Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘wspomnienia’

Urodzony w listopadzie 1874 r., brat księżnej Daisy von Pless, George zwany w rodzinie Buzzy, był jedynym synem pułkownika Williama Cornwallis Westa i dziedzicem jego fortuny.
Fakt ten nie zapewnił mu specjalnej rangi w rodzinie. Matka, Patsy, wolała swoje córki, z którymi w miarę upływu czasu zaczęła wiązać coraz większe ambicje. Nieśmiałego, chorowitego Georga traktowała nieco jak kulę u nogi, złoszcząc się na jego napady melancholii i słaby charakter.

Patsy_children_Downey

Matka Georga, Patsy, wolała od niego swoje córki: Daisy i Shelagh. Denerwował ją jego słaby charaker i częsta, choć cicha, niesubordynacja

George wykształcony został znacznie lepiej niż jego siostry, choć nie na poziomie, którego mógł oczekiwać z racji swojej pozycji. Po ukończeniu lokalnej szkoły podstawowej w Ruthin, wysłany został do prestiżowego Eaton College, gdzie pobierał nauki od 1888 do 1891 r. pod pieczą Sir Waltera Durnforda.
Rodzice początkowo myśleli dla niego o karierze dyplomatycznej i, w 1891 r., wyprawili go do Freiburga na naukę języka niemieckiego, który nawet szybko opanował dzięki czynnemu włączeniu się w tamtejsze życie studenckie i mieszkaniu na stancji u miejscowej rodziny Gablerów. Jednakże, po powrocie do Anglii w czerwcu 1892 r., George dowiedział się, że los jego związany będzie z armią. Ponieważ było już za późno na wpis do renomowanej akademii wojskowej w Sandhurst, ojciec wziął go do swojego, 3-go królewskiego batalionu Walijskich Fizylierów, stąd później przeszedł do szkoły militarnej w Camberley. W lipcu 1895 r. dostał przydział do Gwardii Szkockiej i wkrótce został wysłany na służbę do, wciąż wtedy spokojnej, Irlandii. Czas tam spędzony wspominał po latach jako jeden z najmilszych okresów swojego życia.

Cornwallis_West_George_Lafayette_1900

George Frederick Myddleton Cornwallis-West (1874 – 1951) jako młody officer Gwardii Szkockiej. Foto Lafayette’a ze zbiorów autorki

W maju 1896 r. musiał na chwilę opuścić Irlandię, żeby wziąć udział w, opóźnionych z powodu jesiennej sesji egzaminacyjnej, obchodach swoich 21 urodzin, powiązanych z osiągnięciem pełnoletności – faktu o wielkim znaczeniu i tradycji w odniesieniu do dziedzica rodu. Podróż zaczął, oddając mu głos: „pewnego cudownego ranka majowego wejściem w King’s Town na pokład jachtu, należącego do mojego przyjaciela kapitana Orr-Ewinga, który był jednym z adiutantów lorda Robertsa i którego wszyscy przezywaliśmy „Łasicą” („Weasel”). Razem jechaliśmy do Ruthin na uroczystości związane z dojściem przeze mnie do wieku dojrzałości. Wiatr był słaby, więc płynęliśmy bardzo powoli przez Kanał Irlandzki, zjawiając się w Holyhead dopiero wieczorem. Bez zastanowienia – a noce były zimne – wskoczyłem do wody i następnego dnia zaczął się ponownie mój stary problem z gardłem. A tu dom był pełen gości; bale i prezentacje przygotowane, w których nie byłem w stanie uczestniczyć…”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Aż strach wyobrazić sobie wściekłość Patsy. Musiał to być dla niej kolejny dowód na bezmyślność i egoizm syna. Nie mogąc odwołać starannie zorganizowanego święta, rodzice postanowili odbyć je według programu, nie bacząc na fakt, że George nie będzie w nim brał udziału. Tak naprawdę, nie mieli innego wyjścia wobec ogromnego zaangażowania, wysiłku i pieniędzy, jakie również włożyli w przygotowania dzierżawcy ich gruntów oraz miejscowi dygnitarze. Nad całością celebracji czuwał komitet wykonawczy, na czele którego stanął najstarszy farmer z okolicy, pan John Roberts.
Znaczący goście zaczęli przybywać na zamek już tydzień wcześniej. W czwartek, 14 maja, Cornwallisowie wydali wielki bal, na który zaprosili całe ziemiaństwo z okolicy. Piątek był dla wszystkich mieszkańców hrabstwa Denbighshire dniem wolnym od pracy. Georgowi starczyło sił tylko na podjęcie delegatów przybyłych do Ruthin z majątku Llanarmon. Inni, ze swoimi adresami i gratulacjami musieli poczekać do czasu poprawy jego zdrowia.
Leżąc z gorączką na kanapie w bibliotece, młody dziedzic wysłuchał przemowy dzierżawców z Llanarmon, którzy nie omieszkali przytoczyć chwalebnej historii rodu i wyrazić nadzieję na dalsze harmonijne współżycie. Jak podkreślili z dumą, w przeciwieństwie do innych, w posiadłościach Westów nigdy nie doszło do dyskryminacji poddanych z powodu religijnych lub politycznych przekonań. George podziękował im w paru słowach, przyrzekając iść zawsze śladami ojca i w zgodzie z najlepszymi tradycjami swoich przodków.

Ruthin_Castle_colour

Zamek w Ruthin w Północnej Walii, rodowa siedziba Cornwallis Westów, gdzie 15 maja 1896 r. świętowano pełnoletność Georga. Ilustracja z kolekcji autorki.

Publiczne świętowanie zaczęło się od lunchu w namiocie na terenie ogrodu dla rolników i innych osób, które poparły finansowo prezent dla solenizanta. Do stołu zasiadł z nimi pułkownik William Cornwallis West z żoną, córką, teściową i ich dostojnymi gośćmi, wśród których nie zabrakło tak znanych czytelnikom pamiętników księżnej Daisy nazwisk, jak lord Alexander Paget, austriacki ambasador książę Deym, panna Fleetwood Wilson (póżniejsza księżna Dalgorouki), pan Laycock i Gordon Wood.
Toast na cześć Georga wzniósł pan Roberts. Odpowiadając mu, pułkownik Cornwallis podziękował każdemu za datki na fundusz urodzinowy i wyraził zaufanie, że jego syn, podążając za mottem księcia Jana Portugalskiego – „Umieć robić dobrze” – wprowadzi je w pełni w życie. Biskup St Asaph poprosił o wypicie zdrowia gospodarzy, co przyjęte zostało z wielkim aplauzem, w ripoście na który pułkownik West oznajmił zgromadzonym ostatnią decyzję rządu o pomocy dla rolników, obiecując przy tym że w jego rodzinie nikt nigdy nie podniesie im opłat z powodu depresji ekonomicznej. Uszczęśliwione tym bractwo, z entuzjazmem zareagowało na sugestię pani Cornwallis West toastu za zdrowie jej córki Daisy, która zatrzymana podróżą po Indiach nie mogła wziąć udziału w tej uroczystości.
Następnie podano podwieczorek dla 900 dzieci w wieku szkolnym i 400 lokalnych staruszków. Na koniec, po zawodach atletycznych, odbył się spektakularny pokaz sztucznych ogni.
George, który całe życie był przekonany, że posiada zdolności spirytualistyczne, wyznał po latach: „Pamiętam, że tego dnia miałem dziwne przeczucie, iż nigdy nie przyjdzie mi tu żyć.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)  Niestety, ta złowieszcza myśl się sprawdziła. W 1917, roku śmierci jego ojca, długi Georga osiągnęły niebotyczną sumę 170 000 funtów. Zbankrutowany, młody dziedzic musiał sprzedać cały swój spadek. Pierwszy pod młotek licytatora poszedł właśnie Ruthin.

