieć w angielskiej socjecie już nie tylko jako goście, ale także gospodarze rewanżujący się zaproszeniami do własnej rezydencji na prowincji. Jego wybór padł na pałac Keele Hall w hrabstwie Staffordshire, który wydzierżawił na 10 lat od pułkownika Ralpha Sneyda. Nie bardzo wiadomo, czym kierował się w tej decyzji, skoro, choć wygodny, Keele Hall znajdował się w bliskim sąsiedztwie zagłębia węglowego. Jak wspomina baronowa von Stoeckl, której mąż Sasza był od 1898 r. koniuszym księcia, drzewa w ogrodzie oprószone były zawsze pyłem i dotknięcie jakiegokolwiek liścia pozostawiało na rękach ciemne smugi. Zanieczyszczony czy nie, Keele Hall okazał się dla rodziny szczęśliwym domem, a dla księcia miejscem, gdzie – zaakceptowany przez miejscową ludność i władze – czuł się spełnionym i użytecznym lokalnie gentlemanem. 4459-0

Wielki książę Michał z żoną i dziećmi w Keele Hall, ich domu na prowincji angielskiej. Foto: Borough Museum and Art Gallery, Newcastle-under-Lyme

Wkrótce po otwarciu wrót swojej angielskiej rezydencji, książę Michał zaprosił na długi weekend króla Edwarda VII. Datę tej – pierwszej od wstąpienia na tron – wizyty nowego króla ustalono na dnie od 12 do 15 lipca 1901 r. Król z własnymi gośćmi, wśród których znajdowała się jego przyjaciółka, pani Keppel, przybył specjalnym pociągiem na stację Whitmore, gdzie czekały na nich trzy zaprzęgi konne; jednym z nich powoził sam książę Michał. Warto tu nadmienić, że to właśnie Michał i Zofia przedstawili królowi panią Keppel podczas wakacji w Cannes, rozpoczynając tym niechcący jego ostatni romans.

Ze swojej strony, książę sprowadził do Keele Hall jedynych swoich, jak do tej pory, bliskich przyjaciół angielskich w postaci ksieżnej Daisy von Pless i członków jej rodziny: ojca, pułkownika Williama Cornwallis-Westa, jego żonę Patsy oraz córkę Shelagh, świeżo upieczoną księżnę Westminsteru. Wszyscy byli dobrymi znajomymi Edwarda, co sprawiło, że jego pobyt przeszedł w ciepłej, przyjaznej atmosferze. Jak bardzo król był wtedy zrelaksowany, świadczy zamieszczona poniżej fotografia, pokazująca go na herbatce z domownikami i Cornwallis-Westami. Siedząca na honorowym miejscu Daisy miała, oczywiście, za zadanie zabawiać i zajmować monarchę interesującą konwersacją. Znając ją, możemy przypuszczać, że w pełni jej się to udało. Daisy_Keel_Hall

Herbatka z królem w Keele Hall w lipcu 1901 r., siedzą (z lewej do prawej): księżna daisy von Pless, król Edward VII, lord Hugh Grosvenor, hrabina Zofia Torby, pani Cornwallis-West („Patsy”), księżna Konstancja („Shelagh”) Westminster, baronowa Agnes de Stoeckl; stoją (z lewej do prawe): wielki książę Michał, pułkownik William („Poppets”) Cornwallis-West, pani Keppel, lord Elphinston, Sir Sidney Greville, baron Aleksander („Sasza”) de Stoeckl.

W ciągu dnia król grał w krokieta i golfa, zabierany był przez Michała na przejażdżki i kiedy tylko miał okazję, gawędził po niemiecku ze służbą, która w całości pochodziła z Meklemburgii.

Atrakcją jednego z wieczorów było obejrzenie słynnej kolekcji tabakierek ze zbiorów właściciela Keele Hall, Ralpha Sneyda. Przysłał on w tym celu własnego kamerdynera, który otworzył sejf i ułożywszy te cenne przedmioty na tacach, zaniósł je do salonu. Tego rodzaju prezentacja zaowocowała żartem Edwarda skierowanym do obecnych dam: „Zapraszam panie do poczęstunku!” Kamerdyner wziął go na serio i, przestraszony, wybiegł z pokoju, by powiadomić telegramem swojego pracodawcę o poleceniu króla.

Wizyta Edwarda VII w Keele Hall musiała być udana, skoro na jej zakończenie wręczył księciu Michałowi i jego koniuszemu, byłemu dyplomacie, baronowi Aleksandrowi („Saszy”) de Stoeckl królewski Order Wiktorii za zasługi dla monarchii brytyjskiej.

Read Full Post »

Jak sama Daisy stwierdziła, jej matka Patsy (Mary Adelaide Thomasina Eupatoria de domo FitzPatrick) była osobą unikalną. W hołdzie oddanym jej na stronach pamiętnika Lepiej przemiczeć (str 458-462), księżna przyznaje również: „Nigdy nie zrozumiem, jak ona, będąc owocem czasów wczesnowiktoriańskich, mogła w równej mierze szokować i zachwycać środowisko, z którego wyszła”. Czytając między linijkami, znaczy to, że miała równą ilość wielbicieli, jak wrogów. Opinia tych ostatnich przeważyła i w dzisiejszych publikacjach analizujących rodzinę Cornwallis-Westów, Patsy malowana jest w czarnych kolorach, jako osoba pragnąca dominacji, wtrącająca się w małżeństwa córek, rozrzutna, wulgarna, rozpustna i chciwa. Co w przeciwwadze tych zarzutów powiedzieć mogliby jej przyjaciele? Niniejszym wpisem rozpoczynam serię wspomnień o tej niecodziennej kobiecie. Wyciągnięcie wniosków pozostawiam Państwu.

Patsy_Laf_1897_75

Matka księżnej Daisy, Patsy Cornwallis-West (1858-1920), sfotografowana w 1897 r. przez Lafayette’a. Foto z kolekcji autorki.

Od momentu poznania Patsy w 1905 r., Pani Claude Beddington (1879-1963) stała się jej bliską znajomą, goszczoną często w Ruthin i Newlands. Po separacji z mężem w 1925 r., osiadła w Londynie. Wysokie apanaże matrymonialne pozwoliły jej prowadzić bogate życie towarzyskie i zdobyć pozycję popularnej hostessy. Przez salon jej domu, Arkwright Lodge w Hampstead, przewinęło się wiele słynnych osobistości. To, że w swoich reminiscencjach, poświęciła Pani Cornwallis-West cały rozdział, wskazuje jak głęboko i pozytywnie wryła się ona w jej pamięć. Pani Beddington opowiada:
„Nie miałam możliwości poznania Pani Cornwallis-West zanim się postarzała i straciła swoją słynną urodę, ale nawet wtedy kipiała wciąż niesłychaną energią, a młodzieńczy błysk w oczach sprawiał, że trudno było określić dokładnie jej wiek.
Nigdy przedtem równie spontaniczna i wielkoduszna córa irlandzkich moczarów nie została przesadzona na angielską glebę, jak Mary Fitzpatrick – dziecko irladzkiego pastora i wnuczki markiza Headfortu – kiedy w wieku szesnastu lat, prosto od szkolnej ławy, zdobyta została szturmem przez Williama Cornwallis-Westa, Pana na zamku Ruthin w Walii i Newlands Manor w Hampshire.
Spotkałam ją po raz pierwszy 27 stycznia 1905 r. w dublińskim domu Ministra Irlandii, Georga Wyndhama i jego żony, Lady Grosvenor.
Córka Pani Cornwallis-West, Shelagh, poślubiła syna Lady Grosvenor, obecnego Księcia Westminsteru, a brat Georga Wyndhama, Guy, był mężem siostry Pani Cornwallis-West, Minnie. Ten zbieg okoliczności sprawił, że Pani Cornwallis-West stała się zarówno teściową syna Lady Grosvenor, jak i szwagierką jej męża. (…)
Oddana i poświęcająca się dzieciom matka, Pani Cornwallis-West zawsze pomagała i myślała o innych w potrzebie. Jednego dnia, podczas mojego pobytu w Newlands Manor, zniknęła swoim powozem na cały ranek. Wróciła dopiero w porze lunchu, ze śladami płaczu na twarzy i … z małym lokiem jasnych włosków w torebce. Jej znajomej, niedawno rozwiedzionej młodej kobiecie, prawo zakazało dostępu do dziecka. Pani West, dowiedziawszy się, że niemowlę przebywa na terenie Hampshire, przejechała wiele kilometrów tylko po to, by zdobyć dla matki loczek z jego główki.
Jej wielkie serce wprawiało czasem rodzinę i domowników w zakłopotanie. Wystarczyło, że podczas przymiarki u krawcowej zauważyła wykończoną grypą szwaczkę, by natychmiast zabrać ją ze sobą do Newlands dla odpoczynku i zmiany powietrza, nie szczędząc czasu ani wysiłków w odbudowaniu jej zdrowia.
Jej żarliwość w niesieniu pomocy nieszczęśliwym kobietom była tak wielka, że gdyby mogła, zatrudniłaby, o czym jestem święcie przekonana, tylko samotne matki do służby w swoich rezydencjach. Rodzina jednak stanowczo się temu sprzeciwiła.
Kiedyś natknęłam się na Pułkownika Westa (a przyszło mu przeżyć wiele takich szoków) schowanego za krzakami, który, z purpurową ze złości twarzą, zapytał mnie szeptem: kim, NA BOGA, jest ta dziwna niewiasta przechadzająca się po trawniku? Odpowiedziałam: „To wróżka cierpiąca na anemię”, po czym delikatnie i okrężną drogą zaprowadziłam go do domu. W tego rodzaju sytuacjach, Pani West zwracała się do mnie: „Proszę idź i uspokój Wallisa [jedno z przezwisk jej męża], bo pewnie znowu siedzi gdzieś w ogrodzie i NA-BOGUJE.
Pułkownik West był typowym, staroświeckim gentlemenem, niezbyt może sprytnym, ale za to bardzo uczciwym. Większość życia spędził służąc, jak najlepiej potrafił, swojemu hrabstwu, udzielając się w lokalnym rządzie, prowincjonalnej armii i tysiącu innych sprawach, przeważnie żmudnych, bezwdzięcznych i wymagających wiele zachodu. W życiu prywatnym był oddanym mężem i ojcem, jak również uprzejmym gospodarzem i szarmanckim przyjacielem. Przez wszystkie lata kiedy go znałam, nie usłyszałam od niego ani jednego nieuprzejmego lub pogardliwego słowa w odniesieniu do kobiet. Jego osobowość przypominała mi zawsze cudowną postać „Pułkownika Newcome’a” z noweli Thackeray’a.
Któregoś dnia zapytałam przyjaciółkę: „Chciałabyś pojechać ze mną do Newlands jutro popołudniu i spotkać Panią Cornwallis-West? Obiecuję, że tego nie pożałujesz”. Na co ona odparła: „Nie mam ochoty na poznawanie „Rozkapryszonej Piękności”, u stóp której leżał przedtem cały świat i której zapewnie te pochlebstwa strzeliły do głowy”. Ostatecznie jednak zgodziła się i kiedy zjawiłyśmy się w Newlands, udałyśmy się natychmiast do buduaru Pani West. Zastałyśmy tam „Rozkapryszoną Piękność” klęczącą na wycieraczce przed kominkiem, z pobrudzoną czarnymi smugami twarzą i w rękawicach utytłanych sadzą, żarliwie skrobiącą jego przednią ściankę. Spojrzała na nas spod przymróżonych powiek, wyjaśniając: „Sprzątaczka twierdzi, że nie da się usunąć tych plam!”, po czym nabrała kolejną porcję pasty do czyszczenia, splunęła fachowo na miedzianą osłonę rusztu i ponowiła wysiłek. Moja przyjaciółka przestała mówić o rozpuszczonych i zarozumiałych pięknościach!
Czy żyła kiedykolwiek kobieta zwracająca mniejszą uwagę na swoją aparycję, niż Pani Cornwallis-West? Pewnego wieczoru, jej górny węzełek ze sztucznych włosów (tak modny w czasach Edwardiańskich) zaczepił się o haczyk w suficie elektrycznego landoletu jej córki, Shelagh Westminster, w momencie kiedy obie damy podjechały pod budynek opery w Covent Garden. Towarzyszący im książęcy lokaj odczepił go i z pełną powagą oddał Pani West, która wbiła go z powrotem na swoją głowę i – tak ubawiona niezręczną sytuacją, jak pobliscy gapie – wykrzyknęła: „Absalom miał mniej szczęścia!”.
Pełna życia, gadatliwa i bardzo niecierpliwa, nie znosiła ciszy. Pewnego razu znalazła się w przedziale pociągu z obcym mężczyzną, z którym miała przebyć długą podróż. Po dziesięciu minutach milczenia w dobrym tonie, nie wytrzymała i wybuchnęła: „Jestem teściową Księcia Westminsteru i Lady Randolph Churchill, więc na miłość Boską proszę ze mną rozmawiać!”.
Nigdy nie zapomnę chrztu Lorda FitzHarrisa, syna i dziedzica Lorda i Lady Malmesbury w Heron Court, koło Christchurch 19 stycznia 1908 r. Pułkownik z Panią West i ja, przyjechaliśmy tam z Newlands Manor na wielki lunch wydany z tej okazji. Na środku stołu umieszczono imponujący, wymyślnie dekorowany puchar, jak mówiono cały ze złota, sprezentowany dziecku przez Kajzera, jego ojca chrzestnego. Przy okazji dodam, że w momencie deklaracji wojny z Niemcami, Lord Malmesbury polecił go stopić i wtedy okazało się, że zrobiony był z ołowiu pokrytego cienką warstwą złota.
Niemiecki ambasador, Hrabia Wolff-Metternich (a propos, największy nudziarz jakiegokolwiek spotkałam), który reprezentował swojego władcę, był tak zaabsorbowany albo swoim jedzeniem, albo abstrakcyjnymi myślami, że zupełnie zapomniał wznieść toast za zdrowie niemowlaka. Dręcząca chwila przedłużała się, aż Pani West zdecydowała się wkroczyć w sytuację, oświadczając mi: „Zaraz dźgnę tego błazna widelcem i zobaczymy, czy go to obudzi”. Zdążyłam tylko zauważyć jak jej ręka zniknęła pod obrusem i usłyszeć rozdrażniony szept: „Wstawaj i przemów!”, gdy Metternich skoczył na równe nogi i wzniósł toast, na który wszyscy tak długo czekaliśmy.
Pani West była w młodości, jak to nazywamy w Irlandii, „przeraźliwie nieokiełzana” [„terribly wild”], więc wiele opowieści przetrwało o jej śmiałych i niecodziennych żartach.
Król Edward, wówczas Książę Walii, często gościł u Westów na polowaniach, ale jednego wieczoru, jego i innych uczestników odstrzeliwania bażantów wracających do zamku Ruthin zaintrygowała wielce dziwna, biała rzecz powiewająca na maszcie wieży. Po bliższym przyglądnięciu okazało się, że tym nowym proporcem były w rzeczywistości gacie gospodarza zawieszone tam przez figlarną żonę.
Jej energia nie miała granic i nawet będąc już w średnim wieku, zdobywała się ona na fizyczne wyczyny, których pozazdrościliby młodzi ludzie. Kiedy przebywałam na zamku Ruthin w czerwcu 1907 r., Pani West musiała być co najmniej pięćdziesięcioletnią kobietą. Pomimo tego, wieczorem przy schodzeniu na obiad, ni stąd ni z owąd owinęła się ciasno swoją spódnicą i zjechała na dół po dębowych schodach ” na samej sobie” (jak to jako dzieci delikatnie nazywaliśmy). Było to dla mnie coś zupełnie nowego, więc aż zaniemówiłam z wrażenia. Stojący obok Książę Westminsteru ze śmiechem stwierdził” „Niewielu ma takie teściowe!”, z czym zupełnie się zgodziłam.
Gdyby Pani West żyła w dzisiejszych czasach [tzn 1920-ych], przekonana jestem, że zrobiłaby majątek jako projektanka ogrodów. Jej wyczucie koloru i pomysłowość co do cudownych aranżacji nawet najbardziej niedogodnych miejsc równała się geniuszowi. Upiększała wszystko czego się dotknęła zarówno w ogrodach w Ruthin, jak i w Newlands i gdziekolwiek się w nich spojrzało, pejzaż wydawał się piękniejszy od poprzedniego”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Ci z Państwa, którzy śledzą moje badania na Facebooku, pamiętają zapewne, że w kwietniu tego roku dzieliłam się z nimi wynikami swojej walki na ebay’u o zakup akwarelowego portretu księżnej Daisy von Pless, namalowanego przez Hala Hursta (1865-1938).
Zetknąwszy się już wcześniej z jego twórczością i pracą z księżną, przekonana byłam, że obraz ten należał do serii sześciu jej portretów wystawionych przez artystę w 1908 r. jako cykl „Kostiumów i Nastrojów” (https://daisypless.wordpress.com/2013/03/30/nieznane-portrety-daisy-i-zabawa-z-hal-hurstem/). Dzisiaj przyznaję, że byłam w błędzie. Powstał on bowiem w 1902 r., a jego genezą były uroczystości związane z objęciem tronu przez króla Edwarda VII.

