Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘1. wojna światowa’

Niniejsze wspomnienia o Patsy Cornwallis-West opublikowano wkrótce po jej śmierci w lipcu 1920 r. Zatytuowane „Romans pani Cornwallis West. ‚Dzika Róża Irlandii’ która królowała w Londyńskiej Socjecie”, napisane zostały przez przyjaciółkę, która znała ją od dzieciństwa. Z jakiś powodów, autorka nie odkryła swojej tożsamości.
Druga część jej artykułu poświęcona jest implikacjom słynnego przewodu sądowego, który zrujnował reputację i zdrowie Pani Cornwallis-West.
Chodzi o przesłuchania komisji wojskowej dotyczące wykorzystywania przez Patsy do osobistych celów jej pozycji towarzyskiej i wpływów wśród dygnitarzy armii brytyjskiej. W złości na młodego rekonwalescenta, sierżanta Paula Barretta, który odrzucił jej amory, sprawiła, że przeniesiono go do innego oddziału i uniemożliwiono dalszą karierę, doprowadzając go tym do załamania nerwowego. Jej zachowanie i konszachty, poparte przechwyconymi listami, przedstawiła władzom zazdrosna żona agenta majątków Westów, pani Birch, pod skrzydłami której Barrett dochodził do zdrowia. W zakończeniu przewodu, 22 grudnia 1916 r., sąd wojskowy zwolnił ze stanowisk niektórych oficerów wplątanych w tą aferę, a Pani Cornwallis West udzielił surowej reprymendy.

Patsy_tribute_1920 copy

Trybut oddany Patsy przez jej przyjaciółkę, opublikowany w The Sunday Post 25 lipca 1920 r. Ilustracja dzięki uprzejmości The British Library.

A oto cały tekst jej przyjaciółki:
„Pani Maria Cornwallis West była najśliczniejszą kobietą Socjety w czasach gdy kult piękności sięgał szczytów. Wiem, że i dzisiaj jest wiele pięknych pań w Socjecie, ale czar oblicza i manier osądzane są teraz według innych kryteriów, niż było to za dni kiedy Maria Cornwallis West dzierżyła berło Królowej Piękności i wraz z Panią Langtry, słynną „Lilią Jersey’u”, rywalizowały o hołdy artystów i świata towarzyskiego Londynu.
Spotkałam ją po raz pierwszy wiele lat temu w salonie jej rodzinnego domu, plebani w Clones w hrabstwie Leitrim. Była wtedy jeszcze dzieckiem, w wieku około piętnastu lat, ale już obdarzona przez los wielką urodą. Kiedy żwawo hasała po okolicznych ścieżkach, z rozpuszczonymi na wietrze złoto-brązowymi włosami i z tymi jej niezwykłymi oczami, które z brązowych zmieniały się w słońcu na niebieskie, czuło się, że ten podlotek przy pierwszej nadarzającej się okazji podbije cały świat.
Była niewątpliwie olśniewająco ładna, ale jej wielki sukces towarzyski nie opierał się tylko na urodzie. Dowcipna i pełna werwy, posiadała dużą umiejętność konwersacji i głęboki czar osobisty. Ta córka pastora i damy z arystokratycznej rodziny, zrodzona została by wspiąć się na najwyższe szczyty.
Jej matka, Lady Olivia Fitzpatrick była pięknością. Jej własne córki też są piękne, ale nie myślę, aby którakolwiek z nich wywarła na londyńskiej Socjecie tak natychmiastowe i piorunujące wrażenie jak ona. Prorokowany jej w dzieciństwie błyskotliwy sukces towarzyski przeszedł wszelkie granice oczekiwań. Od momentu wejścia w to środowisko, świat legł u jej stóp.
Osiemnastoletnia mężatka: W wieku osiemnastu lat poślubiła Pułkownika Williama Cornwallis Westa, zamożnego właściciela zamku Ruthin w Denbighshire i w jednej chwili z prześlicznej debiutantki stała się jedną z czołowych hostess tamtych czasów.
Książęta, mężowie stanu, poeci, malarze i erudyci współzawodniczyli ze sobą o jej względy. Zaproszenie na jedno z jej przyjęć „wywyższało” adresata do niepojętych granic. Nie osiągnąwszy nawet dwudziestego roku życia, Pani Cornwallis West była w pozycji otwarcia lub zamknięcia drogi ludziom aspirującym do królewskich łask.
W nawale sukcesów pozostała jednak dawnym nieokiełzanym podlotkiem. Ta celebrowana przez wszystkich piękność, w głębi duszy była nadal dziewczynką i to dziewczynką o raczej łobuzerskim charakterze. W swoich żartach nie oszczędzała nawet członków rodziny królewskiej: jednego razu wrzuciła kawałki lodu za koszulę Księcia Walii, dzisiejszego Króla Edwarda.
Proszę pozwolić mi tu podkreślić, że nigdy nie widziałam, by ta kochana osoba pałała nienawiścią wobec rywalek lub żywiła do kogoś jakiś żal. Jednakże święcony przez nią triumf nie zawsze był pasmem czystych przyjemności. Byłoby to czymś niespotykanym, aby wejście jakiejkolwiek panny na scenę życia towarzyskiego stolicy, a co dopiero wkroczenie na nią w blasku sławy córki jakiegoś irlandzkiego proboszcza, przyjęte zostało bez złośliwego słowa.
Pamiętam dzień, kiedy po przyjęciu, na którym cieszyła się wyjątkową popularnością, zaoferowałam jej miejsce w swoim powozie. Siedząc przy niej, ze zdziwieniem zauważyłam łzy na jej policzkach. „Pewnie jesteś bardzo zmęczona, kochanie” – powiedziałam, by w odpowiedzi, tego przecież wciąż jeszcze dziecka, usłyszeć ze zdumieniem: „Nie, wcale nie jestem zmęczona” – wybuchnęła, „Raczej zraniona. Niektóre damy myślą, że ponieważ się uśmiecham, to ich nie słyszę. Dlaczego nie mogą być wobec mnie uprzejme? Nigdy nie chciałam mieć wrogów, a tymczasem wygląda na to, że zawsze znajdzie się jakaś kobieta, która ma coś złego do powiedzenia na mój temat”.
Jej jedyną prawdziwą rywalką, jako towarzyska piękność, była Pani Langtry, obecna Lady de Bathe, znana wówczas jako „Lilia Jersey’u”. Sensacji wzbudzanych ich urodą nie da się przyłożyć do dzisiejszych kanonów. Każda z nich miała swój własny dwór admiratorów i, o ile mi wiadomo, nigdy nie pojawiały się razem na tej samej funkcji. Powodem do dumy każdej gospodyni była obecność jednej z nich na wydanym przez nią balu lub obiedzie.
Książę albo śmieciarz: Pani Cornwallis West miała cudowną zdolność pozowania do portretów i gdziekolwiek się zjawiła, w Kairze, Pietrogradzie, Paryżu, Cowes czy Londynie, zachwycali się nią artyści i poeci. Śmiem przypuszczać, że w salonach całej Europy do tej pory więcej jest jej wizerunków, niż jakiejkolwiek innej osoby. Dlatego wszyscy byli zdumieni, gdy ta energiczna i fascynująca Irlandka poślubiła zwyczajnego człowieka. Mogła przecież wybrać kogo chciała z Debrett’a lub Burke’go [spisów szlachty brytyjskiej]. Każdy był przekonany, że zostanie żoną co najmniej para.
„No i znowu to samo” – skomentowała kiedyś w chwilowej złości, po tym jak ktoś powtórzył jej tego rodzaju dywagacje. „Poślubię tego, kogo kocham, nieważne czy Książę czy śmieciarz”.
Pułkownik Cornwallis West nie ofiarował jej tytułu, ale zapewnił dostatek i do końca życia był jej wielce oddany. Jego majątek pozwolił jej zdominować Socjetę na wiele lat. Jej podejmowanie gości podczas regat w Cowes, przyjęcia na zamku w Ruthin i bale w Londynie słynęły ze wspaniałości i ekskluzywności. Przez ponad ćwierć wieku panowała w Londynie i wypoczynkowych resortach Europy. Przez większość tego czasu byłam jej bardzo bliską przyjaciółką i nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek wyrządziła komuś jakąś krzywdę.
Porywcza Irlandka: Była rzeczywiście, jak to jej syn George oświadczył w obronie matki po tzw „sprawie Barretta”, porywczą Irlandką. Jej chwale oddam fakt, że nikt nigdy nie zarzucił jej wykorzystywania cudzej własności lub lekceważenia ludzi niższego stanu.
Z równymi sobie, jednakże, Pani Cornwallis West nie miała takich oporów. Tak jak jej rywalka, Pani Langtry, uwielbiała psikusy. Zdarzało się więc, że na wieść o ich ostatnich żartach, londyńskie towarzystwo West End’u mogło się nieźle pośmiać przy swoich obiadach.
Przysięgam, że następujący incydent rzeczywiście miał miejsce podczas wakacji Pani Cornwallis West w Egipcie, dokąd popłynęła jachtem z kilkoma wybranymi przyjaciółmi. Ich obecność w kraju faraonów wzbudziła nadzwyczajne zainteresowanie, które zaowocowało, między innymi, zaproszeniem od ważnego Paszy.
Spontaniczny psikus: Przyjęcie, które przywołuję, było raczej sztywne i pełne ceremonialnego rytuału Wschodu. Znudzona powagą uroczystości, Pani Cornwallis West rozglądając się po komnacie, zauważyła rząd imponujących elektrycznych przycisków, które Pasza używał aby przywołać do siebie swoich sekretarzy i wysokich urzędników. Podekscytowana nadarzającą się okazją do żartu, Pani Cornwallis West nacisnęła wszystkie za jednym zamachem. Nie upłynęło parę minut, a usłyszeliśmy dobiegający z korytarza tupot stóp, po czym drzwi się otworzyły i, ku wielkiemu zdziwieniu obecnych, do pokoju wbiegło mnóstwo różnych funkcjonariuszy. Przywitani zostali jej perlistym śmiechem, ale udobruchanie Paszy wymagało więcej niż jednych z jej strony przeprosin.
Jazda samochodem, golf i może loty samolotami są dzisiejszą rozrywką liderów socjety. W czasach Pani Cornwallis West, damy z towarzystwa uwielbiały regaty żeglarskie i wyścigi konne w Goodwood lub Ascot. Na tego rodzaju spotkaniach, Pani Cornwallis West było prominentną postacią. Będąc czarującą duszą towarzystwa sprawiała, że to przy jej gościnnym stole znajdowano zawsze piękno i interesującą konwersację.
Czy to na polowaniach, gdzie wspaniale i bez strachu jeździła na koniach, czy na jachtach w Cowes, królując na parkietach sal balowych albo pozując do dzieł wielkich artystów za dni jej potęgi, ponętny czar i uroda Pani Cornwallis West zdobywały wszystkich.
Premier Gladstone wielbicielem: Ktoś kiedyś napomknął, że choć ma ona większość gentlemenów u swoich stóp, nie podbije nigdy człowieka tak poważnego, jak Gladstone. Sposób w jaki podjęła to wezwanie, był dość niezwyczajny. Była zbyt inteligentna, aby zagonić Premiera w kąt i próbować wywrzeć na nim wrażenie błyskotliwą rozmową o polityce, aczkolwiek stać ją było na to. Zamiast tego, zaprowadziła go do salonu, gdzie zaśpiewała mu [rewolucyjną pieśń irlandzką] „The Wearing o’ the Green”. Od tego momentu, Gladsone ją ubóstwiał i chwalił do każdego.
Mieć Premiera wśród swoich wielbicieli, było niewątpliwym sukcesem nawet dla powszechnie uznanej piękności, ale doprawdy niewielu mogło się oprzeć czarowi Pani Cornwallis West.
Obydwie córki, Księżna von Pless i Księżna Westminsteru, odziedziczyły po niej urok, ale, moim zdaniem, ich matka miała go w znacznie wyższym stopniu. Pani Cornwallis West była unikalna.
Poddani w Ruthin ubóstwiali ją. Przytoczyć mogę wiele przykładów, że była nie tylko ich hojną zwierzchniczką, ale również prawdziwym przyjacielem. Ich „Acushla” [po irlandzku „dobroczyni”], malowaniem której tacy artyści jak Frank Miles lub Forbes Robertson nie byli nigdy zmęczeni, czuła się w domu zarówno w skromnej chacie niedomagającego chłopa, jak i na salonach Belgravii [bogatej dzielnicy londyńskiej] lub w modnych hotelach francuskiej Riwiery.
Z biegiem czasu, jej przywódcza pozycja w socjecie malała, aczkolwiek do wybuchu wojny Pani Cornwallis West była wciąż liczącą się osobistością w Londynie i pierwszą damą w swoim hrabstwie [Denbighshire].
Myślę, że dzierżąc kiedyś tak wielką władzę, nie chciała zauważyć zaniku siły swoich wpływów i nadrzędnej roli, jaką przedtem sprawowała. Fakt ten, prawdopodobnie, doprowadził do tragedii, która czarnymi chmurami spowiła jej późniejsze życie.
Bolesny szok: Niewielu zdaje sobie sprawę, jak mocno odczuła to uderzenie i jak bolesny szok przeżył jej mąż, kiedy zdał sobie sprawę ze swojej bezsilności w walce o obronę jej imienia. Z szoku tego, Pan na Ruthin nigdy już nie wyszedł.
W trakcie śledztwa, Pani Cornwallis West gorąco deklarowała przyjaciołom niewinność w zarzucanej jej nieroztropności. Osobiście uważam, że źle wtedy zrozumiano jej porywczą irlandzką naturę. Na czas dochodzenia, prowadzonego przez komisję wojskową, przygarnęła ją [w Londynie] jej synowa, Pani Patrick Campbell.
Gdy Sąd potępił ją ostrymi słowami, cała rodzina stanęła za nią murem, co tylko potwierdza jej [dobry] charakter. Rozpacz jej męża z powodu tych, jak określał, bezpodstawnych oszczerstw, budziła szczerą litość w tych, którzy byli jej świadkami. „Całe swoje życie” – mówił – „ofiarowała innym uprzejmość, a teraz kiedy my jej potrzebujemy, moją żonę uznano za skandalistkę”.
Tragiczny żal wobec świata: Instynktownie, ta „Dzika Irlandzka Róża” zamknęła serce na kłódkę i nie pozwoliła gapiom oglądać swojego bólu. Ale nie udało się jej go ukryć przed rodziną i przyjaciółmi: „Czuję się” – skarżyła się – „jakby ktoś uderzył mnie pręgierzem po twarzy”. A kiedy niespodziewanie umarł mąż, ani zamek Ruthin, ani Denbighshire więcej jej nie zobaczyły.
Była jedną z tych kobiet, które nie potrafiły służyć, jeśli nie rządziły, więc wróciła do ukochanej Irlandii w poszukiwaniu ukojenia na traktach i wrzosowiskach swojego dzieciństwa. „Musi być gdzieś miejsce” – powiedziała mi – „w którym odnajdę spokój i dlatego wyjeżdżam tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie”.
Tragedią jej ostatnich lat było, że nawet w Irlandii nie mogła znaleźć zapomnienia. Pręgierz wrogiej opinii publicznej zostawił po sobie zbyt głęboką ranę.
Kiedy myślę o śmierci Pani Cornwallis West, stają mi przed oczami dwa obrazy. Pierwszy, jej jako młodziutkiej panienki na pierwszym londyńskim balu, pięknej w obliczu i tryskającej szczęściem.
Cień jej świetności: Drugi, jako kobiety, którą spotkałam parę miesięcy temu w Cannes. Dla wszystkich tam obecnych, jasnym było, że umiera. Wyglądała jak cień dawnej świetności, nękana na umyśle swoją tragedią, co wyrażało się w nieustającej potrzebie rozmowy o tym niewiarygodnym wydarzeniu z 1917 r.
Po raz pierwszy w swoim życiu znalazła się w sytuacji, że zamiast królewny, której każdy kaprys stawał się rozkazem dla rzeszy wielbicieli, była kobietą zmuszoną do samoobrony. Ta rola zupełnie do niej nie pasowała.
Do ostatniej chwili utrzymywała, że jej zachowanie w tej sprawie zostało złośliwie wyolbrzymione. Ale nawet w tych końcowych dniach, utrzymała w sobie nieco z dawnej władczej powaby, a jej osobisty czar pozostał nietknięty.
Z jakiegoś powodu, gdy tak wtedy spacerowałyśmy po ogrodzie Hotelu Riviera, podziwiałam ją bardziej, niż kiedykolwiek. Było to nasze ostatnie spotkanie.
Widziałam łzy w jej oczach i byłam w stanie uwierzyć, że popełniony został błąd. Może rzeczywiście jej porywczość uznana została mylnie za nieroztropność. Być może próżność spowodowała, że chwaliła się siłą, której nie posiadała. Jej życie, w większości słoneczne, kończyło się w głębokim cieniu.
Teraz już jej nie ma, a ja wolę pamiętać ją za dni jej sławy – jako kobietę królującą w Socjecie, która nigdy nic nikomu złego nie wyrządziła”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Ciocia Minnie „obdarzyła“ księżną Daisy von Pless sześcioma kuzynami: Geoffreyem, Mary („Madge“) i Walterem urodzonymi podczas jej małżeństwa z Johnem Monck Brooke oraz Georgem Heremonem, Guyem Richardem („Dickem“) i Olivią – jej dziećmi z Guyem Wyndham.
Zgodnie z tradycją rodzinną, Geoffrey (1884 – 1966) i Walter Brooke (1887 – 1975) poświęcili się karierze wojskowej, którą Geoffrey zakończył w stopniu generała dywizji, a Walter brygadiera. Od dzieciństwa zarażeni byli przez wujka Pata miłością do koni. Walter wyraził ją w swojej uroczej książce „Gladeye the War Horse“, a Geoffrey aż w dziesięciu publikacjach zawierających nie tylko wspomnienia, ale również porady i nauki dotyczące jeździectwa, polowań i hodowli. Stał się on bowiem ich wielkim znawcą, spędziwszy z nimi i na nich całe życie, najpierw jako kawalerzysta w aktywnej służbie, a potem instruktor kawalerii królewskiej. Jego druga żona, Dorothy („Dodo“) Searight (de domo Gibson-Craig) żywiła tą samą pasję.

DorothyBrooke

Dorothy („Dodo”) Brooke z jednym z uratowanych przez nią koniem – weteranem 1. wojny światowej w Egipcie. Foto: Organizacja Brooke

W 1930 r. wrócili razem do Egiptu, gdzie Geoffrey objął stanowisko komendanta brygady kawaleryjskiej. W czasie 1. wojny światowej obydwoje tam walczyli i Dorothy, pamiętając ból rozstania, zaczęła po dwunastu latach szukać pozostawionych wtedy i sprzedanych do niewolniczej pracy bohaterskich koni armii brytyjskiej. Znalazła je w tak opłakanym stanie, że nie ustała, dopóki nie zdobyła odpowiednich funduszy by je odkupić i umieścić w założonym przez siebie w 1934 r. Szpitalu ku pamięci Koni Weteranów (The Old War Horse Memorial Hospital). Geoffrey, który potem został adjutantem króla Jerzego V, czynnie popierał wysiłki żony i sprawował funkcję prezesa jej dobroczynnej organizacj do końca swojego życia. Organizacja ta, pod nazwą BROOKE, istnieje do dnia dzisiejszego. W 1961 r. szpital Dody zmienił nazwę na The Brooke Hospital for Animals w imię poszerzonej opieki otaczającej także pracujące muły i osiołki w jedynastu innych krajach świata. Obecną patronką Brooke jest Kamila, Księżna Kornwalii, która w swojej przemowie w lutym 2014 r. z okazji osiemdziesięciolecia jej istnienia nie zapomniała złożyć hołdu Dodzie i Geoffreyowi. Ciocia Minnie i wujek Pat byliby z tego honoru niezwykle dumni.

Kamila Księżna Kornwalii składa hołd Dodzie i Geoffreymu w przemówieniu z okazji osiemdziesiątej rocznicy Organizacji Brooke.

Siostra Geoffreya i Waltera, Madge (1885 – 1961), poszła poniekąd ich śladem, poślubiając w 1904 r. Sir Johna Sherman Fowlera, który w licznych bitwach w obronie brytyjskiego imperium oraz na froncie 1. wojny światowej dorobił się wielu wysokich odznaczeń militarnych i przeszedł na emeryturę w 1928 r. jako generał broni.
Losy dzieci Minnie z drugiego małżeństwa potoczyły się zupełnie inaczej, odzwierciedlając diametralnie inny czas, a jakim przyszło im spędzić swoją młodość. Jej synowie z Guyem doszli do wieku dojrzałości w przedzień wybuchu 1. wojny światowej, co było jednoznaczne z przymusowym poborem do wojska. Starszy, George Heremon (1893 – 1915) znalazł się z 2. Batalionem Piechoty Northumberland w Belgii, gdzie zginął na froncie w wieku zaledwie 21 lat. Młodszy, Guy Richard „Dick“ (1896 – 1948), przeszedł koszmar walk we Francji w szeregach 2. Królewskiego Korpusu Strzeleckiego, został ranny, a potem wysłany na Bliski Wschód. Po wojnie służył jeszcze przez dwa lata jako adjutant feldmarszałka, Sir Johna Frencha, reprezentanta króla w Irlandii. W Dublinie poznał swoją przyszłą żonę Iris Bennet, z którą pochopnie wziął ślub 20 października 1920 r. Małżeństwo nie przetrwało pierwszego roku i nawet narodziny córeczki Joan nie uratowało je przed upadkiem. Młoda i niedoświadczona Iris nie była w stanie zrozumieć skomplikowanej natury męża i jego preferencji seksualnego bondage’u. Dick uwielbiał towarzystwo pięknych kobiet i czuł się dobrze wśród londyńskiej cyganerii artystycznej, zarówno jako malarz amator, jak i obdarzony dużą wyobraźnią kolekcjoner współczesnej sztuki. Był człowiekiem czarującym, kulturalnym i dowcipnym, a przy tym hojnym gospodarzem, ofiarującym gościom niezapomniane przyjęcia i najlepsze wina ze swojej słynnej piwnicy. Bohemiańskie życie tamtych czasów opisał później w swojej semi-autobiograficznej książce „Painter’s Progress“.

NPG x120658; Guy Richard Charles Wyndham by Bassano

Młodszy syn Minnie i Guya Wyndham, artysta i pisarz Guy Richard („Dick”) Wyndham. Foto Bassana z kolekcji NPG.

Wybierając taki, a nie inny styl życia, Dick, siłą rzeczy, zaniedbywał odziedziczony niechcąco pałac Clouds wraz z otaczającą go posiadłością. Jego Wyndham dziadkowie przewracać się mogli z tego powodu w grobie, ale ich wnuk poszedł po najmniejszej lini oporu i zamiast aktywnie zająć się spadkiem, zaczął go powoli zaprzepaszczać, wystawiając Clouds do wynajęcia. Pierwszym dzierżawcą od 1924 do 1925 r. stał się Bendor, 2. książę Westminstru, były mąż jego kuzynki Kostancji („Shelagh“) Cornwallis-West, nazywanej z racji różnicy wieku „ciocią Conny“. Była to ze strony Bendora raczej przysługa dyktowana sentymentem, niż rzeczywista potrzeba zmiany adresu. W wynajętym domu nie spędził więcej niż kilka nocy. Od 1925 do 1932 r., Clouds stał się rezydencją rodziny holenderskiego dyplomaty Adriana Willema Mosselmana. W miarę bezpieczny w jego rękach, nie oparł się jednak przed wyprzedażą obiektów wystroju. Dla sfinansowania bujnego życia, Dick Wyndham, który po ekstrawagandzkich podróżach osiadł w końcu w wygodnie zaadoptowanym młynie, Tickerage Mill, w hrabstwie Sussex, sprzedawał rokrocznie średnio jedno dzieło sztuki zdobiące jego ściany. W 1927 r. pozbył się w tym celu najsłynniejszego dzieła z tamtejszej kolekcji – pełnowymiarowego portretu „Sióstr Wyndham“, jednego z najbaradziej znanych płócień Sargenta, które wyszło spod jego pędzla w 1900 r. Dziś w zbiorach nowojorskiego Metropolitan Museum of Art, przedstawia ono trzy siostry Georga i Guya: Madeline Adeane, Pamelę Tennant i Marię Elcho, późniejszą hrabinę Wymyss.

h2_27.67

Portret „Trzech Sióstr Wyndham” namalowany w 1900 r. przez Johna Singer Sargenta, sprzedany przez Dicka do Metropolitan Museum of Arts w 1927 r. za 20 000 funtów. Foto: MMA

Dla usprawiedliwienia tej transakcji, jak również własnego sumienia, Dick wytłumaczył tą sprzedaż potrzebą pomocy ojcu. Guy Wyndham, były mąż Minnie, znalazl się bowiem w trudnej sytuacji finansowej. Jego wojskowa renta, połączona z odsetkami kapitału pozostawionego mu w testamentach przez ojca Precy’go i brata Georga Wyndham zapewniłyby mu w miarę stabilną starość, gdyby nie fakt, że trzy lata po śmierci Minnie ożenił się powtórnie i założył nową rodzinę z młodszą o dwadzieścia lat koleżanką swojej córki, Violetą Leverson, której matka Ada była słynną przyjaciółką Oskara Wilde’a, nazywaną przez niego „Sphinxem“.
Guy obdarzał Dicka wprost ślepą miłością ojcowską. W jego domu, Parliament Piece w Ramsbury, który stworzył z Violetą, nowi synowie, Francis i Hugh, dzielili swoje dzieciństwo z córkami Dicka – Joan z małżeństwa z Iris Bennet i Ingrid z jego związku z norweską modelką, Gretą Wulfsberg.
W 1931 r., Dick wystawił Clouds na sprzedaż, zapraszając wcześniej członków rodziny do zabrania z niego ulubionych przez nich rzeczy. Reszta poszła na aukcję. Po serii zagranicznych podróży, Dick osiadł na jakiś czas w Sudanie, poświęcając się badaniom i malowaniu plemienia Dinków, którym poźniej poświęcił swoją kolejną książkę „The Gentle Savage“.
Podczas 2. Wojny Światowej był kapitanem w Królewskiej Artylerii i zastępcą komendanta oddziału obserwacyjnego w Brighton. Wyłączony z czynnej służby, zaczął mocno pić. Z alkoholowego nałogu wyciągnął go pisarz Ian Fleming, który w 1946 r. założył własną agencję prasową i zaoferował Dickowi dobrze płatną pracę korespondenta relacjonującego arabsko-izraelski konflikt dla gazet News of the World i Sunday Times. Jakby nie miał dosyć przygód, w 1947 r. wybrał się na samotną ekspedycję do Afganistanu. Gdy jego samolot się rozstrzaskał, skrajnie wyczerpany wrócił pieszo do Iranu. Rok później, znalazł się w Palestynie, ponownie pracując dla agencji Iana Fleminga. Tu, wzięty za wroga, z powodu arabskiego stroju, jaki nosił, został 19 maja 1948 r. zastrzelony przez izraelskiego snajpera. Miał wtedy tylko 52 lata.
Życie jego siostry, Olivii („Bunch“) Wyndham (1897 – 1967) było równie niespokojne i niecodzienne. Kiedy zaczęła się wojna, miała niespełna 17 lat i jako pielęgniarka wolontariuszka była naocznym światkiem jej horrorów. Zmarła w 1919 r. matka, odeszła w najważniejszym okresie kształtowania się charakteru Olivii. Z natury dobra i przez wszystkich lubiana, Olivia zatraciła się w towarzystwie arystokratycznej młodzieży na siłę szukającej hedonistycznych rozrywek po ponurym okresie wojny. Życie tych ludzi, zwanych Bright Young People, było pasmem przyjęć, zabaw, wymyślnych bali kostiumowych oraz eskapad napędzanych alkoholem i narkotykami. Część z nich, potrafiła po paru latach wrócić do codzienności i nawet twórczo użyć bagaż swoich doświadczeń – tak jak pisarze Nancy Mittford i Evelyn Waugh lub fotograf Cecil Beaton. Inni tragicznie ugrzęźli w nałogu. O Olivii można powiedzieć, że znalazła się po środku. Przez parę lat prowadziła w Londynie awangardową pracownię fotograficzną, M Studio. Jej partnerem biznesowym był bogaty Amerykanin, Curtis Moffat, który studiował w Paryżu z Man Rayem. Razem aranżowali surrealistyczne portrety znajomych, które swoją oryginalnością zapisały się w historii nowoczesnej fotografii. W ich studiu, rozpoczęła swoją karierę słynna Barbara Ker-Seymer, która potem przejęła go na własność. Olivia osiadła w końcu w Nowym Jorku, gdzie przeżyła krótki epizod małżeński z notorycznym Howlandem Spencerem. Po rozwodzie w 1931 r., związała się na resztę życia z czarną aktorką Edną Thomas. Zmarła w Harlem w przeddzień swoich siedemdziesiątych urodzin.
Po więcej detali z życia Dicka i Olivii odsyłam Państwa do opowiadań „Ursula“ (nowelowe imię Oliwii) i „The Half Brother“, napisanych przez ich przyrodniego brata, żyjącego do dziś pisarza Francisa Wyndham, syna Guya z jego drugiego małżeństwa z Violetą Leverson. Ukazały się one w 1985 r. w tomiku zatytuowanym „Mrs Henderson“.

Read Full Post »

Księżna Daisy von Pless zmarła w Wałbrzychu 29 czerwca 1943 r. Ze zrozumiałych wzgłędów, wiadomość o śmierci dotarła do Anglii z opóźnieniem i dopiero 13 lipca 1943 r. The Times opublikował jej nekrolog napisany przez Harolda Nicolsona. Autor przywołał w nim fakty z źycia księżnej, podkreślił jej starania o utrzymywanie dobrych stosunków pomiędzy krajami, w których przyszło jej żyć oraz zasługi, jakie położyła na polu działalności dobroczynnej. Przypomniał również jej dawną pozycję społeczną i sławę jako członkini Edwardiańskiej socjety w Anglii oraz wspaniałej gospodyni w swoich rezydencjach na terenie Niemiec.

Za przykładem The Times’a, inne gazety zamieściły także artykuły o jej życiu i zgonie, uznając ją w nich szablonowo za „słynną Edwardiańską hostessę“! Harold Nicolson poczuł, że musi się temu sprzeciwić. Przypięcie jej takiej wizytówki znaczyło dla niego nie tylko spaczenie prawdy historycznej, ale – przede wszystkim – przekręcenie prawdy o jej charakterze i osobowości. Znał bowiem księżną bardzo dobrze.

Harold Nicolson (1886-1968) był człowiekiem nienagannie wykształconym, obytym i światowym. Idąc w ślady ojca, wybitnego dyplomaty brytyjskiego Arthura Nicolsona, oddał się po studiach służbie zagranicznej, która umieściła go na placówkach w Madrycie, Konstantynopolu, Teheranie i Berlinie. Berlin, gdzie przebywał od 1928 do 1929 był ostatnią stolicą, w której pracował. Stęskniony za swoją młodą rodziną, zrezygnował z dyplomacji w 1929 r. i zajął się zawodowo pisaniem, będąc już znany czytelnikom z kilku, wcześniej opublikowanych, biografii poetów angielskich. W decyzji tej sekundowała mu gorąco żona, wybitna pisarka Vita Sackville-West (1892-1962), jedyna córka 3. barona Sackville, którą poślubił w 1913 r. Ich bardzo niekonwencjonalny związek, naznaczony romansami Vity z Violet Trefussis i Virginią Woolf, przetrwał skandale i okazał się szczęśliwą przystanią na ich późniejsze lata. Poza twórczością intelektualną, obydwoje małźonkowie oddali się pasji ogrodniczej, czego wynikiem był – i nadal jest – światowej sławy ogród, otaczający ich rezydencję w Sissinghurst w hrabstwie Kent.

61028762

Krewna księżnej Daisy, Vita Sackville-West z mężem, Haroldem Nicolsonem.

Jak nazwisko Vity, zawierające człon „West“, wskazuje była ona krewną księżnej Daisy von Pless de domo Cornwallis-West. Dziadek księżnej Daisy ze strony ojca, Fryderyk West  i pradziadek Vity, John West byli braćmi, synami 2. hrabiego de la Warr. Rodziny pozostawały ze sobą w kontakcie. Dziewięcioletnia Vita była jedną z drużek na ślubie Shelagh z księciem Westminsteru w 1901 r. Brat księżnej, Jerzy, wspomina w swojej książce o licznych wakacjach spędzanych w przepięknej rezydencji Sackville-Westów w Knole – tak bardzo ukochaną przez Vitę, że stała się ona przewodnim „charakterem“ jej najsłynniejszej powieści „Edwardians“. Daisy też tam bywała, a Vita i jej matka Wiktoria conajmniej dwa razy gościły w Książu, nie mówiąc o póżniejszych tam wizytach Vity z Haroldem. Harold więc był w jak najbardziej dogodniej pozycji, żeby zabrać głos po śmierci księżnej Daisy i zapewnić jej odpowienią ocenę historyczną. Jego śliczne wspomnienia, przepełnione szczerą nutą sympatii i zrozumienia, przytaczam w całości poniżej. Ukazały się 22 lipca 1943 r. w prowadzonej przez niego na łamach czasopisma The Spectator kolumnie zatytuowanej „Marginal Comment“:

„Nekrologi księżnej von Pless, jakie ukazały się w gazetach zeszłego tygodnia, opisują ją jako „słynną Edwardiańską hostessę“. Mijają się w tym z prawdą. Kobiety, które w pierwszym dziesięcioleciu tego wieku wcieliłī się w tę rolę, były z zasady istotami bez ludzkiego oblicza: strwardniałymi do szpiku kości, przesadnie ambitnymi i zachłannymi na pieniądze potworami, ubranymi w stroje o wysokich tiulowych kołnierzach usztywnionych fiszbinami i wybuchającymi śmiechem tak wysokim i sztucznym, jak tiary w ich włosach. Ich małe emaliowane torebki od Faberge’go podrapane były pierścieniami z olbrzymimi szmaragdami; wielkie donice z trawą pampasową zakrywały w ich buduarach liczne fotografie w srebrnych ramach; bransolety na nadgarstkach brzękały szorstko przy rozdawaniu kart lub filiżanek z herbatą; ich sympatie były zawężone, a emocje zamaskowane; nie pozwalały sobie na naturalne odruchy; nawet zabawne zdziwienie z powodu gafy, popełnionej przez kogoś spoza ich kręgu, wyrażane było suchym rechotem.

Prawdą jest, że kiedy panowanie Edwarda VII dobiegło swojego ociężałego w luksusie końca, przywódczynie Edwardiańskiej socjety pozwoliły sobie na pewne zmiany. Niezliczone stoliczki, z ustawionymi na nich bombonierami i srebrnymi ornamentami oraz towarzyszące im lampy z falbaniastymi abażurami ustąpiły miejsca prostszej aranżacji; zdjęcia w ramkach spakowane zostały do pustych szuflad szaf, a porcelanowe figury zastąpiły filigranowy nonsens, jaki rządził od czasów Wiktoriańskiej przesady. Same hostessy jednak pozostały tak samo wyniosłe, zimne i oślizłe, jak ryby z nefrytu zdobiące gzymsy ich kominków. Taka też była Edwardiańska gościnność, przepełniona zapachem soli kąpielowych unoszącym się w korytarzach łączących różne sypialnie. Daisy Cornwallis-West napewno taką nie była. Wyszła za mąż za Hansa Heinricha XV, Księcia von Pless kiedy była wciąż jeszcze dziewczynką w wieku szkolnym i dziewczynką w wieku szkolnym pozostała przez całe swoje życie.

Daisy_Girl

Wychodząc za mąż, księżna von Pless była „wciąż jeszcze dziewczynką w wieku szkolnym i dziewczynką w wieku szkolnym pozostała przez całe swoje życie”.