Reklamy

Read Full Post »

Czytelnicy polscy mają dostęp tylko do pierwszej książki księżnej von Pless, wydanej w 1928 r. pod tytułem Taniec na Wulkanie. Zawarte w niej przemyślenia i opinie autorki oparte są na bardzo luźnym szkielecie jej pamiętników, często naginanym i „poprawianym” przez redaktora edycji, majora Desmonda Chapmana.
Nic więc dziwnego, że badacze epoki i księżnej Daisy kwestionują niektóre daty lub scenariusze opisanych tam wydarzeń. Na ich szczęście, kolejne dwie książki księżnej, w których – bez specjalnej cenzury – cytuje długie fragmenty swoich dzienników i listów, często korygują lub uzupełniają te nieścisłości.
Jednym z przykładów może być relacja Daisy o jej podróży z siostrą do Egiptu. W Tańcu na Wulkanie zamieściła ją na początku rozdziału omawiającego lata 1911 – 1913, co sugeruje, że miała ona miejsce w pierwszych miesiącach 1911 r. kiedy: „… zdecydowałyśmy pojechać małą grupą do Egiptu. Chciałam dotrzeć do Chartumu, a stamtąd nawet dalej na południe, więc napisałam do generała Kitchenera, który był wtedy brytyjskim agentem króla i konsulem generalnym w Egipcie, o pomoc i radę. Nie było na tyle czasu, żeby wszystko dokładnie zaplanować, ale zatelegrafowaliśmy do Sir Reginalda Wingate, sirdara armii egipskiej i generalnego gubernatora prowincji sudańskich, który był bardzo dla nas uprzejmy. Totalna zmiana sceny i klimatu bardzo mi pomogła i, pomimo ograniczonych możliwości podróżowania po Egipcie, zaspokoiłam tym wyjazdem swoją nieuleczalną miłość do tułaczki. Hans nie mógł w niej uczestniczyć, więc było nas tylko troje: Shelagh, Benny [Bendor, książę Westminsteru] i ja”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
W opublikowanym w 1930 r. tomie Better Left Unsaid, księżna jest bardziej szczegółowa i pod datą 12 lutego [powinno być marca] 1912 r. pisze: „Płyniemy po Nilu. Jesteśmy w drodze z Chartumu na południe. (…) Hans został [z nami] na łodzi tylko do Luksoru. Dołączył do nas pociągiem na dwa dni w połowie drogi, ale świątynie i pustynia nie bardzo go wzruszają, więc wraca na chwilę do Berlina, a potem jedzie na Riwierę. Chłopcy [Hansel i Lexel] są w St Moritz, a dzieciątko [Bolko] w Książu. Jest to moja druga wizyta w Egipcie. Fritz [von Hochberg, brat Hansa] był tu wiele razy. Shelagh nigdy i jest rozczarowana, bo oczekiwała więcej zieleni i „oaz na pustyni”! Ja jednak wiedziałam czego się spodziewać. Uwielbiam tą cichą tajemniczość i ducha wspaniałej przeszłości, teraz zasypanej, choć ciągle dającej o sobie znać fragmentami świątyń w ich oryginalnych kolorach. Uwielbiam spokojną godność, nawet jeśli ktoś nazwie to lenistwem, wielbłądów, łagodny trucht cierpliwego osiołka i dzieci, z łobuzerskimi oczami, rozjaśniającymi psotą ich poważne brązowe buzie. A także dorosłych Arabów, w twarzach których lubię dopatrywać się śladu ukrytego zła, choć prawdopodobnie zobaczyłabym w ich wzroku iskierkę rozbawienia, gdyby tylko odgadli moje intencje! Kobiety (prawdopodobnie z powodu religii muzułmańskiej) są jedyną sprawą w Egipcie, którą „chłodno przyjmuję”, jako że wiodą życie pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Myślę, że zmieni się to pewnego dnia, choć nieprędko. Kair natomiast przeistoczył się bardzo i nie jest już miastem starych pałaców w ogrodach i przytulnych jednokonnych pojazdów. Stare pałace są teraz hotelami, a po ulicach jeżdżą wszędzie samochody. Okropny widok – jak drugorzędny Paryż. (…) Mam dosyć malowania; narzucam za dużo kolorów (trzeba to robić szybko, bo kolorystyka tutaj zmienia się błyskawicznie), więc moje obrazy wyglądają jak ten jeden na wystawie, o którego twórcy mówiono, że jest spirytualistycznym medium, przerażające! Niemniej jednak ciepło, słońce i wypoczynek zrobiły mi dobrze. Lord Kitchener i jeden z jego podwładnych, lord Colum Crichton-Stuart, byli dla nas niesłychanie uprzejmi w Kairze. Lord Kitchener wysłał telegraf do Sir Reginalda Wingate o zamierzanym pobycie w Chartumie, i kiedy się tam zjawiliśmy Pasha Slatin był tak czarujący, że ja i Shelagh się w nim zakochałyśmy…”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Shelagh_Bendor_races

Książę i księżna Westminsteru (Shelagh i Bendor) na wyścigach konnych w 1908 r. W 1912 r. ich małżeństwo było w poważnych tarapatach.

W żadnej z tych relacji księżna von Pless nie odkrywa całej prawdy, a w pierwszej z nich nawet ją przekręca. 1912 był krytycznym rokiem w rozpadającym się małżeństwie jej siostry z Bendorem, księciem Westminsteru. Wyjazd do Egiptu nie był wakacjami, ale swojego rodzaju próbą sprawdzenia co Bendor porabia sam w Kairze. Shelagh towarzyszył nieodstępujący od niej adorator, książę Jimmy Alba. Daisy zaprosiła do podróży swojego szwagra, hrabiego Fritza von Hochberg. Kiedy jednak dotarli w połowie lutego do hotelu Ghezireh Palace, Bendora tam nie zastali. Uciekł przed nimi z powrotem do Londynu.
Po parodniowym pobycie w Kairze, umilonym uprzejmościami lorda Kitchenera i przymusową dla Shelagh wycieczką do piramid, czwórka podróżników wynajęła wygodny stateczek parowy Niagara i rozpoczęła rejs w dół rzeki Nil. Hans dołączył do nich na parę dni początkiem marca. Ich celem były nieznane im jeszcze egipskie prowincje Sudanu, którymi zarządzał słynny Slatin Pasha.

Egypt_party_1912

Wycieczka do piramid w lutym 1912 r. Na wielbłądach od lewej: ksieżna Daisy von Pless, księżna Konstancja Westminster (Shelagh), hrabia Fritz von Hochberg i książę Jimmy Alba.

Baron Sir Rudolf Carl von Slatin (1858 – 1932) był legendą jeszcze za swojego życia. Rodzinny Wiedeń opuścił w wieku lat szesnastu zatrudniwszy się jako pomocnik i nauczyciel dzieci niemieckiego księgarza w Kairze. Parę miesięcy potem zrezygnował z posady by podjąć rozległe podróże po Egipcie. Spotkał wtedy i zaprzyjaźnił się z Edwardem Schnitzerem (późniejszym Emin Pashą), który walczył w egipskiej armii pod dowództwem brytyjskiego generała Charlesa Gordona i którego śladami, zarażony już bakcylem przygody, Slatin pragnął podążyć po odbyciu służby wojskowej w armii austriackiej. W efekcie rekomendacji Schnitzera, generał Gordon, który w międzyczasie został naczelnikiem Turecko-Egipskiego Sudanu, zaoferował Slatinowi w 1879 r. stanowisko inspektora w departamencie finansowym. Rok później mianował go gubernatorem Darfuru.
W czerwcu 1881 r. lokalny przywódca religijny, Muhammad Ahmad ibn’Abdullahi mianował się Mahdim – „wybrańcem narodu” i ogłosił Jihad – „świętą wojnę” z narzuconą Sudanowi obcą administracją. Młodemu gubernatorowi Darfuru przyszło stoczyć z nim wiele krwawych bitew. By wzmocnić swoją pozycję i nie stracić zaufania poddanych i armii, Slatin przeszedł (nominalnie tylko) na religię muzułmańską i przyjął imię Abd al-Qadir Salatin. Decyzja ta uratowała mu życie kiedy wkrótce, w grudniu 1883 r., wpadł w ręce Mahdistów. Nie został zabity, ale spędził kolejnych jedynaście lat w niewoli, z której wydostał się dopiero w lutym 1895 r. Jego ucieczkę zorganizował pułkownik Reginald Wingate, oficer wywiadu angielskiego, który słusznie uznał Slatina, z jego pierwszorzędną wiedzą o regionie i znajomością języka arabskiego, za cennego w przyszłości współpracownika. Nie omylił się.

Legendarny baron sir Rudolf Carl von Slatin, Slatin Pasha (1858 – 1932), w którym obie siostry się „zakochały” podczas wyprawy do Sudanu. Obraz ze zbiorów Welcome Library