Hal_Hurst_FL

Księżna Daisy von Pless na akwarelowym portrecie Hala Hursta, który pojawił się niedawno na aukcji ebay’u.

Rządząca od niepamiętnych czasów, królowa Wiktoria zmarła 22 stycznia 1901 r. Jej najstarszy syn i następca, Albert Edward, książę Walii miał wówczas 59 lat i natychmiast, z niecierpliwością, zaczął wprowadzać na dworze drastyczne zmiany.
Na początek, wziął się za królewskie pałace, które oczyścił z nagromadzonego przez matkę blichtru i rozkazał odnowić je w stylu, który odzwierciedlałby jego umiłowanie do wystawnych ceremonii, podkreślających zarówno tradycję, jak i ówczesną siłę Brytyjskiego Imperium. Zapomniany przez wiele lat londyński pałac Buckingham, zachwycający teraz teatralnością swoich wnętrz kapiących czerwienią, bielą i złotem, stał się na nowo reprezentacyjną siedzibą królewską.
Król, i chętnie mu w tym towarzysząca, królowa Alexandra, stali się z własnego wyboru głównymi aktorami okazałych spektakli. Pierwszym z nich było uroczyste otwarcie Parlamentu 14 lutego 1901 r., wydarzenie, w którym królowa Wiktoria przestała uczestniczyć od 1886 r.
Kolejne zmiany dotyczyły regulacji i przebiegu funkcji publicznych na dworze, z których najważniejszymi były coroczne prezentacje. Te tak zwane „Drawings Rooms” nabrały podczas długiego panowania starej monarchini bezbarwnego charakteru monotonnej formalności. Edward VII od razu przesunął je z popołudnia na późny wieczór i rzadko kiedy odelegowywał swoją obecność na innego członka rodziny królewskiej, co w wypadku Wiktorii było bardzo częstym zjawiskiem. Zajmując na nich centralną pozycję, uwielbiał być otoczony kobietami w pięknych wieczorowych sukniach i błyszczących w elektrycznym świetle klejnotach. Choć ubiór osób uczestniczących w tych spotkaniach był ściśle regulowany, kobiety miały swobodę w wyborze dodatków i biżuterii zdobiących ich stroje, przez co wnosiły do nich element niespodzianki i konkurencji. Nic więc dziwnego, że prasa zamieszczała następnego dnia namiętnie czytane przez wszystkich opisy ich toalet.

M1650902391

Scena prezentacji na „pierwszym dworze” króla Edwarda VII i królowej Alexandry, który odbył się 14 marca 1902 r. Ilustracja z The Graphic opublikowana 22 marca 1902 r.

Pierwsza taka funkcja w „nowej” oprawie odbyła się w pałacu Buckingham 14 marca 1902 r. i, siłą rzeczy, wzbudziła potężne zainteresowanie. Relacje z niej zamieściły wszystkie gazety, a towarzyskie magazyny opatrzyły je wieloma ilustracjami. Nasz Hal Hurst uzyskał pozwolenie króla na uwiecznienie tego wydarzenia dużym płótnem olejnym. Swój obraz, zatytuowany „The First Court of Their Majesties King Edward VII and Queen Alexandra” wystawił dla publiczności w maju 1902 r. w londyńskiej galerii M’Lean.
Oto słowa jednego z krytyków, które rozjaśniły mi okoliczności powstania portretu księżnej Daisy: „[W pracy tej] widać doskonale umiejętność Pana Hursta w posługiwaniu się wspaniałymi kolorami śmiało nakładymi pędzlem. Obraz oddaje w pełni przepych wydarzenia. Postacie królewskie, ze szkarłatną kurtyną w tle, ukazane są na drugim planie; efektowny, czerwony mundur Króla kontrastuje wymownie z bielą sukni Królowej Alexandry. Wokół nich zgrupowane zostały damy w dworskich toaletach, wśród których artysta dał główne miejsce Księżnej Henrykowej von Pless ubranej w brokat ozdobiony złotem i futrem i z diamentami we włosach. Choć podobieństwo jest duże, nie udalo się Panu Hurstowi oddać uroczego oblicza tej damy; to co widzimy nie jest w pełni nią.”. Wszyscy się chyba z tym zgodzimy, aczkolwiek gotowa jestem oddać szczery ukłon artyście za wyśmienite oddanie bogactwa i rafinerii jej stroju.

Hal_Hurst_Daisy_detail2

 

 

 

 

 

 

 

Hurst nie zdołał w pełni uchwycić rysów i ekspresji twarzy księżnej Daisy, ale po mistrzowsku oddał bogactwo i detale jej stroju.

 

 

 

 

 

 

 

 

Z całą więc pewnością stwierdzić teraz mogę, że nieznany akwarelowy portret Daisy, który niedawno pojawił się na ebay’u był przygotowawczym studium Hursta do jego wielkiego płótna przedstawiającego „Pierwszy Dwór króla Edwarda VII i królowej Alexandry”, namalowanego w maju 1902 r. Wskazuje na to zamieszczony powyżej opis ówczesnego krytyka i popierają tą diagnozę fakty historyczne.
W 1902 r., księżna przyjechała do Angli już na początku stycznia, zaproszona przez księstwo Devonshire na długi weekend do Chatsworth. Potem odwiedziła księstwo Marlborough w Blenheim, skąd w lutym przeniosła się do siostry do Eaton. Od marca, wraz z mężem, przebywała w Londynie, biorąc udział w licznych przyjęciach na cześć nowego monarchy. 14 marca zostali oczywiście zaproszeni do pałacu Buckingham.
Jak tego wymagał regulamin, Daisy włożyła na tą okazję strój dworski, który składał się z nisko wyciętej sukni z krótkimi rękawami i przyczepionego do ramion długiego na prawie trzy metry trenu. Jego szerokość na dole nie mogła być mniejsza niż 140 cm. Do tego, obowiązkowe białe rękawiczki i trzy (jako mężatka) białe pióra we włosach, osadzone po lewej stronie głowy, z której spływał biały welon długości 115 cm. Z własnego wyboru, stanik sukni ozdobiła szafrą i orderem Teresy Bawarskiej oraz diamentową biżuterią, idącą w parze z diamentową koroną. Wyglądała wspaniale.

Read Full Post »

Niedawno wpadł mi do rąk artykuł na temat Hansela Pless (1900-1984), najstarszego syna księżnej Daisy i dziedzica księcia Jana Henryka XV, napisany w 2002 r. przy okazji publikacji książki Michaela Luke’a, Hansel Pless: Prisoner of History (Hansel Pless: Więzień Historii).
Jego autorem jest historyk sztuki i pisarz James Stourton, urodzony w 1956 r. młodszy syn 26. barona Mowbray i brat Edwarda, obecnego 27. barona Mowbray. Hansel – Jan Henryk XVII von Pless od śmierci ojca w lutym 1938 r. – musiał być po drugiej wojnie światowej częstym gościem rodziców Jamesa, Charlesa i Sheili Stourtonów, skoro ich syn wspomina, że: „jako dziecko, byłem bardzo przywiązany do Hansela Pless. Był on dla mnie i mojego brata jak przyszywany wujek. Ceniliśmy go sobie jako kogoś, kto wydawał się być szczerze zainteresowanym zarówno sprawami dorosłych, jak i dzieci. Wysoki, dystyngowany i subtelny, miał w sobie coś tajemniczego. Był tak cichym i zagłębionym w swoich myślach mężczyzną, że zdobył sobie u naszych sąsiadów przydomek „Księcia Spokoju“ („Prince of Peace”). Brakowało mu pieniędzy, rzadko mówił o przeszłości i nigdy nie wspominał dawnej fortuny. Przedstawiał się jako skromny naukowiec, Pan Pless. O jego dawnym życiu dowiadywałem się powoli. Najbardziej uderzała mnie w nim niesłychana oszczędność. Podróżował przeważnie rowerem. Nosił grube tweedowe garnitury i koszule nie wymagające prasowania, które sam sobie prał i o których przewadze nadaremnie mnie przekonywał. Był osobą bardzo skromną, która na nas – dzieciach – pozostawiła głębokie wraźenie“.

Hansel-2

Skromny naukowiec, Pan Hans Pless z powodu oszczędności podróżował wszędzie rowerem.

