Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Hochberg’

Dwie matki i bliskie przyjaciółki były bardzo szczęśliwe, kiedy ich dzieci przypadły sobie do gustu podczas pobytu księżnej Daisy von Pless i jej syna Alexandra (Lexela) w Rumunii w 1929 r. Zaproszeni zostali tam przez królową Marię na 20. urodziny jej córki Ileany.

Ileana, nazywana przez matkę „dziecięciem o niebieskich oczach“, była najmłodszą i ulubioną córką królowej rumuńskiej, Marii Koburg; jasnowłosy i błękitnooki Lexel był najukochańszym i faworyzowanym synem księżnej Daisy.

Królowa Maria Koburg z córeczką Ileaną i księżna Daisy von Pless z synkiem Lexelem. Foto Daisy autorstwa Rity Martin z kolekcji autorki

 

 

 

 

 

 

 

Radość tej czwórki nie trwała jednak długo. Zakochana Ileana, bardzo niedyplomatycznie, wyznała publicznie swoją miłość do Lexela, niepotrzebnie przyciągając tak wcześnie uwagę do ich związku. Według planu, młoda para chciała zaskoczyć wszystkich 1 lutego 1930 r., w dniu 25. urodzin Alexandra, oświadczeniem o zaręczynach i o prawie natychmiastowym ślubie, mającym nastąpić 19 lutego 1930 r.

Zainteresowanie nowym wybrankiem serca księżniczki było ogromne. Ileana była w swoim kraju bardzo popularna i wszyscy współczuli tej młodej dziewczynie, kiedy poprzednie negocjacje małżeńskie – z księciem Walii, królewiczem Włoch czy z następcą tronu Hiszpanii – spaliły na panewce. Lexel, oficjalnie Alexander hrabia von Hochberg, baron zu Furstenstein nie był nawet dziedzicem książęczego tytułu i majątku swojego ojca. Rumuni woleli, żeby ich księżniczka, tak jak jej starsze siostry – monarchinie Grecji i Jugosławii, weszła do którejś z europejskich rodzin królewskich.

Księżniczka Ileana na wakacjach w Szkocji. Foto z kolekcji autorki

Nikt jednak nie mógł zabronić dorosłej już Ileanie jej wyboru. Według prawa rumuńskiego, aprobata rządu wymagana była tylko w wypadku związku małżeńskiego króla lub jego następcy. 28 stycznia 1930 r. ogłoszono więc oficjalnie jej zaręczyny z hrabią von Hochberg, wyznaczając datę weselnej ceremonii na 27 kwietnia 1930 r.

Premier Julian Maniu i jego koalicyjny rząd zajęci byli wówczas znacznie ważniejszymi problemami kraju. Sytuacja ekonomiczna, w obliczu światowego kryzysu, nie była najlepsza. Rosło też niezadowolenie z regentów siedmioletniego króla Michała (bratanka Ileany) i niektórzy politycy, razem z Maniu, włączyli się w sekretne negocjacje z zdetronizowanym królem Karolem II, mieszkającym od 1926 r. w Paryżu. Ale ukazujące się w prasie zagranicznej plotki o niechlubnym incydencie z przeszłości narzeczonego księżniczki musiały zwrócić jego uwagę.

Plotki te, przywołujące proces sądowy, w którym młodociany Lexel oskarżony został o uczestniczenie w nielegalnych praktykach homoseksualnych, opublikował jako pierwszy berliński dziennik komunistyczny, Rota Fane. 18 lutego 1930 r. przedrukowały je, w jeszcze bardziej sensacyjnej formie, gazety w Budapeszcie i Wiedniu. Wiedeński korespondent londyńskiego Daily Mail posunął się nawet do zatytuowania swojego tekstu „Przerwany Romans Królewski“, choć miał tylko kruche podstawy do przypuszczenia, że „do małżeństwa prawdopodobnie nie dojdzie.“

Julian Maniu (1873 – 1953), premier Rumunii od 1928 do 1933 r.

Premier Maniu zmuszony był zwołać następnego dnia konferencję prasową, na której podkreślił, że hrabia von Hochberg nigdy nie został skazany za postawione mu zarzuty i zapowiedział rządowe śledztwo oskarżeń, które dotarły do niego do Bukaresztu. Wyraził przy tym nadzieję, że w międzyczasie otrzyma także jakieś pozytywne wieści na temat Alexandra. Nie powiedział jednak nic o dostarczonych mu dokumentach, ani skąd nadeszły i kto mu je przedstawił. Z myślą o księżniczce, poprosił prasę o wstrzymanie się od komentarzy i domniemań mających pejoratywny wpływ na „szczęście osoby, która nie jest w stanie się bronić.“ Jedyną aluzją do ewentualnego zerwania zaręczyn lub opóźnienia ślubu była zapowiedź, źe zaplanowana wcześniej podróż królowej Marii i księżniczki Ileany do Egiptu przeciągnie się poza ustaloną datę wesela, czyli 27 kwietnia 1930 r…

Lexel po cichu, romantycznie pożegnany na dworcu przez Ileanę, wyjechał z Bukaresztu na południe Francji, a ona z matką podążyła do Konstancji nad Morzem Czarnym, gdzie 21 lutego, wsiadły na pokład statku Docha.

24 lutego 1930 r. prasa angielska wydrukowała wypowiedź hrabiego Alexandra von Hochberg udzieloną dziennikarzowi Daily Mail, w której stanowczo zaprzeczał pogłoskom o rozstaniu się z narzeczoną.  Stwierdził, że wkrótce wybiera sie za nią do Kairu, skąd wrócą razem do Londynu 25 marca, by później pojechać na ceremonię zaślubin do Bukaresztu, jak planowano. Wyraził przekonanie, że nieporozumienia wyniknęły z powodu różnicy wyznawanych przez nich religii, ale jest to ich osobisty problem, z którym sobie poradzą. Tak naprawdę to „mogą stać za tym polityczne intrygi“ – powiedział. Zapytany o wyrok sądowy w Niemczech, zignorował jego znaczenie faktem, że było to dawno temu, że nic mu nie zostało udowodnione i że to jego ojciec doprowadził do procesu, nie będąc w stanie tolerować szantażu drugiej strony.

Niebawem Lexel rzeczywiście zjawił się ze swoją przyjaciółką i krewną, Eną FitzPatrick, w Egipcie. Nie został jednak dopuszczony do Ileany.

Rząd rumuński zaczął z nim negocjować, posuwając się, podobno, do groźby odkrycia kolejnych rewelacji na temat jego życia osobistego w przypadku braku zgody na anulowanie relacji z księżniczką. Premier Maniu, sprowadzający do kraju zhańbionego skandalami seksualnymi ex-króla Karola II, nie potrzebował kolejnej wstydliwej afery. Brat Ileany, Karol II zniesławił się najpierw morganatycznym związkiem z córką rumuńskiego generała (potem unieważnionym), by następnie opuścić swoją legalną żonę, grecką księżniczkę Helenę, i zrezygnować z korony dla rudowłosej rozwódki, Magdy Lupescu.

Pierwsza poddała się Ileana i, 7 marca 1930 r., rząd rumuński mógł wydać komunikat: „ Księżniczka Ileana, w porozumieniu z królową Marią i Radą Regentów, zdecydowała nie kontemplować propozycji zamążpójścia za hrabiego von Hochberga.“

Dwa miesiące później podano do wiadomości publicznej, że również „hrabia Alexander von Hochberg zezwolił na ogłoszenie przerwania swoich zaręczyn z Jej Królewską Wysokością Ileaną Rumuńską.“ (tłumaczenia © Barbara Borkowy)

Do końca życia, Lexel był przekonany, że skandal rozbuchał brat Hansel, który według jego słów „prędzej by umarł, niż pozwolił mi zostać ‚Królewską Wysokością‘ i przez rodzinne koligacje mojej [przyszłej] żony być spokrewnionym ze wszystkimi królewskimi rodzinami Europy.“ Za osobę, która przywiozła inkryminujące go dokumenty do Bukaresztu uznał „[wątpliwej jakości] ‚gentelmana‘ z Berlina, pana van der Haagena. “ Czyżby mial na myśli van dem Hagena, ówczesnego marszałka zamku w Książu? (tłumaczenia © Barbara Borkowy)

Wydane parę lat temu dzienniki rumuńskiego dyplomaty Raoula Bossy (1895 – 1975), który w interesującym nas czasie był sekretarzem generalnym Rady Regencyjnej, rzucają więcej światła na przedstawione powyżej wydarzenia i wnoszą na forum nowe postacie. Pozwolę sobie zacytować w całości fragment związany z tematem:

„Słaba pozycja Regencji oraz niemoc rządu, połączone z brakiem przewodnictwa w rodzinie królewskiej spowodowały, że kraj ogarnęła fala niepewności. Rumunia była jak statek bez steru, rzucany wiatrem w te i we w te. Do tego poczucia wahania i chwiejności dołożyło się w niemałym stopniu nieodpowiedzialne wręcz pokierowanie zaręczynami księżniczki Ileany, najmłodszej córki królowej Marii, z młodym Niemcem, hrabią Aleksandrem von Hochberg, synem księcia von Pless, niesłychanie bogatego magnata śląskiego. Królowa Maria, przyjaciółka księżnej Daisy Pless, z domu Cornwallis-West, wyraziła zgodę na te zaręczyny; osobiście wierzę, że młoda księżniczka była szczerze zauroczona jasnowłosym i wysokim Hochbergiem. Niemniej jednak, zarówno matka, jak i rząd mieli obowiązek sprawdzenia tego młodego człowieka, zanim wydano oficjalne oświadczenie o zaręczynach, by odkryć to o czym całe Niemcy wiedziały: że był notoryczny w swojej deprawacji i zamieszany w skandale, które pociągnęły za sobą implikacje jurystyczne. Gdy te hiobowe wieści dotarły do królowej, postanowiła je zignorować. Jednakże gdy Mutius [Gerhard von Mutius, niemiecki emisariusz i pełnomocny minister w Bukareszcie of 1927 do 1931] złożył urzędową wizytę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, by zwrócić uwagę na reputację narzeczonego (rząd niemiecki czuł się moralnie zobowiązany do otwarcia oczu osobom zaangażowanym), [premier] Maniu nie miał innego wyjścia, jak tylko przekazać królowej Marii naglącą poradę rządu, żeby zakończyła proponowane małżeństwo. Nawet w tym momencie, sprawę przeprowadzono w niewybaczalny sposób. Zamiast po prostu zerwać zaręczyny, zaproszono do Bukaresztu starego księcia Pless (który, jako gentleman, od początku chciał zapobiec temu związkowi, usprawiedliwiając swoją opozycję faktem, że nie pochodzi z rodziny królewskiej) by wziął udział w dużym przyjęciu, o którym wtajemniczeni wiedzieli, że jest „celebracją zerwania“. Dopiero po wyjeździe niefortunnego ojca, ogłoszono w Monitorul Oficial, że za obopólną zgodą młodzi narzeczeni odwołują zaślubiny. Cóż za dziwny sposób załatwiania rzeczy!

Hochberg pogonił za Ileaną do Egiptu, gdzie król Fuad zagroził mu wydaleniem, więc musiał ten kraj szybko opuścić.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy; podkreślenia autorki)

Badaczom historii rodzin von Pless i Cornwallis-West muszę uzmysłowić, że te ambarasujące rewelacje miały miejsce, gdy światowa i brytyjska prasa rozpisywała się o kolejnym małżeństwie i miodowym miesiącu księcia Westminsteru, bylego męża Shelagh Cornwallis West, z Loelią Ponsoby. Jakże smutne i żenujące musiały być one dla obu sióstr, których portrety jeszcze do niedawna zdobiły strony tytułowe pism, wychwalających ich urodę, status i cnoty.

Reklamy

Read Full Post »

Zanim księżna von Pless stała się widoczną postacią na scenie brytyjskiej socjety, w kręgu towarzyskim księcia Walii (tzw „Marlborough House Set“) prym wiodła inna „Daisy“ –  starsza o 12 lat Franciszka Ewelina, hrabina Warwick.

Franciszka Ewelina „Daisy“, hrabina Warwick (1861 – 1938). Portret Ellisa Williama Robertsa.

Olbrzymią fortunę po dziadku, 3. vicehrabiu Maynard, odziedziczyla już w wieku trzech lat, stając się od razu pożądaną partią na ówczesnym rynku matrymonialnym. Sama królowa Wiktoria starała się później o jej rękę dla syna Leopolda, ale pod każdym względem niezależna Franciszka ofertę odrzuciła. Z własnego wyboru, wyszła za mąż w 1881 r. za Franciszka Greville, lorda Brooke. W pierwszych czterech latach małżeństwa urodziła mu troje dzieci, włącznie z nieodzownym dziedzicem, by potem oddać się beztrosko własnemu życiu jako wciąż młoda i piękna kobieta, hostessa i kochanka. Po burzliwym romansie ze słynnym uwodzicielem, lordem Charlesem Beresfordem, wpadła w ramiona księcia Walii (przyszłego króla Edwarda VII), z którym była w związku od 1890 do 1898 r.

Lord Brooke odziedziczył tytuł hrabiego Warwick w 1893 r., a wraz z nim imponujący, historyczny zamek Warwick Castle. Zanim tam zamieszkali, nowa kasztelanka przeprowadziła w nim obszerny remont, włącznie z instalacją elektryczności i wszelkich nowoczesnych wygód. Dwa lata póżniej gotowa była otworzyć drzwi swojej nowej rezydencji dla gości. „Parapetówka“, na którą zostali zaproszeni okazała się niezwykle wystawnym przyjęciem, którego przepych odbił się szerokim echem wśród współczesnych i wywołal w przyszłości niespodziewane reperkusje.

Romantyczny zamek, Warwick Castle, gdzie Daisy Warwick urządziła swój slynny Ball Poudré w 1895 r.

Czterysta wybranych osób otrzymało eleganckie zaproszenia. Wśród nich znaleźli się książę i księżna von Pless oraz dziewietnastoletnia siostra księżnej, Konstancja [Shelagh] Cornwallis-West. Warunkiem uczestnictwa było przyjście w kostiumie z epoki francuskiego króla Ludwika XV lub XVI z obowiązkową peruką, albo wypudrowanymi na biało włosami.

Zamek Warwick został bajecznie przekształcony na idealną sceną dla zaplanowanego widowiska. Służba ubrana była wedle mody poprzedniego stulecia, a w dekoracji wnętrz wyeksponowano przedmioty pochodzące z tamtych czasów. Kolorystycznie dobrane kwiaty zdobiły każde pomieszczenie. Nie zapomniano nawet o odpowiednim oświetleniu, które osiągnięto za pomocą  2 000 świec woskowych i przykryciu elektrycznych żarówek przypominającymi świeczki abażurami. Muzykę zapewniła słynna wtedy orkiestra, White Viennese Band. Na uczestników czekała wystawna kolacja, na której – w środku zimy – nie zabrakło nawet świeżych truskawek!

 Goście w kostumach z czasów Ludwika XV i XVI w Komnacie Cedrowej zamku Warwick. Ilustracja opublikowana w czasopiśmie Graphic w lutym 1895 r., ze zbiorów autorki

Po przekroczeniu holu i tzw. „czerwonego salonu“, goście witani byli przez gospodynię na progu wspaniaej „komnaty cedrowej“, którą przeznaczono na tańce. W atmosferze swojego pomysłu, Daisy Warwick przyjęła rolę królowej Marii Antoniny. Hrabia Warwick wystąpił jako feldmarszałek armii Ludwika XVI-go.

Piękno i bogactwo jej stroju – arcydzieła ówczesnego paryskiego mistrza  haute couture, Wortha – zapierało dech. Miała na sobie aksamitną suknię z deseniem jasnych róż, obsypanych złotym brokatem, stanik której, obrębiony muślinem ze złotymi koronkami, wysadzany był diamentami. Długi, niebieski, aksamitny tren wyszywany złotymi liliami heraldycznymi spływał z tyłu spod kołnierza pokrytego w całości diamentami. Wypudrowane włosy ozdabiały różowe i białe strusie pióra spięte diamentową egretą.

Hrabina Warwick jako królowa Maria Antonina. Foto: Warwick Castle

Wieczór zaczęto kadrylem, który hrabina Warwick poprowadziła w parze z Austriacko-Węgierskim Ambasadorem, księciem Deym. Portugalski Minister, Monsieur de Soveral tańczył z księżną Sutherland, przebraną za królową Marię Leszczyńską, żonę Ludwika XV-go. Księżna von Pless pląsała z hrabią Warwick, a jej mąż z lady Feodorowną Stuart, personifikującą Madame Pompadour. Brat gospodarza, Hon. Sydney Greville, jako członek Gwardii Szwajcarskiej, był partnerem panny Shelagh Cornwallis-West – „wysokiej, smukłej dziewczyny o wielkich ciemnych oczach, wyglądającej ślicznie w otalkowanej koafiurze, ubranej w suknię z białej satyny, skopiowanej z obrazu Roslina, przedstawiającego dziewicę dekorującą posąg Miłości.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

 

Obraz Aleksandra Roslina (1718 – 1793), przestawiający Dziewicę dekorującą posąg Miłości (po lewej), której strój skopiowany został w kostiumie Shelagh Cornwallis-West. Foto Shelagh: Warwick Castle

Jej starsza siostra Daisy wybrała bardziej ryzykowną rolę i przyszła przebrana za słynną w 18. wieku aktorkę, Adrianę Lecouvreur, która, jak mówi legenda, została zamordowana przez swoją rywalkę księżnę de Bouillon. W niektórych relacjach prasowych, jej kostium zinterpretowano jednak jako przedstawienie księżnej Poligniac, bliskiej przyjaciółki Marii Antoniny.

Ubrana była w „wyborną białą suknię satynową, której dolna spódnica ozdobiona została szerokim haftem ze złotymi, turkusowymi i brylantowymi ornamentami; odwrócona na przodzie górna spódnica ukazywała jasno-niebieskie podbicie, również obficie haftowane, tak jak i biały satynowy stanik; prześliczne rękawy w kształcie muszli były w delikatnej niebieskiej tonacji; wyśmienita diamentowa i turkusowa biżuteria dopełniała całości, a upięte wysoko opudrowane włosy ozdabiały strusie pióro i wyrafinowane klejnoty.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Księżna Daisy von Pless przebrana za słynną w 18. wieku aktorkę, Adrianę Lecouvreur. Foto: Warwick Castle

Hans Pless przebrał się za Viscomte de Bragalonne, postać z epopeji Aleksandra Dumasa o muszkieterach, wkładając bardzo wiarygodny zielony mundur z czerwoną kamizelką, pokryty z przodu obramowanymi złotem białymi wypustkami, obcisłe bryczesy, białe jedwabne pończochy i buty z klamrami. Na głowie miał przymusową białą peruczkę.

Książę Jan Henryk XV von Pless jako muszkieter Viscomte de Bragalonne. Foto: Warwick Castle

Bal trwał do ranka następnego dnia. „Dobrze już świtało, gdy ucichł odgłos kół ostatniej karocy“ – skomentował finał reporter magazynu Queen.

Książę i księżna von Pless wrócili do Breggrove Hall w sąsiednim hrabstwie Leicestershire, który wynajęli na sezon zimowego polowania. W tej pięknej palladiańskiej rezydencji podejmowali liczne grono przyjaciół, dla których również urządzili wkrótce wspaniały bal.

Palladiański Breggrove Hall w Leicestershire, skąd Plessowie polowali zimą 1895 r.

Wydając te wystawne przyjęcia, angielska arystokracja uciszała swoje sumienie, jak i publiczne zarzuty o ekstrawagancję, przekonaniem spełniania ważnej funkcji społecznej – zapewniania zarobku tysiącom ludzi niższych klas, włączonych w ich organizację. Konserwatywna prasa wręcz do tego zachęcała. Tygodnik The Court Circular wyraził nadzieję, że fancy dress  bal hrabiny Warwick zacznie całą serię podobnych wydarzeń w londyńskim sezonie 1895 r. Wyśmiał przy tym ostatnie zapędy purystów, z panią Ormiston Chant na czele, którzy po połowicznym sukcesie w walce z „nieprzyzwoitymi“ teatrami rewiowymi, przystąpili do ataku na bale kostiumowe, które uznali za „wygodne zasłony rozpusty.“

Daisy Warwick, przeto, była wielce zaskoczona nieprzychylnymi reportażami w radykalnej prasie, a zwłaszcza komentarzem edytora lewicowego The Clarion, pana Roberta Blatchforda, który uznał jej kosztowny bal gloryfikujący „dekadencką“ epokę za niedopuszczalny „kiedy wychudzony i obdarty rzemieśnik pełza zawstydzony pod murami zamku, błagając – jak o jałmużnę – by pozwolonu mu popracować!, [podczas gdy] tysiące funtów wydanych zostało na kilkugodzinną, dziecinną maskaradę, [na której] mężczyźni i kobiety paradowali przed obustronnie zawistnymi oczyma, idiotycznie rywalizując w nieokiełzanym trwonieniu pieniędzy.“ Na koniec jeszcze dodał: „Coż za wulgarne saturnalia kiczowatej dumy!“, by wreszcie stwierdzić: „ Żal mi bardzo biednej, choć bogatej hrabiny Warwick…“ (tłumaczenia © Barbara Borkowy)

Oskarżenia Blatchforda nie dawały hrabinie spokoju. Od paru przecież lat finansowała założoną przez siebie szkołę koronkarską dla biednych dziewczyn, którym z własnej kieszeni wypłacała co tydzień uposażenie. Czyżby Blantchford nie czytał jej artykułu opublikowanego w Pall Mall Gazette na dwa tygodnie przed balem, w którym ubolewała nad poszerzającą się przepaścią w dystribucji bogactwa kraju? Postanowiła go więc skonfrontować i niezapowiedziana zjawiła się w jego redakcji. Po paru godzinach dyskusji o socjaliźmie, Daisy Warwick wiedziała że jej „spojrzenie na życie nigdy nie będzie już takie same, jak przed tym spotkaniem.“ „Stałam się kimś, kto znalazł nowy realny świat…“ – stwierdziła. (tłumaczenia © Barbara Borkowy)

Radykalizacja jej poglądów była stopniowa, ale konsekwentna. W 1904 r. wstąpiła do Federacji Socjaldemokratycznej, a po 1.wojnie światowej do Partii Pracy.

Read Full Post »

Przed tegoroczną sześćdziesiątą rocznicą objęcia tronu przez królową Elżbietę II, Wielka Brytania tylko raz obchodziła podobne wydarzenie. Było to w lipcu 1897 r., kiedy królowa Wiktoria i 450 milionów podwładnych w Imperium Brytyjskim święciło jej Diamentowy Jubileusz.

Daisy miała wtedy 24 lat i od sześciu lat była ksieżną von Pless. Jej status społeczny, patriotyzm i miłość do swojego kraju wymagały akcji. Młodziutka arystokratka wpadła na pomysł uczczenia tej okazji gestem, który połączyłby w sobie jej dwie ojczyzny – przekazania angielsko-niemieckiej ofiary pieniężnej na cel bliski sercu monarchini, Jubileuszowy Fundusz Pielęgniarski.

Był to jej pierwszy, tak szeroko zakrojony, projekt i niedoświadczona Daisy nie rozumiała trudności, z którymi przyszło się jej borykać. Zamiar swój zrealizowała, aczkolwiek tylko połowicznie – królowa Wiktoria została uhonorowana, ale wybrana przez nią organizacja dobroczynna pieniędzy nie dostała.

 Portret księżnej Daisy von Pless opublikowany w Country Life z okazji jej pobytu w Londynie w czerwcu 1897 r.

Mimo tego, w uznaniu jej wysiłku, w sierpniu 1897 r. Daisy otrzymała list od nadwornego sekretarza:  „Droga Księżno von Pless – Jej Królewska Mość z wielką wdzięcznością przyjęła album z listą angielskich kobiet zamężnych z Niemcami, jak również [niemieckich] dżentelmenów, którzy włączyli się w akcję wręczenia Jej Królewskiej Mości prezentu upamiętającego Diamentowy Jubileusz. Królowa prosi teraz Księżną, by była tak uprzejmą i przekazała szczere podziękowania wszystkim, którzy wzięli udział w tym wspaniałomyślnym przedsięwzięciu. (…) Jej Królewska Mość wyraziła życzenie, bym zapewnił [Księżną] że ofiarowaną jej pamiątkę w postaci bransoletki z diamentów i szmaragdów będzie sobie zawsze cenić. Z glębokim poważaniem – Arthur Bigge.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

W pierwszym wydaniu swoich pamiętników Daisy napisała, że jej Jubileuszowy projekt był „wielkim sukcesem.“ Ale w kolejnej publikacji przyznała, że droga do celu nie była ani łatwa, ani pomyślna.

Zaczęla od ogłoszeń w prasie, które umieściła już w styczniu 1897 r. Angielski The Times anonsował: „ Księżna von Pless zaprasza angielskie żony Niemców (oraz niemieckich rezydentów w Wielkiej Brytanii) do składek na poczet Diamentowego Jubileuszu, by wedle życzenia Królowej przekazać donację na Fundusz Pielęgniarek, któremu ubodzy ludzie Londynu wiele zawdzięczają od czasu rozpoczęcia działalności dziesięć lat temu. Potencjalni ofiarodawcy proszeni są o przesyłanie czeków wraz z nazwiskami i adresami do banku Credit Lyonnais, 40 Lombard Street, Londyn E.C.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

W połowie lutego 1897 r. zanotowała: „Mam już 283 funty; oczekuję od 250 do 300 funtów z tutejszej prenumeraty; komitet londyński postara się zrobić wszystko, by pomóc mi w Anglii; będzie to albo wydarzenie na małą [niemiecką tylko] skalę, albo rozwinie się do potężnych rozmiarów. W samym tylko Londynie żyje czterdzieści tysięcy Niemców. Bardzo jestem tym podekscytowana.“

W maju 1897 r. księżna von Pless z przykrością zrewidowała stan rzeczy: „Ilość dotacji tutaj nie rośnie; czterysta kobiet, do których napisałam, w ogóle mi nie odpowiedziało; myślę, że powodem jest zła relacja – a nawet nienawiść (sądząc po artykułach w prasie) pomiędzy Niemcami a Anglią; kilka osób odpisało mi, że ich mężowie zabronili im przesłania jakichkolwiek datków. Bogaci Niemcy w Londynie wspierają Jubileuszowy Fundusz Księcia Walii, jak również zamierzają sami ofiarować coś królowej. Obawiam się, że nic nie dorzucą do mojej zbiórki, chociaż poprosiłam swój komitet wykonawczy, by opublikował mój [następny] list we wszystkich gazetach brytyjskich…“ Dziesięć dni później dodała: „Moja prenumerata w Londynie nie odnosi sukcesu; żaden Niemiec nie da grosza; jestem przekonana, że wrogi stosunek wobec Anglii, jaki panuje wśród ograniczonej, zazdrosnej średniej klasy Niemców tam żyjących, jest nawet silniejszy niż w Niemczech. Zrobiłam wszystko co w mojej mocy i pracowałam bez wytchnienia w obu krajach; nic więcej nie jestem w stanie uczynić.“ (tłumaczenia © Barbara Borkowy)

Zobaczyła jeszcze w tej sprawie pana Moultona i księcia von Hatzfeldt, ówczesnego niemieckiego ambasadora w Londynie. Zamiast przekazać zebraną sumę do Funduszu Pilęgniarek, postanowiono przeznaczyć ją na mały prezent dla królowej. Wiktoria, choć niechętnie, zgodziła się na to, ale potem oddała ofiarowaną jej bransoletkę córce Beatrice.