Slatin, utytułowany w marcu 1895 r. przez kedywa Abbasa II Pashą, stał się żarliwym adwokatem odbicia Sudanu i totalnej destrukcji armii Mahdiego. Jego, opublikowane w 1896 r., wspomnienia Fire and Sword (Ogniem i Mieczem) miały w tym względzie olbrzymi wpływ na europejską opinię publiczną. Ich popularność uczyniła ze Slatina swojego rodzaju celebrytę, którego wszędzie zapraszano. Królowa Wiktoria i cesarz Franciszek nadali mu tytuły szlacheckie, a inni zachodni monarchowie prześcigali się w przyznaniu mu najwyższych orderów państwowych.
W 1900 r., Sir Reginald Wingate, teraz naczelnik Sudanu, mianował Slatin Pashę brytyjskim inspektorem generalnym prowincji. W tej to właśnie funkcji przyszło mu spełnić w marcu 1912 r. prośbę księżnej von Pless, która napisała do niego z Kairu: „Moja siostra, księżna Westminsteru, ja ze szwagrem, hrabią Hochberg i księciem Alby przybędziemy do Chartumu 8-go [marca] rano (mój mąż musiał wrócić do Niemiec) i pozostaniemy tam do 10-go wieczorem. [Sir] Wingate’a tam nie będzie, jak również – o ile mi wiadomo – lorda Kitchenera, więc może Pan będzie tak uprzejmy, żeby się nami troszeczkę zająć! Na początek może mógłby Pan użyć swoich wpływów i załatwił nam dobre pokoje w (…) w najlepszym hotelu, (…) a także posłał do tego hotelu swojego służącego, który bardzo nam pomoże rezerwując cztery sypialnie dla nas i cztery pokoje dla naszej służby. (…)”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy) W ślad za tym listem podążył telegraf potwierdzający datę przyjazdu.
Jak wynika z notatki Daisy w pamiętniku, pobyt w Chartumie stał się miłą dla wszystkich niespodzianką, a uprzejmość i osobisty urok Slatin Pashy odzwierciedliły się w jej spontanicznym stwierdzeniu: „był on dla nas tak czarujący, że ja i Shelagh się w nim zakochałyśmy!”. Znaleziony przeze mnie w jednym z angielskich archiwów list księżnej von Pless napisany do niego po powrocie do Pszczyny świadczy, że ich znajomość przetrwała dłużej. W odpowiedzi na jego prośbę o zdjęcie, Daisy odpisała mu 12 maja 1912 r.: „Właśnie zrobiłam sobie portrety we Wiedniu! Nie powiem, że specjalnie po to, by spełnić Pańskie życzenie [otrzymania] mojego „dobrego wizerunku”, ale chyba ten [który załączam] spodoba się Panu. Ja także proszę o Pana zdjęcie – takie ze wszystkimi Pańskimi orderami! – i proszę nie zapomnieć dać mi znać na powyższy adres kiedykolwiek zjawi się Pan w Austrii, bym mogła wyprawić na jego cześć przyjęcie. Musiałam opowiadać prawie przez 15 minut, wyłącznie tylko o Panu, cesarzowej Eugenii podczas niedawnego pobytu w Cap Martin. Powiedziałam jej jak świetnie i młodo Pan wygląda i w jak dobrym nastroju Pana znalazłam (…) Kiedy pomyślę o tym wszystkim co Pan w życiu przeszedł, czuję jakby w Pana osobie nie jednego człowieka, ale jeszcze kilku innych. Przypuszczam, że w Chartumie jest teraz bardzo gorąco; tutaj jest okropnie duszno i przed burzą, co przyprawia mnie o ból głowy. Znacznie lepiej znosiłam suchy, gorącym klimat Chartumu. (…) Wyjeżdżam do Londynu pod koniec czerwca na dziesięć dni, a potem do Bagnolles na leczenie „żylaków”. Wierząc, że czuje się Pan dobrze i dziękując bardzo za wesołe, choć krótkie dni w Chartumie – których nie zamieniłabym za nic na świecie – oraz mając nadzieję, że wkrótce się zobaczymy, pozostaję z poważaniem….”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Austriak z pochodzenia, Slatin Pasha pracował dla Brytyjczyków do 1914 r. W grudniu 1914 kedyw Abbas zaproponował mu na czas wojny stanowisko swojego adiutanta, którego nie przyjął nie chcąc aktywnie uczestniczyć we wrogich działaniach przeciwko Anglii. Bez wynagrodzenia stanął na czele departamentu austriackiego Czerwonego Krzyża pomagającego więźniom wojennym. Umarł we Wiedniu w 1931 r.
Angielscy przyjaciele o nim nie zapomnieli. 27 maja 1934 r. ukazał się w londyńskim Timesie anons, podpisany przez admirała lorda Beatty, lorda Cromera, lorda Buxtona i sir Reginalda Wingate, o zbieraniu funduszy na pomnik Slatina celem „upamiętnienia jego godnej odnotowania służby dla Sudanu i Wielkiej Brytanii, jego żołnierskiej odwagi i administracyjnych umiejętności”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Wyścigi konne były wielką pasją księcia Walii (późniejszego króla Edwarda VII). W 1899 r., po Newmarket i Epsom, postanowił po raz pierwszy w życiu odwiedzić także zawody Chester Cup, odbywające się co roku w maju w północnej Walii. Tory wyścigowe Chester znajdują się około 20 mil od zamku Ruthin – rodowej siedziby rodziców księżnej von Pless. Nic więc dziwnego, że przyjął ich zaproszenie i zatrzymał się tam od 2-go do 4-go maja 1899 r.

Ruthin_Castle_bw

Zamek Ruthin w północnej Walii, rezydencja rodowa Cornwallis-Westów, gdzie książę Walii zatrzymał się podczas wyścigów konnych w Chester w maju 1899 r. Foto z kolekcji autorki

Podróż do Chester odbył w towarzystwie adiutanta, komandora S. Fortesque, lorda Marcusa Beresforda ( który od 1890 r. prowadził mu stadninę) i pana Reubena Sassoon (którego – jak wspominał później brat księżnej, George Cornwallis-West – głównym zadaniem było pomyślne obstawianie zakładów dla księcia Walii).

Wizyta była prywatna, ale zgromadziła wszędzie tłumy ludzi, pragnących zobaczyć i powitać następcę tronu. Miejscowi dygnitarze mieli ambicje choćby krótkich przemówień, a lokalni kupcy liczyli na cuda. Jednemu się udało. Był nim, według opisu Georga, aptekarz z Ruthin, który z własnej inicjatywy za darmo zaopatrzył zamek w produkty toaletowe, zapewniając tym sobie prawo reklamy jako dostawcy towaru dla „Jego Wysokości Księcia Walii”. Gdy po dwóch latach, książę Walii został królem, sprytny aptekarz zmienił zdobiące jego sklep trzy pióra książęce na herb królewski, a napis na „by special appointment to H.M. the King”!
Pułkownik William i pani Cornwallis-West, chcąc zapewnić księciu miłe towarzystwo, zaprosili do siebie również hrabiostwo Powis, Sir Richarda i lady Magdalen Williams-Bulkeley, pana Assheton Smitha, Hon. F. Guesta, kapitana i panią Greer oraz pannę Muriel Wilson. Obecna była także ich córka Shelagh i syn George, który przywiózł ze sobą swoją ukochaną Jennie, lady Randolph Churchill. Brakowało jednak najważniejszych gości – księcia i księżnej von Pless…
Coś bardzo ważnego stanęło na przeszkodzie przyjazdu Daisy do Ruthin. Musiała być to sprawa „życia lub śmierci”, że nagle zrezygnowała z uczestnictwa w zaplanowanej wcześniej wizycie tak uwielbianej osoby w jej ukochanym rodzinnym zamku. Zawiadomiła o tym księcia listem, który dotarł do niego wieczorem 3 maja. W odpowiedzi otrzymała kojące słowa: „Rozumię dobrze, dlaczego nie możesz teraz tu przyjechać, lecz mam nadzieję zobaczyć Cię za miesiąc”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Daisy 12 - list Edwarda VII - strona 1

Daisy 12 - list Edwarda VII - strona 3Daisy 12 - list Edwarda VII - strona 2List księcia Walii z 3 maja 1899 r. odpowiadający na korespondencję księżnej von Pless. Foto za uprzejmością Fundacji Księżnej Daisy von Pless.

List księcia znajduje się obecnie w rękach wałbrzyskiej Fundacji Księżnej Daisy von Pless. Gdy przygotowywałam ten list na wystawę w Książu w styczniu 2013 r., opatrzyłam go krótkim tłem historycznym. Dzisiaj mogę je rozszerzyć: powodem nieobecności księżnej w Ruthin było zajście w ciążę z Hanselem!
Przeszczęśliwa Daisy nie omieszkała powiadomić o tym fakcie także cesarza Wilhelma II. Ten, 2 czerwca 1899 r., napisał do niej entuzjastycznie: „Jakże bardzo się cieszę, że naprawdę oczekujesz! Niech Bóg da Ci zdrowe dziecko. Jeśli chłopca, niechże będzie on jak jego dziadek, jeśli dziewczynkę, niechże będzie ona jak najbardziej taka jak jej piękna i ujmująca mama. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze i w porządku.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Zajęty wyścigami, książę Walii nie spędził w Ruthin wiele czasu. Kiedy przyjechał we wtorek wczesnym popołudniem, dotarł tam dopiero wieczorem. Cała środa przeszła mu również na zawodach w Chester, ale potem uczestniczył w koncercie i przyjęciu zgotowanym mu przez Cornwallis-Westów. Z Ruthin pożegnał się już w czwartek rano, bo po wyścigach tego dnia wracał bezpośrednio do Londynu. Zanim jednak się to stało, do zamku wezwany został z pobliskiego Birkenhead fotograf, James Saronie, by uwiecznić na kliszy pobyt dostojnego gościa w Ruthin i zasadzone przez niego drzewko. Zdjęcie to, które reprodukuję poniżej, jest idealną ilustracją do wspomnianego powyżej listu z kolekcji Fundacji Księżnej Daisy von Pless (dokumentu numer „Daisy 12”).

PoW_Ruthin_1899

Albert Edward, książę Walii sfotografowany na pamiątkę wizyty w Ruthin w maju 1899 r. Od lewej: Hon. F. Guest, pułkownik William Cornwallis-West, Albert Edward, książę Walii, pani Cornwallis-West, lord Marcus Beresford, panna Muriel Wilson, panna Shelagh Cornwallis-West, Jennie, lady Randolph Churchill, George Cornwallis-West. Foto Jamesa Saronie

Książę Walii rzeczywiście spotkał Daisy następnego miesiąca w Londynie. Jej dolegliwości początków ciąży na tyle minęły, że 9 czerwca mogła się stawić na prezentację (Drawing Room) w pałacu Buckingham, 21 czerwca na bazarze zbierającym fundusze na szpital Charing Cross, 30 czerwca, razem z siostrą Shelagh, na koncercie w pałacu Buckingham, a 5 lipca na obiedzie wydanym przez księstwo Devonshire. Kiedy dołączył do niej Hans, 7 lipca 1899 r. poszli razem na bal do pałacu Buckingham, a 12-go tego miesiąca na garden party, wydaną przez księżną Louisę (markizę Lorne) w pałacu Kensington, by zobaczyć, jako jedni z pierwszych, otwarte ostatnio dla publiczności, dawne pokoje królowej Wiktorii.
Kiedy nareszcie wylądowali na odpoczynek w Newlands, księżna von Pless musiała go przerwać, by stawić się 8 sierpnia na obiad z królową Wiktorią rezydującą w niedalekim Osborne, a potem, wraz z rodzicami, podjąć księcia i ksieżną Connaught.
Resztę lata i jesień spędziła spokojnie w Irlandii, gdzie z wujkiem Patem FitzPatrickem wynajęła dom w Bray, w hrabstwie Wicklow. Potem wróciła do Niemiec.
Jej pierwszy syn, i dziedzic, Hansel urodził się 2 lutego 1900 r.

Read Full Post »

Jestem przekonana, że każdy czytelnik pamiętników ksieżnej Daisy von Pless, zwrócił uwagę na jej komentarze odnoszące się do babci Olivii. W każdym z nich jest miłe o niej słowo i kolejna, rozczulająca uwaga o perfekcji jej zachowania, wyglądu i humoru. Kim naprawdę była ta urocza, staromodna staruszka, zawsze nieskazitelnie ubrana w czepek i krezy z poprzedniej epoki?

Olivia_FitzPatrick

Babcia księżnej Daisy von Pless, lady Olivia FitzPatrick z domu Taylour (1824 – 1916)

Lady Olivia Taylour urodziła się 8 lutego 1824 r. jako drugie dziecko i najstarsza córka Thomasa Taylour, 2. markiza Headfort i jego pierwszej żony, Olivii Dalton.
Jej matka (wdowa po Edwardzie Tuite Daltonie) była córką Sir Johna Stevensona, słynnego kompozytora muzyki kościelnej i dyrektora muzycznego Królewskiej Kaplicy na zamku w Dublinie. Zmarła w 1834 r. osieracając trzech chłopców i trzy dziewczynki.
Thomas, 2 markiz Headfort (1787–1870), który odziedziczył tytuł w 1829 r., przez całe swoje życie zajmował honorową posadę przedstawiciela korony brytyjskiej (Lord Lieutenant) w irlandzkim hrabstwie Cavan. W latach 1812 do 1829 był posłem do parlamentu, reprezentując partię Wigów z okręgu Meath. Od 1835 do 1837 r. pełnił funkcję szambelana (Lord of the Bedchamber), a potem, od 1837 do 1841, członka świty królewskiej (Lord in Waiting) na dworze Victorii i Alberta. W wyrazie uznania za swoje zasługi został w 1839 r. mianowany Rycerzem Orderu Św. Patryka.
W lutym 1853 r. ożenił się powtórnie z Frances MacNaghten, wdową po Sir Williamie Hay MacNaghten.
Parę miesięcy później, 10 sierpnia 1853 r., córka Olivia wyszła za mąż za księdza Fredericka FitzPatrick, jedynego syna księdza Fredericka Thomasa FitzPatrick i jego żony Edwiny Stone, zamieszkałych w Bailieborough.
Epizod „flirtu“ lady Olivii z księciem Albertem, zakończony usunięciem jej z dworu przez zazdrosną królową Victorię, urósł w późniejszych i teraźniejszych, bezkrytycznych przekazach do rangi haniebnego romansu, po którym musiała ona poślubić szybko byle kogo, by uratować swój honor. Nie ma nic dalszego od prawdy.
Podczas pracy ojca dla pary królewskiej, Olivia była mała dziewczynką. W 1841 – ostatnim roku jego służby – miała niespełna 17 lat. Była młoda, śliczna i zalotna, ale nie przekroczyła granic niewinnego flirtu. Gdyby to zrobiła, jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Z zamążpójściem się nie śpieszyła. W swoim przyszłym mężu zakochała się mając dopiero 28 lat.
Wybrankiem jej serca był starszy o dziewięć lat Frederick FitzPatrick, ówczesny wikar w rodzinnym Headfort, pochodzący z rodziny o dobrym rodowodzie, a przy tym przystojny i wysportowany. Pasja Fredericka do polowań była legendarna, a najlepszą jej ilustracją stał się jego zwyczaj narzucania pastorskiej sukmany na swój myśliwski strój.

Olivia_ClooneVillage

Współczesny widok Cloone w hrabstwie Leitrim, gdzie Frederick FitzPatrick był proboszczem parafii.

Małżonkowie przenieśli się do Cloone w irlandzkim hrabstwie Leitrim, gdzie Frederick objął parafię. Mieli siedmioro dzieci, które przyszły na świat w pierwszych dziesięciu latach po ślubie. Najstarszym był Frederick Thomas Edwin, po nim Mary Adelaide Thomasina Eupatoria („Patsy“ lub „Mai“), Robert Persee („Bob“), Edwina Virginia Joanna („Minnie“ lub „Min“), Heremon John Francis Headfort („Pat“ lub „Herry“), Hugo George Herbert i Oliver Thomas Edward. Wszyscy, oprócz Heremona, mieli w następnym pokoleniu swoich potomków, którzy stworzyli liczną grupę wnuków nieustannie nawiedzającą dom dziadków. Daisy, George i Shelagh byli z nich najstarszymi. Poród Georga był długi i skomplikowany. Przeżył tylko dzięki przytomności babci Olivii, która uderzyła niemowlaka, by złapał oddech i wlała mu do ust parę kropel koniaku.
Gdy w Irlandii zaczęły się problemy, Olivia wymusiła na mężu przeprowadzkę. Friderick o mało co nie stracił życia, gdy jeden z awarturników oddał do niego strzał. Kula ugrzęzła w biblii, którą trzymał, co oczywiście uznano za akt boski, a święta księga stała się od tego momentu cenioną pamiątką rodzinną.

Qlivia_Warren_Hall

Willa dziadków FitzPatricków, Warren Hall, niedaleko Chester. Stan obecny.

Na rezydencję obrali sobie Warren Hall w Broughton niedaleko Chester, niewielką, ale elegancką willę w stylu „Queen Anne“ z widokiem na walijskie góry. Usytuowany z przodu trawnik opadał stopniowo w kierunku stawu, obrośniętego wierzbami i sitowiem. Z boku trawnika, na wyżej położonym gruncie był ogród, na końcu którego stał ogromny hiszpański kasztan, z ławką obiegającą jego pień. Ośmiu wnuków potrzebnych było, żeby go objąć. Zazwyczaj było ich latem znacznie więcej.
Jak pamięta major generał Geoffrey Brooke (syn Minnii), ich pobyty w Warren Hall miały zawsze ten sam rytuał. Dzieci zaczynały dzień od modlitwy z babcią i jej slużbą, która zawsze miała miejsce o godzinie 9.15. Przelatując koło pokoju Fridericka, z roku na rok coraz bardziej przykutego do łóżka, witały go słowami: „Dzień Dobry najdroższy dziadku!“, by usłyszeć w odpowiedzi: „Dzień Dobry moje dziecię“ i biec pędem na dół, żeby – nie daj Boże – nie spóźnić się na pacierz. Obawiały się bowiem uwag lady Olivii, która komentowała ich tłumaczenia starodawnymi zwrotami, takimi jak „trele morele“ („fiddlesticks“), „super bzdury“ („fiddle dee dee“) lub zupełnie niezrozumiałym „tarra-diddle“.
Nie przeszkodziło im to po latach wspominać babcię z sentymentym, który w dzisiejszym slowniku oddany zostałby określeniem jej jako „cool“. Lady Olivia bowiem, pomimo staroświeckich manier i ubioru, była ciepłą, kochaną i żwawą staruszką, pełną incjatywy i energii. Chodziła z wnukami na jagody i wspinała się z nimi po okolicznych górach. Czasami zabierała je na poważniejsze spotkania do pobliskiego Hawarden Castle, by odwiedzić swoją przyjaciółkę, panią Gladstone – żonę czcigodnego premiera.
Wszyscy FitzPatrickowie byli bardzo rodzinni. W niedalekim Ruthin mieszkała ciocia Mia („Patsy“) i wujek Wallis („Popetts“), których dzieci też często odwiedzały. Ich starsi kuzyni, Daisy, George i Shelagh, zawsze znajdowali dla nich czas na zabawę i naukę. Kuzyn George zasłużył się szczególnie w uczeniu ich wędkarstwa. Podziwiany był równieź za umiejętności jazdy na rowerze. Kuzynka Shelagh imponowala im swoją menażerią i doskonałą jazdą na koniach. A Daisy? Oh, Daisy wieloma z nich zaopiekowała się w przyszłości, znajdując dla dziewcząt odpowiednich męźów, a dla chłopców przecierając drogę poznania szerszego świata.
Spora liczba z nich było później jej częstymi gośćmi w Książu.
Troska babci Olivii o rodzinę nie ograniczała się do okazyjnej gościnności. Całe życie opiekowała się swoją młodszą, chorą psychicznie siostrą, Marią Julianą, Przyjęła też pod swój dach i wychowała córkę syna, Roberta Persee, kiedy jego żona Caroline Rebecca zmarła w 1904 r. Dziewczynką tą była, znana nam z późniejszego życia księżnej von Pless, Edwina („Ena“) Fitzpatrick.
Po śmierci męża w 1895 r., lady Olivia przeniosła się do pobliskiego Brynedwin (pisanego również Brynedwyn lub Bryn Edwin), położonego 15 mil od Ruthin Castle i Eaton Hall, siedziby jej wnuczki Shelagh.
Do Eaton Hall była często zapraszana. Jeśli jej tam nie było podczas pobytów Plessów, Daisy wybierała się do niej pociągiem. Podróż trwała tylko pół godziny. Tak stało się w styczniu 1904 r. „Babcia ma się doskonale“ – księżna zapisała po wizycie – „zajęta jest bardzo sąsiadami; podejmuje ich na herbatki, wychodzi do nich na lunche, a jutro idzie na amatorskie przedstawienie teatralne. Po posiłku chodziła po domu z piórem w ręce, pytając: „Co mam zaznaczyć dla Ciebie po mojej śmierci?“, po czym napisała „Dla Daisy“ na paru przedmiotach, włącznie z malowanym portretem Patsy w wieku czternastu lat. Potem powiedziałam jej, żeby zostawiła mi krzesło na którym zawsze siedzi; wszystko to było niesłychanie śmieszne, i Hugo [syn lady Olivii] zachowywał się tak przekomicznie, że myślałam iż padniemy ze śmiechu, starając się w tym samym czasie ustalić datę przyjazdu babci do Książa i zaplanować tam dla niej przeróżne aktywne zajęcia“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Od września 1904 r., w kalendarz lady Olivii wpisała się nowa corocznna atrakcja. Były nią, wznowione po latach przerwy, pokaz kwiatów i zawody psów pasterskich, organizowane za pozwoleniem jej zięcia na terenie Ruthin Castle. Pułkownik William Cornwallis-West przyjął także nad nimi patronat.
Lady Olivia Fitzpatrick rzeczywiście przyjechala do Książa w październiku 1905 r. i spędziła tam z rodziną i licznymi gośćmi niezapomniane dwa tygodnie. „Kochana staruszka babcia była bardziej zachwycająca i pyszna niż kiedykolwiek przedtem, pełna radości i animuszu, pomimo swoich 82 lat“ – zanotowała księżna na stronach swojego pamiętnika. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Lata biegły, niewiele zmieniając w życiu i rutynie staruszki. W grudniu 1909 r. zjechał do Eaton Hall król Edward VII. Zmęczony i przygnębiony ówczesną sytuacją kraju, doprowadzonego do kryzysu politycznego żądaniami Liberałów, chciał uciec na chwilę od presji rozgrywek partyjnych. Nie było mu to dane. Gdziekolwiek teraz jechał na dłużej niż dwa dni, inżynierowie instalowali tam telegraf, by docierały do niego najświeższe wiadomości, na które musiał reagować. Księżna von Pless przeto, była ogromnie zdziwiona, gdy pewnego dnia rzucił wszystko i pojechał z nią i panią Keppel w odwiedziny do babci do Brynedwin.

Shelagh_EVII_dogs_1909

Król Edward VII podczas pobytu w Eaton Hall w grudniu 1909 r. Był to ostatni raz, kiedy Daisy i Shelagh go widziały. Foto z kolekcji autorki

Niespodziewana wizyta tak dostojnego gościa początkowo zbiła z tropu staruszkę. Nie była przygotowana. Dopiero co wróciła z przejażdżki. Jej czepek był przekrzywiony, włosy rozwiane, a nos czerwony. W dodatku król zajął jej ulubiony fotel!
Lody stopniały, kiedy Edward VII zaczął prawić jej niesamowite komplementy, po których obydwoje poczeli okropnie flirtować. Oddając głos Daisy: „Babcia nigdy nie potrafiła, tak samo jak król, powstrzymać się od flirtu. Nie zdziwiłabym się, gdyby (…) zaczęła to robić w niebie ze Św Pawłem pod nosem samego Pana Boga!“.
Kiedy król zapytał: „Czy to prawda, że moja matka odesłała panią z dworu, bo próbowała pani flirtować z moim ojcem?“, lady Olivia odpowiedziała: „Nie bardzo to pamiętam, Panie; całkiem prawdopodobne, że chciałam flirtować z pańskim ojcem; był on bardzo przystojnym mężczyzną, a poza tym, jak wszyscy Koburgowie, oglądał się za spódniczkami. Jakże upokarzająca byłaby dla mężczyzny myśl, że żadna kobieta nie chce z nim flirtować“. „Wątpię, lady Olivia“ – podsumował żartobliwie Edward VII – „że pani lub ja moglibyśmy być autorytetami na temat tej formy upokorzenia“.(tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Wspominając powyższy epizod, Daisy zawsze bardzo się wzruszała, ujęta gestem króla, który pomimo tylu wtedy zajęć i stresu, znalazł czas, by odwiedzić staruszkę i zapewnić jej chwilę radości. Tak się złożyło, że dla lady Olivii, Daisy i Shelagh było to ostatnie spotkanie z monarchą. Zmarł w maju 1910 r. Po jego zgonie, zrozpaczona księżna von Pless, pamiętająca przytłaczającą go atmosferę ostatnich miesięcy, napisała do premiera H.H. Asquitha list oskarżający jego partię o przyśpieszenie śmierci króla. Brudnopis tego cennego listu znajduje się obecnie w zbiorach wałbrzyskiej Fundacji Księżnej Daisy von Pless.
Niedługo potem rodzina zadecydowała o przeniesieniu babci Olivii do zamku w Ruthin. Daisy miała okazję pobyć z nią dłużej podczas Świat Wielkanocnych 1913 r. W lutym następnego roku zaprosiła babcię na wakacje do willi Liberia w Mandelieu na południu Francji. Pierwsza wojna światowa uniemożliwiła im dalsze kontakty. Tylko z rzadkich listów matki, księżna von Pless dowiadywała się o pogarszającym się stanie umysłu babci i jej pragnieniu śmierci i wiecznego spokoju. „Nie bądź z tego powodu nieszczęśliwa“ – pisała Patsy, „ani nie myśl, że ja jestem. Oczywiście, jak każdy, odsuwam od siebie myśl o jej końcu, bo nic nie zastąpi matczynej miłości. A jednak czuję, że zmierza ona ku doskonałemu szczęściu…“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Lady Olivia Fitzpatrick zmarła 4 września 1916 r. Pochowana została na cmentarzu Llambedr Church niedaleko Ruthin.

Read Full Post »

Niedawno czytałam biografię pioniera komunikacji radiowej i wynalazcy bezprzewodowego telegrafu, wielkiego Gugliemo Marconiego, napisaną przez jego drugą żonę, Marię Cristinę. Opisując coroczny rytuał opływania wysp brytyjskich jachtem Marconiego, Cristina wspomina: „Kiedy wysiadaliśmy z [jachtu] Elettra by spotkać przyjaciół, nasz rosyjski szofer Bindov, który podążał za nami lądem, zabierał nas pięknym Rolls-Roycem do ich rezydencji. (…) Często odwiedzaliśmy Konstancję Cornwallis-West [Shelagh], pierwszą żonę księcia Westminsteru, która zawsze cieszyła się naszym widokiem i ciepło nas przyjmowała. Choć już niemłoda, wciąż była piękną kobietą, jak jej siostra, księżna von Pless.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Datę tych wizyt można stosunkowo łatwo ustalić na lata od 1927 r. (początek małżeństwa Marconiego z Cristiną) do 1934 r., kiedy schorowany Marconi wrócił na stałe do Włoch i zaprzestał rejsów. Pytanie jest gdzie i jak się poznali z Shelagh, i dlaczego się zaprzyjaźnili?

Gugliemo Marconi (1874 – 1937) i jego druga żona Cristina na pokładzie Elettry

Zapalona niegdyś żeglarka, Shelagh niewątpliwie doceniała i z zainteresowaniem śledziła eksperymenty Marconiego w komunikacji statków na morzu i z lądem. Obracali się jednak w zupełnie różnych kręgach towarzyskich. Ona, arystokratka z krwi i kości, uczestniczyła w przyjęciach i spotkaniach z równymi sobie. On, widziany był przede wszystkim w gronie naukowców, intelektualistów i wysokiej rangii urzędników państwowych, zainteresowanych jego wynalazkami. Pomimo tego znali się, i to na tyle dobrze, że Marconi został zaproszony na ślub jej córki Urszulii w 1924 r.

Konstancja księżna Westminsteru [Shelagh] z młodszą córką Marią na ślubie starszej córki Urszulii w lipcu 1924 r. Gośćmi na tej ceremoni byli również księżna Daisy von Pless i Signor Marconi.

Kluczem do rozwiązania tej zagadki jest kolejne nazwisko na liście gości weselnych – Sir Timothy i Lady O’Brien, irlandzkich krewnych matki panny młodej. Pierwszą żoną Marconiego była bowiem Beatrice O’Brien, córka 14. barona Inchiquin i księcia Thomond ze starego, historycznego rodu wywodzącego się w prostej linii od ostatniego króla Irlandii, Brian Boru i daleka kuzynka Shelagh. Ojciec Shelagh i Daisy, pułkownik William Cornwallis-West był, poprzez rodzinę Westów, 7 razy wstecz prawnukiem Donough „Wielkiego“ O’Brien, 4. hrabiego Thomond.

Beatrice O’Brien, pierwsza żona Marconiego i daleka kuzynka Shelagh i Daisy

Gugliemo Marconi, który po matce był pół-Irlandczykiem, ożenił się z Beatrice O’Brien w 1905 r. Mieli trójkę dzieci: Degnę, Gulia i Gioię. Mieszkali w rezydencji Eaglehurst koło Fowley, bardzo blisko siedziby Cornwallis-Westów w Newlands. W 1913 r. przenieśli się do Rzymu, gdzie Beatrice wznowiła swoją służbę jako dama dworu królowej Eleny. Gugliemo częściej jednak przebywał w Anglii niż we Włoszech.

Na początku szczęśliwe, małżeństwo nie wytrzymało presji naukowej pasji Marconiego, jak również jego licznych romansów, i Gugliemo i Beatrice rozstali się polubownie w 1923 r. Wkrótce po rozwodzie, Beatrice poślubiła markiza Liborio Marignoli.

Jacht Elettra i Gugliemo Marconi w pokładowym laboratorium

Marconi kupił jacht Elettra w 1919 r. i natychmiast urządził na nim swoje laboratorium. Pozwoliło mu to połączyć pracę z przyjemnością, jak również zapewnić dzieciom wspaniałe wakacje żeglarskie. Przez kilka lat, dopóki nowa żona i córka nie zastąpiły mu dawnej rodziny, zabierał je na letni rejs, który zaczynał się od krążenia po wybrzeżach Anglii, by zatrzymać się na regaty w Cowes, a potem płynąć z powrotem do Włoch. Shelagh mieszkała już wtedy w Annesley Bank, koło Lyndhurst, bardzo blisko morza. Kiedy, w 1927 r., przeniosła się do Malwood, także w pobliżu Lyndhurst, odwiedzać ją było równie łatwo.

Gdzieś między 1928 a 1933 r. przyjechała tam do niej siostra Daisy, już bardzo schorowana i na wózku inwalidzkim. Marconi, który znał ją z innych okazji (np ze ślubu Urszuli) specjalnie przyjechał do Malwood, by się z nią zobaczyć.

Oddajmy głos kuzynowi księżnej Daisy, majorowi Geoffrey Brooke, który był naocznym świadkiem ich spotkania: „Widziałem ją po raz ostatni, kiedy zatrzymała się u siostry Shelagh w jej domu na terenie New Forest. Serce się kroiło słysząc jak mowa Daisy została zaatakowana jej chorobą, aczkolwiek ona sama zachowywała się tak dzielnie jak zawsze. Pewnego dnia Signor Marconi zapowiedział chęć spotkania z nią, co nas wszystkich zmartwiło, bo chociaż Daisy wyczekiwała rozmowy z nim, wszyscy mieliśmy wątpliwości czy będzie on w stanie zrozumieć jej wymowę. Niespodziewanie, przyszedł jej na myśl pomysł. Zamiast po angielsku, przeprowadziła z nim rozmowę po francusku, czując że łatwiej się jej w tym języku wysłowić, a on rzeczywiście nie miał żadnego problemu ze zrozumieniem tego co mówiła. Wszystkich nas podniosło to bardzo na duchu, a ona sama cieszyła się jak dziecko, że znalazła wyjście z ułomności, o której wiedziała, że jest męcząca dla innych“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Ciekawe o czym rozmawiali. Tego się pewnie nie dowiemy, ale powyższe wpomnienie jest chyba najciekawszym, jakie znalazłam o księżnej von Pless w starszym wieku. Mówi ono znacznie więcej o jej chorobie niż wiedzieliśmy, i uwypukla jej siłę woli i przedsiębiorczość, która pomogła jej znieść tyle nieszczęść w życiu.

Była to ostatnia znana mi podróż Daisy do Anglii. Potem, spotkania sióstr polegać musiały na incjatywie Shelagh. We wrześniu 1934 r. odwiedziła Daisy w Monachium. W sierpniu 1935 r. pojechały razem do Baden-Baden. W kwietniu 1937 r. Shelagh musiała nagle wyjechać do Niemiec, zaalarmowana poważnym stanem zdrowia księżnej von Pless.

We wrześniu 1939 r. wybuchła kolejna wojna…

Read Full Post »

Czytelnicy dzienników księżnej Daisy pamiętają zapewnie wymienianego w nich niejednokrotnie Pata FitzPatricka, czy to przy okazji wspólnych podróży, gościny w Irlandii, odwiedzin w Eaton Hall u siostry Shelagh, czy jego częstych przyjazdów na Śląsk. Kim był ten popularny w jej życiu człowiek?

Matka księżnej, Mary Adelaide Thomasina Eupatoria (zwana „Patsy“ lub „Mai“) miała jedną siostrę, Edwinę Virginię Joannę („Minnie“) i pięciu braci. Najstarszym był Frederick Thomas Edwin, potem Robert Persse („Bob“), Heremon John Francis Headford („Pat“ lub „Herry“), Hugo George Heber i Oliver Thomas Edward. Pat był przeto bliskim wujkiem Daisy, Shelagh i Georga.

Urodził się w 1860 r. W 1885 ożenił się z Mary Lindsey, która wniosła w wianie rodzinną posiadłość Hollymount w irlandzkim hrabstwie Mayo. By oddać temu cześć, Heremon dodał jej nazwisko do swojego. Mary zmarła w 1895 r. Od 1908 r. jego drugą żoną była Grace Agnew Brooke, wdowa po pułkowniku Henrym L’Estrange Malone. Oba małżeństwa były bezdzietne.

Nic więc dziwnego, że dobroduszny Pat przelał całe zasoby ojcowskiej miłości na swoich licznych bratanków i siostrzeńców. Wszystkie dzieci w rodzinie uwielbiały jego wizyty i nie mogły doczekać się wyjazdu na wakacje do Hollymount. Miały tam pełno swobody, ale też dużo się uczyły, bo wuj Pat wprowadzał je w tajniki jazdy konnej, zdradzał sekrety polowań, pokazywał jak posługiwać się bronią, ćwiczył ich dyscyplinę i maniery. Wszystkim wpoił respekt dla natury i miłość do zwierząt. Będąc hodowcą koni, znał się na nich bardzo dobrze i był świetnym jeźdzcem. Doradzał im na ich temat nawet wtedy gdy byli już dorosłymi.

Pat FitzPatrick w otoczeniu swoich czworonożnych przyjaciół w Hollymount

W miarę dojrzewania, ich uwielbienie przeradzało się w głęboki szacunek, a potem w dozgonną przyjaźń. Jak stwierdził po latach jeden z nich: „Dla mnie i pozostałych z mojej generacji, był on nie tylko super wujem, ale i doskonałym towarzyszem, jak również – co miało dla nas młodych szczególne znaczenie – człowiekiem wielkiej mądrości i zrozumienia. (…) Pamięć o nim przywołuje zawsze szczęśliwe chwile radości i uciechy.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Humor Pata był legendarny. Matka, lady Olivia, i siostra Minnie padały często ofiarami jego niedorzecznych zmyślań, ale dla obydwu był do końca życia ulubionym synem i bratem. Lady Olivia zwykła nawet mówić, że śmiech, którym kończyły się jego nabierania „utrzymuje ją młodą na duchu.“

Uwielbiał też tzw „praktyczne żarty“ („practical jokes“). Nigdy nie pozwolił sobie w nich na wulgarność i bolesną złośliwość. Nigdy nie posunął się w nich za daleko. Ich „scenariusze“ pokazują, poza olbrzymim poczuciem humoru, jego głęboki humanizm i inteligencję.

Moim ulubionym jest ten o orderach: Pewnego razu w Fürstenstein wydano obiad na cześć dostojnego gościa, wielkiej księżnej Hesse. Gościom nakazano przyjść w przyznanych im za życia medalach. Pat FitzPatrick nie posiadał żadnego, więc przypiął sobie wszystkie swoje odznaczenia ze zwycięskich wyścigów konnych. Siedząca przy nim wielka księżna zwróciła uwagę na jeden – znaczek wyścigu Leopardstown. Zapytany o niego, Pat bez zmróżenia oka wyjaśnił, że jest to Order Lamparta, który przysługuje tylko bezpośrednim potomkom dawnego króla Irlandii. Powiedział jej, że, jak wszyscy FitzPatrickowie, on także zrzekł się wszelkich roszczeń do tronu, po czym opisał z detalami starodawną irlandzką ceremonię koronacji. Wielką księżną bardzo to zainteresowało. Pod koniec wieczoru, kiedy Daisy wydała Pata, wszyscy dobrze się tym ubawili i z „należnymi honorami“ pożegnali irlandzkiego pretendenta.

Wielki książe rosyjski Michał Michajłowicz i jego córka, księżniczka Zia Torby, którym Pat zgotował specjalne przywitanie w Książu w 1905 r.

Kuzyn księżnej von Pless, general major Geoffrey Brooke (1884-1966), zostawił po sobie ujmujące wspomnienia, które w dużej mierze opowiadają o ich ukochanym wujku . Jako kolejny przykład przemyślnego humoru Pata, ponownie związanego z Książem, pozwolę sobie zacytować w całości anegdotę, którą przytacza:

„Po ślubie Daisy Cornwallis West z Hansem Pless, Pat był częstym gościem w ich zamku Książ na Śląsku, gdzie żyli w iście królewskim stylu. Choć zawsze mile widziany, był on tam przysłowiową solą w oku Hansa, który nigdy nie wiedział co i kiedy Pat (zazwyczaj podżegnywany i wspomagany przez Daisy) wymyśli i zrobi.

Pompa i ceremonia, bez których Hans nie mógł się obejść, dominowały w Książu i, z tego właśnie powodu, gospodarz stał się obiektem licznych żartów. Hans więc siedział zawsze jak na szpilkach, obawiając się kolejnego epizodu, który zatrzęsie fundamentami jego, tak mocno osadzonego, porządku. (…)

Siłą rzeczy, panująca tam atmosfera dyscypliny podsuwała Patowi (i jego częstemu „pomocnikowi“, księciu Francisowi Teck) pomysły wyrachowanych wyczynów, które zbiłyby z tropu nieszczęsnego pana domu. Na jedną z pamiętnych okazji, przybyli [na Śląsk] wielki książę Michał i [jego córka] księżniczka Zia Torby. Ze stacji przywiozła ich czterokonna karoca z forysiami i eskortą. Kiedy zatrzymała się przed zamkiem, pół minuty po tym jak Hans wyszedł by stosownie powitać gości, rozległy się przygłuszające i waśniące ze sobą dźwięki wydawane przez dwóch trębaczy w zbrojach, usytuowanych na balkonie nad wejściem. Gdyby muzyka, którą wygrywali była zharmonizowana, ten element starodawnego powitania mógł zrobić imponujące wrażenie. (…) W tym wypadku jednak, rycerzami w pancerzach na balkonie byli książę Francis i Pat. Stojący poniżej na schodach Hans i jego goście, ogłuszeni tym bezbożnym hałasem, nie byli w stanie zobaczyć skąd dochodzi ów ryk, ale i tak nie poznaliby sprytnych spiskowców.

Oczywiście, pracowicie dobrane słowa adresu Hansa utopiły się całkowicie w huku „melodii“, przed której piekielnymi dźwiękami wszyscy uciekli do holu. Widok stojącej tam, uprzejmnie uśmiechającej się Daisy uspokoił nieco zdenerwowanego męża. Kamerdyner odebrał księciu Michałowi kapelusz i wszystko wydawało się wracać do ładu, gdy nagle Hans spojrzał na schody i … oniemiał. Nie wierzył własnym oczom: ustawieni tam w rzędy lokaje, stali wyprostowani na baczność, ale … każdy z nich miał twarz pomalowaną na CZARNO! Biedak o mało nie dostał apopleksji.

Lokaje zamku Książ, których księżna Daisy i jej wuj Pat wciągnęli w swój żart

Od razu domyślił się, że to złe duchy wuja Pata i księcia Francisa zrodziły tą nieprawość, frustrującą podstawowe zasady przyzwoitości i tradycji, ale wiedział również, że jego własna żona nie była bez winy.

Każdy inny, z łatwością i czarem, obróciłby to w żart, ale nie Hans, który długo przychodził do siebie. W końcu zawsze odzyskiwał humor i, po mniej więcej tygodniu, zaczynał się z tego śmiać – początkowo szelmowskim uśmiechem kota Cheshire [postaci z „Alicji w Krainie Czarów“], który stopniowo przechodził w konspiracyjny chichot.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Opisane powyżej wydarzenie miało miejsce w 1905 r. Pat odwiedził później Książ przynajmniej dwukrotnie. Potem widział jeszcze Daisy w nowym domu Shelagh, Ettington Park, w październiku 1913 r i na południu Francji zimą 1914 r.

W czasie wojny wujek Pat znalazł się we Francji, gdzie jego żona Grace pracowała w szpitalu prowadzonym przez Konstancję (Shelagh) księżną Westminsteru w Le Touquet. Choć oficjalnie nie zatrudniony, włączył się w przewóz wyleczonych żołnierzy z powrotem na front. Robił to na własny koszt i swoim prywatnym samochodem, ubrany w mundur wicegubernatora hrabstwa Mayo. Biurokraci wojskowi jednak, uznali to za niedopuszczalną nieregularność i Pat musiał wrócić do Irlandii.

Natężające się nastroje rewolucyjne spowodowały, że zdecydował zamknąć Hollymount i przenieść się do spokojniejszej cześci Irlandii, hrabstwa Meath, gdzie Grace miała dom w Killarkin. Ale i tam po pewnym czasie zaczęło być niespokojnie. Ich rezydencja została zaatakowana i ograbiona. Choć jej nie opuścili, zaczęli coraz częściej i na dłuźej przyjeżdżać do rodziny do Anglii.

Pat FitzPatrick zmarł na atak serca w  Dublinie 1 lipca 1929 r.

Read Full Post »

Po rozstaniu się ze Stellą Patrick Campbell w 1919 r., życie Georga może spowolniło, ale nabrało niezależności i, swojego rodzaju, determinacji. Zarażony bakcylem teatru po występach ze Stellą w Ameryce, George postanowił rozpocząć nową karierę. Tak naprawdę, nie miał innego wyjścia. Jako bankrut, musiał znaleźć nowe środki utrzymania.

Swoją pierwszą sztukę teatralną, „The Mousetrap“, napisał parę lat temu, ale G.B. Shaw bardzo ją skrytykował, więc poszła w zapomnienie. Kolejna, „Pro Patria“, o temacie szpiegowskim, została wystawiona w 1917 r., a teatr Lyceum zamienił ją nawet później na popularną operę.

Teraz rozpoczął pracę nad nową, którą zatytuował „Some Do and Some Don’t“. Czerpiąc z własnego doświadczenia, przedstawił w niej nieszczęśliwe małżeństwo ze słynną artystką, której nieobliczalny temperament, służący jej tak dobrze na scenie, doprowadza związek do upadku. Nigdy nie wystawiona, zniknęła na zawsze w szufladzie.

W międzyczasie, spłaceni wierzyciele przestali go nękać i George, nareszcie, rozpocząć mógł nową, stabilną egzystencję w oparciu o niewielki majątek, jaki mu pozostał. Kupił własny dom na 8 Sterling Street, który wygodnie urządził, ozdabiając go rodzinnymi pamiątkami i małymi skarbami z Ruthin i Newlands. Na życie zarabiał artykułami dla The Daily Telegraph o swoim słynnym przodku, admirale Cornwallis, opartymi na autentycznych dokumentach i listach. Znalazł je na strychu Newlands, gdy przygotowywał tą rezydencję do sprzedaży. Ich popularność zadecydowała o napisaniu pełnej biografii admirała, która została bardzo pozytywnie przyjęta. Zbudowany jej sukcesem, opublikował wkrótce swoje własne wspomnienia, tytułując je „Edwardian Hey-Days“. Pozbawiony plotek i sensacji, tom ten do dnia dzisiejszego jest wielce cenionym przez historyków źródłem informacji o minionej epoce. „Edwardians Go Fishing“, w którym z detalami opisał każdy aspect swojego ulubionego hobby, był kolejnym, choć specyficznym, dziełem rejestrującym czasy edwardiańskie. Do tej samej kategorii, aczkolwiek o lźejszej formie, zaliczyć można ostatnią jego pracę, „Us Dogs“, w której poprzez narrację swojego labradora Sambo, opowiada o psich uczuciach wobec ich właścicieli.

Po fiasku sztuk teatralnych, George postanowił pisać scenariusze filmowe. Skończyło się na jednym, który wprawdzie nie trafił na ekran, ale został wydany jako książka pod tytułem „Dwie Żony“. Zadedykowana siostrom, ta wielce sentymentalna powieść była na tyle popularna, że doczekała się wydania amerykańskiego w 1930 r. Na pewno podobała się Daisy, która napisała do brata: „Oh, Buzzie [przezwisko Georga] kochany, właśnie skończyłam twoją zachwycającą książkę. (…) Jest czarująca i pełna prawdy. Jak bardzo bym chciała, żebyś mógł poślubić taką żonę jak Toinette [jedna z bohaterek], młodą kobietę, którą nauczyłbyś życia i miłości, i z którą miałbyś drogie, małe dzieci (…).“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Ale George, wciąż związany – choć tylko na papierze – ze Stellą Patrick Campbell, nie mógł kontemplować żadnych planów matrymonialnych. Jego druga żona z nienawiścią i uporem odmawiała  rozwodu. Dopiero jej śmierć 9 kwietnia 1940 r. rozwiązała mu ręce.

Georgette Hirsch (1878 – 1972), portret Sargenta z 1905 r.

Tym razem 64-letni George wybrał, czy to z miłości, czy z rozsądku 58-letnią panią Georgettę Hirsch. Trącąc déjà vu prasowa zapowiedź ich ślubu zbiegła się w czasie z anonsami w gazetach o nabożeństwie żałobnym ku pamięci jego poprzedniej partnerki.

Georgette Hirsch była bardzo bogatą wdową po Adolphie Hirsch – maklerze giełdowym z własną firmą w londyńskim City. Jej mąż pochodził z dystyngowanej źydowskiej rodziny heskiej, a ona sama wywodziła się ze słynnego żydowskiego rodu Seligmanów. Jej kuzyni, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, na tyle zdominowali tamtejsze banki, że zasłużyli sobie na przydomek „amerykańskich Rothschildów“.

Adolph i Georgette pobrali się w 1897 r. Mieli dwie córki: Gladys Minnę i Evelyn Nellie. Pierwsza poślubiła w 1919 r. majora Coldstream Gwardii, Richarda Pinto, druga w 1920 r. bankiera, Ralpha Raphaela. Córka Pintów, Ann Catherine, wyszła później za mąż za Simona Marksa, prezesa i współdyrektora Marksa i Spencera.

Adolph Hirsch zmarł 9 lipca 1922 r. W swoim życiu dorobił się olbrzymiej fortuny na kopalniach złota w Południowej Afryce i kopalniach węgla w Anglii. W testamencie zapisał żonie wszystko – biżuterię, kolekcję win, sklepy, majątek osobisty, używalność każdej rezydencji i mebli, jak również majątku powierniczego do końca jej źycia. Ogółem jego cały majątek wyceniono na 354 000 funtów (około 1 miliarda funtów dzisiaj).

Nie wiem, gdzie i jak George poznał panią Hirsch. Jego sekretarka, a potem biografka, Eileen Quelch wspomina tylko, że znali się na dobrych parę lat przed ślubem.

Hirschowie byli kolekcjonerami sztuki i Adolph niejednokrotnie pożyczał okazy ze swoich zbiorów na krajowe i światowe wystawy. Być może zakupili jakieś obrazy ze spuścizny po pułkowniku Williamie Cornwallis-West, które George wystawił na dwóch aukcjach po śmierci ojca? A może znali się z londyńskiej sceny teatralnej? Zarówno Adolph, jak i Georgette Hirsch byli, od 1904 r, członkami Towarzystwa Sceny (Stage Society), do której należała również pierwsza żona Georga, Jennie Churchill, i której przewodził jego przyjaciel, G.B. Shaw.

Georgette Hirsch w 1940 r. Ogłoszenie o ślubie z Georgem zamieszczone w Daily Express 12 kwietnia 1940 r.

Ich ślub odbył się w poniedziałek rano, 15 kwietnia 1940 r. w Caxton Hall, słynnym urzędzie stanu cywilnego w londyńskiej dzielnicy Westminster, w którym wiele celebrowanych par złożyło małżeńską przysięgę. Zamieszkali w domu Georgette pod numerem 22 na Hill Street, w okolicy Berkeley Square na Knightsbridge. Dom Georga na Sterling Street został sprzedany, osobiste archiwum przeniesione do magazynu, a wierny lokaj i kucharka wysłani na emeryturę.

Jak wspomina Eileen Quelch, George, pomimo swojego wieku, wciąż zwracał swoją osobą uwagę londyńskich przechodniów, którzy często się za nim oglądali, podziwiając jego „doskonałą, wysoką na 1.95 m, posturę, oblicze, z którego biło szlacheckie pochodzenie, świeżość karnacji i niebieskich oczu. [Był] przystojny, dumny i ujmujący…“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Nawet jako sześćdziesięcio-paroletni mężczyzna, George wciąż zwracał uwagę swoją urodą, elegancją i posturą.

Ale, pomimo nabytego przez małżeństwo bogactwa i wygód, życie Georga zaczęło trącić monotonią. Przestał pisać. Gdy dowiedział się o aresztowaniu swojego siostrzeńca Hansela, który osadzony został w więzieniu jako „wróg narodu“ pod regulacją 18B prawa obrony z 1939 r., skierował wszystkie swoje środki i znajomości w celu obalenia postawionych mu zarzutów. Doprowadził do jego ewentualnego zwolnienia, przeprosin i odszkodowania ze strony wicehrabiego Castereagh, który zainicjował  plotkę o szpiegostwie Hansela na rzecz Niemiec.

Bombardowanie Londynu sprawiło, że przeniósł sie z żoną do eleganckiego hotelu Normandie w Bournemouth. Ale nawet tam nie był szczęśliwy, czując się publicznie niepotrzebnym i osobiście uziemnionym z powodu braku przydziału na paliwo dla  eskapad na ukochaną prowincję. Przyjaciel, generał Alexander, starał się pomóc i załatwił mu kupon na benzynę, by mógł wyjeżdżać na prelekcje do oddziałów wojskowych i, prywatnie, na wędkarskie wypady nad rzekę Avon. Czasami zjawiał się równieź w stolicy, ale przeważnie w smutnych okolicznościach, takich jak choroba oddanego mu służącego lub nabożeństwo żałobne na cześć jego siostry, ksieżnej Daisy von Pless.

Bournemouth w latach 40-tych 20. wieku, gdzie George i Georgette spędzili większość lat 2. wojny światowej

Po wojnie, wynajął apartment w Wellington Court w Londynie, ponieważ dom Georgetty na Hill Street zburzyła bomba. Wciąż szukając nowego miejsca, wracali z żoną do Bournemouth, zatrzymując się, od 1948 r., w eksluzywnym Toft House Hotel. Ale zdrowie Georga, który nigdy nie był dobrej kondycji, zaczęło się gwałtownie pogarszać. Ból, który go nachodził, musiał być czasami uśmierzany zastrzykami morfiny. Na dodatek, zaczęła go męczyć bezsenność i depresja spowodowana pogłębiającą się głuchotą. Nie chcąc się poddać, zdecydował się na ostatnią przygodę – podróż dookoła Afryki! Po dwóch tygodniach musiał ją przerwać. I choć wrócił do Anglii w wielkim stylu, przelatując samolotem 6 800 mil, wiedział, że życie zacznie być pasmem niekontrolowanego upadku. Stał się ofiarą choroby Parkinsona. Nie wiadomo czy był to jego ostatni gorzki żart, czy tylko przypadek, ale zastrzelił się nie innego dnia, ale 1 kwietnia 1951 r.

Nabożeństwo żałobne ku jego pamięci miało miejsce 17 kwietnia 1951 r. w Królewskiej Kaplicy Wojskowej na terenie Wellington Barracks. Mszę odprawił krewny, pastor Richard FitzPatrick. Rodzinę Cornwallis-West reprezentowała siostra Shelagh i jej mąż, J.F. Lewis. Co złe w przeszłości, zostało zapomniane. Winston Churchill musiał na tyle lubić Georga, że na jego pogrzeb posłał jako swojego przedstawiciela syna, majora Randolpha Churchilla.

Georgette Cornwallis-West zmarła w wieku 94 lat, 21 listopada 1972 r.

Pisząc powyższy blog, zastanawiałam się cały czas jaki wpływ mogło mieć ostatnie malżeństwo Georga na losy Daisy w faszystowskich Niemczech. Ówczesne władze nazistowskie musiały wiedzieć o jego nowym związku. Na pewno nie były sympatycznie nastawione do faktu, że brat księźnej von Pless poślubił zamoźną kobietę pochodzenia żydowskiego z koneksjami z amerykańskimi bankierami. Nieprzyjazne traktowanie Daisy, spowodowane zadeklarowaną anglofilią Hansela i przynależnością Lexela do polskich sił zbrojnych, musiało się po tym fakcie bardzo negatywnie pogłębić. Wrogość Berlina i piętrzące się wtedy obstrukcje w wypłacaniu księżnej należnych jej apanaży nabierają nagle nowego wymiaru…

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »