Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Hansel’

Księżna Konstacja (Shelagh) Westminster spełniła swój najważniejszy obowiązek małżeński, wydając na świat syna i dziedzica rodu 13 listopada 1904 r. Hugh (Bendor), 2. książę Westminsteru był przeszczęśliwy. Dziecko, któremu natychmiast nadano tytuł hrabiego Grosvenor, urodziło się zdrowe i ważyło aż 11 funtów (5.5 kilogramów)!

Syn i dziedzic tytułu księcia Westminsteru urodził sie 13 listopada 1904 r. Foto Speaighta opublikowane w The Ladies‘ Field w grudniu 1904 r.

Miesiąc pózniej odbyły się jego chrzciny w kaplicy królewskiego pałacu Św. Jakuba w Londynie. Król Edward VII zgodził sie chętnie na rolę ojca chrzestnego, pomimo nawału zajeć związanych z wizytą króla i królowej Portugalii.

Strona tytułowa gazety Daily Mirror z fotograficznym reportażem nt chrztu małego hrabiego Grosvenor

W dniu ceremonii, 12 grudnia 1904 r. (proszę zauważyć, że księżna von Pless podała mylnie datę 17 grudnia 1904 r. w swoim pamiętniku!), ołtarz i nawę kaplicy zdobiły białe chryzantemy i lilie, umieszczone pomiędzy zielonymi palmami. Stojąca u stóp ołtarza chrzcielnica, udekorowana kremowymi konwaliami, wyglądała jak sadzawka w bajce. Zgromadzeni goście z podnieceniem oczekiwali rozpoczęcia uroczystości.

Pierwsza weszła księżna Konstancja Westminster, prowadząc za rączkę malutką córeczkę Urszulę. Wyglądała ślicznie w heliotropowej sukni z jedwabiu.

Podążali za nią członkowie chóru: dziewięciu chłopców w czerwonych albach ze złotymi koronkami i dziewięciu mężczyzn w białych komżach z czerwonymi kapturami. Potem szła ubrana na czarno niania, niosąc w ramionach dziecko w białej szacie, przykryte starymi brukselskimi koronkami prababci – tymi samymi, które jego ciocia i matka miały w swoich ślubnych welonach. W ślad za nią kroczyli chrzestni: księżna Katarzyna Westminster, druga żona dziadka Bendora i jego ojczym, George Wyndham. Dodatkową matką chrzestną była babcia Shelagh, lady Oliwia FitzPatrick.

Punktualnie o godzinie pierwszej, pojawił się w drzwiach główny ojciec chrzestny, król Edward VII, eskortowany przez księcia Westminsteru.

Po odśpiewaniu hymnu „Come, Gracious Spirit, Heavenly Dove“, rodzice chrzestni złożyli przysięgę, a niania – odsłoniwszy główkę dziecka – przekazała je matce chrzestnej, księżnej Katarzynie Westminster, która z koleji oddała je prowadzącemu ceremonię pastorowi, Edgardowi Sheppard. Ten ochrzcił je, nadając mu imiona Edward George Hugh.

Wszyscy obecni zauważyli, że dumny ojciec nie mógł oderwać oczu od swojego potomka. Ceremonię zakończono hymnem „May the Grace of Christ Our Saviour“, po czym król złożył na metryce chrztu swój podpis: „Edward R.[ex] & I.[mperator]“ i pogratulował rodzicom za „perfect little service“.

Choć perfekcyjne pod każdym względem, nabożeństwo rzeczywiście nie było liczne. Tak naprawdę, było mniejsze niż książę i księżna Westminsteru zaplanowali. Zaprosili tylko najbliższych przyjaciół i rodzinę, ale Shelagh nie zobaczyła w kaplicy wielu członków swojego klanu. Jej siostry Daisy też tam nie było…

Ilustracja z Illustrated London News przedstawiająca chrzest syna księżnej i księcia Westminsteru w królewskiej kaplicy pałacu Św. Jakuba.

Jeszcze niedawno, bo na przełomie sierpnia i września, obie ciężarne siostry spędziły miły czas z mężami w Szkocji. W połowie września Daisy wyjechała z Hansem do Niemiec. Zabrali ze sobą rodziców, Patsy i Poppeta. Shelagh została sama.

„Całą jesień i zimę mieliśmy w Książu gości“ – zapisała potem w pamiętniku ksieżna von Pless. „W październiku przyjechał lord Lonsdale, Sir Neil Menzies, generał Laurence „Bully“ Oliphant, lord i lady Mar & Kellie, Maudie Warrender z siostrą i cała masa innych! Wyjeżdżaliśmy za dnia na wycieczki samochodowe, a wieczorem graliśmy w pokera lub brydża. Potem zaczęły się polowania.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy) Na jednym z nich honorowym gościem był austriacki arcyksiążę Franciszek Ferdynand z żoną, księżną Hohenberg. Według późniejszych wyjaśnień, właśnie to polowanie nie pozwoliło Daisy zjawić się na chrzcinach swojego siostrzeńca.

