Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Newlands Manor’

Jak sama Daisy stwierdziła, jej matka Patsy (Mary Adelaide Thomasina Eupatoria de domo FitzPatrick) była osobą unikalną. W hołdzie oddanym jej na stronach pamiętnika Lepiej przemiczeć (str 458-462), księżna przyznaje również: „Nigdy nie zrozumiem, jak ona, będąc owocem czasów wczesnowiktoriańskich, mogła w równej mierze szokować i zachwycać środowisko, z którego wyszła”. Czytając między linijkami, znaczy to, że miała równą ilość wielbicieli, jak wrogów. Opinia tych ostatnich przeważyła i w dzisiejszych publikacjach analizujących rodzinę Cornwallis-Westów, Patsy malowana jest w czarnych kolorach, jako osoba pragnąca dominacji, wtrącająca się w małżeństwa córek, rozrzutna, wulgarna, rozpustna i chciwa. Co w przeciwwadze tych zarzutów powiedzieć mogliby jej przyjaciele? Niniejszym wpisem rozpoczynam serię wspomnień o tej niecodziennej kobiecie. Wyciągnięcie wniosków pozostawiam Państwu.

Patsy_Laf_1897_75

Matka księżnej Daisy, Patsy Cornwallis-West (1858-1920), sfotografowana w 1897 r. przez Lafayette’a. Foto z kolekcji autorki.

Od momentu poznania Patsy w 1905 r., Pani Claude Beddington (1879-1963) stała się jej bliską znajomą, goszczoną często w Ruthin i Newlands. Po separacji z mężem w 1925 r., osiadła w Londynie. Wysokie apanaże matrymonialne pozwoliły jej prowadzić bogate życie towarzyskie i zdobyć pozycję popularnej hostessy. Przez salon jej domu, Arkwright Lodge w Hampstead, przewinęło się wiele słynnych osobistości. To, że w swoich reminiscencjach, poświęciła Pani Cornwallis-West cały rozdział, wskazuje jak głęboko i pozytywnie wryła się ona w jej pamięć. Pani Beddington opowiada:
„Nie miałam możliwości poznania Pani Cornwallis-West zanim się postarzała i straciła swoją słynną urodę, ale nawet wtedy kipiała wciąż niesłychaną energią, a młodzieńczy błysk w oczach sprawiał, że trudno było określić dokładnie jej wiek.
Nigdy przedtem równie spontaniczna i wielkoduszna córa irlandzkich moczarów nie została przesadzona na angielską glebę, jak Mary Fitzpatrick – dziecko irladzkiego pastora i wnuczki markiza Headfortu – kiedy w wieku szesnastu lat, prosto od szkolnej ławy, zdobyta została szturmem przez Williama Cornwallis-Westa, Pana na zamku Ruthin w Walii i Newlands Manor w Hampshire.
Spotkałam ją po raz pierwszy 27 stycznia 1905 r. w dublińskim domu Ministra Irlandii, Georga Wyndhama i jego żony, Lady Grosvenor.
Córka Pani Cornwallis-West, Shelagh, poślubiła syna Lady Grosvenor, obecnego Księcia Westminsteru, a brat Georga Wyndhama, Guy, był mężem siostry Pani Cornwallis-West, Minnie. Ten zbieg okoliczności sprawił, że Pani Cornwallis-West stała się zarówno teściową syna Lady Grosvenor, jak i szwagierką jej męża. (…)
Oddana i poświęcająca się dzieciom matka, Pani Cornwallis-West zawsze pomagała i myślała o innych w potrzebie. Jednego dnia, podczas mojego pobytu w Newlands Manor, zniknęła swoim powozem na cały ranek. Wróciła dopiero w porze lunchu, ze śladami płaczu na twarzy i … z małym lokiem jasnych włosków w torebce. Jej znajomej, niedawno rozwiedzionej młodej kobiecie, prawo zakazało dostępu do dziecka. Pani West, dowiedziawszy się, że niemowlę przebywa na terenie Hampshire, przejechała wiele kilometrów tylko po to, by zdobyć dla matki loczek z jego główki.
Jej wielkie serce wprawiało czasem rodzinę i domowników w zakłopotanie. Wystarczyło, że podczas przymiarki u krawcowej zauważyła wykończoną grypą szwaczkę, by natychmiast zabrać ją ze sobą do Newlands dla odpoczynku i zmiany powietrza, nie szczędząc czasu ani wysiłków w odbudowaniu jej zdrowia.
Jej żarliwość w niesieniu pomocy nieszczęśliwym kobietom była tak wielka, że gdyby mogła, zatrudniłaby, o czym jestem święcie przekonana, tylko samotne matki do służby w swoich rezydencjach. Rodzina jednak stanowczo się temu sprzeciwiła.
Kiedyś natknęłam się na Pułkownika Westa (a przyszło mu przeżyć wiele takich szoków) schowanego za krzakami, który, z purpurową ze złości twarzą, zapytał mnie szeptem: kim, NA BOGA, jest ta dziwna niewiasta przechadzająca się po trawniku? Odpowiedziałam: „To wróżka cierpiąca na anemię”, po czym delikatnie i okrężną drogą zaprowadziłam go do domu. W tego rodzaju sytuacjach, Pani West zwracała się do mnie: „Proszę idź i uspokój Wallisa [jedno z przezwisk jej męża], bo pewnie znowu siedzi gdzieś w ogrodzie i NA-BOGUJE.
Pułkownik West był typowym, staroświeckim gentlemenem, niezbyt może sprytnym, ale za to bardzo uczciwym. Większość życia spędził służąc, jak najlepiej potrafił, swojemu hrabstwu, udzielając się w lokalnym rządzie, prowincjonalnej armii i tysiącu innych sprawach, przeważnie żmudnych, bezwdzięcznych i wymagających wiele zachodu. W życiu prywatnym był oddanym mężem i ojcem, jak również uprzejmym gospodarzem i szarmanckim przyjacielem. Przez wszystkie lata kiedy go znałam, nie usłyszałam od niego ani jednego nieuprzejmego lub pogardliwego słowa w odniesieniu do kobiet. Jego osobowość przypominała mi zawsze cudowną postać „Pułkownika Newcome’a” z noweli Thackeray’a.
Któregoś dnia zapytałam przyjaciółkę: „Chciałabyś pojechać ze mną do Newlands jutro popołudniu i spotkać Panią Cornwallis-West? Obiecuję, że tego nie pożałujesz”. Na co ona odparła: „Nie mam ochoty na poznawanie „Rozkapryszonej Piękności”, u stóp której leżał przedtem cały świat i której zapewnie te pochlebstwa strzeliły do głowy”. Ostatecznie jednak zgodziła się i kiedy zjawiłyśmy się w Newlands, udałyśmy się natychmiast do buduaru Pani West. Zastałyśmy tam „Rozkapryszoną Piękność” klęczącą na wycieraczce przed kominkiem, z pobrudzoną czarnymi smugami twarzą i w rękawicach utytłanych sadzą, żarliwie skrobiącą jego przednią ściankę. Spojrzała na nas spod przymróżonych powiek, wyjaśniając: „Sprzątaczka twierdzi, że nie da się usunąć tych plam!”, po czym nabrała kolejną porcję pasty do czyszczenia, splunęła fachowo na miedzianą osłonę rusztu i ponowiła wysiłek. Moja przyjaciółka przestała mówić o rozpuszczonych i zarozumiałych pięknościach!
Czy żyła kiedykolwiek kobieta zwracająca mniejszą uwagę na swoją aparycję, niż Pani Cornwallis-West? Pewnego wieczoru, jej górny węzełek ze sztucznych włosów (tak modny w czasach Edwardiańskich) zaczepił się o haczyk w suficie elektrycznego landoletu jej córki, Shelagh Westminster, w momencie kiedy obie damy podjechały pod budynek opery w Covent Garden. Towarzyszący im książęcy lokaj odczepił go i z pełną powagą oddał Pani West, która wbiła go z powrotem na swoją głowę i – tak ubawiona niezręczną sytuacją, jak pobliscy gapie – wykrzyknęła: „Absalom miał mniej szczęścia!”.
Pełna życia, gadatliwa i bardzo niecierpliwa, nie znosiła ciszy. Pewnego razu znalazła się w przedziale pociągu z obcym mężczyzną, z którym miała przebyć długą podróż. Po dziesięciu minutach milczenia w dobrym tonie, nie wytrzymała i wybuchnęła: „Jestem teściową Księcia Westminsteru i Lady Randolph Churchill, więc na miłość Boską proszę ze mną rozmawiać!”.
Nigdy nie zapomnę chrztu Lorda FitzHarrisa, syna i dziedzica Lorda i Lady Malmesbury w Heron Court, koło Christchurch 19 stycznia 1908 r. Pułkownik z Panią West i ja, przyjechaliśmy tam z Newlands Manor na wielki lunch wydany z tej okazji. Na środku stołu umieszczono imponujący, wymyślnie dekorowany puchar, jak mówiono cały ze złota, sprezentowany dziecku przez Kajzera, jego ojca chrzestnego. Przy okazji dodam, że w momencie deklaracji wojny z Niemcami, Lord Malmesbury polecił go stopić i wtedy okazało się, że zrobiony był z ołowiu pokrytego cienką warstwą złota.
Niemiecki ambasador, Hrabia Wolff-Metternich (a propos, największy nudziarz jakiegokolwiek spotkałam), który reprezentował swojego władcę, był tak zaabsorbowany albo swoim jedzeniem, albo abstrakcyjnymi myślami, że zupełnie zapomniał wznieść toast za zdrowie niemowlaka. Dręcząca chwila przedłużała się, aż Pani West zdecydowała się wkroczyć w sytuację, oświadczając mi: „Zaraz dźgnę tego błazna widelcem i zobaczymy, czy go to obudzi”. Zdążyłam tylko zauważyć jak jej ręka zniknęła pod obrusem i usłyszeć rozdrażniony szept: „Wstawaj i przemów!”, gdy Metternich skoczył na równe nogi i wzniósł toast, na który wszyscy tak długo czekaliśmy.
Pani West była w młodości, jak to nazywamy w Irlandii, „przeraźliwie nieokiełzana” [„terribly wild”], więc wiele opowieści przetrwało o jej śmiałych i niecodziennych żartach.
Król Edward, wówczas Książę Walii, często gościł u Westów na polowaniach, ale jednego wieczoru, jego i innych uczestników odstrzeliwania bażantów wracających do zamku Ruthin zaintrygowała wielce dziwna, biała rzecz powiewająca na maszcie wieży. Po bliższym przyglądnięciu okazało się, że tym nowym proporcem były w rzeczywistości gacie gospodarza zawieszone tam przez figlarną żonę.