Tak głębokie, że kiedy po wielu latach, w 1994 roku, James Stourton znalazł się – jako dyrektor londyńskiego domu aukcyjnego Sotheby’s – w Krakowie, aby osobiście przestudiować Damę z Łasiczką Leonarda da Vinci w zbiorach tamtejszego Muzeum Czartoryskich, przedłużył swój pobyt w Polsce w celu poznania dawnych posiadłości Hansela.

Pierwszy widok pałacu w Pszczynie nie zrobił na nim dobrego wraźenia: „Tuż za miasteczkiem wjechalem do rozleglego, ale zapuszczonego parku w stylu angielskim z jeziorem i dużym, prostokątnym pałacem w stylu Drugiego Imperium [Francuskiego], który w swojej ostentacji wyglądał bardzo „nouveau-riche“. Mile zaskoczyły go jednak wnętrza i ich wyposażenie. Odwrotnie było w Książu, gdzie ujrzał zamek, który uznał za zdumiewające połączenie stylów pałaców w Neuschwanstein i Colditz, ale dwa razy większy: „po prostu olbrzymi, usytuowany wspaniale na szczycie góry, z widokami, które należeć muszą do najpiękniejszych na Dolnym Śląsku“. Co zaparło mu dech w piersi, był „niewyobrażalny wręcz rozmiar przedsięwzięcia“, w konsekwencji którego powstał nie tylko zamek, ale również zabudowania gospodarcze, stadnina i ujeżdżalnia koni, wszystko na skalę cesarskiej wręcz rezydencji. Widząc to, zgodzić się musiał ze słyszaną wcześniej opinią wyrażaną w czasach edwardiańskich, że ze wspaniałością książańskiej rezydencji rywalizować mogła w Anglii tylko siedziba diuka Portlandu w Welbeck. Niestety wnętrza, splądrowane – jak się dowiedział – najpierw przez SS, a potem przez Rosjan, przedstawiały żałosny widok ofiary podwójnie zbeszczeszczonej przez wojnę. Z tą smutną refleksją wrócił myślami do Hansela, zastanawiając się, jaki efekt wywarły na nim te zmienne koleje historii: „Nidgy nie dał wrażenia, że był nimi przygnębiony. Pomógł mu w tym jego stoicizm, który jednakże różnił się od obojętności [w ucieczce ku wyźszym celom] propagowanej przez filozofię Augustyna, o czym przekonałem się pewnego dnia, kiedy Hansel podarował mi książkę Oswalda Spenglera The Decline of the West (Zmierzch Zachodu). Studiował on również Nietzsche’go i bardzo wcześnie w swoim życiu pracował nad osiąganiem osobistego spokoju w świetle losowych przeciwności. Jeśli chodzi o stosunki z pojedynczymi osobami, Hansel zawsze wykazywał optymizm, co pomogło mu w utrzymaniu wielu przyjaźni. Co zaś tyczy się rzeczy materialnych, to nigdy przetem i potem nie spotkałem człowieka, który byłby wobec nich tak obojętny jak on – i co być może wyszło mu w sumie na dobre“.
Hansel Pless zasługuje na znacznie szersze omówienie. Niniejszy wpis proszę więc potraktować jako zapraszający wstęp do kolejnego blogu, nad którym zaczęłam pracować.

Daisy_Memories_vol1

Jeszcze do niedawna pamiętniki księżnej Daisy zostawiano gościom do czytania w ich sypialniach.

Artykuł Jamesa Stourtona zawiera również jedno niezmiernie ważne – w świetle niedawnej polskiej publikacji drugiego tomu pamiętników księżnej Daisy – stwierdzenie, świadczące o wadze i statusie, jakim jej książka osiągnęła. Pisząc, że jest ona „jedną z najlepszych rekolekcji na temat międzynarodowej socjety przed pierwszą wojną światową“, autor – jako członek współczesnej angielskiej arystokracji – przywołuje wciąż nie tak dawne czasy, kiedy „w każdej szlacheckiej rezydencji w Anglii, w sypialni dla gości“ znaleźć można było obowiązkowo na półce dwie pozycje do czytania: tom wzruszających listów syna lorda Lytton, wydanych po jego tragicznej śmierci i zatytuowanych Antony oraz – tak bliskie nam – wspomnienia „naszej“ Daisy, Princess of Pless by Herself. (tłumaczenia©Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Księżna Daisy von Pless zmarła w Wałbrzychu 29 czerwca 1943 r. Ze zrozumiałych wzgłędów, wiadomość o śmierci dotarła do Anglii z opóźnieniem i dopiero 13 lipca 1943 r. The Times opublikował jej nekrolog napisany przez Harolda Nicolsona. Autor przywołał w nim fakty z źycia księżnej, podkreślił jej starania o utrzymywanie dobrych stosunków pomiędzy krajami, w których przyszło jej żyć oraz zasługi, jakie położyła na polu działalności dobroczynnej. Przypomniał również jej dawną pozycję społeczną i sławę jako członkini Edwardiańskiej socjety w Anglii oraz wspaniałej gospodyni w swoich rezydencjach na terenie Niemiec.

Za przykładem The Times’a, inne gazety zamieściły także artykuły o jej życiu i zgonie, uznając ją w nich szablonowo za „słynną Edwardiańską hostessę“! Harold Nicolson poczuł, że musi się temu sprzeciwić. Przypięcie jej takiej wizytówki znaczyło dla niego nie tylko spaczenie prawdy historycznej, ale – przede wszystkim – przekręcenie prawdy o jej charakterze i osobowości. Znał bowiem księżną bardzo dobrze.

Harold Nicolson (1886-1968) był człowiekiem nienagannie wykształconym, obytym i światowym. Idąc w ślady ojca, wybitnego dyplomaty brytyjskiego Arthura Nicolsona, oddał się po studiach służbie zagranicznej, która umieściła go na placówkach w Madrycie, Konstantynopolu, Teheranie i Berlinie. Berlin, gdzie przebywał od 1928 do 1929 był ostatnią stolicą, w której pracował. Stęskniony za swoją młodą rodziną, zrezygnował z dyplomacji w 1929 r. i zajął się zawodowo pisaniem, będąc już znany czytelnikom z kilku, wcześniej opublikowanych, biografii poetów angielskich. W decyzji tej sekundowała mu gorąco żona, wybitna pisarka Vita Sackville-West (1892-1962), jedyna córka 3. barona Sackville, którą poślubił w 1913 r. Ich bardzo niekonwencjonalny związek, naznaczony romansami Vity z Violet Trefussis i Virginią Woolf, przetrwał skandale i okazał się szczęśliwą przystanią na ich późniejsze lata. Poza twórczością intelektualną, obydwoje małźonkowie oddali się pasji ogrodniczej, czego wynikiem był – i nadal jest – światowej sławy ogród, otaczający ich rezydencję w Sissinghurst w hrabstwie Kent.

61028762

Krewna księżnej Daisy, Vita Sackville-West z mężem, Haroldem Nicolsonem.

Jak nazwisko Vity, zawierające człon „West“, wskazuje była ona krewną księżnej Daisy von Pless de domo Cornwallis-West. Dziadek księżnej Daisy ze strony ojca, Fryderyk West  i pradziadek Vity, John West byli braćmi, synami 2. hrabiego de la Warr. Rodziny pozostawały ze sobą w kontakcie. Dziewięcioletnia Vita była jedną z drużek na ślubie Shelagh z księciem Westminsteru w 1901 r. Brat księżnej, Jerzy, wspomina w swojej książce o licznych wakacjach spędzanych w przepięknej rezydencji Sackville-Westów w Knole – tak bardzo ukochaną przez Vitę, że stała się ona przewodnim „charakterem“ jej najsłynniejszej powieści „Edwardians“. Daisy też tam bywała, a Vita i jej matka Wiktoria conajmniej dwa razy gościły w Książu, nie mówiąc o póżniejszych tam wizytach Vity z Haroldem. Harold więc był w jak najbardziej dogodniej pozycji, żeby zabrać głos po śmierci księżnej Daisy i zapewnić jej odpowienią ocenę historyczną. Jego śliczne wspomnienia, przepełnione szczerą nutą sympatii i zrozumienia, przytaczam w całości poniżej. Ukazały się 22 lipca 1943 r. w prowadzonej przez niego na łamach czasopisma The Spectator kolumnie zatytuowanej „Marginal Comment“:

„Nekrologi księżnej von Pless, jakie ukazały się w gazetach zeszłego tygodnia, opisują ją jako „słynną Edwardiańską hostessę“. Mijają się w tym z prawdą. Kobiety, które w pierwszym dziesięcioleciu tego wieku wcieliłī się w tę rolę, były z zasady istotami bez ludzkiego oblicza: strwardniałymi do szpiku kości, przesadnie ambitnymi i zachłannymi na pieniądze potworami, ubranymi w stroje o wysokich tiulowych kołnierzach usztywnionych fiszbinami i wybuchającymi śmiechem tak wysokim i sztucznym, jak tiary w ich włosach. Ich małe emaliowane torebki od Faberge’go podrapane były pierścieniami z olbrzymimi szmaragdami; wielkie donice z trawą pampasową zakrywały w ich buduarach liczne fotografie w srebrnych ramach; bransolety na nadgarstkach brzękały szorstko przy rozdawaniu kart lub filiżanek z herbatą; ich sympatie były zawężone, a emocje zamaskowane; nie pozwalały sobie na naturalne odruchy; nawet zabawne zdziwienie z powodu gafy, popełnionej przez kogoś spoza ich kręgu, wyrażane było suchym rechotem.

Prawdą jest, że kiedy panowanie Edwarda VII dobiegło swojego ociężałego w luksusie końca, przywódczynie Edwardiańskiej socjety pozwoliły sobie na pewne zmiany. Niezliczone stoliczki, z ustawionymi na nich bombonierami i srebrnymi ornamentami oraz towarzyszące im lampy z falbaniastymi abażurami ustąpiły miejsca prostszej aranżacji; zdjęcia w ramkach spakowane zostały do pustych szuflad szaf, a porcelanowe figury zastąpiły filigranowy nonsens, jaki rządził od czasów Wiktoriańskiej przesady. Same hostessy jednak pozostały tak samo wyniosłe, zimne i oślizłe, jak ryby z nefrytu zdobiące gzymsy ich kominków. Taka też była Edwardiańska gościnność, przepełniona zapachem soli kąpielowych unoszącym się w korytarzach łączących różne sypialnie. Daisy Cornwallis-West napewno taką nie była. Wyszła za mąż za Hansa Heinricha XV, Księcia von Pless kiedy była wciąż jeszcze dziewczynką w wieku szkolnym i dziewczynką w wieku szkolnym pozostała przez całe swoje życie.

Daisy_Girl

Wychodząc za mąż, księżna von Pless była „wciąż jeszcze dziewczynką w wieku szkolnym i dziewczynką w wieku szkolnym pozostała przez całe swoje życie”.

Urodziła się w rodzinie słynnej z dobrego wyglądu, aczkolwiek w dzieciństwie nie uchodziła za ładną. Nawet kiedy już uznano ją za jedną z najcudowniejszych kobiet Europy, z jej nosem ciągle było coś nie tak: był zbyt ruchliwy, zuchwały i podniecający, by zrobić z niej statycznie klasyczną piękność, ale jakimś cudem niejednego zastanawiał, jak ktoś tak śliczny może być zupełnie nieświadomy swojej urody. Łobuzerskie niedyskrecje, w które ten nos wsadzała, przerażający brak taktu jej wielu pytań i uwag nigdy nikogo nie oburzały: wręcz przeciwnie, zachwycały odkryciem, że w tym wyrachowanym świecie znaleźć wciąż można osobę aż tak nierozważną. Nie była pod żadnym względem przebiegła; choć całkowicie pozbawiona kalkulacji, swoim gorącym sercem ujmowała ludzi tak różnych, jak egoistycznego Edwarda VII, introwertycznego Williama II, swojego poważnego, aczkolwiek łaskawgo teścia oraz niezliczoną ilość innych, którzy z uwielbieniem ją otaczali. Nawet w środku pierwszej wojny światowej, kiedy już brakowało jedzenia, zawiadowca stacji w Berchtesgaden przemycał do jej przedziału kiełbaski zawinięte w potłuszczony papier z odręcznie napisanym ołówkiem życzeniem: „Gröss Gott!“

W Książu i w Pszczynie, normą były olbrzymie przyjęcia dla czterdziestu gości; status utrzymywany w jej kilku pałacach był taki, że kiedy opuszczała pokój rozlegał się dzwonek i wypudrowany lokaj towarzyszył jej gdziekolwiek szła; jednocześnie, nawet tak dostojny gość, jak Ambasador, kładąc się do łóżka rozgniatał położony tam przez nią żartem placek z jabłkami, a chichot towarzyszący bitwie na poduszki rozbrzmiewał po korytarzach. Nie znaczy to jednak, że nie zajmowała się poważnymi sprawami. Od chwili przyjazdu do Niemiec, przerażona była okropnymi warunkami, w jakich mieszkali ludzie na Śląsku. Molestowała o to Kanclerza Rzeszy, zadręczała Cesarza oraz zjednała sobie sympatię i uwagę Cesarzowej. Nic więc dziwnego, że biedni poddani w jej majątkach obdarzali tę wesołą angielską dziewczynę sympatią i czułością, która oparła się dwóm wojnom.