Wróciła do Londynu 21 grudnia, dziewięć dni po ceremonii, po czym razem z Hansem i Hanselem zjechali do Eaton Hall, rezydencji Westminsterów w Cheshire, na rodzinne Święta Bożego Narodzenia. W styczniu, oczekując rozwiązania, przeniosła się do wynajętego domu w Londynie na Burton Street. Hansel został u cioci Shelagh. Kolejny synek Daisy przyszedł na świat 1 lutego 1905 r.

28 lutego, kaplica królewska w pałacu Św. Jakuba ponownie otworzyła swoje podwoje na ceremonię chrzcin. Teraz głównymi chrzestnymi byli królowa Alexandra i książę Wallii (późniejszy król George V). Pozostałymi – niemiecki królewicz Wilhelm (reprezentowany pod nieobecność przez Hansa), brat George, babcia Oliwia FitzPatrick i matka, Patsy Cornwallis-West.

Królowa Alexandra i król Edward VII, chrzestni synów Daisy i Shelagh. Foto Lafayette’a z kolekcji autorki

Księżna Daisy włączyła się czynnie do obrzędu i, odebrawszy niemowlaka z rąk nianii, sama wręczyła go matce chrzestnej. Odśpiewano identyczne hymny jak na chrzcinach małego Grosvenora i ten sam pastor, Edgar Sheppard, dokonał aktu chrztu nadając dziecku imiona: Alexander Friedrich Wilhelm Georg Conrad Ernst Maximilian.

W przeciwieństwie do intymnej uroczystości Westminsterów, tym razem mała kaplica wypełniona była po brzegi rodziną, osobistościami ze świata dyplomatycznego i przyjaciółmi z angielskiej arystokracji. Nie było tylko siostry Shelagh…

W liście do żony z 29 lutego 1905 r., brat George tak opisuje to wydarzenie: „Chrzciny poszły bardzo dobrze. Zjawiłem się tam o 3.45 (wszystko zaczynało się o 4.00) i wskazywałem ludziom miejsca do siedzenia. Dyplomaci byli bardzo en evidence: Soveral, Metternich, Mensdorff, itd. Królowa była matką chrzestną, a książę Walii ojcem chrzestnym. Nie mogę przeboleć, że nie było Shelagh. Wyobrażasz to sobie? Ani razu nie przyszła zobaczyć Daisy, swojej jedynej siostry, od czasu połogu. Tłumaczy się, że zajęta jest polowaniami!!! Jest to niesłychane; biedna Daisy jest strasznie tym zranionana; i nic dziwnego, po tym co dla niej zrobiła przed jej małżeństwem…“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Ewidentnie, mała Shelagh zemściła się z odrobiną premedytacji. Czy Daisy zrozumiała?  Przecież to ona wcześniej uraziła siostrę, zostawiwszy ją samą w połogu, bez czułych wizyt od siebie i troski od matki, którą egoistycznie zabrała do Niemiec. Co więcej, nie przyjechała na ważne chrzciny jej syna i dziedzica rodu, bo miała polowania w swojej posiadłości! Czy nie mogła tego inaczej zorganizować?

Chłodniejsze niż zazwyczaj stosunki między siostrami trwały parę miesięcy. Pogodziły się w październiku 1905 r., kiedy Shelagh przyjechała z wizytą do Książa.

Zawsze przecież lubiła to miejsce.

Reklamy

Read Full Post »

Wystawa “Daisy von Pless: Szczęśliwe Lata“, prezentująca całą serię portretów księżnej wykonanych w 1901 r. przez Jamesa Laffayette’a, pokazuje przy okazji jak wyglądała wizyta w ówczesnym studiu fotograficznym. Bardzo rzadko, zwłaszcza w wypadku kobiet, kończyła się na jednej pozie. Zarówno klientka, jak i fotograf próbowali wielu ujęć, często eksperymentując z rekwizytami, tłem i oświetleniem. Ze względu na zmianę strojów i przeciągający się czas posiedzenia, panie miały do dyspozycji przebieralnię i elegancki salon do odpoczynku.

Końcowy wynik był ważny dla obu stron. Klienci otrzymywali odbitki portretów, które z dumą wysyłali znajomym i rodzinie, a fotograf zatrzymywał negatywy z prawem póżniejszego rozpowszechniania. Im wyższy był status społeczny i sława portretowanej osoby, tym lukratywniejsze były dochody ze sprzedaży ich zdjęć.  Jak jej matka Patsy – „profesjonalna piękność“ epoki wiktoriańskiej – tak, pokolenie później, Daisy była łakomym kąskiem dla kamery.

Wymiana dedykowanych zdjeć pomiędzy przyjaciółmi była wtedy na porządku dziennym, tak samo jak ich dystrybucja jako tokenów podziękowania i pamięci. Oprawiony w srebrną ramę portret stanowił zupełnie przyzwoity prezent.

Kolejne sesje w atelier fotograficznym były więc niezbędne. Często łączono je z ważnymi życiowo wydarzeniami.

Sezon 1909 r. był dla Plessów wypełniony po brzegi. Daisy radośnie uczestniczyła we wszystkich atrakcjach, bo jak zanotowała: „ Nie pamiętam kiedy w swoim życiu czułam się tak świetnie, jak ostatniego miesiąca; (…) mogę robić ze swoim ciałem co chcę, bo nareszcie jest ono w harmonii z moim umysłem, co nie zdarzało się ostatnimi czasy.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Zaproszeni przez króla na wyścigi w Ascot, byli jego gośćmi na zamku w Windsorze. Potem nastąpił kilkudniowy pobyt w Londynie z balami, przyjęciami i obiadami. Na regaty w Cowes wynajęli elegancką willę, Lisburne House, usytuowaną tylko 300 yardów od Królewskiego Klubu Jachtowego, miejsca codziennych spotkań elity towarzyskiej. Daisy była często widziana na jego deptaku, wzbudzając zachwyt swoim wyglądem w kostiumie z kremowej serży i kapelusiku udekorowanym różowym tiulem.

W tym roku synkowie spędziły stosunkowo dużo czasu z rodzicami. Odwiedzili ich w Windsorze, gdzie w towarzystwie opiekunki i guwernanta, oprowadzeni zostali po zamku. Przebywali również z nimi w Londynie i Cowes, skąd potem Hansel z ojcem wyjechali do Badminton, rezydencji księcia Beaufort w hrabstwie Gloucestershire. Najważniejszym jednak epizodem ich wakacji była Children’s Party, wydana przez króla Edwarda VII i królową Aleksandrę w pałacu Buckingham popołudniem 12 lipca 1909 r.

Oprócz dostojnych dorosłych, spotkali na niej swoich rówieśników z wielu królewskich rodzin Europy i szacownych rodów Wielkiej Brytanii, w tym dzieci księcia i ksieżnej Walii, księżnej Sparty, królewny szwedzkiej, księcia Fryderyka Karola Hesskiego i księcia Aleksandra Teck.

Jest wielce prawdopodobne, że dumna mama Daisy chcąc upamietnić tą okazję wybrała się z odstrojonymi pociechami do renomowanego studia fotograficznego Rity Martin.

Księżna Daisy von Pless z synami, Hanselem (po prawej) i Lexelem, sfotografowani przez Ritę Martin, prawdopodobnie w lipcu 1909 r. Foto po lewej z kolekcji autorki

 

 

Jak narazie znane mi są z tej sesji dwa ujęcia. Jedno, opatrzone opisem i podpisane nazwiskiem autorki, opublikowane zostało w berlińskim czasopiśmie 20 lipca 1910 r. Drugie, o ile dobrze pamiętam, zachowało się w zamku pszczyńskim oraz w spuściźnie po Hanselu. Użyte jako ilustracja w jego biografii napisanej przez Michaela Luke, datowane jest na 1910 r. Z niewiadomych  mi powodów, błędnie uważane jest w Polsce, za portret wykonany we Wrocławiu.

Kolejny portret Daisy z posiedzenia u Rity Martin. Tym razem w wieczorowej sukni, ozdobionej w pasie słynnymi perłami plesskimi. Foto z kolekcji autorki

Innym, datowanym również na 1910 r., portretem księżnej wykonanym przez Ritę Martin jest jej, mylnie do tej pory uznawane za ślubne, zdjęcie które przedstawiłam Państwu w swoim poprzednim wpisie na blogu („Nieporozumienie ślubnej fotografii Daisy“). Jego „stojącą wersję“ oglądnąć można poprzez kliknięcie na ten link: http://news.google.com/newspapers?nid=1368&dat=19270703&id=NV9QAAAAIBAJ&sjid=LA8EAAAAIBAJ&pg=6343,534037 i przejście na drugą stronę pokazanego artykułu.

Daisy ubrana jest na nich w typowo wieczorową suknię, w którą musiała się przebrać w studyjnej garderobie. Jej pas przewiązany jest długim sznurem słynnych plesskich pereł. Perły te widoczne są na kolejnym portrecie zrobionym przez Ritę Martin, tym razem bardziej intymnym, którym księżna zilustrowała pierwsze wydanie swojej książki „Daisy of Pless by Herself“. Kredyt pod reprodukcją potwierdza autorstwo Rity.

Ikoniczny już dzisiaj wizerunek księżnej von Pless spowitej w plesskie perły. Foto Rity Martin zreprodukowane w pierszym wydaniu pamiętników Daisy.

Omówione powyżej ujęcia pochodzić muszą z tej samej sesji zdjęciowej. Trudno bowiem wyobrazić sobie, żeby ksieżna von Pless wyjmowała z sejfu drogocenny sznur pereł za każdą swoją wizytą w studiu fotograficznym.

Moim zdaniem dyskusyjna jest data ich powstania. Rok publikacji, 1910, może być mylący. Osobiście, z moich długoletnich badań nad Lafayettem, znam mnóstwo przypadków, kiedy sprzedawał on prasie fotografie sprzed pięciu, dziesięciu, czy nawet dzwudziestu lat!