W przeciwieństwie do niezbyt udanej kwesty ksieżnej von Pless, jej obecność na jubileuszowych obchodach okazała się wielkim sukcesem. Przygotowała się dobrze: wynajęła centralnie położony dom na Hill Street, przywiozła ze sobą służbę i konie i postanowiła nie przejmować się wydatkami. „Jestem młoda i lubię się bawić“ – stwierdziła, „wykorzystam ten czas jak najlepiej“. Jak dziecko cieszyła się nadaniem Bawarskiego Orderu Św Teresy i faktem, że będzie go mogła nosić podczas nadchodzących uroczystości.

Zapraszana była wszędzie i przez wszystkich. Była tak zajęta, że przerwała zupełnie pisanie pamiętnika. Jej ostatni wpis w 1897 r., pod datą 9 czerwca, obwieszczał: „Jesteśmy tutaj [w Newlands] od trzech dni, rozkoszując się sielanką życia wiejskiego po dwutygodniowej gonitwie przez atrakcje Londynu. Wychodziłam z [siostrą] Shelagh każdego wieczora; wracamy dzisiaj [do Londynu] na operę z księciem Christianem [Schleswig-Holstein], który potem przychodzi na obiad; jutro idziemy do teatru.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Relacje ówczesnej prasy pomagają odtworzyć częściowo jej wypełniony po brzegi harmonogram.  19 czerwca, razem z mężem, poszła do Klubu Ranelagh w podlondyńskim Barnes, gdzie podejmowano wybitnych gości kolonialnych, włącznie z indyjskimi maharadżami. Oglądnęli tam mecz polo i inne kompetycje w jeździe na koniach, plotkując w przerwach z przyjaciólmi i znajomymi.

22 czerwiec był najważniejszym dniem jubileuszowych obchodów – dniem procesji do katedry Św Pawła na dziękczynną mszę za królową, która odbyła się na placu przed kościołem. Królowej towarzyszyło jedynastu premierów kolonii brytyjskich oraz liczni przedstawiciele innych państw. Droga powrotna wiodła ulicami Londynu do siedziby burmistrza City, Mansion House, potem mostem London Bridge do południowego Londynu, by wrócić mostem Wetminster Bridge, mijając budynki Parlamentu, do pałacu Buckingham. Wszędzie witaly ją tłumy ludzi. Do głębi ujęta Wiktoria zapisała w swoim dzienniku: „Jestem przekonana, że nikt nigdy nie spotkał się z taką owacją, jaką mi zgotowano na tych sześciu milach trasy. (…) Okrzyki były wręcz ogłuszające, a twarze każdego przepełnione szczerą radością. Bardzo byłam wzruszona i wdzięczna.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

 Królowa Wiktoria na Jubileuszowej mszy dziękczynnej na placu przed katedrą Św Pawła w Londynie, 22 czerwca 1897 r. Foto: Royal Collection Trust

Wieczorem 24 czerwca, książę i księżna von Pless zaproszeni zostali na przyjęcie do palacu Buckingham. 27 czerwca poszli na obiad do niemieckiej ambasady wydany na cześć księcia Henryka Pruskiego, który reprezentował cesarza na jubileuszowych uroczystościach. Honorowymi gośćmi na tym obiedzie byli również książę i księżna Saxe-Coburg Gotha. Następnego dnia wzięli udział w garden party w ogrodzie pałacu Buckingham, gdzie mieli okazję spotkania rzadko pojawiającej się publicznie Wiktorii.

W międzyczasie zajęci byli przygotowaniami do udziału w balu kostiumowym zorganizowanym przez księżną Devonshire w jej londyńskiej rezydencji przy Piccadilly. Życzeniem gospodyni było „zjawić się w alegorycznym lub historycznym stroju sprzed 1820 r.“ Goście zorganizowali się w tzw Dwory, Grupę Orientalną i Procesję Włoską, na czele których stanęly prominentne damy socjety. Szczęśliwi posiadacze zaproszenia (a wysłano ich 700) nie szczędząc kosztów, wykonali ogromny wysiłek by pokazać się w kostiumie albo historycznie poprawnym, albo olśniewającym bogactwem i fantazją. Księżna von Pless znalazła się w Grupie Orientalnej prowadzonej przez księżną Devonshire personifikującą królową Zenobię. Daisy, jako przepiękna królowa Saba, przyszła ze swoją własną świtą, której członkami była jej siostra Shelagh i brat George. Książę von Pless wystąpił w roli księcia Orłowa na Dworze carycy Katarzyny Wielkiej, którą odegrała lady Raincliffe. Ball zaczął się wieczorem 2 lipca, a skończył nad ranem następnego dnia.

Księżna Daisy von Pless jako królowa Saba na balu kostiumowym wydanym przez księżną Devonshire. Jej siostra Shelagh (po lewej) była damą w jej świcie. Fotografie Lafayette’a z kolekcji autorki

Po dniu odpoczynku, Daisy i Shelagh wybrały się w powozie majora W.H. Grenfella na spotkanie Klubu Powoźniczego na polu paradnym Gwardii Królewskiej. Dwa tygodnie później Hans Pless uczestniczył, jako zawodnik, w podobnym spotkaniu czterokonnych zaprzęgów. Prowadzony przez niego powóz, w którym towarzyszyli mu Michał, Wielki Książę Rosji i księżna Torby, był jednym z pięciu, który z sukcesem zakończył trasę z parku St James w Londynie do Pałacu Kryształowego w Sydenham.

Rankiem 8 lipca książęca para von Plessów znalazła się ponownie w Klubie Ranelagh, by wziąć udział w rozrywkach na cześć kolonialnych oddziałów wojskowych. Wieczorem poszli na bal do pałacu Buckingham. Pałac ten ponownie odwiedzili 15 lipca, tym razem z okazji wydanego przez królową koncertu muzycznego. Orkiestrą i chórem drygował słynny Sir Walter Parratt.

Następnego dnia, w piątek, zaproszeni przez markiza i markizę Londonderry, przyszli najpierw na kolację, a potem na olbrzymi bal na 1 000 osób, uświetniony obecnością księcia i księżnej Walii. Już w sobotę, zaledwie po paru godzinach snu, księżna Daisy zjawiła sie na weekend w rezydencji lorda i lady Gerard, Eastwell Park w Kencie. Przybył tam również książę Walii.

Nawet w czasie późniejszego odpoczynku u rodziców w Newlands, Daisy nie odmówiła kolejnego zaproszenia i, 7 sierpnia, popłynęla na wyspę Isle of Wight na obiad z królową Wiktorią w jej pałacu w Osborne.

Kolejne tygodnie sierpnia Plessowie spędzili w Dublinie jako goście lorda i lady Cadogan. Lord Cadogan był wówczas przedstawicielem królewskim w Irlandii (Lord Lieutenant). Zatrzymali się w ich oficjalnej rezydencji, Viceregal Lodge, Phoenix Park.

Garden Party w ogrodzie Viceregal Lodge w Dublinie, wydana z okazji wizyty księcia i ksieżnej Yorku w Irlandii. Rysunek opublikowany w Illustrated London News w sierpniu 1897 r.

Ich pobyt zbiegł się z królewską wizytą księcia i księżnej Yorku (przyszłego króla Georga V i królowej Marii) w Irlandii. Chcąc nie chcąc, Daisy i Hans wpadli ponownie w wir ceremonii, przyjęć, bali i obiadów, stając się widoczną bardzo częścią dworskiego entourage‘u. Było to przyczyną rozkosznego incydentu, któremu nie oparły się relacje dziennikarzy. Jednym z głównych punktów królewskiej wizyty była inwestytura księcia Yorku na Rycerza Orderu Św Patryka. Księżna Daisy i lady Cadogan towarzyszyły wtedy księżnej Yorku. Daisy ubrana była na biało z niebieskimi akcentami kołnierza i wstążek upinających ramiączka. Na głowie miała biały kapelusz z piórami. Wyglądała prześlicznie. Gdy trzy damy wchodziły na uroczystość do sali Św Patryka, jeden z gapiów skomentował: „Zawsze twierdziłem, że księżna Pless jest najpiękniejszym członkiem rodziny królewskiej…“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Po dwóch dniach wyścigów konnych na torze Leopardstown i pożegnalnej garden party w ogrodach Viceregal Lodge, książę i księżna Yorku udali się do Irlandii Północnej.