Próba przeszczepienia jej dotychczasowego, rozbawionego trybu życia na grunt Pszczyny lub Książa nie całkiem się powiodła. Starszy o prawie dwadzieścia lat mąż, był tradycjonalistą. Bez przerwy nalegał, żeby była bardziej „fürstlich“, na co reagowała wybuchami młodzieńczego śmiechu, odbijającego się echem od namalowanych na sklepieniach mitologicznych postaci i cherubinów. Jej teść, panujący wtedy książę, wykazywał więcej zrozumienia i nie obraził się, kiedy zasiadła raz do obiadu w sukni uszytej z worków po końskiej paszy. Cesarzowa Fryderykowa (sama zgorzkniała na emigracji) wzięła tę tęskniącą za rodzinnym domem dziewczynę pod swoją protekcję, a Cesarz Wilhelm nigdy nie przestał otaczać jej szczerą troską. Jednakże, wybryki, do jakich była przyzwyczajona w Denbighshire i w Newlands Manor, przetransportowane na Śląsk straciły na swojej lekkości i spontaniczności. Młodzi niemieccy hrabiowie, baronowie i oficerowie zapraszani do Książa, choć bardzo chętni do uczestnictwa w zabawach o angielskim charakterze, nigdy nie wyczuwali kiedy należy ją przerwać. Pewnej nocy w Książu, zaplanowano piknik w zrujnowanej wieży w lesie. Służba została wysłana tam po południu z porcelanową zastawą, szklanymi kieliszkami i srebrnymi sztućcami; stół przygotowano jak za zamierzchłych czasów w sali bankietowej jakiegoś starego zamczyska, a wypudrowani lokaje stali za krzesłem każdego gościa. Niewinne igraszki przeszły jednak w hulankę: stół został wywrócony, a szkło i porcelana roztrzaskane. W pamięci jednego z uczestników pozostał obraz wielkiego srebrnego świecznika, leżącego na podłodze z wciąż płonącymi świecami, których wosk kapał do olbrzymiej kałuży szampana.

Przez pięćdziesiąt cztery lat swojego pobytu w Niemczech, księżna Pless nie opanowała języka niemieckiego. Nie była przez to w stanie zrozumieć niuansów niemieckiej etykiety, ani mocnych dynastycznych tradycji, jakimi inspirowała się rodzina Hochbergów. Jak sama wyznała w pamiętnikach: „Nigdy nie orientowałam się w rodowodach“. Jedynymi znanymi jej niemieckimi wyrażeniami były te, których używano w szpitalach i domach rekonwalescyjnych. Nigdy też nie przywiązywała wagi do drętwego ceremoniału niemieckiego dworu. Dla niej „kanapa była tym samym co sofa“, podczas gdy w ówczesnych Niemczech reprezentowała ona ważny symbol. Kiedy była jeszcze młodziutką kobietą, miała skłonność wtrącania się do wszystkiego. Niemcy, oczywiście, uznali to za angielską arogancję; jednakże, jej wszechobecna radość życia, którą każdemu ofiarowała, pokonywała nawet ich ograniczony punkt widzenia. Stała się więc pewnego rodzaju „wyjątkiem“, akceptowanym czasami z oszołomieniem, czasami z irytacją, ale przeważnie z tkliwością.

Od momentu wybuchu pierwszej wojny światowej, nie wyparła się swojej ojczyzny; wykorzystywała znajomości, a miała ich wiele, by zrobić wszystko i pomóc angielskim jeńcom wojennym. Cesarz (za co należy mu się ukłon) nie zaprzestał nad nią opieki, a nawet zaprosił ją do Pszczyny, gdzie miał swoją siedzibę, mimo ostrzeżeń, że pobyt Angielki, która głośno wyznawała swój patriotyzm, nie zostanie przez innych dobrze przyjęty. Później wysłana została na front serbski do pracy w pociągu sanitarnym, po czym oddelegowano ją do Berchtesgaden.  Gdy nastąpił pokój, majątek von Plessów – wielkości angielskiego hrabstwa, został podzielony, a ich olbrzymi dochód stopniał do skromnych wymiarów. Księżna Pless straciła niemieckie obywatelstwo, nie przyznano jej polskiego i stała się ponownie angielską poddaną, którą w zasadzie, zawsze była.

Ostatnie lata jej życia były tragiczne. Najmłodszy syn, zaaresztowany przez Niemców, zmarł po wyjściu z więzienia. Najstarszy, który przyjął polskie obywatelstwo, żyje na emigracji. Średni służy w polskiej armii w randze oficera. Ona sama, sparaliżowana i z zanikiem pamięci zamieszkała na starość w Książu i, podobno, nieświadoma nawet była, że Anglia i Niemcy prowadzą ze sobą nową wojnę. W tym wielkim pałacu przyszło jej umrzeć samej. Dawna pompa i świetność zniknęły, tak samo jak 4 000 służby, karoce, prywatny pociąg i sznury pereł. Jej radość z ich posiadania była zawsze jak radość dziewczynki w wieku szkolnym z nowej sukienki. W pretensjonalnym świecie była najmniej snobistyczną osobą, jaką kiedykolwiek znałem; w okrutnej rzeczywistości jaśniała radością i uprzejmością. Miała na świecie tylko jednego wroga – samotność, która ją w końcu pokonała“. (Tłumaczenie©Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Po śmierci królowej Wiktorii, wszyscy wiedzieli że na dworze brytyjskim nastąpią wielkie zmiany. Pustelniczy wręcz tryb życia starej monarchini miał niewielu admiratorów. Jej poddani tęsknili za władcą, którego mogliby często widzieć i podziwiać w splendorze godnym wielkiego imperium; za władcą o ludzkim obliczu, ze swoimi wadami i słabostkami, o którym mogliby plotkować z przymrużeniem oka i z fascynacją śledzić jego życie; za władcą, który nie byłby monotonny i nudny. Wiedzieli, że nowy król da im to w nadmiarze, gdy skończy się okres żałoby. Jego koronacja 26 czerwca 1902 r. miała być tego dowodem. Zapowiadała się rzeczywiście spektakularnie.
Od początku miesiąca dystyngowani goście zaczęli zjeżdżać do Londynu: królowie, premierzy, książęta, maharadże, delegacje z krajów imperium, reprezentacje kolonialnych armii, dyplomaci, dygnitarze państwowi, rodzina i osobiści przyjaciele. Wśród tych ostatnich nie zabrakło księstwa von Pless.
Hans i Daisy wynajęli na tą okazję dom pod numerem 7 na centralnie położonej ulicy Hyde Park Street. Wprowadzili się do niego 19 czerwca z olbrzymią ilością bagażu. Wiedząc, że ich życie towarzyskie nabierze teraz niebywałych rozmiarów, księżna starannie przygotowała garderobę, z wielką ilością nowych szat na każdą okazję. Pierwszą większą z nich był wspólny bal wydany 23-go przez damy londyńskiej socjety w Hotelu Savoy. Daisy pojawiła się na nim w jaskrawoniebieskiej sukni, ozdobionej na staniku bukietem lilii. Lilie również miała wpięte we włosy. Już jednak następnego dnia, 24 czerwca, okazało się, że kolejnych kufrów nie ma co rozpakowywać. Z powodu choroby Edwarda VII i niezwłocznej operacji wyrostka robaczkowego, jego koronacja została przesunięta na 9 sierpnia. Plessowie wrócili do Niemiec.
Księżna przerwała pisanie pamiętnika w latach od 1897 do 1902. W wydanej w 1930 r. książce, starała się przywołać z pamięci wydarzenia tamtego lata. Wydawało jej się, że spędzili wtedy spokojnie czas z rodziną w Książu. Być może byli tam przez dzień lub dwa, ale – jak na to wskazują raporty ówczesnej prasy – pojechali także na regaty do Kilonii, skąd wrócili do Anglii, by uczestniczyć w pierwszym balu w Grosvenor House wydawanym przez Shelagh – świeżo upieczoną ksieżną Westminsteru.

Daisy_Lafayette_Cabinet_Photo

Księżna Daisy von Pless przygotowała olbrzymią nową garderobę na uroczystości związane z koronacją króla Edwarda VII. Jej diamentowa korona była niezbędnym dodatkiem. Foto Lafayette’a z 1901 r. z kolekcji autorki

1 lipca, Daisy, wyglądająca „promiennie w białej sukni i wysokiej diamentowej koronie”, wzięła udział wraz z siostrą w raucie, zorganizowanym przez hrabiostwo Landsdowne dla zagranicznych emisariuszy. Tydzień później przyjęły zaproszenie na koncert i przyjęcie w Seaford House, domu lady Howard de Welden. Śpiewał sam Caruso i słynna Suzanne Adams. Księżna von Pless ubrana była wtedy na jasno-niebiesko, księżna Westminsteru na biało.

Pomimo bardzo zajętego kalendarza, Daisy nie zapomniała o wcześniej przyrzeczonym występie na rzecz pomocy walijskim rzemiosłom. Na prośbę lady Llangattock zaśpiewała dwie pieśni przy akompaniamencie lady Limerick. Tego wieczoru miała na sobie białą suknię z szyfonu, z różowymi i fioletoworóżowymi akcentami; jej siostra ubrana była na czarno, z ozdobami w postaci różowych roż.
Tak bardzo wypatrywany bal Shelagh miał się odbyć 2 lipca, ale został o tydzień przełożony w oczekiwaniu na poprawę zdrowia króla. Ewentualnie, monarchę reprezentował jego młodszy brat, książę Connaught, który przyszedł z małżonką i córką, ksieżniczką Margaretą. Innym gościem honorowym była Marie, królewska księżniczka (a póżniej królowa) Rumunii. W swoich wspomnieniach określiła go jako „najwspanialsze i najbardziej eleganckie spotkanie, jakie kiedykolwiek widziałam”, „uczta dla oczu, harmonia, jaka tylko możliwa jest do osiągnięcia dzięki doskonałemu angielskiemu zmysłowi smaku i tradycji: bez jednej fałszywej nuty, bez żadnego błędu, ani w kolorze, ani w proporcjach i detalu; bezpretensjonalny przepych, wytrawna elegancja.” A wśród tego wszystkiego „księżna Daisy Pless, wysoka i cudownie angielska, ze swoją zjawiskową biało-różową cerą. Odziana na złoto, z wysoką diamentową tiarą na miodowych włosach, wesoła, uśmiechnięta, uprzejma dla innych, była rzeczywiście wybijającą się osobowością, doskonałym wcieleniem tamtych dni spokoju, bogactwa i ogólnego dobrobytu.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

QA_Coronation_Bazaar_Graphic

Pomimo choroby męża, królowa Alexandra nie zrezygnowała z funkcji otwarcia bazaru na rzecz patronizowanego przez nią szpitala dziecięcego, Great Ormond Street Hospital. Ilustracja reprodukowana w The Graphic w lipcu 1902 r.

Następnego dnia księżną von Pless czekała ciężka praca. 10 lipca po południu otwierał się bowiem w Ogrodzie Botanicznym przygotowywany od dawna wielki bazar koronacyjny na rzecz szpitala dziecięcego, Great Ormond Street Hospital. Daisy zobowiązała się poprowadzić stoisko niemieckie. Kajzer Wilhelm II przesłał na nie olbrzymią ilość wyrobów porcelanowych z Drezna, wartości 300 funtów. Jego gest był szeroko komentowany na łamach brytyjskiej prasy. Dla podkreślenia swojego udziału, księżna Daisy ozdobiła cały kram wielkimi stokrotkami. Przygotowana była na dużą liczbę klientów. Ich rzeczywista ilość przeszła jej największe oczekiwania.
W dniu inauguracji została oblężona przez tłum wielbicieli już przy bramie wjazdowej do Regents Parku, co spowodowało że do swojego stoiska dotarła godzinę później. Przy sprzedaży pomagała jej siostra Shelagh i matka Patsy. Ta ostatnia musiała być bardzo zadowolona, czytając następnego dnia w gazetach, że „nie wygląda starzej, niż jej córki”! Towar znikał w rewelacyjnym tempie. Nazajutrz było to samo.
Trzeciego, ostatniego, dnia, ludzi na bazarze spotkała miła niespodzianka: ich ulubiony aktor komediowy, Dan Leno, stanął nagle na pianinie, nawołując wszystkich do siebie. Okazało się, że będzie przeprowadzał aukcję niesprzedanych jeszcze przedmiotów ze stoiska teatru Savoy.

Dan_Leno_doll

Dan Leno z żoną, Sarah Lydią Reynolds, i lalką, od sprzedaży której rozpoczął swoją aukcję na bazarze. Foto z kolekcji Lafayette’a w V&A Museum, reprodukowane w The Tatler w lipcu 1902 r.

Dan Leno (1860 – 1904) już od dobrych paru lat był gwiazdą londyńskich scen rozrywkowych. Niesłychanie zabawny w swoich skeczach, piosenkach, mimice i tańcach, oprócz występów solo, pojawiał się także w corocznych bożonarodzeniowych burleskach, parodiujących klasyczne opery lub sztuki teatralne. W 1902 r. publiczność miała wciąż w pamięci jego kobiecą rolę, Siostry Anny, w trawestacji Sinobrodego (Bluebeard) na deskach teatru Drury Lane.
Licytację zaczął od ślicznej lalki. Głaszcząc ją czule, przyrzekł potencjalnemu nabywcy, że jest ona „równie atrakcyjna w środku, jak na zewnątrz”. Kałamarz w kształcie swojego popiersia sprzedał jako wizerunek Sary Bernhardt naśladującej go w jego ostatniej kreacji. I tak dalej i dalej, aż poszło wszystko, włącznie z pianinem, na którym stał.
Nie wiem, jak Daisy to załatwiła, ale w najlepszej manierze dzisiejszego PR sprawiła, że Dan Leno, zakończywszy swoją aukcję, podążył wraz tłumem admiratorów ku jej stoisku i przyłączył się do sprzedaży cesarskiej porcelany. Nie muszę dodawać, że chętnych było więcej, niż towaru.
Bazar Koronacyjny był wielkim sukcesem. Szpital dziecięcy, Great Ormond Street Hospital, otrzymał na swoje potrzeby 25 000 funtów.

Read Full Post »

Czytelnicy polscy mają dostęp tylko do pierwszej książki księżnej von Pless, wydanej w 1928 r. pod tytułem Taniec na Wulkanie. Zawarte w niej przemyślenia i opinie autorki oparte są na bardzo luźnym szkielecie jej pamiętników, często naginanym i „poprawianym” przez redaktora edycji, majora Desmonda Chapmana.
Nic więc dziwnego, że badacze epoki i księżnej Daisy kwestionują niektóre daty lub scenariusze opisanych tam wydarzeń. Na ich szczęście, kolejne dwie książki księżnej, w których – bez specjalnej cenzury – cytuje długie fragmenty swoich dzienników i listów, często korygują lub uzupełniają te nieścisłości.
Jednym z przykładów może być relacja Daisy o jej podróży z siostrą do Egiptu. W Tańcu na Wulkanie zamieściła ją na początku rozdziału omawiającego lata 1911 – 1913, co sugeruje, że miała ona miejsce w pierwszych miesiącach 1911 r. kiedy: „… zdecydowałyśmy pojechać małą grupą do Egiptu. Chciałam dotrzeć do Chartumu, a stamtąd nawet dalej na południe, więc napisałam do generała Kitchenera, który był wtedy brytyjskim agentem króla i konsulem generalnym w Egipcie, o pomoc i radę. Nie było na tyle czasu, żeby wszystko dokładnie zaplanować, ale zatelegrafowaliśmy do Sir Reginalda Wingate, sirdara armii egipskiej i generalnego gubernatora prowincji sudańskich, który był bardzo dla nas uprzejmy. Totalna zmiana sceny i klimatu bardzo mi pomogła i, pomimo ograniczonych możliwości podróżowania po Egipcie, zaspokoiłam tym wyjazdem swoją nieuleczalną miłość do tułaczki. Hans nie mógł w niej uczestniczyć, więc było nas tylko troje: Shelagh, Benny [Bendor, książę Westminsteru] i ja”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
W opublikowanym w 1930 r. tomie Better Left Unsaid, księżna jest bardziej szczegółowa i pod datą 12 lutego [powinno być marca] 1912 r. pisze: „Płyniemy po Nilu. Jesteśmy w drodze z Chartumu na południe. (…) Hans został [z nami] na łodzi tylko do Luksoru. Dołączył do nas pociągiem na dwa dni w połowie drogi, ale świątynie i pustynia nie bardzo go wzruszają, więc wraca na chwilę do Berlina, a potem jedzie na Riwierę. Chłopcy [Hansel i Lexel] są w St Moritz, a dzieciątko [Bolko] w Książu. Jest to moja druga wizyta w Egipcie. Fritz [von Hochberg, brat Hansa] był tu wiele razy. Shelagh nigdy i jest rozczarowana, bo oczekiwała więcej zieleni i „oaz na pustyni”! Ja jednak wiedziałam czego się spodziewać. Uwielbiam tą cichą tajemniczość i ducha wspaniałej przeszłości, teraz zasypanej, choć ciągle dającej o sobie znać fragmentami świątyń w ich oryginalnych kolorach. Uwielbiam spokojną godność, nawet jeśli ktoś nazwie to lenistwem, wielbłądów, łagodny trucht cierpliwego osiołka i dzieci, z łobuzerskimi oczami, rozjaśniającymi psotą ich poważne brązowe buzie. A także dorosłych Arabów, w twarzach których lubię dopatrywać się śladu ukrytego zła, choć prawdopodobnie zobaczyłabym w ich wzroku iskierkę rozbawienia, gdyby tylko odgadli moje intencje! Kobiety (prawdopodobnie z powodu religii muzułmańskiej) są jedyną sprawą w Egipcie, którą „chłodno przyjmuję”, jako że wiodą życie pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Myślę, że zmieni się to pewnego dnia, choć nieprędko. Kair natomiast przeistoczył się bardzo i nie jest już miastem starych pałaców w ogrodach i przytulnych jednokonnych pojazdów. Stare pałace są teraz hotelami, a po ulicach jeżdżą wszędzie samochody. Okropny widok – jak drugorzędny Paryż. (…) Mam dosyć malowania; narzucam za dużo kolorów (trzeba to robić szybko, bo kolorystyka tutaj zmienia się błyskawicznie), więc moje obrazy wyglądają jak ten jeden na wystawie, o którego twórcy mówiono, że jest spirytualistycznym medium, przerażające! Niemniej jednak ciepło, słońce i wypoczynek zrobiły mi dobrze. Lord Kitchener i jeden z jego podwładnych, lord Colum Crichton-Stuart, byli dla nas niesłychanie uprzejmi w Kairze. Lord Kitchener wysłał telegraf do Sir Reginalda Wingate o zamierzanym pobycie w Chartumie, i kiedy się tam zjawiliśmy Pasha Slatin był tak czarujący, że ja i Shelagh się w nim zakochałyśmy…”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Shelagh_Bendor_races

Książę i księżna Westminsteru (Shelagh i Bendor) na wyścigach konnych w 1908 r. W 1912 r. ich małżeństwo było w poważnych tarapatach.

W żadnej z tych relacji księżna von Pless nie odkrywa całej prawdy, a w pierwszej z nich nawet ją przekręca. 1912 był krytycznym rokiem w rozpadającym się małżeństwie jej siostry z Bendorem, księciem Westminsteru. Wyjazd do Egiptu nie był wakacjami, ale swojego rodzaju próbą sprawdzenia co Bendor porabia sam w Kairze. Shelagh towarzyszył nieodstępujący od niej adorator, książę Jimmy Alba. Daisy zaprosiła do podróży swojego szwagra, hrabiego Fritza von Hochberg. Kiedy jednak dotarli w połowie lutego do hotelu Ghezireh Palace, Bendora tam nie zastali. Uciekł przed nimi z powrotem do Londynu.
Po parodniowym pobycie w Kairze, umilonym uprzejmościami lorda Kitchenera i przymusową dla Shelagh wycieczką do piramid, czwórka podróżników wynajęła wygodny stateczek parowy Niagara i rozpoczęła rejs w dół rzeki Nil. Hans dołączył do nich na parę dni początkiem marca. Ich celem były nieznane im jeszcze egipskie prowincje Sudanu, którymi zarządzał słynny Slatin Pasha.

Egypt_party_1912

Wycieczka do piramid w lutym 1912 r. Na wielbłądach od lewej: ksieżna Daisy von Pless, księżna Konstancja Westminster (Shelagh), hrabia Fritz von Hochberg i książę Jimmy Alba.

Baron Sir Rudolf Carl von Slatin (1858 – 1932) był legendą jeszcze za swojego życia. Rodzinny Wiedeń opuścił w wieku lat szesnastu zatrudniwszy się jako pomocnik i nauczyciel dzieci niemieckiego księgarza w Kairze. Parę miesięcy potem zrezygnował z posady by podjąć rozległe podróże po Egipcie. Spotkał wtedy i zaprzyjaźnił się z Edwardem Schnitzerem (późniejszym Emin Pashą), który walczył w egipskiej armii pod dowództwem brytyjskiego generała Charlesa Gordona i którego śladami, zarażony już bakcylem przygody, Slatin pragnął podążyć po odbyciu służby wojskowej w armii austriackiej. W efekcie rekomendacji Schnitzera, generał Gordon, który w międzyczasie został naczelnikiem Turecko-Egipskiego Sudanu, zaoferował Slatinowi w 1879 r. stanowisko inspektora w departamencie finansowym. Rok później mianował go gubernatorem Darfuru.
W czerwcu 1881 r. lokalny przywódca religijny, Muhammad Ahmad ibn’Abdullahi mianował się Mahdim – „wybrańcem narodu” i ogłosił Jihad – „świętą wojnę” z narzuconą Sudanowi obcą administracją. Młodemu gubernatorowi Darfuru przyszło stoczyć z nim wiele krwawych bitew. By wzmocnić swoją pozycję i nie stracić zaufania poddanych i armii, Slatin przeszedł (nominalnie tylko) na religię muzułmańską i przyjął imię Abd al-Qadir Salatin. Decyzja ta uratowała mu życie kiedy wkrótce, w grudniu 1883 r., wpadł w ręce Mahdistów. Nie został zabity, ale spędził kolejnych jedynaście lat w niewoli, z której wydostał się dopiero w lutym 1895 r. Jego ucieczkę zorganizował pułkownik Reginald Wingate, oficer wywiadu angielskiego, który słusznie uznał Slatina, z jego pierwszorzędną wiedzą o regionie i znajomością języka arabskiego, za cennego w przyszłości współpracownika. Nie omylił się.

Legendarny baron sir Rudolf Carl von Slatin, Slatin Pasha (1858 – 1932), w którym obie siostry się „zakochały” podczas wyprawy do Sudanu. Obraz ze zbiorów Welcome Library

Slatin, utytułowany w marcu 1895 r. przez kedywa Abbasa II Pashą, stał się żarliwym adwokatem odbicia Sudanu i totalnej destrukcji armii Mahdiego. Jego, opublikowane w 1896 r., wspomnienia Fire and Sword (Ogniem i Mieczem) miały w tym względzie olbrzymi wpływ na europejską opinię publiczną. Ich popularność uczyniła ze Slatina swojego rodzaju celebrytę, którego wszędzie zapraszano. Królowa Wiktoria i cesarz Franciszek nadali mu tytuły szlacheckie, a inni zachodni monarchowie prześcigali się w przyznaniu mu najwyższych orderów państwowych.
W 1900 r., Sir Reginald Wingate, teraz naczelnik Sudanu, mianował Slatin Pashę brytyjskim inspektorem generalnym prowincji. W tej to właśnie funkcji przyszło mu spełnić w marcu 1912 r. prośbę księżnej von Pless, która napisała do niego z Kairu: „Moja siostra, księżna Westminsteru, ja ze szwagrem, hrabią Hochberg i księciem Alby przybędziemy do Chartumu 8-go [marca] rano (mój mąż musiał wrócić do Niemiec) i pozostaniemy tam do 10-go wieczorem. [Sir] Wingate’a tam nie będzie, jak również – o ile mi wiadomo – lorda Kitchenera, więc może Pan będzie tak uprzejmy, żeby się nami troszeczkę zająć! Na początek może mógłby Pan użyć swoich wpływów i załatwił nam dobre pokoje w (…) w najlepszym hotelu, (…) a także posłał do tego hotelu swojego służącego, który bardzo nam pomoże rezerwując cztery sypialnie dla nas i cztery pokoje dla naszej służby. (…)”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy) W ślad za tym listem podążył telegraf potwierdzający datę przyjazdu.
Jak wynika z notatki Daisy w pamiętniku, pobyt w Chartumie stał się miłą dla wszystkich niespodzianką, a uprzejmość i osobisty urok Slatin Pashy odzwierciedliły się w jej spontanicznym stwierdzeniu: „był on dla nas tak czarujący, że ja i Shelagh się w nim zakochałyśmy!”. Znaleziony przeze mnie w jednym z angielskich archiwów list księżnej von Pless napisany do niego po powrocie do Pszczyny świadczy, że ich znajomość przetrwała dłużej. W odpowiedzi na jego prośbę o zdjęcie, Daisy odpisała mu 12 maja 1912 r.: „Właśnie zrobiłam sobie portrety we Wiedniu! Nie powiem, że specjalnie po to, by spełnić Pańskie życzenie [otrzymania] mojego „dobrego wizerunku”, ale chyba ten [który załączam] spodoba się Panu. Ja także proszę o Pana zdjęcie – takie ze wszystkimi Pańskimi orderami! – i proszę nie zapomnieć dać mi znać na powyższy adres kiedykolwiek zjawi się Pan w Austrii, bym mogła wyprawić na jego cześć przyjęcie. Musiałam opowiadać prawie przez 15 minut, wyłącznie tylko o Panu, cesarzowej Eugenii podczas niedawnego pobytu w Cap Martin. Powiedziałam jej jak świetnie i młodo Pan wygląda i w jak dobrym nastroju Pana znalazłam (…) Kiedy pomyślę o tym wszystkim co Pan w życiu przeszedł, czuję jakby w Pana osobie nie jednego człowieka, ale jeszcze kilku innych. Przypuszczam, że w Chartumie jest teraz bardzo gorąco; tutaj jest okropnie duszno i przed burzą, co przyprawia mnie o ból głowy. Znacznie lepiej znosiłam suchy, gorącym klimat Chartumu. (…) Wyjeżdżam do Londynu pod koniec czerwca na dziesięć dni, a potem do Bagnolles na leczenie „żylaków”. Wierząc, że czuje się Pan dobrze i dziękując bardzo za wesołe, choć krótkie dni w Chartumie – których nie zamieniłabym za nic na świecie – oraz mając nadzieję, że wkrótce się zobaczymy, pozostaję z poważaniem….”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Austriak z pochodzenia, Slatin Pasha pracował dla Brytyjczyków do 1914 r. W grudniu 1914 kedyw Abbas zaproponował mu na czas wojny stanowisko swojego adiutanta, którego nie przyjął nie chcąc aktywnie uczestniczyć we wrogich działaniach przeciwko Anglii. Bez wynagrodzenia stanął na czele departamentu austriackiego Czerwonego Krzyża pomagającego więźniom wojennym. Umarł we Wiedniu w 1931 r.
Angielscy przyjaciele o nim nie zapomnieli. 27 maja 1934 r. ukazał się w londyńskim Timesie anons, podpisany przez admirała lorda Beatty, lorda Cromera, lorda Buxtona i sir Reginalda Wingate, o zbieraniu funduszy na pomnik Slatina celem „upamiętnienia jego godnej odnotowania służby dla Sudanu i Wielkiej Brytanii, jego żołnierskiej odwagi i administracyjnych umiejętności”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Jednym z najbardziej popularnych wizerunków księżnej Daisy von Pless jest portret wykonany przez słynnego artystę amerykańskiego, Johna Singera Sargenta.
Musiał on być również ulubioną podobizną samej księżnej, skoro umieściła go na frontispisie swojej pierwszej książki, z podpisem: „Ja, na rysunku Sargenta, 1913 r.“

Daisy_Sargent

Portret księżnej Daisy von Pless autorstwa John Singer Sargenta, rysunek węglem na papierze, 60.5 cm ż 48 cm, 1913.

Data ta wskazuje, że księżna von Pless odwiedziła pracownię malarza znacznie później, niż wielu jej angielskich znajomych, których salony, już od dobrych paru lat, chwaliły się jego wyśmienitymi dziełami.
Faktycznie Sargent, z własnego wyboru, zakończył karierę portrecisty około 1907 r. Osiągnął w tej dziedzinie światową sławę i chciał teraz poświęcić się pejzażowi i malowidłom ściennym. Życzeniu jego nie stało się całkowicie zadość. Wciąż oblegany zamówieniami i błaganiami klientów poszedł na kompromis – zamiast w oleju na płótnie, zaczął robić portrety węglem na papierze, co zajmowało mu tylko od jednej do dwóch godzin na posiedzenie.
To nowe medium zaowocowało nowym typem portretu, na którym wychwycona szybko przez artystę charakterystyka modela skupiała się na twarzy wyłaniającej się brawurowymi kreskami i kontrastami tonacji z przeważnie ciemnego tła. Efekt był elektryzujący i … bardzo popularny. Być narysowanym przez Sargenta stało się swojego rodzaju społecznym statusem. Pomimo podnoszenia ceny, liczba chętnych wciąż wzrastała. Księżna Daisy musiała zapłacić za swój portret około pięćdziesięciu gwineii.
Wywiozła go na południe Francji, gdzie jej kuzynka, Ena FitzPatrick widywała go w wilii La Napoule podczas swoich wizyt w latach 1920-tych. Nie bardzo wiadomo, co się z nim potem stało. Podobno po wojnie, jeden z angielskich dealerów sztuki zaproponował jego sprzedaż Lexelowi. Po pewnym czasie okazało się, że wszedł w posiadanie siostry Daisy, Konstancji (Shelagh) księżnej Westminsteru.
Shelagh zmarła w styczniu 1970 r., pozostawiając w testamencie swój majątek córce, lady Mary Grosvenor i swojej długoletniej opiekunce, Norze Gillespie. Któraś z nich sprzedała rysunek Sargenta w 1978 r. Nabywcą był pan John Koch, autor pierwszej biografii księżnej Daisy von Pless.

Daisy_Hansel_1979

Jan Henryk XVII von Pless na tle portretu matki na wystawie „John Singer Sargent i Era Edwardiańska w Narodowej Galerii Portretu w Londynie w 1979 r. Foto: Kolekcja Zamku w Książu

W 1979 r. Galeria Sztuki w Leeds, Narodowa Galeria Portretu w Londynie i Instytut Sztuki w Detroit zorganizowały wspólnie ekspozycję „John Singer Sargent i Era Edwardiańska“. Pan Koch uprzejmnie wypożyczył na tą wystawę obraz Daisy. Tak więc po latach, księżna von Pless znalazła się ponownie w gronie swoich dawnych znajomych i przyjaciół, aczkolwiek tylko w retrospektywie i na ścianach muzem.
Honorowym gościem na wystawie londyńskiej, która odbyła się w dniach od 6 lipca do 9 września 1979 r., był żyjący jeszcze wtedy i mieszkający w Anglii, jej najstarszy syn Hansel – Jan Henryk XVII.
Portret księżnej Daisy von Pless w wykonaniu Sargenta został ponownie sprzedany przez nowojorski dom aukcyjny Sotheby’s w maju 2002 r. Tożsamość nowego właściciela nie została podana do wiadomości.

Read Full Post »

Poczynając od babci księżnej von Pless, lady Olivii FitzPatrick, kobiety jej rodziny wydawały na świat dziewczynki, które w swojej urodzie były ekstremalnie przeciwne. Matka Daisy, ciemnowłosa i ciemnooka Patsy Cornwallis-West, była zupełnie różna od swojej jasnowłosej siostry Minnie. Shelagh i Daisy reprezentowały tak odmienne rysy i kolory, że dla określenia ich kontrastu znajomi sięgali do takich metaforycznych porównań jak Księżyc i Słońce lub Dzień i Noc. Urodzone w następnym pokoleniu córki Shelagh, Ursula i Mary, regułę tą potwierdziły.

Ursula odziedziczyła po ojcu jasne, rudawo-blond włosy i niebieskie oczy, jego rysy i wysoką, męską posturę. Mary natomiast, choć też wysoka, była ciemna i chuda i wyglądała identycznie jak matka.

Shelagh_daus_1912

Konstancja (Shelagh), księżna Westminsteru z córkami: 12-letnią Ursulą i 2-letnią Mary. Foto z kolekcji autorki

Pierwsza siostrzenica księżnej von Pless, lady Ursula Mary Olivia Grosvenor, urodziła się 21 lutego 1902 r. Ciocia Daisy zapisała wtedy w dzienniku: „Oczywiście Shelagh i Bendor woleliby chłopca, ale dzieciątko jest tak słodkie i kochane, że oboje szybko zapomnieli, iż oczekiwali dziedzica.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy) Jako dziecko jednego z najbogatszych ludzi w Anglii, małą Ursulę od początku otaczał dobrobyt i wygoda.

Jej ciągle bardzo młody tatuś, spełniając własne chłopięce zachcianki przekształcił rodową rezydencję, Eaton Hall, w eksluzywny „park rozrywki” służący każdej jego pasji. Zbudował tor z przeszkodami do jazdy konnej, włącznie z basenem do skoków na wodzie. Stajnie wypełnił końmi różnej maści i przeznaczenia. Kupił dla siebie dwa samochody osobowe, a dla gości zmotoryzowane wagony, które ułatwiły im szybkie przemieszczanie się od jednego wydarzenia do drugiego. Kiedy przyszła mu na to ochota, jeździł własną lokomotywą po prywatnym torze kolejowym. Gdy padało szedł na kryty kort tennisowy. Z lądu przenosił się na morze, po którym rejsował jachtami lub wyścigował się motorówkami. Zależnie od sezonu, polował u siebie w Cheshire lub jechał do Szkocji. W sierpniu podejmował graczy w polo na swój coroczny turniej. Jego żona, Shelagh, była równie aktywna. Ich córeczka Ursula zaczęła jeździć na koniu w wieku pięciu lat, a w wieku dziesięciu wzięła udział w pierwszym polowaniu.

Będąc tylko o rok młodszą od synka Daisy, Hansela, Ursula niemal od razu stała się jego towarzyszką zabaw, kiedy rodzice przyjeżdżali z nim do Anglii lub rodziny spotykały się na wakacjach w południowej Francji. Dzieci bardzo się ze sobą zżyły, a ich przyjaźń przetrwała do końca życia.

Nie wiadomo mi, czy Shelagh kiedykolwiek przywiozła małą Ursulę do Ksiąźa. Daisy, która odwiedzała Anglię co roku, cześciej podrzucała swojego synka siostrze, a raczej najętym przez nią opiekunkom i guwernantkom. Czasami pobyt Hansela u cioci trwał całymi miesiącami. Stało się tak na przykład podczas ciąży księżnej Daisy z Lexelem, którego rodziła w Londynie i z którym wróciła do Eaton Hall dopiero po pięciu tygodniach po porodzie.

Kiedy, po 1905 r., siostry zaczęły razem wyjeżdżać na długotrwałe wycieczki zagraniczne, przekazywały swoje pociechy pod skrzydła dziadków. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby zdarzało się to sporadycznie, ale ich następujące jedne za drugimi wspólne czy indywidualne wyjazdy, we współczesnej ocenie sprowadzały się do niedopuszczalnego zaniedbywania obowiązków rodzicielskich.

Nic więc dziwnego, że gdy  pod koniec stycznia 1908 r. siostry wynajęły na dwa miesiące willę Cynthia w Cap Martin na francuskiej Riwierze i Ursula z braciszkiem Edwardem wysłani zostali do babci Sibell Grosvenor, jej mąż, George Wyndham, zauważył jak bardzo „dzieci łaknęły miłości i bezpretensjonalnych zabaw.” Na szczęście lady Sibell poświęciła im dużo czasu i energii, pozwalając im ustawiać pociąg ze wszystkich krzeseł w jadalni, używać dzwonka alarmowgo jako sygnału na przyjazdy i odjazdy z wyimaginowanych stacji, lub siedziała z nimi na podłodze budując na tacy ogród z piasku i odpowiadając cierpliwie na tysiące pytań. Zaraz po powrocie z Francji, Shelagh przewiozła dzieci do dziadków Westów w Ruthin, by móc pojechać z Daisy na dwa miesiące do Hiszpanii.

Urodzony w listopadzie 1904 r. synek Bendora, Edward, miał pięć latek gdy dostał fatalnego w skutkach zapalenia wyrostka robaczkowego. Jak zwykle jego matka była na wyjeździe, z którego wprawdzie natychmiast wróciła, by się nim zająć, ale jej mąż i tak zwalił winę za śmierć dziecka na jej nieobecność. Jego rozpocz po utracie syna i dziedzica stała się przysłowiowym gwoździem do trumny ich małżeństwa. Stan rzeczy zmienić tylko mogło wydanie na świat kolejnego męskiego potomka.

W kwietniu 1910, Shelagh i Daisy wyjechały znów razem na południe Francji, tym razem do Cimez koło Nicei. Obydwie były w ciąźy i matka Patsy dołączyła, by się nimi opiekować. Ostatnia szansa uratowania małźeństwa Westminsterów zniknęła, kiedy Shelagh urodziła 27 czerwca 1910 r. córeczkę, a nie wyczekiwanego przez wszystkich chłopca. Zrozpaczona Patsy doniosła Daisy: „[Shelagh] spojrzała na nią tylko raz, i to w ciemnościach, a Bendor w ogóle… Bóg tylko może im pomóc…” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)  Dziecko otrzymało imię Mary. Jej chrzestną matką została księźna von Pless.

Księżna Daisy bardzo źle przeszła połóg swojego trzeciego dziecka Bolka. Poród był ciężki, a nieodpowiednia opieka lekarska przyniosła w konsekwencji zatrucie organizmu („septic poisoning”), po którym księżna już nigdy nie doszła do zdrowia. W ramach rekonwalescencji Hans przewiózł ją w styczniu 1911 r. z powrotem do Cimez. Siostra Shelagh przyjechała tam pod koniec lutego i, z myślą o dłuższym pobycie, wynajęła w sąsiedztwie eksluzywną willę The Bungalow. Przywiozła też ze sobą małą Ursulę, którą Daisy z czułością opisała w pamiętniku: „z jasno-rudymi włosami o wielu odcieniach, wielkimi niebieskimi i zdumionymi oczami i kochaną twarzyczką.”  (tłumaczenie © Barbara Borkowy) Najbardziej z jej przyjazdu ucieszył się Hansel.

Ursula_painting

Lady Ursula Grosvenor na portrecie namalowanym w 1907 r. przez Mary Lemon Waller

Jako dziewięcioletnia dziewczynka, Ursula musiała już sobie zdawać sprawę z kryzysu w jakim znalazło się małżeństwo jej rodziców. Sytuacja się poprawiła, kiedy Shelagh i Bendor podpisali w czerwcu 1913 r. umowę o seperacji. Zaczęli ze sobą na nowo rozmawiać, a dobro ich córek stało się priorytetem. Zadne z nich nie podjęło złośliwej walki o wyłączność opieki nad dziećmi. Dziewczynki znalazły się pod kuratelą sądu i spędzały po pół roku u każdego z rodziców.

Duchess of Westminster

Mary podczas pobytu u matki Shelagh w jej nowym domu, Annesley Bank w Lyndhurst w październiku 1920 r.

W czasie wojny, pozostawione pod opieką guwernantek, prawie w ogóle ich nie widziały, ale odwiedzały dziadków po obu stronach. Babcia Patsy opisała jedną z ich wizyt w Ruthin w liście do ksieżnej Daisy z 12 grudnia 1914 r.: „Ursula i jej miła opiekunka przyjechały wczoraj samochodem [lady] Sibell na lunch. Ursula była taka kochana wobec dziadka, że staruszek się rozczulił. Mary przybędzie tu w poniedziałek, ale wyślę ją do Eaton [Hall] 23-go, żeby dołączyła do Urszulki. Mają spędzić święta Bożego Narodzenia z Bennym [Bendorem, ich ojcem], lecz Bóg tylko wie gdzie on będzie w tym czasie…  ” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Obydwoje rodzice bardzo się odznaczyli w służbie swojej ojczyźnie: Shelagh jako zarządczyni doskonale funkcjonującego szpitala wojskowego w La Touquet, a Bendor jako organizator i dowódzca oddziału zmilitaryzowanych samochodów na froncie Północnej Afryki. Jego brawurowa wyprawa samochodami w głąb pustyni by uratować, więzionych przez siły Senussiego, rozbitków brytyjskiego okrętu wojennego Tara obrosła legendą. Dziewięcioletnią Mary rozpierała duma, gdy w 1919 r . delegacja wdzięcznych marynarzy przybyła do Eaton Hall by wręczyć jej tatusiowy pamiątkową srebrną szkatułę. W uwielbieniu i podziwie dla ojca, Mary zaczęła podświadomie zachowywać się jak upragniony przez niego syn. Każda pasja i hobby Bendora stały się miłością i treścią jej życia. Kiedy w latach trzydziestych 20. wieku kanony mody zaczęly na to pozwalać, częściej ubierała wygodne spodnie niż elegancką suknię.

Mary_Bendor_Tara

Dziewięcioletnia Mary z ojcem Bendorem podczas uroczystości wręczenia mu srebrnej szkatuły, upamiętniającej jego bohaterski akt uwolnienia rozbitków okrętu Tara

W marcu 1923 r., 21-letnia Ursula zaręczyła się sekretnie z jockeyem Jackem Anthony. Prasa się o tym dowiedziała i wybuch skandal. Rodzice przeciwni byli związkowi. Zaręczyny zostały zerwane, ale Ursula bardzo prędko przyjęła oświadczyny kolejnego wielbiciela koni, Williama Patricka Filmer-Sankey, oficera 1. pułku Life Guards i syna komodora marynarki, Edmunda Richarda Filmer-Sankey. Poślubiła go 23 czerwca 1924 r w katolickim kościele St Mary  na Cadogan Street w londyńskiej dzielnicy Chelsea, pod który zajechała samochodem z ojcem i ich olbrzymim terierem irlandzkim, udekorowanym kokardami w purpurowo-białych wyścigowych kolorach rodu. Siostra Mary była jej drużką. Na wesele przyjechała z Niemiec ciocia Daisy i kuzyn Lexel. Jej zamążpójście było wielkim wydarzeniem towarzyskim stolicy, z elementem sensacji z powodu niezwykłych zaproszeń wystosowanych przez Ursulę dla zamiataczy ulic z dzielnicy Westminster. W kościele obecnych było również 300 mieszkańców z posiadłości Grosvenorów.

Ursula_Wedding_DM

Siostry podczas ślubu Ursuli  23 czerwca 1924 r. W rogu, portret pana młodego, Williama Filmer-Sankey. Foto: The Daily Mirror

W prezencie ślubnym otrzymała od ojca duży dom na prestiżowej ulicy North Audley Street w Londynie, a od wujka przyszłego męża konia wyścigowego. Mama Shelagh włączyła się całkowicie w organizację ceremonii. Jej obecność na ślubie córki nie była niczym skrępowana, Bendor bowiem rozstał się już wtedy ze swoją drugą żoną Violetą Rowley. Ubrana w suknię ze złotego jedwabiu i kapelusz z szerokim rondem, razem z byłym mężem witała dostojnych gości na weselnym przyjęciu w Grosvenor House. Jednym z nich była hrabina Ettie Desborough, która tak opisała pannę młodą: „wysoka na sześć stóp, cudowna smukła figura i cera koloru kwitnącej jabłoni. Bardzo dziecinna i prostolinijna; przedziwna mieszanka ultra dostojności Grosvenorów ze smugą Wild Westów. Przepiękne dłonie, ale włosy złotawego koloru raczej jak u barmanki…” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Sensacją otoczony był także, wydany przez rodziców w 1928 r., debiutancki bal dla ich młodszej córki Mary, na który zaproszeni zostali członkowie rodziny królewskiej i wielu brytyjskich arystokratów. Winston Churchill, bliski przyjaciel Bendora, nie mógł w nim uczestniczyć, ale zmusił żonę, by go reprezentowała, podkreślając: „bardzo lubię Bennego [Bendora], więc mam nadzieję, że udowodnisz to i pokażesz się tam choćby na pół godziny.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy) Osiemnastoletnia Mary dostała w prezencie od tatusia cztery wspaniałe konie.

Kochanką Bendora była w tym czasie Coco Chanel i Mary, bez oporów, umieściła ją na liście gości. W podzięce za ten gest, Coco wydała obiad dla najbliższej rodziny Grosvenorów, na którym nie zabrakło Shelagh i jej drugiego męża Fitza. Na bal jednak nie poszła, obawiając się kontrowersji, którą i tak, chcąc nie chcąc, wzbudziła właśnie swoją nieobecnością. Shelagh przesłała jej notatkę z zapytaniem o zdrowie i zaoferowała pomoc. Wdzięczna Coco odpowiedziała olbrzymim bukietem kwiatów i przeprosinami.

Lata młodości Ursuli i Mary różniły się znacznie od tych, które przeżyły ich matka Shelagh i ciocia Daisy. Epoka edwardiańska ze swoim przepychem i ceremonią, olbrzymimi balami i weekendami we wspaniałych i wielkich rezydencjach wiejskich poszła w zapomnienie. Zatrzymywano się teraz w hotelach, jedzono w restauracjach, a zamiast bali urządzone koktajlowe party. Towarzystwu przewodził młody książę Walii (poźniejszy król Edward VIII) i to on był teraz królewskim gościem na przyjęciach Grosvenorów. Jedno z nich, celebrujące wyścigi konne Grand National w Aintree w marcu 1932 r, Ursula i Mary zorganizowały same pod nieobecność ojca w Eaton Hall.

Ursula_Patrick

Ursula ze swoim synkiem Patrickem Filmer-Sankey na spacerze w Hyde Parku w maju 1931 r.

Ursula miała z Williamem Filmer-Sankey dwóch synów, Patricka i Christophera. Rezydencją rodziny była Holly Lodge w Oxton, w hrabstwie Nottinghamshire. Zgodnie z tradycją, wszyscy jej członkowie zwariowani byli na punkcie koni i polowań. Jeszcze w wojsku Filmer-Sankey był wziętym graczem w polo i podwójnym zdobywcą pucharu Grand Military Gold Cup w Sandown.  Potem był trenerem koni wyścigowych, a następnie został współprezesem myśliwskiego kółka South Notts., w przedsięwzięciach którego jego dzieci brały udział od najmłodszych lat. Ursula też namiętnie polowała, towarzysząc czasem, ciągle bardzo aktywnej sportowo, matce w jej myśliwskich przygodach, takich jak eksluzywne polowania w Gibraltarze.

W 1935 r. William kupił za pieniądze Bendora majątek Assynt w Szkocji, który graniczył z bogatymi terenami łowieckimi teścia w Kylestrome. Obie rezydencje Filmer-Sankeyów były licznie odwiedzane przez gości, a sława Ursuli jako wspaniałej gospodyni była powszechnie znana. Jej znajomy, komik i piosenkarz Douglas Byng, złożył temu pokłon w swojej autobiografii opisując ją jako „najuprzejmniejszą i zupełnie pozbawioną egoizmu przyjaciółkę jaką kiedykolwiek miałem, a przy tym odznaczającą się tym typem eterycznej urody, która przywodziła na myśl obrazy Botticellego.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Jej związek z Williamem nie był jednak udany i para rozwiodła się w 1940 r. W październiku tego roku Ursula wyszła powtórnie za mąż, tym razem bardzo szczęśliwie, za hodowcę ogierów, majora Stephena Vernona.  W marcu 1943 r. urodziła się im córeczka, która niestety zmarła po paru godzinach.

Pomimo tylu wtedy wydarzeń w jej życiu, Ursula nie opuściła w potrzebie swojego kuzyna Hansela, który na czas wojny został internowany jako „wróg narodu”. Jego uniewinnieniem i zwolnieniem zajął się wuj George, ale to Ursula robiła wszystko by zapewnić mu jako taki komfort w obozie i więzieniu, przesyłając mu paczki żywnościowe, podtrzymując na duchu i odwiedzając go tak często jak to było możliwe.

Mary nie była zainteresowana małżeństwem. Lubiła wiejskie życie, terenowe sporty, jachty i szybkie samochody. Była świetnym jeźdźcem i strzelcem. Przed wojną uczestniczyła regularnie w rajdach motorowych w Brooklands i wyścigach samochodowych w Goodwood i Donington Park. Osiadła w majątku Churton, który dobrze prowadziła, powszechnie lubiana przez swoich poddanych. Zaszywała się też często w Szkocji, w ulubionym dworku myśliwskim ojca w Kylestrome lub w Południowej Afryce w ofiarowanej jej przez Bendora posiadłości Westminster na terenie Orange Free State. Jako prawdziwy z krwi i kości myśliwy, prowadziła przez całe życie szczegółowy dziennik swoich zdobyczy.

1946-Lady-Mary-Grosvenor.-Jeans-Cup-2

Mary w jej słynnym Bugatti 37A na rajdzie Jeans Gold Cup w 1946 r.

Po 2. wojnie światowej Ursula zamieszkała ze Stephenem w Irlandii, gdzie mieli dwa domy: główną rezydencję Bruree House w hrabstwie Limerick i i letnią willę Fairyfield w nadmorskim Kinsale, w hrabstwie Cork. Prowadzili tam dostatnią i spokojną egzystencję, włączając się czynnie w życie intelektualne kraju. Do grona ich przyjaciół należeli, między innymi, nowelistka Elizabeth Bowen i malarz Patrick Hennessy, którego obrazy kolekcjonowali.

Choć bardzo przystojna, Mary nigdy nie wyszła za mąż. Gdy wreszcie zrezygnowała z wyczynowych rajdów samochodowych, wzięla na siebie dodatkowe obowiązki prowadzenia majątku Grosvenorów w Saighton i kupiła farmę w Kenii. Zawsze bardzo dobrze zorganizowana, zarządzała sprawnie swoimi licznymi posiadłościami, i, kiedy wymagała tego sytuacja, potrafiła zagrzmieć ostrą reprymendą. Wstydliwa z natury, nie zawiązywała łatwo nowych przyjaźni, ale ci, którzy ją znali żywili do niej respekt i szacunek. Bogactwo i przywileje pochodzenia nie przeszkodziły jej prowadzić swój własny, prosty i szczęśliwy, tryb życia.

Starszy syn Ursuli, Patrick, pozostawił po sobie jednego potomka, Williama. Młodszy, Christopher, zmarł jeszcze za jej życia 25 listopada 1957 r., osierocając dwóch jej wnuków, Dominica Hugh i, urodzonego pośmiertnie, Christophera John Timothego. Ursula zmarła w Londynie w lipcu 1978 r.

Jej siostra, lady Mary Grosvenor, zmarła w wieku 89 lat w czerwcu 2000 r.

Read Full Post »

Po rozstaniu się ze Stellą Patrick Campbell w 1919 r., życie Georga może spowolniło, ale nabrało niezależności i, swojego rodzaju, determinacji. Zarażony bakcylem teatru po występach ze Stellą w Ameryce, George postanowił rozpocząć nową karierę. Tak naprawdę, nie miał innego wyjścia. Jako bankrut, musiał znaleźć nowe środki utrzymania.

Swoją pierwszą sztukę teatralną, „The Mousetrap“, napisał parę lat temu, ale G.B. Shaw bardzo ją skrytykował, więc poszła w zapomnienie. Kolejna, „Pro Patria“, o temacie szpiegowskim, została wystawiona w 1917 r., a teatr Lyceum zamienił ją nawet później na popularną operę.

Teraz rozpoczął pracę nad nową, którą zatytuował „Some Do and Some Don’t“. Czerpiąc z własnego doświadczenia, przedstawił w niej nieszczęśliwe małżeństwo ze słynną artystką, której nieobliczalny temperament, służący jej tak dobrze na scenie, doprowadza związek do upadku. Nigdy nie wystawiona, zniknęła na zawsze w szufladzie.

W międzyczasie, spłaceni wierzyciele przestali go nękać i George, nareszcie, rozpocząć mógł nową, stabilną egzystencję w oparciu o niewielki majątek, jaki mu pozostał. Kupił własny dom na 8 Sterling Street, który wygodnie urządził, ozdabiając go rodzinnymi pamiątkami i małymi skarbami z Ruthin i Newlands. Na życie zarabiał artykułami dla The Daily Telegraph o swoim słynnym przodku, admirale Cornwallis, opartymi na autentycznych dokumentach i listach. Znalazł je na strychu Newlands, gdy przygotowywał tą rezydencję do sprzedaży. Ich popularność zadecydowała o napisaniu pełnej biografii admirała, która została bardzo pozytywnie przyjęta. Zbudowany jej sukcesem, opublikował wkrótce swoje własne wspomnienia, tytułując je „Edwardian Hey-Days“. Pozbawiony plotek i sensacji, tom ten do dnia dzisiejszego jest wielce cenionym przez historyków źródłem informacji o minionej epoce. „Edwardians Go Fishing“, w którym z detalami opisał każdy aspect swojego ulubionego hobby, był kolejnym, choć specyficznym, dziełem rejestrującym czasy edwardiańskie. Do tej samej kategorii, aczkolwiek o lźejszej formie, zaliczyć można ostatnią jego pracę, „Us Dogs“, w której poprzez narrację swojego labradora Sambo, opowiada o psich uczuciach wobec ich właścicieli.

Po fiasku sztuk teatralnych, George postanowił pisać scenariusze filmowe. Skończyło się na jednym, który wprawdzie nie trafił na ekran, ale został wydany jako książka pod tytułem „Dwie Żony“. Zadedykowana siostrom, ta wielce sentymentalna powieść była na tyle popularna, że doczekała się wydania amerykańskiego w 1930 r. Na pewno podobała się Daisy, która napisała do brata: „Oh, Buzzie [przezwisko Georga] kochany, właśnie skończyłam twoją zachwycającą książkę. (…) Jest czarująca i pełna prawdy. Jak bardzo bym chciała, żebyś mógł poślubić taką żonę jak Toinette [jedna z bohaterek], młodą kobietę, którą nauczyłbyś życia i miłości, i z którą miałbyś drogie, małe dzieci (…).“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Ale George, wciąż związany – choć tylko na papierze – ze Stellą Patrick Campbell, nie mógł kontemplować żadnych planów matrymonialnych. Jego druga żona z nienawiścią i uporem odmawiała  rozwodu. Dopiero jej śmierć 9 kwietnia 1940 r. rozwiązała mu ręce.

Georgette Hirsch (1878 – 1972), portret Sargenta z 1905 r.

Tym razem 64-letni George wybrał, czy to z miłości, czy z rozsądku 58-letnią panią Georgettę Hirsch. Trącąc déjà vu prasowa zapowiedź ich ślubu zbiegła się w czasie z anonsami w gazetach o nabożeństwie żałobnym ku pamięci jego poprzedniej partnerki.

Georgette Hirsch była bardzo bogatą wdową po Adolphie Hirsch – maklerze giełdowym z własną firmą w londyńskim City. Jej mąż pochodził z dystyngowanej źydowskiej rodziny heskiej, a ona sama wywodziła się ze słynnego żydowskiego rodu Seligmanów. Jej kuzyni, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, na tyle zdominowali tamtejsze banki, że zasłużyli sobie na przydomek „amerykańskich Rothschildów“.

Adolph i Georgette pobrali się w 1897 r. Mieli dwie córki: Gladys Minnę i Evelyn Nellie. Pierwsza poślubiła w 1919 r. majora Coldstream Gwardii, Richarda Pinto, druga w 1920 r. bankiera, Ralpha Raphaela. Córka Pintów, Ann Catherine, wyszła później za mąż za Simona Marksa, prezesa i współdyrektora Marksa i Spencera.

Adolph Hirsch zmarł 9 lipca 1922 r. W swoim życiu dorobił się olbrzymiej fortuny na kopalniach złota w Południowej Afryce i kopalniach węgla w Anglii. W testamencie zapisał żonie wszystko – biżuterię, kolekcję win, sklepy, majątek osobisty, używalność każdej rezydencji i mebli, jak również majątku powierniczego do końca jej źycia. Ogółem jego cały majątek wyceniono na 354 000 funtów (około 1 miliarda funtów dzisiaj).

Nie wiem, gdzie i jak George poznał panią Hirsch. Jego sekretarka, a potem biografka, Eileen Quelch wspomina tylko, że znali się na dobrych parę lat przed ślubem.

Hirschowie byli kolekcjonerami sztuki i Adolph niejednokrotnie pożyczał okazy ze swoich zbiorów na krajowe i światowe wystawy. Być może zakupili jakieś obrazy ze spuścizny po pułkowniku Williamie Cornwallis-West, które George wystawił na dwóch aukcjach po śmierci ojca? A może znali się z londyńskiej sceny teatralnej? Zarówno Adolph, jak i Georgette Hirsch byli, od 1904 r, członkami Towarzystwa Sceny (Stage Society), do której należała również pierwsza żona Georga, Jennie Churchill, i której przewodził jego przyjaciel, G.B. Shaw.

Georgette Hirsch w 1940 r. Ogłoszenie o ślubie z Georgem zamieszczone w Daily Express 12 kwietnia 1940 r.

Ich ślub odbył się w poniedziałek rano, 15 kwietnia 1940 r. w Caxton Hall, słynnym urzędzie stanu cywilnego w londyńskiej dzielnicy Westminster, w którym wiele celebrowanych par złożyło małżeńską przysięgę. Zamieszkali w domu Georgette pod numerem 22 na Hill Street, w okolicy Berkeley Square na Knightsbridge. Dom Georga na Sterling Street został sprzedany, osobiste archiwum przeniesione do magazynu, a wierny lokaj i kucharka wysłani na emeryturę.

Jak wspomina Eileen Quelch, George, pomimo swojego wieku, wciąż zwracał swoją osobą uwagę londyńskich przechodniów, którzy często się za nim oglądali, podziwiając jego „doskonałą, wysoką na 1.95 m, posturę, oblicze, z którego biło szlacheckie pochodzenie, świeżość karnacji i niebieskich oczu. [Był] przystojny, dumny i ujmujący…“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Nawet jako sześćdziesięcio-paroletni mężczyzna, George wciąż zwracał uwagę swoją urodą, elegancją i posturą.

Ale, pomimo nabytego przez małżeństwo bogactwa i wygód, życie Georga zaczęło trącić monotonią. Przestał pisać. Gdy dowiedział się o aresztowaniu swojego siostrzeńca Hansela, który osadzony został w więzieniu jako „wróg narodu“ pod regulacją 18B prawa obrony z 1939 r., skierował wszystkie swoje środki i znajomości w celu obalenia postawionych mu zarzutów. Doprowadził do jego ewentualnego zwolnienia, przeprosin i odszkodowania ze strony wicehrabiego Castereagh, który zainicjował  plotkę o szpiegostwie Hansela na rzecz Niemiec.

Bombardowanie Londynu sprawiło, że przeniósł sie z żoną do eleganckiego hotelu Normandie w Bournemouth. Ale nawet tam nie był szczęśliwy, czując się publicznie niepotrzebnym i osobiście uziemnionym z powodu braku przydziału na paliwo dla  eskapad na ukochaną prowincję. Przyjaciel, generał Alexander, starał się pomóc i załatwił mu kupon na benzynę, by mógł wyjeżdżać na prelekcje do oddziałów wojskowych i, prywatnie, na wędkarskie wypady nad rzekę Avon. Czasami zjawiał się równieź w stolicy, ale przeważnie w smutnych okolicznościach, takich jak choroba oddanego mu służącego lub nabożeństwo żałobne na cześć jego siostry, ksieżnej Daisy von Pless.

Bournemouth w latach 40-tych 20. wieku, gdzie George i Georgette spędzili większość lat 2. wojny światowej

Po wojnie, wynajął apartment w Wellington Court w Londynie, ponieważ dom Georgetty na Hill Street zburzyła bomba. Wciąż szukając nowego miejsca, wracali z żoną do Bournemouth, zatrzymując się, od 1948 r., w eksluzywnym Toft House Hotel. Ale zdrowie Georga, który nigdy nie był dobrej kondycji, zaczęło się gwałtownie pogarszać. Ból, który go nachodził, musiał być czasami uśmierzany zastrzykami morfiny. Na dodatek, zaczęła go męczyć bezsenność i depresja spowodowana pogłębiającą się głuchotą. Nie chcąc się poddać, zdecydował się na ostatnią przygodę – podróż dookoła Afryki! Po dwóch tygodniach musiał ją przerwać. I choć wrócił do Anglii w wielkim stylu, przelatując samolotem 6 800 mil, wiedział, że życie zacznie być pasmem niekontrolowanego upadku. Stał się ofiarą choroby Parkinsona. Nie wiadomo czy był to jego ostatni gorzki żart, czy tylko przypadek, ale zastrzelił się nie innego dnia, ale 1 kwietnia 1951 r.

Nabożeństwo żałobne ku jego pamięci miało miejsce 17 kwietnia 1951 r. w Królewskiej Kaplicy Wojskowej na terenie Wellington Barracks. Mszę odprawił krewny, pastor Richard FitzPatrick. Rodzinę Cornwallis-West reprezentowała siostra Shelagh i jej mąż, J.F. Lewis. Co złe w przeszłości, zostało zapomniane. Winston Churchill musiał na tyle lubić Georga, że na jego pogrzeb posłał jako swojego przedstawiciela syna, majora Randolpha Churchilla.

Georgette Cornwallis-West zmarła w wieku 94 lat, 21 listopada 1972 r.

Pisząc powyższy blog, zastanawiałam się cały czas jaki wpływ mogło mieć ostatnie malżeństwo Georga na losy Daisy w faszystowskich Niemczech. Ówczesne władze nazistowskie musiały wiedzieć o jego nowym związku. Na pewno nie były sympatycznie nastawione do faktu, że brat księźnej von Pless poślubił zamoźną kobietę pochodzenia żydowskiego z koneksjami z amerykańskimi bankierami. Nieprzyjazne traktowanie Daisy, spowodowane zadeklarowaną anglofilią Hansela i przynależnością Lexela do polskich sił zbrojnych, musiało się po tym fakcie bardzo negatywnie pogłębić. Wrogość Berlina i piętrzące się wtedy obstrukcje w wypłacaniu księżnej należnych jej apanaży nabierają nagle nowego wymiaru…

Read Full Post »

Older Posts »