W 1910 r. Daisy przyjechała do Anglii w szóstym miesiącu ciąży z trzecim synem Bolkiem na chrzciny córeczki Shelagh, Marii Konstancji, które odbyły się w Londynie 25 lipca. Towarzyszył jej tylko malutki Lexel. Resztę czasu spędziła spokojnie w Newlands, do momementu wyjazdu z matką na rozwiązanie w Niemczech. Jestem więc prawie pewna, że jej wizyta u Rity Martin miała miejsce rok wcześniej.

Osobą, która kryła się pod pseudonimem „Rita Martin“ była Margaret Weir Martin (1875 – 1958). Jej starsza siostra Charlotte Elizabeth Martin (1869 – 1919), znana jako Lallie Charles, otworzyła swoje pierwsze londyńskie studio fotograficzne w  1896 r. Zatrudniła do pomocy Ritę i ich młodszą siostrę Isabel. W 1908 r. przeniosła  atelier do bardziej prestiżowej lokacji na Curzon Street, Mayfair. Siostry rozstały się w 1906 r., kiedy Rita wykupiła studio fotograficzne H.J. Godbolda, mieszczące się pod numerem 74 na Baker Street. Obie osiągnęły wielki sukces komercjalny.

Inspiracją w karierze była dla Lallie nieco starsza Alice Hughes, która specjalizowała się w portretach kobiet, matek z dziećmi i dzieci z wyższych sfer. Jej styl jednak uprościła, pozbywając się wielu „wiktoriańskich“ elementów w scenografii ujęć.  Siostra Rita poszła w tym kierunku jeszcze dalej, fotografując swoich klientów na zupełnie neutralnym tle i tylko z pojedynczym rekwizytem jak ławeczka, postument, kanapka, krzesło lub taboret. Ta elegancka prostota była tak znamienną cechą stylu Rity Martin, że do dzisiaj służy identyfikacji jej zdjęć. Pomocne są przy niej także powtarzające sie w jej fotografiach sprzęty, jak półkolista ławka widoczna na tzw „wrocławskim“ portrecie ksieżnej Daisy z synami. Poniżej reprodukuję, wykonany przez nią, portret Evelyn Millard, w którym również ją wykorzystała.

 Portret aktorki Evelyn Millard, w którym Rita Martin wykorzystała ten sam rekwizyt półkolistej ławki, jaki widoczny jest na zdjęciu księżnej z Hanselem i Lexelem.

Read Full Post »

Dwie matki i bliskie przyjaciółki były bardzo szczęśliwe, kiedy ich dzieci przypadły sobie do gustu podczas pobytu księżnej Daisy von Pless i jej syna Alexandra (Lexela) w Rumunii w 1929 r. Zaproszeni zostali tam przez królową Marię na 20. urodziny jej córki Ileany.

Ileana, nazywana przez matkę „dziecięciem o niebieskich oczach“, była najmłodszą i ulubioną córką królowej rumuńskiej, Marii Koburg; jasnowłosy i błękitnooki Lexel był najukochańszym i faworyzowanym synem księżnej Daisy.

Królowa Maria Koburg z córeczką Ileaną i księżna Daisy von Pless z synkiem Lexelem. Foto Daisy autorstwa Rity Martin z kolekcji autorki

 

 

 

 

 

 

 

Radość tej czwórki nie trwała jednak długo. Zakochana Ileana, bardzo niedyplomatycznie, wyznała publicznie swoją miłość do Lexela, niepotrzebnie przyciągając tak wcześnie uwagę do ich związku. Według planu, młoda para chciała zaskoczyć wszystkich 1 lutego 1930 r., w dniu 25. urodzin Alexandra, oświadczeniem o zaręczynach i o prawie natychmiastowym ślubie, mającym nastąpić 19 lutego 1930 r.

Zainteresowanie nowym wybrankiem serca księżniczki było ogromne. Ileana była w swoim kraju bardzo popularna i wszyscy współczuli tej młodej dziewczynie, kiedy poprzednie negocjacje małżeńskie – z księciem Walii, królewiczem Włoch czy z następcą tronu Hiszpanii – spaliły na panewce. Lexel, oficjalnie Alexander hrabia von Hochberg, baron zu Furstenstein nie był nawet dziedzicem książęczego tytułu i majątku swojego ojca. Rumuni woleli, żeby ich księżniczka, tak jak jej starsze siostry – monarchinie Grecji i Jugosławii, weszła do którejś z europejskich rodzin królewskich.

Księżniczka Ileana na wakacjach w Szkocji. Foto z kolekcji autorki

Nikt jednak nie mógł zabronić dorosłej już Ileanie jej wyboru. Według prawa rumuńskiego, aprobata rządu wymagana była tylko w wypadku związku małżeńskiego króla lub jego następcy. 28 stycznia 1930 r. ogłoszono więc oficjalnie jej zaręczyny z hrabią von Hochberg, wyznaczając datę weselnej ceremonii na 27 kwietnia 1930 r.

Premier Julian Maniu i jego koalicyjny rząd zajęci byli wówczas znacznie ważniejszymi problemami kraju. Sytuacja ekonomiczna, w obliczu światowego kryzysu, nie była najlepsza. Rosło też niezadowolenie z regentów siedmioletniego króla Michała (bratanka Ileany) i niektórzy politycy, razem z Maniu, włączyli się w sekretne negocjacje z zdetronizowanym królem Karolem II, mieszkającym od 1926 r. w Paryżu. Ale ukazujące się w prasie zagranicznej plotki o niechlubnym incydencie z przeszłości narzeczonego księżniczki musiały zwrócić jego uwagę.

Plotki te, przywołujące proces sądowy, w którym młodociany Lexel oskarżony został o uczestniczenie w nielegalnych praktykach homoseksualnych, opublikował jako pierwszy berliński dziennik komunistyczny, Rota Fane. 18 lutego 1930 r. przedrukowały je, w jeszcze bardziej sensacyjnej formie, gazety w Budapeszcie i Wiedniu. Wiedeński korespondent londyńskiego Daily Mail posunął się nawet do zatytuowania swojego tekstu „Przerwany Romans Królewski“, choć miał tylko kruche podstawy do przypuszczenia, że „do małżeństwa prawdopodobnie nie dojdzie.“

Julian Maniu (1873 – 1953), premier Rumunii od 1928 do 1933 r.

Premier Maniu zmuszony był zwołać następnego dnia konferencję prasową, na której podkreślił, że hrabia von Hochberg nigdy nie został skazany za postawione mu zarzuty i zapowiedział rządowe śledztwo oskarżeń, które dotarły do niego do Bukaresztu. Wyraził przy tym nadzieję, że w międzyczasie otrzyma także jakieś pozytywne wieści na temat Alexandra. Nie powiedział jednak nic o dostarczonych mu dokumentach, ani skąd nadeszły i kto mu je przedstawił. Z myślą o księżniczce, poprosił prasę o wstrzymanie się od komentarzy i domniemań mających pejoratywny wpływ na „szczęście osoby, która nie jest w stanie się bronić.“ Jedyną aluzją do ewentualnego zerwania zaręczyn lub opóźnienia ślubu była zapowiedź, źe zaplanowana wcześniej podróż królowej Marii i księżniczki Ileany do Egiptu przeciągnie się poza ustaloną datę wesela, czyli 27 kwietnia 1930 r…

Lexel po cichu, romantycznie pożegnany na dworcu przez Ileanę, wyjechał z Bukaresztu na południe Francji, a ona z matką podążyła do Konstancji nad Morzem Czarnym, gdzie 21 lutego, wsiadły na pokład statku Docha.

24 lutego 1930 r. prasa angielska wydrukowała wypowiedź hrabiego Alexandra von Hochberg udzieloną dziennikarzowi Daily Mail, w której stanowczo zaprzeczał pogłoskom o rozstaniu się z narzeczoną.  Stwierdził, że wkrótce wybiera sie za nią do Kairu, skąd wrócą razem do Londynu 25 marca, by później pojechać na ceremonię zaślubin do Bukaresztu, jak planowano. Wyraził przekonanie, że nieporozumienia wyniknęły z powodu różnicy wyznawanych przez nich religii, ale jest to ich osobisty problem, z którym sobie poradzą. Tak naprawdę to „mogą stać za tym polityczne intrygi“ – powiedział. Zapytany o wyrok sądowy w Niemczech, zignorował jego znaczenie faktem, że było to dawno temu, że nic mu nie zostało udowodnione i że to jego ojciec doprowadził do procesu, nie będąc w stanie tolerować szantażu drugiej strony.

Niebawem Lexel rzeczywiście zjawił się ze swoją przyjaciółką i krewną, Eną FitzPatrick, w Egipcie. Nie został jednak dopuszczony do Ileany.

Rząd rumuński zaczął z nim negocjować, posuwając się, podobno, do groźby odkrycia kolejnych rewelacji na temat jego życia osobistego w przypadku braku zgody na anulowanie relacji z księżniczką. Premier Maniu, sprowadzający do kraju zhańbionego skandalami seksualnymi ex-króla Karola II, nie potrzebował kolejnej wstydliwej afery. Brat Ileany, Karol II zniesławił się najpierw morganatycznym związkiem z córką rumuńskiego generała (potem unieważnionym), by następnie opuścić swoją legalną żonę, grecką księżniczkę Helenę, i zrezygnować z korony dla rudowłosej rozwódki, Magdy Lupescu.

Pierwsza poddała się Ileana i, 7 marca 1930 r., rząd rumuński mógł wydać komunikat: „ Księżniczka Ileana, w porozumieniu z królową Marią i Radą Regentów, zdecydowała nie kontemplować propozycji zamążpójścia za hrabiego von Hochberga.“

Dwa miesiące później podano do wiadomości publicznej, że również „hrabia Alexander von Hochberg zezwolił na ogłoszenie przerwania swoich zaręczyn z Jej Królewską Wysokością Ileaną Rumuńską.“ (tłumaczenia © Barbara Borkowy)

Do końca życia, Lexel był przekonany, że skandal rozbuchał brat Hansel, który według jego słów „prędzej by umarł, niż pozwolił mi zostać ‚Królewską Wysokością‘ i przez rodzinne koligacje mojej [przyszłej] żony być spokrewnionym ze wszystkimi królewskimi rodzinami Europy.“ Za osobę, która przywiozła inkryminujące go dokumenty do Bukaresztu uznał „[wątpliwej jakości] ‚gentelmana‘ z Berlina, pana van der Haagena. “ Czyżby mial na myśli van dem Hagena, ówczesnego marszałka zamku w Książu? (tłumaczenia © Barbara Borkowy)

Wydane parę lat temu dzienniki rumuńskiego dyplomaty Raoula Bossy (1895 – 1975), który w interesującym nas czasie był sekretarzem generalnym Rady Regencyjnej, rzucają więcej światła na przedstawione powyżej wydarzenia i wnoszą na forum nowe postacie. Pozwolę sobie zacytować w całości fragment związany z tematem:

„Słaba pozycja Regencji oraz niemoc rządu, połączone z brakiem przewodnictwa w rodzinie królewskiej spowodowały, że kraj ogarnęła fala niepewności. Rumunia była jak statek bez steru, rzucany wiatrem w te i we w te. Do tego poczucia wahania i chwiejności dołożyło się w niemałym stopniu nieodpowiedzialne wręcz pokierowanie zaręczynami księżniczki Ileany, najmłodszej córki królowej Marii, z młodym Niemcem, hrabią Aleksandrem von Hochberg, synem księcia von Pless, niesłychanie bogatego magnata śląskiego. Królowa Maria, przyjaciółka księżnej Daisy Pless, z domu Cornwallis-West, wyraziła zgodę na te zaręczyny; osobiście wierzę, że młoda księżniczka była szczerze zauroczona jasnowłosym i wysokim Hochbergiem. Niemniej jednak, zarówno matka, jak i rząd mieli obowiązek sprawdzenia tego młodego człowieka, zanim wydano oficjalne oświadczenie o zaręczynach, by odkryć to o czym całe Niemcy wiedziały: że był notoryczny w swojej deprawacji i zamieszany w skandale, które pociągnęły za sobą implikacje jurystyczne. Gdy te hiobowe wieści dotarły do królowej, postanowiła je zignorować. Jednakże gdy Mutius [Gerhard von Mutius, niemiecki emisariusz i pełnomocny minister w Bukareszcie of 1927 do 1931] złożył urzędową wizytę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, by zwrócić uwagę na reputację narzeczonego (rząd niemiecki czuł się moralnie zobowiązany do otwarcia oczu osobom zaangażowanym), [premier] Maniu nie miał innego wyjścia, jak tylko przekazać królowej Marii naglącą poradę rządu, żeby zakończyła proponowane małżeństwo. Nawet w tym momencie, sprawę przeprowadzono w niewybaczalny sposób. Zamiast po prostu zerwać zaręczyny, zaproszono do Bukaresztu starego księcia Pless (który, jako gentleman, od początku chciał zapobiec temu związkowi, usprawiedliwiając swoją opozycję faktem, że nie pochodzi z rodziny królewskiej) by wziął udział w dużym przyjęciu, o którym wtajemniczeni wiedzieli, że jest „celebracją zerwania“. Dopiero po wyjeździe niefortunnego ojca, ogłoszono w Monitorul Oficial, że za obopólną zgodą młodzi narzeczeni odwołują zaślubiny. Cóż za dziwny sposób załatwiania rzeczy!

Hochberg pogonił za Ileaną do Egiptu, gdzie król Fuad zagroził mu wydaleniem, więc musiał ten kraj szybko opuścić.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy; podkreślenia autorki)

Badaczom historii rodzin von Pless i Cornwallis-West muszę uzmysłowić, że te ambarasujące rewelacje miały miejsce, gdy światowa i brytyjska prasa rozpisywała się o kolejnym małżeństwie i miodowym miesiącu księcia Westminsteru, bylego męża Shelagh Cornwallis West, z Loelią Ponsoby. Jakże smutne i żenujące musiały być one dla obu sióstr, których portrety jeszcze do niedawna zdobiły strony tytułowe pism, wychwalających ich urodę, status i cnoty.

Read Full Post »

Dla badaczy przeszłości, epok wiktoriańskiej i edwardiańskiej, ówczesny zwyczaj prowadzenia pamiętników jest wręcz darem niebios. Bez dzienników tamtych ludzi nasza wiedza o czasach, w których żyli byłaby ograniczona, niekompletna i pozbawiona detali. I choć czytając je pamiętać musimy, że nie do końca są obiektywnym źródłem informacji, oddać im należy pokłon za kolor i tonację w jakiej spoglądamy na te lata.

Nasza wiedza o księżnej Daisy von Pless pochodzi głównie z jej pamiętników, ale byli też inni, którzy nie zapomnieli o niej w swoich zapiskach. Ich wspomnienia niejednokrotnie rzucają nowe światło na jej życie i charakter, zmuszając nas do zrewidowania przyjętej opinii. Przykładem niech będzie książka opublikowana w 1922 r. przez jej rówieśniczkę, lady Susan Townley.

Lady Susan Townley (1868 – 1953) spotkała i zaprzyjaźniła się z księżną Daisy von Pless w Berlinie. Rysunek ołówkiem wykonany przez księżną Rutland

Lady Susan była córką Williama Keppel, 7. hrabiego Albemarle. W 1896 r. wyszła za mąż za Sir Waltera Beaupré Townley’a, dyplomatę, którego długa kariera zaczęła się w 1886 r. Lady Townley przebywała razem z mężem na placówkach w Lizbonie, Berlinie, Rzymie, Pekinie, Konstantynoplu, Waszyngtonie, Buneos Aries, Bukareszcie i Teheranie.  Sir Walter Beaupré Townley zmuszony został przejść na emeryturę w 1918 r. z powodu apolitycznej niedyskrecji żony, która w nieodpowiednim  czasie znalazła się w niewłaściwym miejscu – w Holandii w czasie abdykacji cesarza Wilhelma II. Ale zanim to nastąpiło, spędziła interesujący czas w Niemczech od 1899 do 1900 r., gdzie spotkała i zaprzyjaźniła się z księżną Daisy. Oto jak ją wspomina:

Sir Walter Beaupré Townley (1863 – 1945) dyplomata brytyjski i mąż lady Susan. Portret P. de László. Foto: Government Art Collection

„W czasie naszego pobytu w Berlinie najbardziej popularną postacią stolicznej society była angielska żona księcia [Jana] Henryka von Pless, magnata niemieckiego, właściciela ogromnych posiadłości w południowych Niemczech. Była młoda, bardzo czarująca, nadzwyczaj piękna, szczera i bezpośrednia do stopnia alarmującego ludzi przyzwyczajonych od kołyski, jak Niemcy, do surowej ceremonii i porządku.

Żaden opis Berlina z początku 20. wieku nie byłby jednak pełny bez wzmianki o niej. Była dzieckiem Natury, które nie zważało na ustalone zwyczaje, otwarcie zaprzeczało konwencjom i łamało towarzyskie reguły, płatając figle z dziecięcą, ale fantastycznie pociągającą, nieposłusznością.

Oczywiście, będąc obie młodymi Angielkami spotykałyśmy się często. Kiedy poszłam zobaczyć ją po narodzinach jej najstarszego syna [Hansela w 1900 r.], byłam tak zachwycona jej  cudowną urodą gdy leżała oparta na poduszkach, że powiedziałam jej, że wygląda bosko. „Bosko!“ wykrzyknęła, przeglądając się w lusterku. „Nonsens! Zaczekaj tylko chwilę!“ A potem zawołała „Anna“ do swojej pokojówki, „przynieś mi moje włosy.“ Pokojówka przyniosla pudło pełne loków, w których księżna zaczęła przebierać. „Wystarczy“ powiedziała, odprawiając dziewczynę z na pól pustym pudłem. „A teraz zobacz różnicę“ i wciąż rozmawiając przypieła triumfalnie loki, dodając też za ucho ogromną różową satynową kokardę. I rzeczywiście wyglądała prześlicznie, jak duża jasnowłosa lalka. W tamtych czasach, kiedy w modzie były wolumniaste fryzury, prawie każda kobieta dodawała sobie loków (i wciąż dodaje), ale ze wszystkich moich znajomych tylko księżna tak otwarcie się do tego przyznawała.

Zanim prywatne występy teatralne stały się normą, księżna zaskoczyła statecznych Berlińczyków rozrywkami teatralnymi, jakie organizowała ku pomocy interesujących ją instytucji dobroczynnych. Niewątpliwie sprzyjającym był tu fakt, że jej szwagier był zarządcą Narodowego Teatru.

Pewnego razu odpowiedzialna była za manekinowe przedstawienie, uwięczone ogromnym sukcesem, tzw „Puppenfee“, wystawione w domu jej teścia, w którym cała młoda śmietanka Berlina pojawiła się w charakterze mechanicznych kukieł. Pamiętam, że byłam motylem i wykonałam zdumiewający taniec na czubkach palców, z rozpostartymi ramionami, ubrana w cudowny kostium, który wybrałam sobie z garderoby cesarskiej opery. Nasze przedstawienie było wielkim wydarzeniem towarzyskim sezonu, a organizacje charytatywne księżnej Daisy bardzo się na nim wzbogaciły.

Jej zachowanie w roli hostessy rezydencji jej meźa w południowych Niemczech było nawet bardziej niekonwencjonalne niż w Berlinie. Jej mąż był dumnym arystokratą, przywiązanym do rodzinnych tradycji i chciał mieć wszystko na najwyższym poziomie, czego jego żona nie podzielała. Jednego dnia, wciąż w swoim pokoju na górze, usłyszała przybycie gościa. Przekroczywszy na palcach galerię, spoglądnęła sponad balustrady na przedsionek i zobaczyła tam czekającego mężczyznę. Od razu wpadł jej do głowy psikus. Pobiegła więc z powrotem do sypialni, by za chwilę wrócić z dzbanem wody, który na niego wylała. Nie była przy tym zupełnie skonsternowana, gdy wściekły, z pianą na ustach, mężczyzna spojrzał w kierunku skąd zleciał na niego prysznic i okazał się być, zamiast swawolnym młodym oficerem, ziemiańskim sąsiadem o wielkim znaczeniu i arystokratycznym pochodzeniu, którego mało znała, a który przebył ponad dwadzieścia mil by złożyć jej grzecznościową wizytę!

Jej bezceremonialne postępowanie z adoratorami jest nie do opisania, aczkolwiek biedni cierpiętnicy byli zazwyczaj tak beznadziejnie w niej zakochani, że wydawali się nie żywić do niej urazy za szyderstwa, którymi ich obdarzała. Pewnego letniego wieczoru, kiedy wszyscy byliśmy na trawniku, powiedziała melancholijnie, „Jakże bardzo bym chciała mieć kasztana z tego drzewa! Oh, żeby ktoś mógł mi go zerwać!“

Natychmiast jeden z młodzieńców poderwał się, by spełnić jej kaprys. I choć nieodpowiednio ubrany, wdrapał się na drzewo. Ona zaś, przez chwilę bawiła się tym, wykrzykując mu kierunek, prowadząc go wciąż wyżej i wyżej, z jednej gałęzi na drugą, ryzykując jego upadek, aż znudzona żartem, ze śmiechem zawołala go na dół.

Stanął przed nią potargany i zbity z tropu. A ona odwróciła się do służącego i, wskazując na swoją ofiarę, powiedziała w złym niemieckim (nigdy nie nauczyła się języka zaadoptowanego kraju): „Proszę wziąć tego gentlemana do stajni, bo jest osłem. Proszę go dobrze nakarmić, pamiętając że on tylko je osty.“

Przy innej okazji byliśmy w jej pszczyńskiej rezydencji, gdzie oczekiwano wpół-oficjalnej wizyty Gubernatora Śląska i jego małżonki. Nasz gospodarz był bardzo przejęty, że powinno się ich przyjąć z odpowiednią ceremonią i zarządał by żona powitała ich na progu domu.

Ona jednak, jak tylko wyjechał na stację wielką karocą zaprzężoną w cztery konie, z forysiami i eskortą, oświadczyła że zamierza pobrodzić sobie w jeziorze. Nakazała służbie, by gości po ich przyjeździe tam doprowadzić, gdzie również będzie podany poczęstunek. Nic nie było w stanie zmienić jej decyzji i choć staraliśmy się odwrócić ją od tego zamiaru, zaciągnęła nas nad wodę, by tam spędzić gorące popołudnie.

Siedzenie nad brzegiem jeziora było bardzo przyjemne, więc tam zostaliśmy nawet gdy karoca wróciła już z gośćmi do pustego domu. Z oddali zobaczyliśmy ich idących po trawniku w naszą stronę – pochmurnego, poniżonego męża i dwie wściekłe niemieckie osobistości, głęboko urażone złym potraktowaniem. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy tej damy. Lecz nikt nie mógł być długo zły na Daisy; bo, pomimo jej nieodpowiedzialności, była osobą serdeczną i uprzejmą.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Księżna Daisy von Pless w Viceregal Lodge w Dublinie podczas wizyty księstwa York w Irlandii w sierpniu 1897 r. Foto Lafayette’a z kolekcji autorki

Proszę nie oburzać się na Daisy za jej młodociane psikusy, brak subordynacji wobec męża i „okrucieństwo“ dla adoratorów. Każdy aspekt jej zachowania ma wytłumaczenie.

Niewybredne żarty, tzw „practical jokes“, były normą i barometrem poczucia humoru w środowisku angielskiej arystokracji. Jej własna matka wrzuciła kostki lodu za  koszulę księcia Walli [przyszlego króla Edwarda VII]! A księżna Warwick wspomina, że nawet stateczny Hans Pless nie uwierzył w trzęsienie ziemi, które nawiedziło jej posiadłość, będąc przekonanym że to lord Herbert Vane-Tempest siedzi pod i rusza łóżkiem w jego sypialni.

O tym, że księżna przeciwna była przesadnej pompie i sztywnemu niemieckiemu protokołowi wiemy z jej własnych zwierzeń. Upartemu i konserwatywnemu Hansowi musiała się sprzeciwiać, żeby podkreślić swój punkt widzenia oraz wprowadzić zmiany w nużącej i, w porównaniu do brytyjskiej, skostniałej etykiecie.

Miała również dosyć tuzinkowych adoratorów, których komplementy – jak pisała – „powielane tymi samymi słowami tracą swój czar“ nudząc, a nawet, ją złoszcząc.

Wspomnienia lady Susan Townley dorzucają jednak parę nowych faktów. Interesująca jest wzmianka o fryzurach Daisy, jak również opis manekinowego  przedstawienia w domu Vatera. Ciekawe są przytoczone dialogi i sytuacyjne obserwacje.

Powyższy tekst jest pierwszym cytatem z ówczesnej literatury pamiętnikarskiej, który tutaj przedstawiam. Kolejne pojawią się wkrótce.

Read Full Post »

« Newer Posts