Jej energia nie miała granic i nawet będąc już w średnim wieku, zdobywała się ona na fizyczne wyczyny, których pozazdrościliby młodzi ludzie. Kiedy przebywałam na zamku Ruthin w czerwcu 1907 r., Pani West musiała być co najmniej pięćdziesięcioletnią kobietą. Pomimo tego, wieczorem przy schodzeniu na obiad, ni stąd ni z owąd owinęła się ciasno swoją spódnicą i zjechała na dół po dębowych schodach ” na samej sobie” (jak to jako dzieci delikatnie nazywaliśmy). Było to dla mnie coś zupełnie nowego, więc aż zaniemówiłam z wrażenia. Stojący obok Książę Westminsteru ze śmiechem stwierdził” „Niewielu ma takie teściowe!”, z czym zupełnie się zgodziłam.
Gdyby Pani West żyła w dzisiejszych czasach [tzn 1920-ych], przekonana jestem, że zrobiłaby majątek jako projektanka ogrodów. Jej wyczucie koloru i pomysłowość co do cudownych aranżacji nawet najbardziej niedogodnych miejsc równała się geniuszowi. Upiększała wszystko czego się dotknęła zarówno w ogrodach w Ruthin, jak i w Newlands i gdziekolwiek się w nich spojrzało, pejzaż wydawał się piękniejszy od poprzedniego”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Druga połowa 1897 roku wypełniona była w Anglii obchodami Diamentowego Jubileuszu Królowej Wiktorii, w których każdy mieszkaniec kraju z radością uczestniczył. Księżna Daisy przybyła do Londynu w maju i pozostała w swojej ojczyźnie aż do sierpnia. O tym, jak bardzo była wtedy zajęta, pisałam we wcześniejszym blogu: https://daisypless.wordpress.com/2012/06/27/ksiezna-daisy-i-diamentowy-jubileusz-krolowej/
Dzisiaj chciałabym opowiedzieć więcej o jej rodzicach, dla których rok 1897 zakończył się szczególnym świętem – ich srebrnymi godami!. Zanim jednak zaczęli się do nich przygotowywać, włączyli się aktywnie w celebracje narodowej rocznicy.
W swoich pamiętnikach, księżna Daisy von Pless, niejednokrotnie wspominała o dobrej relacji, jaką jej matka Patsy miała ze swoimi poddanymi. Zastanawiając się nad oryginalnym prezentem dla królowej oraz biorąc pod uwagę zarówno entuzjazm, jak i moźliwości finansowe walijskich wieśniaków, Pani Cornwallis-West wpadła na pomysł zoorganizowania funduszu, który pokryłby zakup materiałów na dywan wytkany przez lokalnych rzemieślników. Genialność jej pomysłu polegała na tym, że nie oczekiwała od nikogo duźych sum pieniężnych, prosząc tylko o miedziane grosze i tym samym umożliwiając biednym ludziom udział w patriotycznym ferworze, przy pełnym zachowaniu ich godności.
Jej mąż, pułkownik William Cornwallis-West, patronował jubileuszowym uroczystościom prywatnie jako Pan na Ruthin oraz urzędowo jako królewski przedstawiciel (Lord Lieutenant) w hrabstwie Denbingshire. Otworzył więc swój dom na przyjęcie wybitnych gości, a w zamkowym ogrodzie urządził festyn dla okolicznych mieszkańców i 600 dzieci, którym na zakończenie wręczył pamiątkowe odznaki Diamentowego Jubileuszu.
Zarówno on, żona, rodzina, jak i ich przyjaciele żyli wówczas w wielkim podnieceniu i nadzieji na przyznanie pułkownikowi nowego tytułu i zaszczytu. Pisała o tym prasa, włącznie z popularnym dziennikiem Daily Mail, który 17 czerwca 1897 r. donosił czytelnikom: „Gorącym pytaniem bieżących dni jest, kogo królowa wywyższy z okazji swojego święta. (…) Przypuszcza się, że Pan Cornwallis-West zostanie Baronem Ruthin, a wygasły tytuł para [tzw „peerage“] Cornwallisa przywrócony do źycia“. Niestety, skończyło się tylko na spekulacjach.
Królowa Wiktoria uhonorowała pułkownika Williama Cornwallis-Westa w pomniejszy sposób, dekorując go Jubileuszowym Medalem i wysyłając, za pośrednictwem księżnej Teck, list z podziękowaniami dla jego żony za „piękny dywan od ubogich poddanych“, który uznała za wielce „wzruszający gest ich lojalności i dobrej woli“.
Parę miesięcy później, państwo Cornwallis-West znalazło się ponownie w centrum uwagi z okazji obchodów 25. rocznicy swojego ślubu, który odbył się 3 października 1872 r. w katedrze Św. Patryka w Dublinie. Prasa nie mogła sobie odmówić fascynujących wspomnień o pannie Marii FitzPatrick, ówczesnej irlandzkiej piękności, która później, będąc już żoną Cornwallis-Westa, święciła nadal triumfy jako Professional Beauty.

Patsy_Wall

Patsy_CW_1897Piękna Patsy Cornwallis-West w młodości (po lewej, na fotografii Downeya) i w roku 1897, kiedy obchodziła 25. rocznicę ślubu (po prawej, na fotografii Webstera)

Daily Mail złożył jej pokłon artykułem zatytuowanym „Nieustająco Piękna“, starając się w nim zanalizować istotę tego fenomenu. Oto jego fragmenty: „Znacznie łatwiej jest zdobyć dzisiaj reputację bycia pięknością, niż było to za czasów Panien Gunning. Jednak żadna teraźniejsza piękność, nawet Lady Warwick, księżna Leinster albo jej śliczne siostry: Lady Londonderry i Georgina Lady Dudley, nie osiągnęły tak szerokiej, światowej sławy i renowy, jaką cieszyła się Pani Cornwallis-West. Dwadzieścia lat temu, jej fotografie zdobiły okna wystawowe wszystkich sklepów, a opowieści o tym co powiedziała lub zrobiła – bo jej dowcip równał się jej urodzie! – były nie tylko na ustach każdego, ale również nagminnie komentowane na łamach prasy. Jej uroda, w połączeniu z inteligencją i zdrowym rozsądkiem sprawiły, że stała się jedną z najbardziej olśniewających postaci w Socjecie, błyszczącą tu, tam i wszędzie jak koliber lub ważka, za którą podążał tłum admiratorów i która rozjaśniała każde miejsce, w jakim się znalazła. Tańczyła jak duszek i śpiewała jak ptaszek; do tej pory irlandzkie pieśni w jej wykonaniu zadowolić mogą najwybredniejszych słuchaczy. Talent ten odziedziczyły po niej dwie córki. To właśnie ślub starszej z nich z księciem [Janem] Henrykiem von Pless, uświadomił nam, jak czas szybko leci i – oto teraz – Pani Cornwallis-West, wciąż zgrabna, młodo wyglądająca i jak dawniej czarująca, obchodzi swoje srebrne gody!“.

Z koleji, popularny ilustrowany tygodnik Country Life przeprowadził z tej okazji wywiad z Panią Cornwallis-West, przekazując swoim czytelnikom (i nam!) szczegóły jej życia w ulubionej rezydencji, Newlands Manor, gdzie:
„Wszystkie pokoje są raczej luksusowo wygodne, niż okazałe, a jej własny buduar wypełniony pięknymi, starymi i wspólczesnymi, haftami oprawionymi w ramy i powieszonymi na ścianach zamiast obrazów. [Wśród nich, niewątpliwie znajdowały się wyszywanki księżnej Daisy, o których mówi w swoich pamiętnikach, jako o prezentach dla matki – przypis autorki] Każde pomieszczenie, włącznie z kwadratowym, przytulnym holem, w którym o piątej godzinie podawany jest podwieczorek, zdobi masa kwiatów. Rozkoszą Pani Cornwallis-West jest jej Ogród Różany, który rozkwita w czerwcu i lipcu . W ogrodzie znajduje się również duże jezioro, a mniej niż pół mili od domu rozpościera się morze z zakotwiczonym tam jachtem, na którym rodzina spędziła już niejeden piękny letni dzień…“. (tłumaczenie cytatow z tekstów angielskich © Barbara Borkowy)

Newlands_Rose_Garden_1897

Duma i radość Patsy Cornwallis-West – jej Ogród Różany przy Newlands Manor. Foto: Lewis Bros., Lymington.

Read Full Post »