Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘krewna’

Księżna Daisy von Pless zmarła w Wałbrzychu 29 czerwca 1943 r. Ze zrozumiałych wzgłędów, wiadomość o śmierci dotarła do Anglii z opóźnieniem i dopiero 13 lipca 1943 r. The Times opublikował jej nekrolog napisany przez Harolda Nicolsona. Autor przywołał w nim fakty z źycia księżnej, podkreślił jej starania o utrzymywanie dobrych stosunków pomiędzy krajami, w których przyszło jej żyć oraz zasługi, jakie położyła na polu działalności dobroczynnej. Przypomniał również jej dawną pozycję społeczną i sławę jako członkini Edwardiańskiej socjety w Anglii oraz wspaniałej gospodyni w swoich rezydencjach na terenie Niemiec.

Za przykładem The Times’a, inne gazety zamieściły także artykuły o jej życiu i zgonie, uznając ją w nich szablonowo za „słynną Edwardiańską hostessę“! Harold Nicolson poczuł, że musi się temu sprzeciwić. Przypięcie jej takiej wizytówki znaczyło dla niego nie tylko spaczenie prawdy historycznej, ale – przede wszystkim – przekręcenie prawdy o jej charakterze i osobowości. Znał bowiem księżną bardzo dobrze.

Harold Nicolson (1886-1968) był człowiekiem nienagannie wykształconym, obytym i światowym. Idąc w ślady ojca, wybitnego dyplomaty brytyjskiego Arthura Nicolsona, oddał się po studiach służbie zagranicznej, która umieściła go na placówkach w Madrycie, Konstantynopolu, Teheranie i Berlinie. Berlin, gdzie przebywał od 1928 do 1929 był ostatnią stolicą, w której pracował. Stęskniony za swoją młodą rodziną, zrezygnował z dyplomacji w 1929 r. i zajął się zawodowo pisaniem, będąc już znany czytelnikom z kilku, wcześniej opublikowanych, biografii poetów angielskich. W decyzji tej sekundowała mu gorąco żona, wybitna pisarka Vita Sackville-West (1892-1962), jedyna córka 3. barona Sackville, którą poślubił w 1913 r. Ich bardzo niekonwencjonalny związek, naznaczony romansami Vity z Violet Trefussis i Virginią Woolf, przetrwał skandale i okazał się szczęśliwą przystanią na ich późniejsze lata. Poza twórczością intelektualną, obydwoje małźonkowie oddali się pasji ogrodniczej, czego wynikiem był – i nadal jest – światowej sławy ogród, otaczający ich rezydencję w Sissinghurst w hrabstwie Kent.

61028762

Krewna księżnej Daisy, Vita Sackville-West z mężem, Haroldem Nicolsonem.

Jak nazwisko Vity, zawierające człon „West“, wskazuje była ona krewną księżnej Daisy von Pless de domo Cornwallis-West. Dziadek księżnej Daisy ze strony ojca, Fryderyk West  i pradziadek Vity, John West byli braćmi, synami 2. hrabiego de la Warr. Rodziny pozostawały ze sobą w kontakcie. Dziewięcioletnia Vita była jedną z drużek na ślubie Shelagh z księciem Westminsteru w 1901 r. Brat księżnej, Jerzy, wspomina w swojej książce o licznych wakacjach spędzanych w przepięknej rezydencji Sackville-Westów w Knole – tak bardzo ukochaną przez Vitę, że stała się ona przewodnim „charakterem“ jej najsłynniejszej powieści „Edwardians“. Daisy też tam bywała, a Vita i jej matka Wiktoria conajmniej dwa razy gościły w Książu, nie mówiąc o póżniejszych tam wizytach Vity z Haroldem. Harold więc był w jak najbardziej dogodniej pozycji, żeby zabrać głos po śmierci księżnej Daisy i zapewnić jej odpowienią ocenę historyczną. Jego śliczne wspomnienia, przepełnione szczerą nutą sympatii i zrozumienia, przytaczam w całości poniżej. Ukazały się 22 lipca 1943 r. w prowadzonej przez niego na łamach czasopisma The Spectator kolumnie zatytuowanej „Marginal Comment“:

„Nekrologi księżnej von Pless, jakie ukazały się w gazetach zeszłego tygodnia, opisują ją jako „słynną Edwardiańską hostessę“. Mijają się w tym z prawdą. Kobiety, które w pierwszym dziesięcioleciu tego wieku wcieliłī się w tę rolę, były z zasady istotami bez ludzkiego oblicza: strwardniałymi do szpiku kości, przesadnie ambitnymi i zachłannymi na pieniądze potworami, ubranymi w stroje o wysokich tiulowych kołnierzach usztywnionych fiszbinami i wybuchającymi śmiechem tak wysokim i sztucznym, jak tiary w ich włosach. Ich małe emaliowane torebki od Faberge’go podrapane były pierścieniami z olbrzymimi szmaragdami; wielkie donice z trawą pampasową zakrywały w ich buduarach liczne fotografie w srebrnych ramach; bransolety na nadgarstkach brzękały szorstko przy rozdawaniu kart lub filiżanek z herbatą; ich sympatie były zawężone, a emocje zamaskowane; nie pozwalały sobie na naturalne odruchy; nawet zabawne zdziwienie z powodu gafy, popełnionej przez kogoś spoza ich kręgu, wyrażane było suchym rechotem.

Prawdą jest, że kiedy panowanie Edwarda VII dobiegło swojego ociężałego w luksusie końca, przywódczynie Edwardiańskiej socjety pozwoliły sobie na pewne zmiany. Niezliczone stoliczki, z ustawionymi na nich bombonierami i srebrnymi ornamentami oraz towarzyszące im lampy z falbaniastymi abażurami ustąpiły miejsca prostszej aranżacji; zdjęcia w ramkach spakowane zostały do pustych szuflad szaf, a porcelanowe figury zastąpiły filigranowy nonsens, jaki rządził od czasów Wiktoriańskiej przesady. Same hostessy jednak pozostały tak samo wyniosłe, zimne i oślizłe, jak ryby z nefrytu zdobiące gzymsy ich kominków. Taka też była Edwardiańska gościnność, przepełniona zapachem soli kąpielowych unoszącym się w korytarzach łączących różne sypialnie. Daisy Cornwallis-West napewno taką nie była. Wyszła za mąż za Hansa Heinricha XV, Księcia von Pless kiedy była wciąż jeszcze dziewczynką w wieku szkolnym i dziewczynką w wieku szkolnym pozostała przez całe swoje życie.

Daisy_Girl

Wychodząc za mąż, księżna von Pless była „wciąż jeszcze dziewczynką w wieku szkolnym i dziewczynką w wieku szkolnym pozostała przez całe swoje życie”.

Urodziła się w rodzinie słynnej z dobrego wyglądu, aczkolwiek w dzieciństwie nie uchodziła za ładną. Nawet kiedy już uznano ją za jedną z najcudowniejszych kobiet Europy, z jej nosem ciągle było coś nie tak: był zbyt ruchliwy, zuchwały i podniecający, by zrobić z niej statycznie klasyczną piękność, ale jakimś cudem niejednego zastanawiał, jak ktoś tak śliczny może być zupełnie nieświadomy swojej urody. Łobuzerskie niedyskrecje, w które ten nos wsadzała, przerażający brak taktu jej wielu pytań i uwag nigdy nikogo nie oburzały: wręcz przeciwnie, zachwycały odkryciem, że w tym wyrachowanym świecie znaleźć wciąż można osobę aż tak nierozważną. Nie była pod żadnym względem przebiegła; choć całkowicie pozbawiona kalkulacji, swoim gorącym sercem ujmowała ludzi tak różnych, jak egoistycznego Edwarda VII, introwertycznego Williama II, swojego poważnego, aczkolwiek łaskawgo teścia oraz niezliczoną ilość innych, którzy z uwielbieniem ją otaczali. Nawet w środku pierwszej wojny światowej, kiedy już brakowało jedzenia, zawiadowca stacji w Berchtesgaden przemycał do jej przedziału kiełbaski zawinięte w potłuszczony papier z odręcznie napisanym ołówkiem życzeniem: „Gröss Gott!“

W Książu i w Pszczynie, normą były olbrzymie przyjęcia dla czterdziestu gości; status utrzymywany w jej kilku pałacach był taki, że kiedy opuszczała pokój rozlegał się dzwonek i wypudrowany lokaj towarzyszył jej gdziekolwiek szła; jednocześnie, nawet tak dostojny gość, jak Ambasador, kładąc się do łóżka rozgniatał położony tam przez nią żartem placek z jabłkami, a chichot towarzyszący bitwie na poduszki rozbrzmiewał po korytarzach. Nie znaczy to jednak, że nie zajmowała się poważnymi sprawami. Od chwili przyjazdu do Niemiec, przerażona była okropnymi warunkami, w jakich mieszkali ludzie na Śląsku. Molestowała o to Kanclerza Rzeszy, zadręczała Cesarza oraz zjednała sobie sympatię i uwagę Cesarzowej. Nic więc dziwnego, że biedni poddani w jej majątkach obdarzali tę wesołą angielską dziewczynę sympatią i czułością, która oparła się dwóm wojnom.

Próba przeszczepienia jej dotychczasowego, rozbawionego trybu życia na grunt Pszczyny lub Książa nie całkiem się powiodła. Starszy o prawie dwadzieścia lat mąż, był tradycjonalistą. Bez przerwy nalegał, żeby była bardziej „fürstlich“, na co reagowała wybuchami młodzieńczego śmiechu, odbijającego się echem od namalowanych na sklepieniach mitologicznych postaci i cherubinów. Jej teść, panujący wtedy książę, wykazywał więcej zrozumienia i nie obraził się, kiedy zasiadła raz do obiadu w sukni uszytej z worków po końskiej paszy. Cesarzowa Fryderykowa (sama zgorzkniała na emigracji) wzięła tę tęskniącą za rodzinnym domem dziewczynę pod swoją protekcję, a Cesarz Wilhelm nigdy nie przestał otaczać jej szczerą troską. Jednakże, wybryki, do jakich była przyzwyczajona w Denbighshire i w Newlands Manor, przetransportowane na Śląsk straciły na swojej lekkości i spontaniczności. Młodzi niemieccy hrabiowie, baronowie i oficerowie zapraszani do Książa, choć bardzo chętni do uczestnictwa w zabawach o angielskim charakterze, nigdy nie wyczuwali kiedy należy ją przerwać. Pewnej nocy w Książu, zaplanowano piknik w zrujnowanej wieży w lesie. Służba została wysłana tam po południu z porcelanową zastawą, szklanymi kieliszkami i srebrnymi sztućcami; stół przygotowano jak za zamierzchłych czasów w sali bankietowej jakiegoś starego zamczyska, a wypudrowani lokaje stali za krzesłem każdego gościa. Niewinne igraszki przeszły jednak w hulankę: stół został wywrócony, a szkło i porcelana roztrzaskane. W pamięci jednego z uczestników pozostał obraz wielkiego srebrnego świecznika, leżącego na podłodze z wciąż płonącymi świecami, których wosk kapał do olbrzymiej kałuży szampana.

Przez pięćdziesiąt cztery lat swojego pobytu w Niemczech, księżna Pless nie opanowała języka niemieckiego. Nie była przez to w stanie zrozumieć niuansów niemieckiej etykiety, ani mocnych dynastycznych tradycji, jakimi inspirowała się rodzina Hochbergów. Jak sama wyznała w pamiętnikach: „Nigdy nie orientowałam się w rodowodach“. Jedynymi znanymi jej niemieckimi wyrażeniami były te, których używano w szpitalach i domach rekonwalescyjnych. Nigdy też nie przywiązywała wagi do drętwego ceremoniału niemieckiego dworu. Dla niej „kanapa była tym samym co sofa“, podczas gdy w ówczesnych Niemczech reprezentowała ona ważny symbol. Kiedy była jeszcze młodziutką kobietą, miała skłonność wtrącania się do wszystkiego. Niemcy, oczywiście, uznali to za angielską arogancję; jednakże, jej wszechobecna radość życia, którą każdemu ofiarowała, pokonywała nawet ich ograniczony punkt widzenia. Stała się więc pewnego rodzaju „wyjątkiem“, akceptowanym czasami z oszołomieniem, czasami z irytacją, ale przeważnie z tkliwością.

Od momentu wybuchu pierwszej wojny światowej, nie wyparła się swojej ojczyzny; wykorzystywała znajomości, a miała ich wiele, by zrobić wszystko i pomóc angielskim jeńcom wojennym. Cesarz (za co należy mu się ukłon) nie zaprzestał nad nią opieki, a nawet zaprosił ją do Pszczyny, gdzie miał swoją siedzibę, mimo ostrzeżeń, że pobyt Angielki, która głośno wyznawała swój patriotyzm, nie zostanie przez innych dobrze przyjęty. Później wysłana została na front serbski do pracy w pociągu sanitarnym, po czym oddelegowano ją do Berchtesgaden.  Gdy nastąpił pokój, majątek von Plessów – wielkości angielskiego hrabstwa, został podzielony, a ich olbrzymi dochód stopniał do skromnych wymiarów. Księżna Pless straciła niemieckie obywatelstwo, nie przyznano jej polskiego i stała się ponownie angielską poddaną, którą w zasadzie, zawsze była.

Ostatnie lata jej życia były tragiczne. Najmłodszy syn, zaaresztowany przez Niemców, zmarł po wyjściu z więzienia. Najstarszy, który przyjął polskie obywatelstwo, żyje na emigracji. Średni służy w polskiej armii w randze oficera. Ona sama, sparaliżowana i z zanikiem pamięci zamieszkała na starość w Książu i, podobno, nieświadoma nawet była, że Anglia i Niemcy prowadzą ze sobą nową wojnę. W tym wielkim pałacu przyszło jej umrzeć samej. Dawna pompa i świetność zniknęły, tak samo jak 4 000 służby, karoce, prywatny pociąg i sznury pereł. Jej radość z ich posiadania była zawsze jak radość dziewczynki w wieku szkolnym z nowej sukienki. W pretensjonalnym świecie była najmniej snobistyczną osobą, jaką kiedykolwiek znałem; w okrutnej rzeczywistości jaśniała radością i uprzejmością. Miała na świecie tylko jednego wroga – samotność, która ją w końcu pokonała“. (Tłumaczenie©Barbara Borkowy)

Reklamy

Read Full Post »