Urodziła się w rodzinie słynnej z dobrego wyglądu, aczkolwiek w dzieciństwie nie uchodziła za ładną. Nawet kiedy już uznano ją za jedną z najcudowniejszych kobiet Europy, z jej nosem ciągle było coś nie tak: był zbyt ruchliwy, zuchwały i podniecający, by zrobić z niej statycznie klasyczną piękność, ale jakimś cudem niejednego zastanawiał, jak ktoś tak śliczny może być zupełnie nieświadomy swojej urody. Łobuzerskie niedyskrecje, w które ten nos wsadzała, przerażający brak taktu jej wielu pytań i uwag nigdy nikogo nie oburzały: wręcz przeciwnie, zachwycały odkryciem, że w tym wyrachowanym świecie znaleźć wciąż można osobę aż tak nierozważną. Nie była pod żadnym względem przebiegła; choć całkowicie pozbawiona kalkulacji, swoim gorącym sercem ujmowała ludzi tak różnych, jak egoistycznego Edwarda VII, introwertycznego Williama II, swojego poważnego, aczkolwiek łaskawgo teścia oraz niezliczoną ilość innych, którzy z uwielbieniem ją otaczali. Nawet w środku pierwszej wojny światowej, kiedy już brakowało jedzenia, zawiadowca stacji w Berchtesgaden przemycał do jej przedziału kiełbaski zawinięte w potłuszczony papier z odręcznie napisanym ołówkiem życzeniem: „Gröss Gott!“

W Książu i w Pszczynie, normą były olbrzymie przyjęcia dla czterdziestu gości; status utrzymywany w jej kilku pałacach był taki, że kiedy opuszczała pokój rozlegał się dzwonek i wypudrowany lokaj towarzyszył jej gdziekolwiek szła; jednocześnie, nawet tak dostojny gość, jak Ambasador, kładąc się do łóżka rozgniatał położony tam przez nią żartem placek z jabłkami, a chichot towarzyszący bitwie na poduszki rozbrzmiewał po korytarzach. Nie znaczy to jednak, że nie zajmowała się poważnymi sprawami. Od chwili przyjazdu do Niemiec, przerażona była okropnymi warunkami, w jakich mieszkali ludzie na Śląsku. Molestowała o to Kanclerza Rzeszy, zadręczała Cesarza oraz zjednała sobie sympatię i uwagę Cesarzowej. Nic więc dziwnego, że biedni poddani w jej majątkach obdarzali tę wesołą angielską dziewczynę sympatią i czułością, która oparła się dwóm wojnom.

Próba przeszczepienia jej dotychczasowego, rozbawionego trybu życia na grunt Pszczyny lub Książa nie całkiem się powiodła. Starszy o prawie dwadzieścia lat mąż, był tradycjonalistą. Bez przerwy nalegał, żeby była bardziej „fürstlich“, na co reagowała wybuchami młodzieńczego śmiechu, odbijającego się echem od namalowanych na sklepieniach mitologicznych postaci i cherubinów. Jej teść, panujący wtedy książę, wykazywał więcej zrozumienia i nie obraził się, kiedy zasiadła raz do obiadu w sukni uszytej z worków po końskiej paszy. Cesarzowa Fryderykowa (sama zgorzkniała na emigracji) wzięła tę tęskniącą za rodzinnym domem dziewczynę pod swoją protekcję, a Cesarz Wilhelm nigdy nie przestał otaczać jej szczerą troską. Jednakże, wybryki, do jakich była przyzwyczajona w Denbighshire i w Newlands Manor, przetransportowane na Śląsk straciły na swojej lekkości i spontaniczności. Młodzi niemieccy hrabiowie, baronowie i oficerowie zapraszani do Książa, choć bardzo chętni do uczestnictwa w zabawach o angielskim charakterze, nigdy nie wyczuwali kiedy należy ją przerwać. Pewnej nocy w Książu, zaplanowano piknik w zrujnowanej wieży w lesie. Służba została wysłana tam po południu z porcelanową zastawą, szklanymi kieliszkami i srebrnymi sztućcami; stół przygotowano jak za zamierzchłych czasów w sali bankietowej jakiegoś starego zamczyska, a wypudrowani lokaje stali za krzesłem każdego gościa. Niewinne igraszki przeszły jednak w hulankę: stół został wywrócony, a szkło i porcelana roztrzaskane. W pamięci jednego z uczestników pozostał obraz wielkiego srebrnego świecznika, leżącego na podłodze z wciąż płonącymi świecami, których wosk kapał do olbrzymiej kałuży szampana.

Przez pięćdziesiąt cztery lat swojego pobytu w Niemczech, księżna Pless nie opanowała języka niemieckiego. Nie była przez to w stanie zrozumieć niuansów niemieckiej etykiety, ani mocnych dynastycznych tradycji, jakimi inspirowała się rodzina Hochbergów. Jak sama wyznała w pamiętnikach: „Nigdy nie orientowałam się w rodowodach“. Jedynymi znanymi jej niemieckimi wyrażeniami były te, których używano w szpitalach i domach rekonwalescyjnych. Nigdy też nie przywiązywała wagi do drętwego ceremoniału niemieckiego dworu. Dla niej „kanapa była tym samym co sofa“, podczas gdy w ówczesnych Niemczech reprezentowała ona ważny symbol. Kiedy była jeszcze młodziutką kobietą, miała skłonność wtrącania się do wszystkiego. Niemcy, oczywiście, uznali to za angielską arogancję; jednakże, jej wszechobecna radość życia, którą każdemu ofiarowała, pokonywała nawet ich ograniczony punkt widzenia. Stała się więc pewnego rodzaju „wyjątkiem“, akceptowanym czasami z oszołomieniem, czasami z irytacją, ale przeważnie z tkliwością.

Od momentu wybuchu pierwszej wojny światowej, nie wyparła się swojej ojczyzny; wykorzystywała znajomości, a miała ich wiele, by zrobić wszystko i pomóc angielskim jeńcom wojennym. Cesarz (za co należy mu się ukłon) nie zaprzestał nad nią opieki, a nawet zaprosił ją do Pszczyny, gdzie miał swoją siedzibę, mimo ostrzeżeń, że pobyt Angielki, która głośno wyznawała swój patriotyzm, nie zostanie przez innych dobrze przyjęty. Później wysłana została na front serbski do pracy w pociągu sanitarnym, po czym oddelegowano ją do Berchtesgaden.  Gdy nastąpił pokój, majątek von Plessów – wielkości angielskiego hrabstwa, został podzielony, a ich olbrzymi dochód stopniał do skromnych wymiarów. Księżna Pless straciła niemieckie obywatelstwo, nie przyznano jej polskiego i stała się ponownie angielską poddaną, którą w zasadzie, zawsze była.

Ostatnie lata jej życia były tragiczne. Najmłodszy syn, zaaresztowany przez Niemców, zmarł po wyjściu z więzienia. Najstarszy, który przyjął polskie obywatelstwo, żyje na emigracji. Średni służy w polskiej armii w randze oficera. Ona sama, sparaliżowana i z zanikiem pamięci zamieszkała na starość w Książu i, podobno, nieświadoma nawet była, że Anglia i Niemcy prowadzą ze sobą nową wojnę. W tym wielkim pałacu przyszło jej umrzeć samej. Dawna pompa i świetność zniknęły, tak samo jak 4 000 służby, karoce, prywatny pociąg i sznury pereł. Jej radość z ich posiadania była zawsze jak radość dziewczynki w wieku szkolnym z nowej sukienki. W pretensjonalnym świecie była najmniej snobistyczną osobą, jaką kiedykolwiek znałem; w okrutnej rzeczywistości jaśniała radością i uprzejmością. Miała na świecie tylko jednego wroga – samotność, która ją w końcu pokonała“. (Tłumaczenie©Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Po udanej wyprawie turystycznej jachtem siostry po kanałach Holandii, księżna von Pless wróciła do synków, pozostawionych pod jej nieobecność u rodziców w Newlands. Dzidzuś Bolko nie czuł się najlepiej, więc Daisy postanowiła odsunąć datę wyjazdu do Niemiec. Czas spędzała na zabawach z dziećmi, kąpielach w morzu i wypadach z Shelagh na regaty do pobliskiego Cowes. Zauważono ją tam elegancko ubraną w „niebieski kostium żeglarski, mały kapelusik i czerwoną apaszkę”.
Hans wybrał się na kurację do Marienbadu (Marianskich Lazni), a ona na leczenie nóg do Bagnolles w Normandii. Rodzinka spotkała się ponownie w Promnicach, skąd wszyscy wyjechali razem do Książa. Tam, w październiku, dotarło do nich grono przyjaciół z Anglii, włącznie z siostrą Shelagh.
Zbliżał się czas polowań, a z nim łowieckie wizyty cesarza Wilhelma II. W tym roku, 1911, po raz pierwszy uhonorował on swoją obecnością bliskich znajomych Plessów, hrabiostwo von Francken-Sierstorpff w ich śląskiej rezydencji, Żyrowej. Książę i księżna von Pless nie mogli odmówić ich zaproszenia.

281377

Manierystyczno-barokowy pałac w Żyrowej był prezentem ślubnym ojca hrabiny Mary von Francken-Sierstorpff. Foto: http://www.dolnyslask.org.pl

Hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff i jego żona Maria (nazywana także Mae lub Mayą) byli częstymi gośćmi na przyjęciach w Książu – bardziej chyba z wyboru Hansa, niż Daisy, która nie miała o nich najlepszego zdania. Hrabiego, nazywanego przez przyjaciół „Sturmem”, uważała za plotkarza i „głośnego, grubego niemieckiego snoba”, a hrabinę określiła kiedyś jako „Amerykankę, żądną sukcesu towarzyskiego i małpującą wszystkie moje stroje”.
Hrabina von Francken-Sierstorpff pochodziła rzeczywiście z nowojorskiego Brooklynu. Była jedyną córką Edwina F. Knowltona, producenta wyrobów ze słomy. Nie był on bogaty na skalę amerykańskich potentatów finansowych, ale ciężką pracą dorobił się jako takiego majątku. Mae poznała swojego przyszłego męża na balu w Newport. Ich wesele odbyło się w jej rodzinnym mieście 26 kwietnia 1892 r. W prezencie ślubnym dostała od ojca zespół pałacowy w Żyrowej.
Edwin F. Knowlton popełnił samobójstwo w 1898 r, zapisując córce dożywotnie użytkowanie funduszu powierniczego wartości 1 200 000 dolarów.
Kajzer znał dobrze hrabiego Johannesa von Francken-Sierstorpffa z czasów nauki na uniwersytecie w Bonn, gdzie obydwoje byli członkami elitarnego bractwa studenckiego, Borrusia Corps. Wypadł on jednak z jego łask z powodu późniejszej skłonności do hazardu, czego cesarz absolutnie nie tolerował. Z tej samej przyczyny zraził się do hrabiny, która, wkrótce po przyjeździe do Niemiec, wygrała pokaźną sumę w karty z jego szwagrem, księciem Ernestem Guntherem von Schleswig-Holstein.
Choć przyjmowani na dworze, odsuwani byli od intymnych spotkań. Jeszcze w 1903 r., księżna von Pless opisywała rozpacz Marii, która – „jak wiem będzie wypłakiwała się całą noc Sturmowi” – bo podczas regaty w Kilonii nie została zaproszona ani na lunch na pokładzie cesarskiego jachtu „Hohenzollern”, ani na obiad wydawany przez bratową Wilhelma II, księżną Henrykową Pruską.
Decyzja przyjazdu kajzera do Żyrowej, była więc publiczną nobilitacją gospodarzy. Mae była przeszczęśliwa, a wraz z nią cała prasa zza oceanu, która entuzjastycznie zamieszczała sprawozdania z przygotowań do i z przebiegu pierwszej cesarskiej wizyty pod dachem Amerykanki!
Sierstorpffowie starannie się do niej przygotowali. Aby przypadkiem nie zabrakło ptactwa do odstrzału, hrabia sprowadził z Czech 5 000 dodatkowych bażantów, pomimo wielkiej ich ilości na własnych polach. Zarządził też budowę nowej elektrowni, która zasilić miała tysiące świateł wspaniałej iluminacji. Hrabina zaś zaplanowała dla zacnego gościa tradycyjny obiad na Święto Dziękczynienia (Thanksgiving) i podała mu do spróbowania słodkie ziemniaki i pieczonego indyka z sosem żurawinowym oraz, na deser, kruche babeczki z dżemem („mince pies”).
Cesarz spędził w Żyrowej dwa dni, od 30 listopada do 1 grudnia, po czym – wraz z księciem i księżną von Pless – wyjechał na kolejne polowanie, tym razem na grubego zwierza do Pszczyny.
Tak ważna okazja musiała oczywiście zostać uwieczniona na zdjęciu, które później rozpowszechniono wydaniem karty pocztowej. Jedną z nich, którą reprodukuję poniżej, ma w swoich zbiorach organizacja „Dolny Śląsk”. Do jej opisu, pozwoliłam sobie włączyć parę nazwisk osób, które byłam w stanie dodatkowo zidentyfikować.

176037

Goście na polowaniu w Żyrowej 30 listopada – 01 grudnia 1911 r.Od lewej do prawej: książę Lichnowski, baron von Jasisch, księżna Lichnowska, książę Hans Heinrich von Pless, hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff, hrabia Strachwitz, dr Niedner, księżna Daisy von Pless, Leo von Caprivi, książę von Ratibor, hrabia Edwin von Francken-Sierstorpff, hrabina Mary von Francken-Sierstorpff, hrabia Platen, cesarz Wilhelm II, hrabia Wojciech con Francken-Sierstorpff, hrabia Jan Klemens von Francken-Sierstorpff oraz czterech niezidentyfikowanych gentlemenów. Foto: http://www.dolnyslask.org.pl

Księżna Daisy nie mogła się doczekać możliwości otwartej i szczerej rozmowy z cesarzem, gdy ten stał się gościem w jej domu przez cztery dni, od 1 do 5 grudnia (proszę zwrócić uwagę, że dotychczasowe biografie ksieżnej von Pless mylnie umiejscawniają tą wizytę na listopad 1911 r.). Fakt, że przybył do Pszczyny z licznymi dostojnikami niemieckimi, wśród których nie zabrakło jawnych wrogów Anglii i orędowników zbrojnej konfrontacji, nie zbił jej z tropu. Już wcześniej, z Bagnolles, napisała do niego list z krytyką niefortunnego wysłania do Maroka kanonierki „Panther” i prośbą o złagodzenie politycznej burzy poprzez zwołanie konferencji, jaką przyrzekł w maju królowi brytyjskiemu, Jerzemu V. Teraz chciała go przekonać, że antygermańskie nastroje w Anglii nie są tak powszechne i głębokie, jak prezentują mu je jego doradcy – na tyle tchórzliwi, że nie stać ich na własne zdanie i dyskusję.
Po wyjeździe cesarza, zaprosiła do siebie barona von Stumma, pracownika Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gotowego – jak ona – zrobić wszystko, by doprowadzić zwaśnione rządy do obrad przy stole. Ten cel oraz „tłumacznie jednego kraju drugiemu” przyświecał jej kolejnemu wyjazdowi do Anglii. Dopieła go, pomimo ataku choroby, który przykuł ją do łóżka.
Radością i dumą napełnił ją fakt, że kajzer wyraził w końcu zgodę na dyplomatyczną wymianę opinii pomiędzy Berlinem a Londynem i że misję tą powierzono szanowanemu przez nią politykowi, Lordowi Haldane. Ucieszył ją również wynik tak oczekiwanej konferencji na temat wpływów niemieckich w Afryce, która pozostawiwszy Francji Maroko, przydzieliła Niemcom protektorat nad częścią Francuskiego Konga. Jak się okazało, było to za mało i za późno. Cesarstwo Niemieckie nie tylko nie zaprzestało zbrojeń, ale je zwiększyło otrzymawszy na to pozwolenie Reichstagu.
Rozmowy księżnej von Pless z cesarzem Wilhelmem II w Pszczynie w grudniu 1911 r. były początkiem jej niestrudzonej działalności antywojennej. Niestety nie zmieniły biegu rzeczy.

49784

Lord Richard Burdon Haldane (1856 – 1928). Jego pertraktacje z Niemcami w lutym 1912 r. uznane zostały początkowo za sukces, który jednak okazał się połowicznym.

Kiedy, w kwietniu 1917 r., Ameryka przystąpiła do działań wojennych, rząd USA zainteresował się majątkiem niemieckim ulokowanym w tamtejszych bankach. W listopadzie 1918 r. podjęto decyzję zarekwirowania mienia tych obywateli amerykańskich, którzy poprzez związek małżeński weszli w rodziny niemieckie lub austriackie. Na liście tych osób znalazła się także hrabina von Francken Sierstorpff. Zabrano jej olbrzymi fundusz powierniczy założony dla niej przez ojca, jak również obligacje wartości 3 600 dolarów, 21 457 dolarów w gotówce i polisę ubezpieczeniową na 10 000 dolarów.
Hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff zmarł w 1917 r. Hrabina Maria przeżyła go o 12 lat.

Read Full Post »

Na londyńskim rynku antyków pojawiła się właśnie niecodzienna okazja – możliwość zakupu składającego  się z 22 elementów kompletu toaletowego wykonanego w pozłacanym srebrze dla Konstacji, ksieżnej Westminsteru, czyli znanej nam dobrze Shelagh, siostry księżnej Daisy von Pless.
Twórcą tego wyjątkowego zestawu z lat 1916 -17 była słynna pracownia złotnicza, Crichton Brothers.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zestaw toaletowy wykonany dla Konstancji, księżnej Westminsteru przez firmę Crichton Brothers w 1916/17 r. Foto: M.P. Levene

Założona w 1890-tych latach przez Lionela Alfreda Crichtona (1866 – 1938), firma ta zdobyła sobie szybko przodującą rolę wśród zarówno dealerów starym srebrem, jak i wykonawców nowych zamówień egzekwowanych w najlepszej tradycji rzemiosła. Oprócz głównej siedziby na prestiżowej Old Bond Street, miała również swoje oddziały w Nowym Yorku i w Chicago. Biznes prowadziła do 1950 r.
Co uderza niezwykłością w tym zestawie toaletowym jest jego rzadko spotykany rozmiar i data powstania w środku 1. wojny światowej. Głównym elementem kompletu jest duże, wysokie na 67 cm lustro. W jego skład wchodzą także: dwie szkatułki na kulowych nóżkach, para świeczników i ich gasidełko, szczotki do ubrań i do pudru, pojemniki na puder, krem i perfumy, poduszeczka na wsuwki oraz mały dzbanek na wodę i miseczka do obmywania palców. Stan ich zachowania jest bardzo dobry. Pomimo wieloletniego użytkowania, przetrwała nawet jedna z oryginalnych buteleczek do perfum. Wzięte razem, wszystkie przedmioty ważą oszałamiających 10 kilogramów! Aż trudno sobie wyobrazić, że tak ciężkie i drogocenne rzeczy zamówiła sobie Shelagh na pobyt w Le Touquet na terenie Francji, gdzie przez całą wojnę prowadziła szpital wojskowy dla rannych oficerów.

Shelagh_Nurse_2

Konstancja (Shelagh), księżna Westminsteru od 1914 r. była zarządzynią szpitala w Le Touquet. Foto: Edward Hoppe/IWM

Ktoś jednak zlecił Crichton Brothers wykonanie tego kompletu. Życzeniem zleceniodawcy było również wygrawerowanie na każdym jego składniku herbu Grosvenorów.
Konstancja była wówczas w usankcjonowanej przez sąd separacji z Hugh (Bendorem) Grosvenor, 2. księciem Westminsteru. Podpisanie aktu separacji w lipcu 1914 r., poprzedzał dwuletni prawie okres nieprzyjemnych sporów i oskarżycielskich listów wymienianych przez adwokatów. Ale, jak to często bywa po osiągnięciu porozumienia, byli małżonkowie zaczęli ponownie zachowywać się wobec siebie uprzejmie i kurtuazyjnie. Łączyło się to nawet z komentarzami, że do siebie powrócą. Wiele ich przecież łączyło, dużo razem przeżyli i mieli ze sobą trójkę dzieci. Shelagh otrzymała od byłego męża apanaże, pozwalające jej utrzymać wysoki standard życia, ale na poprzednie beztroskie wyrzucanie pieniędzy pozwolić sobie nie mogła. Jak pisała w jednym z listów do byłej bratowej, Jennie Churchill, z powodu ciężkich czasów, wynajęła swój dom obcym ludziom. Gdy przyjeżdżała z Francji do Anglii, zatrzymywała się u rodziców w Newlands, albo w swoim małym mieszkanku w Londynie.
Niejedną wadę zarzucić można Bendorowi, ale nie należy mu odmówić szerokiego gestu i szczodrości, gdy miał na to humor. Jego była szwagierka, nasza księżna Daisy von Pless, sama tego doświadczyła, kiedy powojenny przyjazd Bendora na południe Francji uratował ją przed wierzycielami plikiem wartościowych brytyjskich funtów, które wręczył bez wahania jej służącej wysłanej do jego jachtu z prośbą o pomoc.
Samą Shelagh natychmiast poparł w sfinansowaniu, „for the sake of old times”, inicjatywy otwarcia szpitala we Francji, przesyłając czek na 500 funtów w odpowiedzi na jej prośbę o sponsorów wydrukowaną w The Times.
Nie zdziwiłabym się przeto, że z dobrej woli i szacunku dla jej, niewątpliwie szczerych i popartych ciężką pracą, wysiłków na rzecz brytyjskich ofiar wojennych, Bendor , w przypływie rozczulenia, zamówił dla niej ten kosztowny prezent.
Są to tylko dywagacje z mojej strony, dopóki, jakimś cudem, nie trafię na archiwum firmy Crichton Brothers, by sprawdzić kto był rzeczywistym zleceniodawcą tego przepięknego zestawu toaletowego. Prawda okazać się może inną, ale nie przeszkadza mi to podzielić się teraz z Państwem swoimi przemyśleniami i kontemplacją obiektu, jaki niewątpliwie jest dziełem wysokiej klasy i rzadkości, i jaki daje nam pewien wgląd w czasy, których mój blog dotyczy.
Po więcej informacji odsyłam czytelników, zwłaszcza tych, którzy dysponują oczekiwaną sumą 49 500 funtów na zakup wyżej omówionego artykułu do jego londyńskiego sprzedawcy, M.P. Levene, pod internetowym adresem: http://www.mplevene.co.uk/1557.aspx

Read Full Post »

Na początku wojny księżna Daisy von Pless złożyła sobie potrójne przyrzeczenie: być do granic możliwości lojalną wobec kraju swojego męża i dzieci, nie zaprzestając wysiłków na rzecz pokoju między Anglią i Niemcami, pielęgnować chorych żołnierzy niemieckich oraz zrobić wszystko co w mocy, by pomóc angielskim więźniom wojennym. Do wypełnienia dwóch ostatnich przystąpiła natychmiast. Niestety w obu wypadkach jej inicjatywa od zarania napotkała na trudności. Co dla Daisy wydawało się normalne i samo przez się zrozumiałe, niekoniecznie zostało w ten sposób spostrzeżone przez innych.
Wychowana w tradycji charytatywnego poświęcenia się wyższym celom zrządzonym przez los, księżna von Pless, jak jej siostra Shelagh i inne przyjaciółki angielskie, zamierzała otworzyć i prowadzić własny szpital i ośrodek rekonwalescencji dla rannych. Oczywiście mieściłyby się one na terenie jej posiadłości na Śląsku. Mąż jednak przeciwny był tej idei i nie zamierzał dać grosza na coś, co według niego powinno było leżeć w gestii władz. Poza tym, przynajmniej na początku, był przekonany, że wojna nie potrwa długo i tego rodzaju wydatek mijał się z celem.
Hotel Plessów w Szczawnie został ewentualnie przekształcony na szpital wojskowy, który Daisy później odwiedzała, ale robiła to okazyjnie i nie w wymiarze jego zarządczyni, ale zaszczytnego gościa przynoszącego pacjentom upominki i omawiającego z personelem bieżące problemy. To samo można powiedzieć o jej roli w przypadku szpitala w Mokrzeszowie.
Patrząc z perspektywy czasu, był to, moim zdaniem, duży błąd Hansa. Kierownictwo własnego szpitala zatrzymałoby Daisy na prowincji, pochłonęłoby całkowicie jej czas i spełniło egzaltowane ambicje. Jej poświęcenie i ciężka, od rana do wieczora, praca zdobyłaby księżnej jeśli nie uznanie, to tolerancję władz i miejscowej ludności. Nie musiałaby, jak to miało miejsce potem, wiercić się po całych Niemczech w poszukiwaniu zajęcia i sympatii.

Daisy_nurse_1914

Siostra Daisy von Pless ze swoimi pacjentami w szpitalu Tempelhof w Berlinie, gdzie podjęła prace we wrześniu 1914 r.

Pierwszym przystankiem w tej wędrówce stał się Tempelhof Szpital no II w Berlinie, gdzie we wrześniu 1914 r. za wstawiennictwem synowej kajzera, księżniczki Augustowej Wilhelmowej, Daisy podjęła pracę jako pielęgniarka pod okiem profesora von Kuestera. Już jednak w pażdzierniku, pobyt księżnej w Berlinie uznany został za niewygodny. Powodem tego była jej spontaniczna wizyta ze szwagrem, hrabią Fritzem von Hochberg, w obozie dla angielskich jeńców wojennych w pobliskim Döberitz. Wszelkie późniejsze oskarżenia i „relacje” o tych odwiedzinach i rzekomych prezentach dla ziomków, choć nieprawdziwe, narobiły wokół jej osoby niepotrzebnego w swojej wrogości szumu. Daisy musiała opuścić stolicę i pracę w szpitalu, ale, co gorsze, swoim nieprzemyślanym gestem wywołała zaostrzenie restrykcji w jakichkolwiek kontaktach z wojennymi więźniami wroga. Jak pisze o tym w swojej książce hrabina Evelyn Blucher, tak samo jak Daisy angielska małżonka pruskiego magnata, szumiał o tym cały Berlin i wszyscy wiedzieli, że księżnej von Pless nie wybaczono niedyplomatycznych słów: „Proszę, trzymajcie się na duchu!” („Keep up your spirit!”), którymi pożegnała internowanych rodaków. Późniejsze śledztwa w sprawie jej zachowania, oczyściły ją oficjalnie z zarzutów przypisywanych w plotkach, ale reputacja księżnej została bezpowrotnie zszarpana. Od tego momentu stała się w opinii publicznej „personą non grata” i tylko ścisły krąg bliskich znajomych i przyjaciół sympatyzował się z jej nagłą alienacją.
Sytuacja księżnej von Pless w Niemczech, teraz „wroga narodu” i więcej niż „potencjalnego szpiega”, musiała być chwilami nie do zniesienia. „Daisy pisze długie, ale bardzo smutne listy…” donosiła jej siostra Shelagh byłej bratowej Jennie Churchill. Siłą rzeczy rodzina się niepokoiła i chciała pomóc, próbując poruszyć niebo i ziemię i konspirując nad fantastycznymi, jak z filmu, rozwiązaniami. O jednym z nich pisze w swoich wspomnieniach cioteczny kuzyn księżnej, major-generał Geoffrey Brooke: „Nie wiem jak ten pomysł się narodził, ale rodzina i przyjaciele w Anglii zaczęli wierzyć, że Daisy uda się jakimś cudem uciec z Niemiec. Pamiętam z tego czasu listy mojej matki pisane z Newlands, rezydencji rodziców Daisy na terenie New Forest, nad brzegiem cieśliny Solvent, donoszące mi, że wszyscy oczekiwali jej powrotu samolotem. Z nieznanych mi powodów, moja matka [Minnie Wyndham] pokładała w tym względzie nadzieje w „drogim Panu Balfourze”, który miał przyczynić się do owego zuchwałego porwania jej siostrzenicy. Każdego więc ranka, pilnowała służbę, by rozłożono na trawnikach białe prześcieradła, wierząc że Daisy je zauważy i wskaże pilotowi miejsce lądowania. A potem całymi dniami wypatrywano na niebie obiecanego samolotu, który jednak nigdy się nie zmaterializował…” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Lord Arthur Balfour_thumb[1]

Polityk angielski Arthur Balfour (1848 – 1930), za sprawą którego planowano porwanie księżnej Daisy z Niemiec

„Drogi Pan [Arthur] Balfour” był od maja 1915 r. do 1916 r. prezydentem Admiralicji (First Lord of Admiralty) i, w tej funkcji, naczelnikiem Królewskiej Służby Powietrznej (Royal Naval Air Force). Plan porwania z Niemiec księżnej von Pless musiał więc narodzić się w tym czasie. Jak bardzo niewiarygodnie i spektakularnie to brzmi, osobiście wierzę majorowi-generałowi Brooke’owi w to co nam przekazał. Był on bowiem poważnym człowiekiem i żołnierzem, któremu w innych jego relacjach nie można zarzucić braku wiarygodności.
Dlaczego więc nic nie wyszło z akcji uprowadzenia księżnej von Pless? Nie dowiemy się tego dopóki któryś z jej badaczy nie natrafi na stare rządowe dokumenty opisujące to wydarzenie. Można tylko dywagować, że to ona sama wycofała się z planu, jak to zrobiła powtórnie wiosną 1916 r. rezygnując z możliwości ucieczki we Francji. Oddając jej głos: „Kiedy przekroczyliśmy wczoraj granicę Francji, i wiedząc że jutro jedziemy z Metzu do Mars la Tour, nadeszła mnie myśl jak łatwo by mi było, z odpowiednią dozą odwagi i z pieniędzmi, uciec do któregoś z domów, ściąć włosy, przebrać się za mężczyznę, przeleżeć w ukryciu podczas poszukiwań za mną, a potem jakimś cudem przekroczyć francuski front i zostać odesłaną do Anglii. Ale podczas pisania tego, przejechał koło nas pociąg z węglem i nagle zdałam sobie sprawę, że jestem żoną niemieckiego potentata węglowego… Gdybym to zrobiła, uznano by mnie za zdrajczynię i nie pozwolono mi zobaczyć więcej moich synów. Przeszłam już tyle, że dzielność mnie jakoś opuściła; taki wysiłek wymagałby fizycznej odwagi i dogłębnego przemyślenia. Lepiej to chyba przeczekać.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Skreślając te refleksje, Daisy pracowała na drugim już w swojej wojennej karierze pociągu-lazarecie. Jak pierwszy, tzw pociąg „Y”, prowadzony w 1915 r. przez ukochanego profesora von Kuestera, tak i ten, oznaczony numerem „D3” i finansowany przez żydowskiego pochodzenia Herr von Friedländera był tylko kilkumiesięcznym dla niej angażem. Wszelkie inne próby otrzymania zatrudnienia w służbie medycznej kończyły się niepowodzeniem. Nawet jej bliscy przyjaciele, książę bawarski Ludwig Ferdynand i królewna pruska Cecylia, musieli grzecznie odmówić jej prośbom. Powodem tego nie był brak kwalifikacji, które księżna von Pless posiadała, ani brak pasji czy poświęcenia, jakie miała w nadmiarze, ale złośliwa postawa biurokratów pruskich, którzy w swoich zawężonych horyzontach myślowych nie potrafili przeskoczyć bariery jej pochodzenia i indywidualności.

078_001

Niemiecki pociąg szpitalny z okresu 1. wojny światowej. Księżna von Pless dostała dwukrotnie angaż do pracy w Lazaretzug.

W międzyczasie, księżna von Pless przenosząc się z synami, Lexelem i Bolkiem, w różne miejsca na terenie Prus i Bawarii, zaspakajała korespondencyjnie swoje poczucie patriotycznego, ale w wielu wypadkach również honorowego z racji dawnej przyjaźni, obowiązku pomocy i życzliwości ludziom, którym los zgotował niefortunną sytuację albo na froncie, albo za drutami łagrów jenieckich. Wielki ukłon w jej stronę należy się za fakt, że w swojej idealistycznej rycerskiej postawie honorowała wojowników obu stron. Jej angielscy i niemieccy przyjaciele, walczący po przeciwnych stronach, otrzymywali od niej te same słowa otuchy i podobne prezenty mające ulżyć ich niedogodnościom. Swoim rodakom w obozach jenieckich przesyłała gazety, książki, lekarstwa i paczki z wysyłkowego sklepu Army & Navy. Swojemu dobremu znajomemu, synowi kajzera, księciu Eithel Fritzowi, nie omieszkała wysłać szyfonowych firanek i wody kolońskiej, dowiedziawszy się z jego listu, że nie może spać z powodu plagi much. Ta jej romantyczna „rycerskość” nie była niczym nowym. W przeszłości była inicjatorką i działaczką funduszu opieki nad grobami wszystkich, niezależnie od narodowości, żołnierzy poległych podczas wojny burskiej w Południowej Afryce.

Daisy_1900s

W swojej działalności podczas wojny, księżna Daisy musiała często handlować przysługą za przysługę.

Opresje władz i piętrzone przez biurokratów przeszkody tylko wzmocniły jej determinację. Jak sama wyznała: „Gotowa byłam naprzykrzać się każdemu i jeśli zaistniała tego potrzeba, bezwstydnie wykorzystywałam stare przyjaźnie. Jak tylko mogłam stosowałam się do przepisów, ale gdy stawały mi one na drodze, po cichu je naginałam, lub wręcz łamałam.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy) Pisała do wszystkich, włącznie z cesarzem i nieznanymi jej personalnie osobistościami. W przekazywaniu kajzerowi swoich próśb i uwag posuwała się do drastycznych pomysłów, prosząc, na przykład, hrabinę Brockdorff, by przeszmuglowała jej list w korespondencji cesarzowej do męża. Wdzięczna za pomoc Daisy dla krewnego przetrzymywanego w obozie niedaleko Ruthin, hrabina Brockdorff z chęcią to uczyniła. Oczywiście w tego rodzaju kontaktach księżna Daisy musiała często handlować przysługą za przysługę. Nie miała z tym żadnych oporów i przesyłała matce w Anglii listy nazwisk niemieckich jeńców, których Patsy potem odnajdywała. Pomocnym tu był również hrabia Erroll, ojciec podopiecznego Daisy, Ivana Haya.
Kapitan Ivan Hay (1884 – 1936) był jednym z pierwszych angielskich oficerów wziętych do niewoli w bitwie pod Le Cateau 26 sierpnia 1914 r. Świadkiem jego pojmania był, znany mu z wizyt w Książu, brat cesarzowej, książę Ernst Gunter Schleswig-Holstein, który zawiadomił o tym Daisy. Ta natychmiast wszczęła poszukiwania i już na początku września mogła zawiadomić zmartwioną matkę w Szkocji o losach syna. Ivan przecież był jej bardzo dobrym przyjacielem, którego nieraz gościła na Śląsku i który dotrzymywał jej towarzystwa podczas pobytów w Anglii. W ostatniej wielkiej paradzie historycznej, w jakiej wzięła udział w Londynie – Elżbietańskim Turnieju, zorganizowanym przez bratową Jennie – księżna von Pless wystąpiła jako Księżniczka Errant. Ivan Hay zagrał rycerza w jej orszaku.
Z czasem na listę pupili księżnej trafili inni znajomi, lub znajomi znajomych: kapitan Rupert Keppel (syn hrabiego Albemarle), Reggie Fellowes i jego ślepy ojciec, baron de Ramsey, kapitan Robert Grey (krewny ministra spraw zagranicznych, Sir Edwarda Greya), czy pułkownik William Gordon. Ten ostatni, celebrowany weteran wojny burskiej, został – ku podwójnej radości Daisy – wymieniony na początku 1916 r. za internowanego w Gibraltarze jej przyjaciela, księcia Emanuela Salm-Salma.
Odwiedzać ich nie mogła, ale prowadziła z nimi regularną korespondencję, posyłała małe luksusy i starała się spełnić wszelkie ich prośby. Parę razy udało się jej przenieść ich do lepszego obozu. Od wiosny 1915 r. w swoją działalność włączyła wiernego kamerdynera z Książa, Seidela, który z powodów zdrowotnych został zwolniony z wojska i odesłany na służbę do jej domu w Partenkirchen. Seidel entuzjastycznie i bez żadnych zastrzeżeń wcielił się w rolę kuriera księżnej, składał w jej imieniu wizyty jeńcom i osobiście dostarczał im od niej przesyłki. W dodatku władał doskonale językiem angielskim. Kiedy po wojnie wyszła na jaw cała skala jego aktywności, zarówno Hans jak i Hansel nie mogli tego Daisy wybaczyć. Do tego stopnia, że „sprawa Seidela” stała się jednym z punktów późniejszej dyskusji rozwodowej pomiędzy malżonkami.
W kwietniu 1915 r. władze niemieckie przeniosły do pojedynczych cel więziennych trzydziestu dziewięciu jeńców angielskich pochodzenia arystokratycznego. Wśród nich znależli się Ivan Hay, Robin Grey i Rupert Keppel. Decyzja ta była odpowiedzią na kontrowersyjne polecenie Winstona Churchill o umieszczaniu pojmanych członków załogi niemieckich łodzi podwodnych w więzieniach dla kryminalistów zamiast w obozach jenieckich. Za ich przestępstwo uznano „złamanie podstawowych reguł prowadzenia wojny” („breaking oridinary usages of warfare”). Księżna von Pless natychmiast zareagowała na to ostrą krytyką Churchilla, którą nie omieszkała przekazać bezwłocznie z jednej strony kajzerowi, a z drugiej angielskim adresatom swojej korespondencji. W odnalezionym niedawno przeze mnie liście do przyjaciółki, Ettie Desborough pisała: „Porozmawiaj Kochana z Albemarlami [rodzicami Ruperta Keppel]. Powiedz im, że załogi niemieckich łodzi podwodnych muszą być traktowane tak samo jak inni jeńcy marynarki (…). Zrób to ku pamięci swoich angielskich Przyjaciół i ich Synów!” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
14 czerwca 1915 r. hrabia Albemarle, polityk partii konserwatywnej i adiutant króla Jerzego V, mógł z ulgą donieść księżnej: „Zrobiłem co mogłem, żeby więźniów niemieckich łodzi podwodnych traktowano w tym kraju jak zwyczajnych jeńców wojennych, i miło jest mi powiedzieć, że nowy rząd koalicyjny miał odwagę unieważnić odwetową politykę Churchilla wobec oficerów, którzy bądź co bądź wykonywali tylko rozkazy. Zostali oni teraz przeniesieni [z wiezień] do Donington Hall i innych obozów jenieckich.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Choć opieka and „Przyjacielami i ich Synami” pochłaniała Daisy dużo czasu i wysiłków, nie zapomniała o innych, osobiście jej nieznanych, uwięzionych w Niemczech Anglikach. Reagowała na każdą prośbę, która do niej dotarła, lekceważąc porady „Hansa, wujka Bolka czy księżnej Mossy (…), żeby być dyskretną, siedzieć cicho i unikać drażnienia władz.” Rozumiała doskonale desperację autorów tych błagających listów i fakt, że adresowane były do niej – „Angielki ożenionej z Niemcem, której nazwisko zdarzyło się im zapamiętać.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Chyba największą ironią tych czasów dla Daisy był fakt, że doczekała się od władz niemieckich oficjalnego angażu w służbie medycznej dopiero pod koniec wojny. Dodatkową miłą niespodzianką było „błogosławieństwo” męża, który bez obiekcji wyraził zgodę na jej wyjazd do Uskub w Serbii i pracę w tamtejszym austriackim Cesarskim Szpitalu Bracko. Ofertę tą księżna von Pless otrzymała w sierpniu 1917 r. od księcia Hermana Hatzfeldta, szefa niemieckiego Czerwonego Krzyża i komisarza Ochotniczej Służby Pielęgniarskiej. Do Belgradu wyjechała w towarzystwie sekretarki, Heleny Wagner, pokojówki Else i niezbędnego Seidela. W następnym roku Seidel i Else stali się parą małżeńską.
Do Niemiec wróciła na Święta Bożego Narodzenia, które spędziła z Hansem, Lexelem i Bolkiem w Berchtesgaden. Z Londynu nadeszły złe wieści o chorobie matki, a w lutym 1918 r. świat obiegła wiadomość o samójstwie wielkiego księcia Adolfa Fryderyka Macklenburg-Strelitza. Prasa spekulowała na temat jego nieszczęśliwego romansu i winę za śmierć zrzucała na księżną von Pless. Stan psychiczny Daisy sięgnął kolejnego dna, pomimo walki o oczyszczenie jej nazwiska podjętej zarówno przez Hansa, jak i przez cesarza Wilhelma II. Powrót do Uskub dał jej szansę ucieczki.
W październiku 1918 r. księżna von Pless zdecydowała się opuść Serbię, by podjąć zaoferowaną jej wcześniej kierowniczą rolę w sanatorium dla żołnierzy austriackich i węgierskich w Konstancji nad Morzem Czarnym. Nigdy tam jednak nie dotarła. Przejeżdżając przez Budapeszt, zawróciła w stronę Niemiec. Wojna się skończyła, a wraz z nią świat, który Daisy znała i w którym do tej pory się obracała.

Ivan_Hay_DM

Podopieczny księżnej Daisy, Ivan Hay, sfotografowany w dniu ślubu z Pamelą Burroughes. Foto: The Daily Mirror

Jej pupile, angielscy jeńcy wojenni, zaczęli powracać do kraju. W grudniu 1918 r. dotarł tam nareszcie ciężko chory Ivan Hay. Z poważnym zapaleniem płuc, wylądował w szpitalu Brooklands w Hull. Rodzice nie odstępowali jego łóżka. Póżniej ojciec, hrabia Erroll, opublikował do wiadomości publicznej jego list napisany 22 czerwca 1918 r., opisujący w detalach horror, który przeżył w niewoli. W pażdzierniku 1921 r. został sekretarzem instytucji ubezpieczeniowej, Edinburgh Assurance Company. Miesiąc później ożenił się z Pamelą Burroughes.
Parodoksalnie, coraz bardziej samotna Daisy tęskniła za swoimi podopiecznymi i czasem wypełnionym niesieniem im pomocy. W korespondencji do Ettie Desborough z 22 sierpnia 1918 r. pytała: Gdzie jest teraz Reggie [Fellowes]? A co dzieje się z Robinem Greyem, którego listów tak bardzo mi brakuje?…”.

Read Full Post »

Poczynając od babci księżnej von Pless, lady Olivii FitzPatrick, kobiety jej rodziny wydawały na świat dziewczynki, które w swojej urodzie były ekstremalnie przeciwne. Matka Daisy, ciemnowłosa i ciemnooka Patsy Cornwallis-West, była zupełnie różna od swojej jasnowłosej siostry Minnie. Shelagh i Daisy reprezentowały tak odmienne rysy i kolory, że dla określenia ich kontrastu znajomi sięgali do takich metaforycznych porównań jak Księżyc i Słońce lub Dzień i Noc. Urodzone w następnym pokoleniu córki Shelagh, Ursula i Mary, regułę tą potwierdziły.

Ursula odziedziczyła po ojcu jasne, rudawo-blond włosy i niebieskie oczy, jego rysy i wysoką, męską posturę. Mary natomiast, choć też wysoka, była ciemna i chuda i wyglądała identycznie jak matka.

Shelagh_daus_1912

Konstancja (Shelagh), księżna Westminsteru z córkami: 12-letnią Ursulą i 2-letnią Mary. Foto z kolekcji autorki

Pierwsza siostrzenica księżnej von Pless, lady Ursula Mary Olivia Grosvenor, urodziła się 21 lutego 1902 r. Ciocia Daisy zapisała wtedy w dzienniku: „Oczywiście Shelagh i Bendor woleliby chłopca, ale dzieciątko jest tak słodkie i kochane, że oboje szybko zapomnieli, iż oczekiwali dziedzica.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy) Jako dziecko jednego z najbogatszych ludzi w Anglii, małą Ursulę od początku otaczał dobrobyt i wygoda.

Jej ciągle bardzo młody tatuś, spełniając własne chłopięce zachcianki przekształcił rodową rezydencję, Eaton Hall, w eksluzywny „park rozrywki” służący każdej jego pasji. Zbudował tor z przeszkodami do jazdy konnej, włącznie z basenem do skoków na wodzie. Stajnie wypełnił końmi różnej maści i przeznaczenia. Kupił dla siebie dwa samochody osobowe, a dla gości zmotoryzowane wagony, które ułatwiły im szybkie przemieszczanie się od jednego wydarzenia do drugiego. Kiedy przyszła mu na to ochota, jeździł własną lokomotywą po prywatnym torze kolejowym. Gdy padało szedł na kryty kort tennisowy. Z lądu przenosił się na morze, po którym rejsował jachtami lub wyścigował się motorówkami. Zależnie od sezonu, polował u siebie w Cheshire lub jechał do Szkocji. W sierpniu podejmował graczy w polo na swój coroczny turniej. Jego żona, Shelagh, była równie aktywna. Ich córeczka Ursula zaczęła jeździć na koniu w wieku pięciu lat, a w wieku dziesięciu wzięła udział w pierwszym polowaniu.

Będąc tylko o rok młodszą od synka Daisy, Hansela, Ursula niemal od razu stała się jego towarzyszką zabaw, kiedy rodzice przyjeżdżali z nim do Anglii lub rodziny spotykały się na wakacjach w południowej Francji. Dzieci bardzo się ze sobą zżyły, a ich przyjaźń przetrwała do końca życia.

Nie wiadomo mi, czy Shelagh kiedykolwiek przywiozła małą Ursulę do Ksiąźa. Daisy, która odwiedzała Anglię co roku, cześciej podrzucała swojego synka siostrze, a raczej najętym przez nią opiekunkom i guwernantkom. Czasami pobyt Hansela u cioci trwał całymi miesiącami. Stało się tak na przykład podczas ciąży księżnej Daisy z Lexelem, którego rodziła w Londynie i z którym wróciła do Eaton Hall dopiero po pięciu tygodniach po porodzie.

Kiedy, po 1905 r., siostry zaczęły razem wyjeżdżać na długotrwałe wycieczki zagraniczne, przekazywały swoje pociechy pod skrzydła dziadków. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby zdarzało się to sporadycznie, ale ich następujące jedne za drugimi wspólne czy indywidualne wyjazdy, we współczesnej ocenie sprowadzały się do niedopuszczalnego zaniedbywania obowiązków rodzicielskich.

Nic więc dziwnego, że gdy  pod koniec stycznia 1908 r. siostry wynajęły na dwa miesiące willę Cynthia w Cap Martin na francuskiej Riwierze i Ursula z braciszkiem Edwardem wysłani zostali do babci Sibell Grosvenor, jej mąż, George Wyndham, zauważył jak bardzo „dzieci łaknęły miłości i bezpretensjonalnych zabaw.” Na szczęście lady Sibell poświęciła im dużo czasu i energii, pozwalając im ustawiać pociąg ze wszystkich krzeseł w jadalni, używać dzwonka alarmowgo jako sygnału na przyjazdy i odjazdy z wyimaginowanych stacji, lub siedziała z nimi na podłodze budując na tacy ogród z piasku i odpowiadając cierpliwie na tysiące pytań. Zaraz po powrocie z Francji, Shelagh przewiozła dzieci do dziadków Westów w Ruthin, by móc pojechać z Daisy na dwa miesiące do Hiszpanii.

Urodzony w listopadzie 1904 r. synek Bendora, Edward, miał pięć latek gdy dostał fatalnego w skutkach zapalenia wyrostka robaczkowego. Jak zwykle jego matka była na wyjeździe, z którego wprawdzie natychmiast wróciła, by się nim zająć, ale jej mąż i tak zwalił winę za śmierć dziecka na jej nieobecność. Jego rozpocz po utracie syna i dziedzica stała się przysłowiowym gwoździem do trumny ich małżeństwa. Stan rzeczy zmienić tylko mogło wydanie na świat kolejnego męskiego potomka.

W kwietniu 1910, Shelagh i Daisy wyjechały znów razem na południe Francji, tym razem do Cimez koło Nicei. Obydwie były w ciąźy i matka Patsy dołączyła, by się nimi opiekować. Ostatnia szansa uratowania małźeństwa Westminsterów zniknęła, kiedy Shelagh urodziła 27 czerwca 1910 r. córeczkę, a nie wyczekiwanego przez wszystkich chłopca. Zrozpaczona Patsy doniosła Daisy: „[Shelagh] spojrzała na nią tylko raz, i to w ciemnościach, a Bendor w ogóle… Bóg tylko może im pomóc…” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)  Dziecko otrzymało imię Mary. Jej chrzestną matką została księźna von Pless.

Księżna Daisy bardzo źle przeszła połóg swojego trzeciego dziecka Bolka. Poród był ciężki, a nieodpowiednia opieka lekarska przyniosła w konsekwencji zatrucie organizmu („septic poisoning”), po którym księżna już nigdy nie doszła do zdrowia. W ramach rekonwalescencji Hans przewiózł ją w styczniu 1911 r. z powrotem do Cimez. Siostra Shelagh przyjechała tam pod koniec lutego i, z myślą o dłuższym pobycie, wynajęła w sąsiedztwie eksluzywną willę The Bungalow. Przywiozła też ze sobą małą Ursulę, którą Daisy z czułością opisała w pamiętniku: „z jasno-rudymi włosami o wielu odcieniach, wielkimi niebieskimi i zdumionymi oczami i kochaną twarzyczką.”  (tłumaczenie © Barbara Borkowy) Najbardziej z jej przyjazdu ucieszył się Hansel.

Ursula_painting

Lady Ursula Grosvenor na portrecie namalowanym w 1907 r. przez Mary Lemon Waller

Jako dziewięcioletnia dziewczynka, Ursula musiała już sobie zdawać sprawę z kryzysu w jakim znalazło się małżeństwo jej rodziców. Sytuacja się poprawiła, kiedy Shelagh i Bendor podpisali w czerwcu 1913 r. umowę o seperacji. Zaczęli ze sobą na nowo rozmawiać, a dobro ich córek stało się priorytetem. Zadne z nich nie podjęło złośliwej walki o wyłączność opieki nad dziećmi. Dziewczynki znalazły się pod kuratelą sądu i spędzały po pół roku u każdego z rodziców.

Duchess of Westminster

Mary podczas pobytu u matki Shelagh w jej nowym domu, Annesley Bank w Lyndhurst w październiku 1920 r.

W czasie wojny, pozostawione pod opieką guwernantek, prawie w ogóle ich nie widziały, ale odwiedzały dziadków po obu stronach. Babcia Patsy opisała jedną z ich wizyt w Ruthin w liście do ksieżnej Daisy z 12 grudnia 1914 r.: „Ursula i jej miła opiekunka przyjechały wczoraj samochodem [lady] Sibell na lunch. Ursula była taka kochana wobec dziadka, że staruszek się rozczulił. Mary przybędzie tu w poniedziałek, ale wyślę ją do Eaton [Hall] 23-go, żeby dołączyła do Urszulki. Mają spędzić święta Bożego Narodzenia z Bennym [Bendorem, ich ojcem], lecz Bóg tylko wie gdzie on będzie w tym czasie…  ” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Obydwoje rodzice bardzo się odznaczyli w służbie swojej ojczyźnie: Shelagh jako zarządczyni doskonale funkcjonującego szpitala wojskowego w La Touquet, a Bendor jako organizator i dowódzca oddziału zmilitaryzowanych samochodów na froncie Północnej Afryki. Jego brawurowa wyprawa samochodami w głąb pustyni by uratować, więzionych przez siły Senussiego, rozbitków brytyjskiego okrętu wojennego Tara obrosła legendą. Dziewięcioletnią Mary rozpierała duma, gdy w 1919 r . delegacja wdzięcznych marynarzy przybyła do Eaton Hall by wręczyć jej tatusiowy pamiątkową srebrną szkatułę. W uwielbieniu i podziwie dla ojca, Mary zaczęła podświadomie zachowywać się jak upragniony przez niego syn. Każda pasja i hobby Bendora stały się miłością i treścią jej życia. Kiedy w latach trzydziestych 20. wieku kanony mody zaczęly na to pozwalać, częściej ubierała wygodne spodnie niż elegancką suknię.

Mary_Bendor_Tara

Dziewięcioletnia Mary z ojcem Bendorem podczas uroczystości wręczenia mu srebrnej szkatuły, upamiętniającej jego bohaterski akt uwolnienia rozbitków okrętu Tara

W marcu 1923 r., 21-letnia Ursula zaręczyła się sekretnie z jockeyem Jackem Anthony. Prasa się o tym dowiedziała i wybuch skandal. Rodzice przeciwni byli związkowi. Zaręczyny zostały zerwane, ale Ursula bardzo prędko przyjęła oświadczyny kolejnego wielbiciela koni, Williama Patricka Filmer-Sankey, oficera 1. pułku Life Guards i syna komodora marynarki, Edmunda Richarda Filmer-Sankey. Poślubiła go 23 czerwca 1924 r w katolickim kościele St Mary  na Cadogan Street w londyńskiej dzielnicy Chelsea, pod który zajechała samochodem z ojcem i ich olbrzymim terierem irlandzkim, udekorowanym kokardami w purpurowo-białych wyścigowych kolorach rodu. Siostra Mary była jej drużką. Na wesele przyjechała z Niemiec ciocia Daisy i kuzyn Lexel. Jej zamążpójście było wielkim wydarzeniem towarzyskim stolicy, z elementem sensacji z powodu niezwykłych zaproszeń wystosowanych przez Ursulę dla zamiataczy ulic z dzielnicy Westminster. W kościele obecnych było również 300 mieszkańców z posiadłości Grosvenorów.

Ursula_Wedding_DM

Siostry podczas ślubu Ursuli  23 czerwca 1924 r. W rogu, portret pana młodego, Williama Filmer-Sankey. Foto: The Daily Mirror

W prezencie ślubnym otrzymała od ojca duży dom na prestiżowej ulicy North Audley Street w Londynie, a od wujka przyszłego męża konia wyścigowego. Mama Shelagh włączyła się całkowicie w organizację ceremonii. Jej obecność na ślubie córki nie była niczym skrępowana, Bendor bowiem rozstał się już wtedy ze swoją drugą żoną Violetą Rowley. Ubrana w suknię ze złotego jedwabiu i kapelusz z szerokim rondem, razem z byłym mężem witała dostojnych gości na weselnym przyjęciu w Grosvenor House. Jednym z nich była hrabina Ettie Desborough, która tak opisała pannę młodą: „wysoka na sześć stóp, cudowna smukła figura i cera koloru kwitnącej jabłoni. Bardzo dziecinna i prostolinijna; przedziwna mieszanka ultra dostojności Grosvenorów ze smugą Wild Westów. Przepiękne dłonie, ale włosy złotawego koloru raczej jak u barmanki…” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Sensacją otoczony był także, wydany przez rodziców w 1928 r., debiutancki bal dla ich młodszej córki Mary, na który zaproszeni zostali członkowie rodziny królewskiej i wielu brytyjskich arystokratów. Winston Churchill, bliski przyjaciel Bendora, nie mógł w nim uczestniczyć, ale zmusił żonę, by go reprezentowała, podkreślając: „bardzo lubię Bennego [Bendora], więc mam nadzieję, że udowodnisz to i pokażesz się tam choćby na pół godziny.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy) Osiemnastoletnia Mary dostała w prezencie od tatusia cztery wspaniałe konie.

Kochanką Bendora była w tym czasie Coco Chanel i Mary, bez oporów, umieściła ją na liście gości. W podzięce za ten gest, Coco wydała obiad dla najbliższej rodziny Grosvenorów, na którym nie zabrakło Shelagh i jej drugiego męża Fitza. Na bal jednak nie poszła, obawiając się kontrowersji, którą i tak, chcąc nie chcąc, wzbudziła właśnie swoją nieobecnością. Shelagh przesłała jej notatkę z zapytaniem o zdrowie i zaoferowała pomoc. Wdzięczna Coco odpowiedziała olbrzymim bukietem kwiatów i przeprosinami.

Lata młodości Ursuli i Mary różniły się znacznie od tych, które przeżyły ich matka Shelagh i ciocia Daisy. Epoka edwardiańska ze swoim przepychem i ceremonią, olbrzymimi balami i weekendami we wspaniałych i wielkich rezydencjach wiejskich poszła w zapomnienie. Zatrzymywano się teraz w hotelach, jedzono w restauracjach, a zamiast bali urządzone koktajlowe party. Towarzystwu przewodził młody książę Walii (poźniejszy król Edward VIII) i to on był teraz królewskim gościem na przyjęciach Grosvenorów. Jedno z nich, celebrujące wyścigi konne Grand National w Aintree w marcu 1932 r, Ursula i Mary zorganizowały same pod nieobecność ojca w Eaton Hall.

Ursula_Patrick

Ursula ze swoim synkiem Patrickem Filmer-Sankey na spacerze w Hyde Parku w maju 1931 r.

Ursula miała z Williamem Filmer-Sankey dwóch synów, Patricka i Christophera. Rezydencją rodziny była Holly Lodge w Oxton, w hrabstwie Nottinghamshire. Zgodnie z tradycją, wszyscy jej członkowie zwariowani byli na punkcie koni i polowań. Jeszcze w wojsku Filmer-Sankey był wziętym graczem w polo i podwójnym zdobywcą pucharu Grand Military Gold Cup w Sandown.  Potem był trenerem koni wyścigowych, a następnie został współprezesem myśliwskiego kółka South Notts., w przedsięwzięciach którego jego dzieci brały udział od najmłodszych lat. Ursula też namiętnie polowała, towarzysząc czasem, ciągle bardzo aktywnej sportowo, matce w jej myśliwskich przygodach, takich jak eksluzywne polowania w Gibraltarze.

W 1935 r. William kupił za pieniądze Bendora majątek Assynt w Szkocji, który graniczył z bogatymi terenami łowieckimi teścia w Kylestrome. Obie rezydencje Filmer-Sankeyów były licznie odwiedzane przez gości, a sława Ursuli jako wspaniałej gospodyni była powszechnie znana. Jej znajomy, komik i piosenkarz Douglas Byng, złożył temu pokłon w swojej autobiografii opisując ją jako „najuprzejmniejszą i zupełnie pozbawioną egoizmu przyjaciółkę jaką kiedykolwiek miałem, a przy tym odznaczającą się tym typem eterycznej urody, która przywodziła na myśl obrazy Botticellego.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Jej związek z Williamem nie był jednak udany i para rozwiodła się w 1940 r. W październiku tego roku Ursula wyszła powtórnie za mąż, tym razem bardzo szczęśliwie, za hodowcę ogierów, majora Stephena Vernona.  W marcu 1943 r. urodziła się im córeczka, która niestety zmarła po paru godzinach.

Pomimo tylu wtedy wydarzeń w jej życiu, Ursula nie opuściła w potrzebie swojego kuzyna Hansela, który na czas wojny został internowany jako „wróg narodu”. Jego uniewinnieniem i zwolnieniem zajął się wuj George, ale to Ursula robiła wszystko by zapewnić mu jako taki komfort w obozie i więzieniu, przesyłając mu paczki żywnościowe, podtrzymując na duchu i odwiedzając go tak często jak to było możliwe.

Mary nie była zainteresowana małżeństwem. Lubiła wiejskie życie, terenowe sporty, jachty i szybkie samochody. Była świetnym jeźdźcem i strzelcem. Przed wojną uczestniczyła regularnie w rajdach motorowych w Brooklands i wyścigach samochodowych w Goodwood i Donington Park. Osiadła w majątku Churton, który dobrze prowadziła, powszechnie lubiana przez swoich poddanych. Zaszywała się też często w Szkocji, w ulubionym dworku myśliwskim ojca w Kylestrome lub w Południowej Afryce w ofiarowanej jej przez Bendora posiadłości Westminster na terenie Orange Free State. Jako prawdziwy z krwi i kości myśliwy, prowadziła przez całe życie szczegółowy dziennik swoich zdobyczy.

1946-Lady-Mary-Grosvenor.-Jeans-Cup-2

Mary w jej słynnym Bugatti 37A na rajdzie Jeans Gold Cup w 1946 r.

Po 2. wojnie światowej Ursula zamieszkała ze Stephenem w Irlandii, gdzie mieli dwa domy: główną rezydencję Bruree House w hrabstwie Limerick i i letnią willę Fairyfield w nadmorskim Kinsale, w hrabstwie Cork. Prowadzili tam dostatnią i spokojną egzystencję, włączając się czynnie w życie intelektualne kraju. Do grona ich przyjaciół należeli, między innymi, nowelistka Elizabeth Bowen i malarz Patrick Hennessy, którego obrazy kolekcjonowali.

Choć bardzo przystojna, Mary nigdy nie wyszła za mąż. Gdy wreszcie zrezygnowała z wyczynowych rajdów samochodowych, wzięla na siebie dodatkowe obowiązki prowadzenia majątku Grosvenorów w Saighton i kupiła farmę w Kenii. Zawsze bardzo dobrze zorganizowana, zarządzała sprawnie swoimi licznymi posiadłościami, i, kiedy wymagała tego sytuacja, potrafiła zagrzmieć ostrą reprymendą. Wstydliwa z natury, nie zawiązywała łatwo nowych przyjaźni, ale ci, którzy ją znali żywili do niej respekt i szacunek. Bogactwo i przywileje pochodzenia nie przeszkodziły jej prowadzić swój własny, prosty i szczęśliwy, tryb życia.

Starszy syn Ursuli, Patrick, pozostawił po sobie jednego potomka, Williama. Młodszy, Christopher, zmarł jeszcze za jej życia 25 listopada 1957 r., osierocając dwóch jej wnuków, Dominica Hugh i, urodzonego pośmiertnie, Christophera John Timothego. Ursula zmarła w Londynie w lipcu 1978 r.

Jej siostra, lady Mary Grosvenor, zmarła w wieku 89 lat w czerwcu 2000 r.

Read Full Post »

Older Posts »