Zmęczeni Plessowie mogli nareszcie pomyśleć o powrocie do Książa.

Read Full Post »

Polscy internauci i fani księżnej Daisy natknęli się niedawno na nieznane im do tej pory zdjęcie. Niniejszy blog przedstawia jego historię.

W południe 5 stycznia 1907 r. kawalkada pięciu aut zajechała przed rezydencję Rangemore Hall w hrabstwie Staffordshire. Prowadził ją gospodarz domu, lord Burton; w pozostałych samochodach siedzieli wykwintni goście, którzy  przyjechali w odwiedziny z oddalonego o czterdzieści mil Chatsworth – rezydencji księcia Devonshire. Z trzeciego auta wysiadł król Edward VII i towarzyszące mu damy: pani Keppel i księżna Daisy von Pless.

 Rangemore Hall koło Burton-upon-Trent, który król Edward VII odwiedził dwukrotnie: w 1902 i 1907 r.

Miejsce było dobrze znane królowi. Odwiedził je poprzednio w lutym 1902 r. Była to wtedy wizyta oficjalnie zapowiedziana i trwająca parę dni. Gospodarze mieli czas, żeby się do niej przygotować i spełnić wszelkie oczekiwania swojego monarchy, włącznie z wyposażeniem w nowym wschodnim skrzydle domu dyskretnego mieszkania dla jego ówczesnej kochanki, pani Lilly Langtry.

Rangemore Hall był siedzibą rodu Bassów, właścicieli browaru Bass w Burton-upon-Trent, założonego przez ich przodka w 1777 r. Produkowane przez nich piwo, zwłaszcza gatunek Pale Ale, było znane i dostępne na terenie całego Imperium Brytyjskiego. Eksportowano je również do Europy.

 Browar Bass w Burton-upon-Trent produkował piwo od 1777 r.

Znak firmowy browaru, łatwo rzucający się w oczy Czerwony Trójkąt, zarejstrowany został już w 1876 r. i piwo Bass stało się pierwszą zastrzeżoną marką w Wielkiej Brytanii. O jego wielkiej popularności niech świadczy fakt, że w latach 1880-tych było sprzedawane nawet w paryskich klubach, co Edouard Manet uwiecznił na obrazie „Bar w Folies Bergére“ (1882).

 „Bar w Folies Bergére“ (1882) Edouarda Maneta. Piwo Bass, ze znakiem czerwonego trójkąta, widoczne jest wśród butelek szampana

Program oficjalnej wizyty Edwarda VII w Burton w 1902 r. objął inspekcję słynnego browaru, gdzie król uroczyście odkręcił kurek z gorącą wodą i zapoczątkował proces fermentacji nowego mocnego piwa. Po paru latach dojrzewania, jego pierwsza, limitowana edycja, wypuszczona została na rynek w 1905 r., a następna, już znacznie większa, w 1911 r. Nazwane „King’s Ale“, piwo to sprzedawane było w eleganckich, wytłoczonych i zakorkowanych butelkach ze specjalną etykietą. Egzemplarze, które przetrwały do naszych czasów osiągają na aukcjach cenę nawet 80 funtów!

Butelka i etykieta piwa King’s Ale

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ponowna wizyta króla w Ragemore Hall w styczniu 1907 r. miała czysto prywatny character. Wpadł po prostu ze swoimi przyjaciółmi, z którymi świętował Nowy Rok w Chatsworth, na lunch do znajomego – Michaela Arthura Bassa, 1. barona Burton (1837 – 1909), piwowara, ale także zasłużonego polityka, członka Izby Lordów i wielkiego filantropa.

Goście przeszli do jadalni natychmiast po przyjeździe. W czasie posiłku serwowano im w tradycyjnych srebrnych kuflach King’s Ale – pamiętne piwo z 1902 r. Jak donosił później The Burton Observer, Edward VII był nim wielce usatysfakcjonowany!

Po lunchu wszyscy przenieśli się do ogrodu, gdzie czekał na nich lokalny fotograf, Ernest Abraham, by uwiecznić okazję zbiorowym portretem.

Następnego dnia witryna jego studia na Station Street w Burton-upon-Trent oblepiona była zdjęciami, które wtedy wykonał, a których przykład reprodukowany jest poniżej. Przedstawieni są na nim od lewej do prawej, w tylnym rzędzie: Ambassador Austriacko-Węgierski i lady Alice Stanley; w drugim rzędzie : Hon. Col. Legge, Markiz  Soveral, księżna Devonshire, Hamar Alfred Bass, lord Elcho, panna Jane Thornewill, królowa Alexandra, lord Burton (Michael Arthur Bass), lady Mar & Kellie i książę Henry von Pless oraz w rzędzie frontowym: lady Noreen Bass, panna Muriel Wilson, lady Desborough, lady de Grey, król Edward VII, lady Burton (Harriett Bass), księżna Daisy von Pless, pani Alice Fredrica Keppel i panna Bunny Thornewill. Thornewillowie byli członkami rodziny żony lorda Burtona.

 Portret zbiorowy gospodarzy i gości na lunchu w Ragemore Hall w styczniu 1907 r. Księżna Daisy von Pless siedzi trzecia z prawej w rzędzie frontowym. Foto Ernesta Abrahama, National Brewery Centre, Burton-upon-Trent

 Jak było wtedy w zwyczaju, na zakończenie wizyty król Edward VII i królowa Alexandra posadzili na pamiątkę drzewka w ogrodzie, po czym – o godzinie 15.40 – goście wyruszyli w drogę powrotną. Do Chatsworth dotarli parę minut po 17.00.

Wielka szkoda, że księżna Daisy nie przekazała nam swoich wrażeń z lunchu w Ragnemore Hall, a zwłaszcza opinii jej męża o King’s Ale. Czy je lubił?

Będąc sam właścicielem browaru w Tychach, niewątpliwie był zainteresowany jego historią i smakiem, który musiał różnić się bardzo od piwa tyskiego. Piwo tyskie bowiem było gatunkiem pilsnera, a jego sposób warzenia był diametralnie inny. W przeciwieństwie do piwa angielskiego, osiągane było ono metodą tak zwanej dolnej fermentacji odbywającej się w niskiej temperaturze od 7 do 12 stopni Celsjusza i zamiast wrzącej wody używano do niej lodu.

Dla piwoszy czytających ten blog, pozwolę więc sobie przytoczyć opinię jednego ze szczęśliwców, który miał niedawno okazję spróbować King’s Ale:

„ Kolor przy wlewaniu ciemnobrązowy z rubinowym odcieniem pod światłem. Kombinacja gorzkich owoców, melasy i karamelu z zastanawiająco korzennym, jak medykament, rumem. Delikatnie tytoniowy smak z nutą ciemnej czekolady, ale również interesująco chropowaty, przypominający do pewnego stopnia pieczone kasztany. Pikantność zmniejszająca się w miarę rozgrzania i zasadniczo malejąca. Przyjemny posmak w ustach, mocny ale nie mdlący.“

Read Full Post »

Ten blog nie będzie o zębach Jana Henryka XV, księcia von Pless, aczkolwiek przedstawiony poniżej materiał rzeczywiście pochodzi z książki napisanej przez jego dentystę, dr Arthura N. Davisa – amerykańskiego lekarza stomatologa, który miał w przedwojennym Berlinie bardzo dobrze prosperującą praktykę. Zatytuowana „The Kaiser I Knew: My Fourteen Years with the Kaiser“ („Kajser którego znałem: Moje 14 lat z Kajserem“), książka ukazała się w Londynie w 1918r.

Dr. Arthur N. Davis prowadził praktykę dentystyczną w Berlnie. Foto: Library of Congress, Washington

Pacjentami doktora był Wilhelm II, jego rodzina, wielu wybitnych dostojników państwowych, niemieccy arystokraci i, od 1909 r., księżna Daisy.  Wkrótce po jej wizycie, do gabinetu przyszedł również jej mąż: „wysoki, jasnowłosy, barczysty mężczyzna, w wieku około czterdziestu ośmiu lat, o wyglądzie bardziej Anglika niż Niemca, ze zwisającymi nieco wąsami, wyraźnie różniącymi się od wąsów innych niemieckich arystokratów, którzy – małpując cesarza – zakręcali w górę ich końce.“

„Książę wyglądał w każdym calu na sportowca, w czym dodatkowo różnił się bardzo od typowego niemieckiego szlachcica, [chociaż] już na stałe kulał po tym jak koń zrzucił go podczas polowania“ – opowiada Davis, dodając… „w swoim zachowaniu i rozmowach, był on najbardziej demokratycznym Niemcem, jakiego kiedykolwiek znałem. W latach jakie nastąpiły [po tej pierwszej wizycie], kiedy przychodził regularnie na leczenie, nigdy nie krępowałem się w przekazywaniu swoich poglądów, ani w odpowiedziach na kwestie poruszane przez księcia, który – ze swojej strony – nigdy nie miał mi tego za złe.“

Elegancka poczekalnia w gabinecie dr. Davisa.

Jako Amerykanin, Arthur Davis nie musiał opuścić Niemiec po wybuchu wojny. Kontynuował swoją działalność i … słuchał. Wilhelm II wciąż leczył u niego zęby, kończąc każdą wizytę konwersacją o polityce, a trwać to mogło od trzydziestu minut do nawet półtora godziny! Podobny zwyczaj miał Hans Pless.

Dr Davis szybko się zorientował, że książę Jan Henry XV był dokładnym echem cesarza, a ton jego uwag zdradzał – do czasu – ochocze nastroje głównej kwatery.

Cesarz Wilhelm II i książę Jan Henryk von Pless byli pacjentami dr. Davisa

Już pierwsze „wojenne“ wyznanie księcia, kiedy w pełni umundurowany zjawił się w gabinecie 5 sierpnia 1914 r., zwiastowało jego nieuleczalny optymizm i brak jakiejkolwiek trzeźwości politycznej: „ Wojna światowa się zaczęła! (…) Jeszcze dzisiaj dowie się Pan, że przystępuje do niej Anglia (…), co nam odpowiada [bo] chcemy i musimy wiedzieć jakie jest jej stanowisko.“

Na pytanie, czy nie obawia się brytyjskiej blokady, odpowiedział: „Nie będzie to takie łatwe. Wśród tylu cieślin i wysp, nasze łodzie zawsze się przesmykną. Poza tym, działania zakończą się zanim Anglia zrobi coś na ten temat, a nasze wielkie zapasy wszystkiego wystarczą nam na długo. (…) Zapewniam Pana, że koniec wojny nastąpi przed Bożym Narodzeniem.“

Zagadnięty o poparcie narodu, wykrzyknął: „Co do joty! Nawet socjaliści się przyłączyli. (…) Żeby dać Panu przykład, to właśnie przed chwilą, gdy wchodziłem to tego budynku, żona portiera poprosiła mnie bym zaciągnął do wojska jej nieletniego syna, i to zrobiłem – na progu Pańskiego domu! Czyż nie jest to godne podziwu, jak chętnie niemieckie matki gotowe są poświęcić swoich synów?“

Tuż przed Bożym Narodzeniem 1914 r., dr Davis przypomniał księciu jego obietnicę pokoju, a on go zapewnił:  „Nie to Boże Narodzenie, ale następne napewno.“

Spytany o to samo rok później, odpowiedział ze śmiechem: „Nie wiem, czy to piekło kiedykolwiek się skończy!“ Po pewnym czasie jednak, na wizycie 2 lutego 1917 r., perorował ze starym entuzjazmem: „Zaczęliśmy nasz totalny atak podwodny i w ciągu trzech miesięcy Anglia padnie na kolana. (…) Zmiażdżymy ją i zmusimy do przekazania nam jej statków. Ameryka nie będzie taka głupia, żeby (…) wejść w wojnę w obronie Francji i Rosji, [wiedząc] że posiadając naszą i angielską flotę możemy [łatwo] zaatakować Nowy Jork!“

Po tym jak pierwsza pokojowa nota została odrzucona przez aliantów, książę Pless oświadczył: „Wiedzieliśmy, że ją odrzucą. Chcieliśmy, żeby ją odrzucili (…). I tak osiągnęliśmy co zamierzaliśmy, bo teraz Anglia i Francja muszą się tłumaczyć swoim obywatelom, dlaczego nie podjęte zostały negocjacje gdy Niemcy je zaproponowały. (…) Być może podzieli to siły alianckie“ – dodał. „Poza tym Rosja, gdzie wkrótce wybuchnie rewolucja, odpadnie z działań, a my będziemy w stanie przerzucić wszystkie siły na front zachodni i zgnieść wroga doszczętnie.“

Kiedy 6 kwietnia 1917 r. Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Niemcom, Jan Henryk przyznał się do pomyłki w swoich wcześniejszych prognozach, ale natychmiast przedstawił nowy scenariusz: „Ameryka nie będzie walczyła (…) w Europie, może ewentualnie w Japonii (…). Nie ma przecież [na tyle] łodzi do transportu żołnierzy, a statków nie zbuduje się w ciągu jednej nocy.“

W rozmowie z dr. Davisem, cesarz William II miał za złe Stanom Zjednoczonym, że dają aliantom amunicję i pożyczają im pieniądze, twierdząc, że Niemcy nic podobnego nie oferowały swoim sprzymierzeńcom. Ksiąciu Pless jednak wypsknęło się coś wręcz odwrotnego: „Oczywiście, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat dostarczyliśmy więcej broni walczącym [po naszej stronie] krajom niż cały arsenał naszych wrogów.“

Arthur Davis zamknął praktykę w Berlinie i wrócił do ojczyzny 22 stycznia 1918 r., przerywając tym samym kontakt ze swoimi pacjentami i tracąc możliwość wysłuchania ich sądów na temat zbliżającej się klęski Niemiec.

Niewątpliwie na decyzję repatriacji miał wpływ wrogi stosunek Niemców wobec obywateli krajów alianckich, w tym także wobec księżnej Daisy von Pless, co dr Davis również opisał w swojej książce:

„O księżnej mówiło się, że jest szpiegiem i że została aresztowana. Na poparcie tego faktu wskazywano na jej nieobecność w pałacach Plessów. Prawdą natomiast jest, że pracowała wtedy w szpitalach jako siostra Czerwonego Krzyża. (…) Później puszczono plotkę, że sam książę złapał ją z sekretnymi documentami i zamordował własnymi rękami!!“ (tłumaczenia © Barbara Borkowy)

Siostra Czerwonego Krzyża, księżna Daisy von Pless, wśród rannych żołnierzy niemieckich

Ze wspomnień księżnej i ich późniejszych opracowań, wiemy o wiele więcej o jej prześladowaniach. Ale wdzięczni możemy być dr Davisowi za przekazanie nam swojego wrażenia na temat Hansa, które powiewa ciepłem i szczerą sympatią. Pomimo zadufania i oracji na granicy fanfaronady, Jan Henryk XV zdobył sobie u niego szacunek za umiejętność przyznawanie się do błędnych kalkulacji oraz respekt za patriotyzm daleki od fanatyzmu. „Zawsze lubiłem Anglię…“ – powtarzał.

Na początku wojny nie tylko książę żywił połowiczną nadzieję na szybki koniec konfliktu. W Wielkiej Brytanii również powszechne było przekonanie, że wojna zakończy się po paru miesiącach i tylko generał Kitchener przepowiadał co najmniej trzyletnią walkę.

Jak sama księżna posumowała kiedyś swojego męża: „On nie jest wcale głupi, choć myśli że jest mądrzejszy od innych, lecz w konwersacji ma [niestety] tendencję wychodzenia z nowymi i absolutnie niepojętymi ideami.“

Read Full Post »

Francis Octavius i jego bliźniak Riversdale (Rivy) Nonus przyszli na świat w 1880 r., dołączając do trzynastu pozostałych dzieci Pascoe du Pre Grenfella. Grenfellowie byli starą rodziną osiadłą w hrabstwie Buckinghamshire. Jej członkowie znani byli jako magnaci hutnictwa miedzi, bankierzy w londyńskim City i wybitni wojskowi, zasłużeni w obronie brytyjskiego imperium. Dziadek Francisa był admirałem marynarki brazylijskiej, a jego wuj feldmarszałkiem armii angielskiej, który walczył w Afryce Południowej i Egipcie.

Zgodnie z tradycją, chłopcy zostali wysłani do prestiżowej szkoły w Eton, po ukończeniu której ich kariery się rozeszły: Francis wybrał wojsko, a Riversdale bank. Do końca życia łączyła ich jednak wspólna pasja – gra w polo. Obydwoje byli w niej świetni i przez to często zapraszani do udziału w lokalnych i międzynarodowych rozgrywkach. Nic więc dziwnego, że niejednokrotnie gościli u księżnej (Shelagh) i księcia (Bendor) Westminster w Eaton Hall, gdzie w sierpniu każdego roku odbywał się słynny „Polo Week“.

Francis i Riversdale Grenfell byli świetnymi graczami w polo.

Shelagh, czyli Konstancja Westminster, była siostrą księźnej Daisy von Pless. Jej mąż, Hugh, nosił przezwisko Bendor. Daisy znała również wujostwo Francisa i Riviego, Williama Grenfella, barona Desborough i jego żonę Etty. Tak jak Plessowie, bywali oni zapraszani na po-Boże Narodzeniowe uroczystosci (tzw Twelfth Night) do Chatsworth, posiadłości księstwa Devonshire. Ich własną rezydencję, Taplow Court, Daisy odwiedziła w czerwcu 1906 r. „Śliczne i spokojne miejsce, pełne pięknych kwiatów; obydwoje gospadarze czarujący“ zapisała w swoim pamiętniku.

Francis wstąpił do wojska w 1900 r. W 1901 r. walczył w wojnie burskiej, po czym został wysłany do Indii. W 1905 r. spełniło się jego marzenie: z piechoty został przeniesiony do kawalerii – renomowanego 9. pułku ułanów (9th Lancers). By zapewnić sobie kolejny awans, musiał wykazać się dobrą znajomością niemieckiego. W celu podszkolenia języka, wyjechał w czerwcu 1911 r. do Berlina. Zatrzymał się u emerytowanego niemieckiego oficera o nazwisku Hamann, który był przyjacielem Austena Chamberlaina i chrześniakiem profesora Max-Mullera, ożenionego z kuzynką Grenfellów.

W swoim pierwszym liście do brata Riviego, Francis opisuje nowe życie w Niemczech, które zaczęło się od wizyty u księstwa von Pless w Książu:

„Spadłem szczęśliwie na cztery łapy, lepiej niż jakikolwiek kot: zostałem zaproszony do Plessów, co jest wielką z ich strony uprzejmością! Księżna Daisy wyjechała właśnie do Londynu, gdzie zatrzyma się w Sunderland House, dokąd musisz pójść z wizytą. Przejęta jest bardzo międzynarodową polityką, stosunkami angielsko-niemieckimi, itp i zamierza gościć Barona Marschalla, któremu chce pomóc. Jest ona tu [w Niemczech] naszą Panią Astor i rozśmiesza mnie do łez, kiedy stara się rozruszać [ponurych] Niemców. Spędziłem kilka dni w Książu – imponującym zamczysku, który wprawdzie posiada niewiele cennych skarbów, ale za to jest olbrzymi i pięknie położony. Plessowie są bardzo bogaci i wszystko tu musi być w wielkim stylu – karoce z forysiami i eskortą, itp. Mają pięćdziesiąt powozów konnych, sześćdziesiąt koni jeździeckich, czterdzieści klaczy, trzy ogiery, mnóstwo roczniaków w Książu i drugą stadninę w Pszczynie.

Niestety, nie widziałem za wiele księżnej Daisy, bo była zajęta swoimi niemieckimi gośćmi, wśród nich Gubernatorem Śląska, o którym mówi się, że zostanie kanclerzem. Rozmawiał ze mną po francusku, ale ani jego francuski, ani jego wygląd nie zrobiły na mnie wrażenia.

Później wszyscy wróciliśmy do Berlina, do hotelu Esplanade, gdzie aż spuchnąłem z dumy bycia członkiem świty Plessów. Spotkałem dwóch lub trzech księci, ministra spraw zagranicznych z rządu Bethmann-Hollwega i wiele innych osobistości.

Książę von Pless [Hans], który uchodzi tutaj za kogoś w rodzaju naszego księcia Devonshire, wprowadził mnie do swojego klubu [o nazwie Union] – najlepszego w Berlinie. Jest prawie identyczny jak [klub londyński] Turf, z wyjątkiem tego, że każdy z tobą rozmawia i że wszyscy jedzą obiad przy wspólnym stole, prowadząc otwartą konwersację po niemiecku. Dzisiaj siedziałem obok księcia von Bulow, generała dowodzącego Gwardią Kirasjerów. Poprosił, żebym przyszedł zobaczyć jego brygadę kawalerzystów, obiecując mi wszystko pokazać. „Jaka szkoda, że nie spotkałem Pana wczoraj, kiedy odbyła się inspekcja mojej brygady, bo zobaczyłby Pan świetne widowisko“ – powiedział. Obsługa, jedzenie i regulamin są [w tym klubie] takie same jak w Turf, za wyjątkiem tego że wszystkie angielskie gazety są wyłoźone na stole, chociaż poza mną nie było tam żadnego Anglika.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Hans niewątpliwie byłby dumny z powyższego opisu swojego klubu. Był bowiem jednym z jego założycieli, wraz z księciem Ujest i młodymi Hohenlohami. Union, wzorowany na najlepszych klubach gentlemeńskich Londynu, miał być konkurencją Casino – jedynego wówczas klubu w Berlinie, zbyt elitarnego i skostniałego w swoich przepisach. Na jego otwarcie przybył sam cesarz Wilhelm II, a książę von Pless został jednogłośnie wybrany prezydentem.

Porównanie Hansa do angielskiego księcia Devonshire dowodzi raczej jego wysokiej i silnej pozycji towarzyskiej w socjecie niemieckiej, niż jego miejsca w polityce kraju, w której nie brał czynnego udziału.


Nancy Astor i księżna Daisy von Pless, portrety J.S. Sargenta

Znacznie ciekawsze jest zestawienie księżnej Daisy von Pless z angielską Panią Astor. Nancy Astor (1879 – 1964) była arystokratką pochodzenia amerykańskiego, która w konsekwencji długoletniego zaangażowania politycznego, została w 1919 r. wybrana do parlamentu, stając się pierwszą w historii kobietą zasiadającą w izbie gmin. Wedug słów samej Daisy, była „bystra, dowcipna, z umysłem cynicznym, a duszą sentymentalną.“ Walczyła o prawa kobiet i dzieci, popierając gorąco reformy socjalne Lloyd Georga. Choć były to również problemy bliskie sercu Daisy, jej arena działalności politycznej była inna. „Przejęta jest bardzo międzynarodową polityką [i] stosunkami angielsko-niemieckimi“ pisał Francis Grenfell. I chyba właśnie to zaangażowanie i pasja, nasuneły mu porównanie Daisy z Nancy.

Wzmianka, że księżna von Pless „ zamierza gościć Barona Marschalla [von Biebersteina], któremu chce pomóc“ dowodzi, że już w czerwcu 1911 r. musiała wiedzieć o jego nominacji na niemieckiego ambasadora w Londynie. Stanowisko to objął w maju 1912 r., ale zmarł po paru miesiącach. Jego następcą został książę Lichnowsky, z którym Daisy miała równie przyjazne stosunki, jak z jej ukochanym księciem Wolff-Metternichem. Czy udałoby się jej obłaskawić zatrwardziałego anglofoba Marschalla?

Pierwszy Victoria Cross 1. Wojny Światowej zdobyty przez kapitana Francisa Grenfella 24 sierpnia 1914 r. Obraz Richarda Caton Woodvilla ze zbiorów National Army Museum w Londynie.

Wracając do Francisa Grenfella, jego młode życie zakończyło się śmiercią na froncie angielsko-niemieckim w maju 1915 r. Wkrótce po wybuchu I wojny światowej, kapitan Francis Grenfell wykazał się olbrzymią odwagą w bitwie pod Mons, gdzie stanąl na czele ataku na piechotę niemiecką. Pomimo odniesionych ran, jeszcze tego samego dnia wyprowadził z pola walki zagrożone przejęciem przez wroga angielskie armaty. Odznaczony został za to krzyżem Victoria Cross (VC).

Francis Grenfell i Bendor, 2. Książę Westminster, przyjaciele i żołnierze 9. pułku Lansjerów

Nie dokonałby jednak tego, gdyby nie interwencja jego znajomego z gry w polo i współbratanka 9. pułku Lansjerów, Bendora księcia Westminsteru, który uratował go od kolejnych ran i niewątpliwej śmierci między jedną akcja a drugą.

Po śmierci Francisa, The Times opublikował jego testament, w którym złożył on Bendorowi specjalne podziękowanie słowami: „nigdy żaden człowiek nie miał szlachetniejszego przyjaciela…“

Read Full Post »

Dla badaczy przeszłości, epok wiktoriańskiej i edwardiańskiej, ówczesny zwyczaj prowadzenia pamiętników jest wręcz darem niebios. Bez dzienników tamtych ludzi nasza wiedza o czasach, w których żyli byłaby ograniczona, niekompletna i pozbawiona detali. I choć czytając je pamiętać musimy, że nie do końca są obiektywnym źródłem informacji, oddać im należy pokłon za kolor i tonację w jakiej spoglądamy na te lata.

Nasza wiedza o księżnej Daisy von Pless pochodzi głównie z jej pamiętników, ale byli też inni, którzy nie zapomnieli o niej w swoich zapiskach. Ich wspomnienia niejednokrotnie rzucają nowe światło na jej życie i charakter, zmuszając nas do zrewidowania przyjętej opinii. Przykładem niech będzie książka opublikowana w 1922 r. przez jej rówieśniczkę, lady Susan Townley.

Lady Susan Townley (1868 – 1953) spotkała i zaprzyjaźniła się z księżną Daisy von Pless w Berlinie. Rysunek ołówkiem wykonany przez księżną Rutland

Lady Susan była córką Williama Keppel, 7. hrabiego Albemarle. W 1896 r. wyszła za mąż za Sir Waltera Beaupré Townley’a, dyplomatę, którego długa kariera zaczęła się w 1886 r. Lady Townley przebywała razem z mężem na placówkach w Lizbonie, Berlinie, Rzymie, Pekinie, Konstantynoplu, Waszyngtonie, Buneos Aries, Bukareszcie i Teheranie.  Sir Walter Beaupré Townley zmuszony został przejść na emeryturę w 1918 r. z powodu apolitycznej niedyskrecji żony, która w nieodpowiednim  czasie znalazła się w niewłaściwym miejscu – w Holandii w czasie abdykacji cesarza Wilhelma II. Ale zanim to nastąpiło, spędziła interesujący czas w Niemczech od 1899 do 1900 r., gdzie spotkała i zaprzyjaźniła się z księżną Daisy. Oto jak ją wspomina:

Sir Walter Beaupré Townley (1863 – 1945) dyplomata brytyjski i mąż lady Susan. Portret P. de László. Foto: Government Art Collection

„W czasie naszego pobytu w Berlinie najbardziej popularną postacią stolicznej society była angielska żona księcia [Jana] Henryka von Pless, magnata niemieckiego, właściciela ogromnych posiadłości w południowych Niemczech. Była młoda, bardzo czarująca, nadzwyczaj piękna, szczera i bezpośrednia do stopnia alarmującego ludzi przyzwyczajonych od kołyski, jak Niemcy, do surowej ceremonii i porządku.

Żaden opis Berlina z początku 20. wieku nie byłby jednak pełny bez wzmianki o niej. Była dzieckiem Natury, które nie zważało na ustalone zwyczaje, otwarcie zaprzeczało konwencjom i łamało towarzyskie reguły, płatając figle z dziecięcą, ale fantastycznie pociągającą, nieposłusznością.

Oczywiście, będąc obie młodymi Angielkami spotykałyśmy się często. Kiedy poszłam zobaczyć ją po narodzinach jej najstarszego syna [Hansela w 1900 r.], byłam tak zachwycona jej  cudowną urodą gdy leżała oparta na poduszkach, że powiedziałam jej, że wygląda bosko. „Bosko!“ wykrzyknęła, przeglądając się w lusterku. „Nonsens! Zaczekaj tylko chwilę!“ A potem zawołała „Anna“ do swojej pokojówki, „przynieś mi moje włosy.“ Pokojówka przyniosla pudło pełne loków, w których księżna zaczęła przebierać. „Wystarczy“ powiedziała, odprawiając dziewczynę z na pól pustym pudłem. „A teraz zobacz różnicę“ i wciąż rozmawiając przypieła triumfalnie loki, dodając też za ucho ogromną różową satynową kokardę. I rzeczywiście wyglądała prześlicznie, jak duża jasnowłosa lalka. W tamtych czasach, kiedy w modzie były wolumniaste fryzury, prawie każda kobieta dodawała sobie loków (i wciąż dodaje), ale ze wszystkich moich znajomych tylko księżna tak otwarcie się do tego przyznawała.

Zanim prywatne występy teatralne stały się normą, księżna zaskoczyła statecznych Berlińczyków rozrywkami teatralnymi, jakie organizowała ku pomocy interesujących ją instytucji dobroczynnych. Niewątpliwie sprzyjającym był tu fakt, że jej szwagier był zarządcą Narodowego Teatru.

Pewnego razu odpowiedzialna była za manekinowe przedstawienie, uwięczone ogromnym sukcesem, tzw „Puppenfee“, wystawione w domu jej teścia, w którym cała młoda śmietanka Berlina pojawiła się w charakterze mechanicznych kukieł. Pamiętam, że byłam motylem i wykonałam zdumiewający taniec na czubkach palców, z rozpostartymi ramionami, ubrana w cudowny kostium, który wybrałam sobie z garderoby cesarskiej opery. Nasze przedstawienie było wielkim wydarzeniem towarzyskim sezonu, a organizacje charytatywne księżnej Daisy bardzo się na nim wzbogaciły.

Jej zachowanie w roli hostessy rezydencji jej meźa w południowych Niemczech było nawet bardziej niekonwencjonalne niż w Berlinie. Jej mąż był dumnym arystokratą, przywiązanym do rodzinnych tradycji i chciał mieć wszystko na najwyższym poziomie, czego jego żona nie podzielała. Jednego dnia, wciąż w swoim pokoju na górze, usłyszała przybycie gościa. Przekroczywszy na palcach galerię, spoglądnęła sponad balustrady na przedsionek i zobaczyła tam czekającego mężczyznę. Od razu wpadł jej do głowy psikus. Pobiegła więc z powrotem do sypialni, by za chwilę wrócić z dzbanem wody, który na niego wylała. Nie była przy tym zupełnie skonsternowana, gdy wściekły, z pianą na ustach, mężczyzna spojrzał w kierunku skąd zleciał na niego prysznic i okazał się być, zamiast swawolnym młodym oficerem, ziemiańskim sąsiadem o wielkim znaczeniu i arystokratycznym pochodzeniu, którego mało znała, a który przebył ponad dwadzieścia mil by złożyć jej grzecznościową wizytę!

Jej bezceremonialne postępowanie z adoratorami jest nie do opisania, aczkolwiek biedni cierpiętnicy byli zazwyczaj tak beznadziejnie w niej zakochani, że wydawali się nie żywić do niej urazy za szyderstwa, którymi ich obdarzała. Pewnego letniego wieczoru, kiedy wszyscy byliśmy na trawniku, powiedziała melancholijnie, „Jakże bardzo bym chciała mieć kasztana z tego drzewa! Oh, żeby ktoś mógł mi go zerwać!“

Natychmiast jeden z młodzieńców poderwał się, by spełnić jej kaprys. I choć nieodpowiednio ubrany, wdrapał się na drzewo. Ona zaś, przez chwilę bawiła się tym, wykrzykując mu kierunek, prowadząc go wciąż wyżej i wyżej, z jednej gałęzi na drugą, ryzykując jego upadek, aż znudzona żartem, ze śmiechem zawołala go na dół.

Stanął przed nią potargany i zbity z tropu. A ona odwróciła się do służącego i, wskazując na swoją ofiarę, powiedziała w złym niemieckim (nigdy nie nauczyła się języka zaadoptowanego kraju): „Proszę wziąć tego gentlemana do stajni, bo jest osłem. Proszę go dobrze nakarmić, pamiętając że on tylko je osty.“

Przy innej okazji byliśmy w jej pszczyńskiej rezydencji, gdzie oczekiwano wpół-oficjalnej wizyty Gubernatora Śląska i jego małżonki. Nasz gospodarz był bardzo przejęty, że powinno się ich przyjąć z odpowiednią ceremonią i zarządał by żona powitała ich na progu domu.

Ona jednak, jak tylko wyjechał na stację wielką karocą zaprzężoną w cztery konie, z forysiami i eskortą, oświadczyła że zamierza pobrodzić sobie w jeziorze. Nakazała służbie, by gości po ich przyjeździe tam doprowadzić, gdzie również będzie podany poczęstunek. Nic nie było w stanie zmienić jej decyzji i choć staraliśmy się odwrócić ją od tego zamiaru, zaciągnęła nas nad wodę, by tam spędzić gorące popołudnie.

Siedzenie nad brzegiem jeziora było bardzo przyjemne, więc tam zostaliśmy nawet gdy karoca wróciła już z gośćmi do pustego domu. Z oddali zobaczyliśmy ich idących po trawniku w naszą stronę – pochmurnego, poniżonego męża i dwie wściekłe niemieckie osobistości, głęboko urażone złym potraktowaniem. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy tej damy. Lecz nikt nie mógł być długo zły na Daisy; bo, pomimo jej nieodpowiedzialności, była osobą serdeczną i uprzejmą.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Księżna Daisy von Pless w Viceregal Lodge w Dublinie podczas wizyty księstwa York w Irlandii w sierpniu 1897 r. Foto Lafayette’a z kolekcji autorki

Proszę nie oburzać się na Daisy za jej młodociane psikusy, brak subordynacji wobec męża i „okrucieństwo“ dla adoratorów. Każdy aspekt jej zachowania ma wytłumaczenie.

Niewybredne żarty, tzw „practical jokes“, były normą i barometrem poczucia humoru w środowisku angielskiej arystokracji. Jej własna matka wrzuciła kostki lodu za  koszulę księcia Walli [przyszlego króla Edwarda VII]! A księżna Warwick wspomina, że nawet stateczny Hans Pless nie uwierzył w trzęsienie ziemi, które nawiedziło jej posiadłość, będąc przekonanym że to lord Herbert Vane-Tempest siedzi pod i rusza łóżkiem w jego sypialni.

O tym, że księżna przeciwna była przesadnej pompie i sztywnemu niemieckiemu protokołowi wiemy z jej własnych zwierzeń. Upartemu i konserwatywnemu Hansowi musiała się sprzeciwiać, żeby podkreślić swój punkt widzenia oraz wprowadzić zmiany w nużącej i, w porównaniu do brytyjskiej, skostniałej etykiecie.

Miała również dosyć tuzinkowych adoratorów, których komplementy – jak pisała – „powielane tymi samymi słowami tracą swój czar“ nudząc, a nawet, ją złoszcząc.

Wspomnienia lady Susan Townley dorzucają jednak parę nowych faktów. Interesująca jest wzmianka o fryzurach Daisy, jak również opis manekinowego  przedstawienia w domu Vatera. Ciekawe są przytoczone dialogi i sytuacyjne obserwacje.

Powyższy tekst jest pierwszym cytatem z ówczesnej literatury pamiętnikarskiej, który tutaj przedstawiam. Kolejne pojawią się wkrótce.

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »