Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Furstenstein’

W czerwcu 1914 r., księżna Daisy von Pless zapisała w swoim pamiętniku: „Signor Galli przemieszkuje z nami [w Książu] i maluje nasze portrety, a ja zaczęłam się uczyć włoskiego. Chłopcy, a zwłaszcza Hansel, spędzają mnóstwo czasu na praktykowaniu fascynującej metody polowania z jastrzębiami…“.
Kim był ten enigmatyczny artysta, o którym w dotychczasowej literaturze na temat księżnej nie ma źadnych wzmianek?
Sama Daisy, tytułując go „Signorem“, dała do zrozumienia, że był Włochem i osobą na tyle miłą i bezpośrednią, by księżna wykorzystała jego pobyt w domu jako doskonałą okazję do podszkolenia języka włoskiego, którego podstawy zdobyła podczas kilkumiesięcznej wizyty z rodzicami we Florencji w 1889 r.

Daisy_Galli

Jej portret jego pędzla rozpowszechniła, wśród dzisiejszych fanów Daisy, reprodukcja na okładce angielskiego wydania biografii księżnej napisanej przez pana Johna Kocha.

Hans_Galli

Dwa inne obrazy jego autorstwa, przedstawiające księcia Jana Henryka XV von Pless i syna Hansela, spopularyzowała sama Daisy, publikując je w pierwszej edycji swoich pamiętników. Ikonografia książęcej rodziny potwierdza, że Signor Galli był dobrym portrecistą.

Hansel_Galli

Hansel_hawkingPortret Hansela namaloway przez Signora Galli (po lewej) i jego fotografia z tego samego czasu (po prawej), pokazująca jak dobrze artysta uchwycił podobieństwo młodego hrabiego.

    ALFREDO Galli, bo tak miał na imię, urodził się w 1870 r. we Florencji. Do tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych zaczął uczęszczać już w wieku dwunastu lat. Malował sceny rodzajowe i portrety. Te ostatnie, z czasem, zdominowały jego twórczość.

Grandmother_Children

Przykład sceny rodzajowej pędzla Alfreda Galli, przedstawiającej Babcię z dwoma Wnukami.

Musiał cieszyć się pewną sławą w swoim kraju, skoro w kilku wzmiankach, na jakie udało mi się trafić we włoskiej literaturze pamiętnikarskiej, określany jest zawsze jako „wybitny artysta“. Podróżował też po Europie i dwukrotnie odwiedził Stany Zjednoczone, dokąd przeprowadził się na stałe w 1929 r. Osiadł w Nowym Orleanie, w stanie Louisiana, gdzie poprzednio pracował, wierząc że znajdzie tam karierę i szczęście. Nie pomylił się. Nie mógł później narzekać na brak ani klientów, ani uczni – kiedy podjął się również kształcenia adeptów sztuki. Jego podopiecznymi były, między innymi, dwie znane portrecistki amerykańskie: Violet Moulin i Lisette Sylvia Moore. Nieco zasługi miała w tym, niechcący, nasza księżna Daisy von Pless, którą wszystkim przedstawiał jako swoją poprzednią patronkę.

Lady_in_white_Galli

Alfredo Galli, portret Damy w Białej Sukni

Jak wspomina dystyngowana mieszkanka Nowego Orleanu, Lindy Boggs – reprezentantka Luisiany w Senacie, a potem ambasador amerykański w Watykanie: „Alfredo Galli był ulubieńcem dam Nowego Orleanu, które wiedząc, że w czwartki jego kucharka ma wolne, posyłały mu do domu obiady. Jednego tygodnia, ten obowiązek przypadł mojej cioci, Maybart Frost Morrison Blackshear, która wysłała mnie do jego studia z posiłkiem. Gdy tam dotarłam, zaczął się mi przypatrywać, aż w końcu zapytał: „Czy masz białą letnią sukienkę?“ Kiedy odpowiedziałam, że tak, usłyszałam: „Przyjdź w niej do mnie w sobotę, bo będę cię malował“.“ Ten portret rzeczywiście powstał i do dnia dzisiejszego zdobi ścianę salonu rodzinnego domu Boggsów przy Bourbon Street w Nowym Orleanie. Nie muszę chyba dodawać, że ciocia Blackshear została także uwieczniona obrazem swojego pupila.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Alfredo Galli, portret Johna St Paula, sędziego Najwyższego Sądu Luisiany

Po udanym płótnie, przedstawiającym pannę Miriam Fleming z Memphis, Alfredo Galli otrzymał zamówienie na portrety jej rodziców. Choć rzadziej, malował również mężczyzn, czego przykładem może być bardzo formalny wizerunek Johna St Paula, sędziego Najwyźszego Sądu Louisiany. Swoje prace wystawiał często na corocznych wystawach Nowo-Orleandzkiego Stowarzyszenia Sztuki (The Art Association of New Orleand), które odbywały się w tamtejszym Delgado Museum.
Jak wyznała kolejna rezydentka Nowego Orleanu, Cynthia Wagner Dickinson, Alfredo Galli uwielbiał portretować dzieci. Ją samą namalował, gdy miała dwa latka, siedzącą wdzięcznie na trawie, ubraną w niewinną koszulkę, bosą i trzymającą w rączkach różę. W tej samej manierze dostarczył wizerunków wielu jej kuzynek i przyjaciółek.

Lilli_Binnings_Galli

Portret Lilli Binnings Alfreda Galli, który uwielbiał malować dzieci

Koleją dziedziną jego twórczości były ilustracje, jakie wysyłał na okładki poczytnego periodyka, The Saturday Evening Post.
O jego popularności za życia świadczy fakt zamieszczenia przez wszystkie gazety Louisiany noty o jego śmierci, obwieszczające że „znany włoski portrecista, Alfredo Galli, zmarł nagle w swoim studiu w środę, 29 października 1948 r. Dr Fernando Carlomacho stwierdził, że powodem zgonu był atak serca“.
Alfredo Galli był bardzo płodnym artystą. Nic więc dziwnego, że jego dzieła pojawiają się często na współczesnych aukcjach sztuki, zwłaszcza w Nowym Orleanie. Nie będąc tam rzadkością, nie osiągają jeszcze wysokich cen, sprzedając się w bardzo dostępnych granicach od 400 do 600 dolarów. (tłumaczenie cytatow z tekstów angielskich © Barbara Borkowy)

Reklamy

Read Full Post »

Niedawno wpadł mi do rąk artykuł na temat Hansela Pless (1900-1984), najstarszego syna księżnej Daisy i dziedzica księcia Jana Henryka XV, napisany w 2002 r. przy okazji publikacji książki Michaela Luke’a, Hansel Pless: Prisoner of History (Hansel Pless: Więzień Historii).
Jego autorem jest historyk sztuki i pisarz James Stourton, urodzony w 1956 r. młodszy syn 26. barona Mowbray i brat Edwarda, obecnego 27. barona Mowbray. Hansel – Jan Henryk XVII von Pless od śmierci ojca w lutym 1938 r. – musiał być po drugiej wojnie światowej częstym gościem rodziców Jamesa, Charlesa i Sheili Stourtonów, skoro ich syn wspomina, że: „jako dziecko, byłem bardzo przywiązany do Hansela Pless. Był on dla mnie i mojego brata jak przyszywany wujek. Ceniliśmy go sobie jako kogoś, kto wydawał się być szczerze zainteresowanym zarówno sprawami dorosłych, jak i dzieci. Wysoki, dystyngowany i subtelny, miał w sobie coś tajemniczego. Był tak cichym i zagłębionym w swoich myślach mężczyzną, że zdobył sobie u naszych sąsiadów przydomek „Księcia Spokoju“ („Prince of Peace”). Brakowało mu pieniędzy, rzadko mówił o przeszłości i nigdy nie wspominał dawnej fortuny. Przedstawiał się jako skromny naukowiec, Pan Pless. O jego dawnym życiu dowiadywałem się powoli. Najbardziej uderzała mnie w nim niesłychana oszczędność. Podróżował przeważnie rowerem. Nosił grube tweedowe garnitury i koszule nie wymagające prasowania, które sam sobie prał i o których przewadze nadaremnie mnie przekonywał. Był osobą bardzo skromną, która na nas – dzieciach – pozostawiła głębokie wraźenie“.

Hansel-2

Skromny naukowiec, Pan Hans Pless z powodu oszczędności podróżował wszędzie rowerem.

Tak głębokie, że kiedy po wielu latach, w 1994 roku, James Stourton znalazł się – jako dyrektor londyńskiego domu aukcyjnego Sotheby’s – w Krakowie, aby osobiście przestudiować Damę z Łasiczką Leonarda da Vinci w zbiorach tamtejszego Muzeum Czartoryskich, przedłużył swój pobyt w Polsce w celu poznania dawnych posiadłości Hansela.

Pierwszy widok pałacu w Pszczynie nie zrobił na nim dobrego wraźenia: „Tuż za miasteczkiem wjechalem do rozleglego, ale zapuszczonego parku w stylu angielskim z jeziorem i dużym, prostokątnym pałacem w stylu Drugiego Imperium [Francuskiego], który w swojej ostentacji wyglądał bardzo „nouveau-riche“. Mile zaskoczyły go jednak wnętrza i ich wyposażenie. Odwrotnie było w Książu, gdzie ujrzał zamek, który uznał za zdumiewające połączenie stylów pałaców w Neuschwanstein i Colditz, ale dwa razy większy: „po prostu olbrzymi, usytuowany wspaniale na szczycie góry, z widokami, które należeć muszą do najpiękniejszych na Dolnym Śląsku“. Co zaparło mu dech w piersi, był „niewyobrażalny wręcz rozmiar przedsięwzięcia“, w konsekwencji którego powstał nie tylko zamek, ale również zabudowania gospodarcze, stadnina i ujeżdżalnia koni, wszystko na skalę cesarskiej wręcz rezydencji. Widząc to, zgodzić się musiał ze słyszaną wcześniej opinią wyrażaną w czasach edwardiańskich, że ze wspaniałością książańskiej rezydencji rywalizować mogła w Anglii tylko siedziba diuka Portlandu w Welbeck. Niestety wnętrza, splądrowane – jak się dowiedział – najpierw przez SS, a potem przez Rosjan, przedstawiały żałosny widok ofiary podwójnie zbeszczeszczonej przez wojnę. Z tą smutną refleksją wrócił myślami do Hansela, zastanawiając się, jaki efekt wywarły na nim te zmienne koleje historii: „Nidgy nie dał wrażenia, że był nimi przygnębiony. Pomógł mu w tym jego stoicizm, który jednakże różnił się od obojętności [w ucieczce ku wyźszym celom] propagowanej przez filozofię Augustyna, o czym przekonałem się pewnego dnia, kiedy Hansel podarował mi książkę Oswalda Spenglera The Decline of the West (Zmierzch Zachodu). Studiował on również Nietzsche’go i bardzo wcześnie w swoim życiu pracował nad osiąganiem osobistego spokoju w świetle losowych przeciwności. Jeśli chodzi o stosunki z pojedynczymi osobami, Hansel zawsze wykazywał optymizm, co pomogło mu w utrzymaniu wielu przyjaźni. Co zaś tyczy się rzeczy materialnych, to nigdy przetem i potem nie spotkałem człowieka, który byłby wobec nich tak obojętny jak on – i co być może wyszło mu w sumie na dobre“.
Hansel Pless zasługuje na znacznie szersze omówienie. Niniejszy wpis proszę więc potraktować jako zapraszający wstęp do kolejnego blogu, nad którym zaczęłam pracować.

Daisy_Memories_vol1

Jeszcze do niedawna pamiętniki księżnej Daisy zostawiano gościom do czytania w ich sypialniach.

Artykuł Jamesa Stourtona zawiera również jedno niezmiernie ważne – w świetle niedawnej polskiej publikacji drugiego tomu pamiętników księżnej Daisy – stwierdzenie, świadczące o wadze i statusie, jakim jej książka osiągnęła. Pisząc, że jest ona „jedną z najlepszych rekolekcji na temat międzynarodowej socjety przed pierwszą wojną światową“, autor – jako członek współczesnej angielskiej arystokracji – przywołuje wciąż nie tak dawne czasy, kiedy „w każdej szlacheckiej rezydencji w Anglii, w sypialni dla gości“ znaleźć można było obowiązkowo na półce dwie pozycje do czytania: tom wzruszających listów syna lorda Lytton, wydanych po jego tragicznej śmierci i zatytuowanych Antony oraz – tak bliskie nam – wspomnienia „naszej“ Daisy, Princess of Pless by Herself. (tłumaczenia©Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Jestem przekonana, że każdy czytelnik pamiętników ksieżnej Daisy von Pless, zwrócił uwagę na jej komentarze odnoszące się do babci Olivii. W każdym z nich jest miłe o niej słowo i kolejna, rozczulająca uwaga o perfekcji jej zachowania, wyglądu i humoru. Kim naprawdę była ta urocza, staromodna staruszka, zawsze nieskazitelnie ubrana w czepek i krezy z poprzedniej epoki?

Olivia_FitzPatrick

Babcia księżnej Daisy von Pless, lady Olivia FitzPatrick z domu Taylour (1824 – 1916)

Lady Olivia Taylour urodziła się 8 lutego 1824 r. jako drugie dziecko i najstarsza córka Thomasa Taylour, 2. markiza Headfort i jego pierwszej żony, Olivii Dalton.
Jej matka (wdowa po Edwardzie Tuite Daltonie) była córką Sir Johna Stevensona, słynnego kompozytora muzyki kościelnej i dyrektora muzycznego Królewskiej Kaplicy na zamku w Dublinie. Zmarła w 1834 r. osieracając trzech chłopców i trzy dziewczynki.
Thomas, 2 markiz Headfort (1787–1870), który odziedziczył tytuł w 1829 r., przez całe swoje życie zajmował honorową posadę przedstawiciela korony brytyjskiej (Lord Lieutenant) w irlandzkim hrabstwie Cavan. W latach 1812 do 1829 był posłem do parlamentu, reprezentując partię Wigów z okręgu Meath. Od 1835 do 1837 r. pełnił funkcję szambelana (Lord of the Bedchamber), a potem, od 1837 do 1841, członka świty królewskiej (Lord in Waiting) na dworze Victorii i Alberta. W wyrazie uznania za swoje zasługi został w 1839 r. mianowany Rycerzem Orderu Św. Patryka.
W lutym 1853 r. ożenił się powtórnie z Frances MacNaghten, wdową po Sir Williamie Hay MacNaghten.
Parę miesięcy później, 10 sierpnia 1853 r., córka Olivia wyszła za mąż za księdza Fredericka FitzPatrick, jedynego syna księdza Fredericka Thomasa FitzPatrick i jego żony Edwiny Stone, zamieszkałych w Bailieborough.
Epizod „flirtu“ lady Olivii z księciem Albertem, zakończony usunięciem jej z dworu przez zazdrosną królową Victorię, urósł w późniejszych i teraźniejszych, bezkrytycznych przekazach do rangi haniebnego romansu, po którym musiała ona poślubić szybko byle kogo, by uratować swój honor. Nie ma nic dalszego od prawdy.
Podczas pracy ojca dla pary królewskiej, Olivia była mała dziewczynką. W 1841 – ostatnim roku jego służby – miała niespełna 17 lat. Była młoda, śliczna i zalotna, ale nie przekroczyła granic niewinnego flirtu. Gdyby to zrobiła, jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Z zamążpójściem się nie śpieszyła. W swoim przyszłym mężu zakochała się mając dopiero 28 lat.
Wybrankiem jej serca był starszy o dziewięć lat Frederick FitzPatrick, ówczesny wikar w rodzinnym Headfort, pochodzący z rodziny o dobrym rodowodzie, a przy tym przystojny i wysportowany. Pasja Fredericka do polowań była legendarna, a najlepszą jej ilustracją stał się jego zwyczaj narzucania pastorskiej sukmany na swój myśliwski strój.

Olivia_ClooneVillage

Współczesny widok Cloone w hrabstwie Leitrim, gdzie Frederick FitzPatrick był proboszczem parafii.

Małżonkowie przenieśli się do Cloone w irlandzkim hrabstwie Leitrim, gdzie Frederick objął parafię. Mieli siedmioro dzieci, które przyszły na świat w pierwszych dziesięciu latach po ślubie. Najstarszym był Frederick Thomas Edwin, po nim Mary Adelaide Thomasina Eupatoria („Patsy“ lub „Mai“), Robert Persee („Bob“), Edwina Virginia Joanna („Minnie“ lub „Min“), Heremon John Francis Headfort („Pat“ lub „Herry“), Hugo George Herbert i Oliver Thomas Edward. Wszyscy, oprócz Heremona, mieli w następnym pokoleniu swoich potomków, którzy stworzyli liczną grupę wnuków nieustannie nawiedzającą dom dziadków. Daisy, George i Shelagh byli z nich najstarszymi. Poród Georga był długi i skomplikowany. Przeżył tylko dzięki przytomności babci Olivii, która uderzyła niemowlaka, by złapał oddech i wlała mu do ust parę kropel koniaku.
Gdy w Irlandii zaczęły się problemy, Olivia wymusiła na mężu przeprowadzkę. Friderick o mało co nie stracił życia, gdy jeden z awarturników oddał do niego strzał. Kula ugrzęzła w biblii, którą trzymał, co oczywiście uznano za akt boski, a święta księga stała się od tego momentu cenioną pamiątką rodzinną.

Qlivia_Warren_Hall

Willa dziadków FitzPatricków, Warren Hall, niedaleko Chester. Stan obecny.

Na rezydencję obrali sobie Warren Hall w Broughton niedaleko Chester, niewielką, ale elegancką willę w stylu „Queen Anne“ z widokiem na walijskie góry. Usytuowany z przodu trawnik opadał stopniowo w kierunku stawu, obrośniętego wierzbami i sitowiem. Z boku trawnika, na wyżej położonym gruncie był ogród, na końcu którego stał ogromny hiszpański kasztan, z ławką obiegającą jego pień. Ośmiu wnuków potrzebnych było, żeby go objąć. Zazwyczaj było ich latem znacznie więcej.
Jak pamięta major generał Geoffrey Brooke (syn Minnii), ich pobyty w Warren Hall miały zawsze ten sam rytuał. Dzieci zaczynały dzień od modlitwy z babcią i jej slużbą, która zawsze miała miejsce o godzinie 9.15. Przelatując koło pokoju Fridericka, z roku na rok coraz bardziej przykutego do łóżka, witały go słowami: „Dzień Dobry najdroższy dziadku!“, by usłyszeć w odpowiedzi: „Dzień Dobry moje dziecię“ i biec pędem na dół, żeby – nie daj Boże – nie spóźnić się na pacierz. Obawiały się bowiem uwag lady Olivii, która komentowała ich tłumaczenia starodawnymi zwrotami, takimi jak „trele morele“ („fiddlesticks“), „super bzdury“ („fiddle dee dee“) lub zupełnie niezrozumiałym „tarra-diddle“.
Nie przeszkodziło im to po latach wspominać babcię z sentymentym, który w dzisiejszym slowniku oddany zostałby określeniem jej jako „cool“. Lady Olivia bowiem, pomimo staroświeckich manier i ubioru, była ciepłą, kochaną i żwawą staruszką, pełną incjatywy i energii. Chodziła z wnukami na jagody i wspinała się z nimi po okolicznych górach. Czasami zabierała je na poważniejsze spotkania do pobliskiego Hawarden Castle, by odwiedzić swoją przyjaciółkę, panią Gladstone – żonę czcigodnego premiera.
Wszyscy FitzPatrickowie byli bardzo rodzinni. W niedalekim Ruthin mieszkała ciocia Mia („Patsy“) i wujek Wallis („Popetts“), których dzieci też często odwiedzały. Ich starsi kuzyni, Daisy, George i Shelagh, zawsze znajdowali dla nich czas na zabawę i naukę. Kuzyn George zasłużył się szczególnie w uczeniu ich wędkarstwa. Podziwiany był równieź za umiejętności jazdy na rowerze. Kuzynka Shelagh imponowala im swoją menażerią i doskonałą jazdą na koniach. A Daisy? Oh, Daisy wieloma z nich zaopiekowała się w przyszłości, znajdując dla dziewcząt odpowiednich męźów, a dla chłopców przecierając drogę poznania szerszego świata.
Spora liczba z nich było później jej częstymi gośćmi w Książu.
Troska babci Olivii o rodzinę nie ograniczała się do okazyjnej gościnności. Całe życie opiekowała się swoją młodszą, chorą psychicznie siostrą, Marią Julianą, Przyjęła też pod swój dach i wychowała córkę syna, Roberta Persee, kiedy jego żona Caroline Rebecca zmarła w 1904 r. Dziewczynką tą była, znana nam z późniejszego życia księżnej von Pless, Edwina („Ena“) Fitzpatrick.
Po śmierci męża w 1895 r., lady Olivia przeniosła się do pobliskiego Brynedwin (pisanego również Brynedwyn lub Bryn Edwin), położonego 15 mil od Ruthin Castle i Eaton Hall, siedziby jej wnuczki Shelagh.
Do Eaton Hall była często zapraszana. Jeśli jej tam nie było podczas pobytów Plessów, Daisy wybierała się do niej pociągiem. Podróż trwała tylko pół godziny. Tak stało się w styczniu 1904 r. „Babcia ma się doskonale“ – księżna zapisała po wizycie – „zajęta jest bardzo sąsiadami; podejmuje ich na herbatki, wychodzi do nich na lunche, a jutro idzie na amatorskie przedstawienie teatralne. Po posiłku chodziła po domu z piórem w ręce, pytając: „Co mam zaznaczyć dla Ciebie po mojej śmierci?“, po czym napisała „Dla Daisy“ na paru przedmiotach, włącznie z malowanym portretem Patsy w wieku czternastu lat. Potem powiedziałam jej, żeby zostawiła mi krzesło na którym zawsze siedzi; wszystko to było niesłychanie śmieszne, i Hugo [syn lady Olivii] zachowywał się tak przekomicznie, że myślałam iż padniemy ze śmiechu, starając się w tym samym czasie ustalić datę przyjazdu babci do Książa i zaplanować tam dla niej przeróżne aktywne zajęcia“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Od września 1904 r., w kalendarz lady Olivii wpisała się nowa corocznna atrakcja. Były nią, wznowione po latach przerwy, pokaz kwiatów i zawody psów pasterskich, organizowane za pozwoleniem jej zięcia na terenie Ruthin Castle. Pułkownik William Cornwallis-West przyjął także nad nimi patronat.
Lady Olivia Fitzpatrick rzeczywiście przyjechala do Książa w październiku 1905 r. i spędziła tam z rodziną i licznymi gośćmi niezapomniane dwa tygodnie. „Kochana staruszka babcia była bardziej zachwycająca i pyszna niż kiedykolwiek przedtem, pełna radości i animuszu, pomimo swoich 82 lat“ – zanotowała księżna na stronach swojego pamiętnika. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Lata biegły, niewiele zmieniając w życiu i rutynie staruszki. W grudniu 1909 r. zjechał do Eaton Hall król Edward VII. Zmęczony i przygnębiony ówczesną sytuacją kraju, doprowadzonego do kryzysu politycznego żądaniami Liberałów, chciał uciec na chwilę od presji rozgrywek partyjnych. Nie było mu to dane. Gdziekolwiek teraz jechał na dłużej niż dwa dni, inżynierowie instalowali tam telegraf, by docierały do niego najświeższe wiadomości, na które musiał reagować. Księżna von Pless przeto, była ogromnie zdziwiona, gdy pewnego dnia rzucił wszystko i pojechał z nią i panią Keppel w odwiedziny do babci do Brynedwin.

Shelagh_EVII_dogs_1909

Król Edward VII podczas pobytu w Eaton Hall w grudniu 1909 r. Był to ostatni raz, kiedy Daisy i Shelagh go widziały. Foto z kolekcji autorki

Niespodziewana wizyta tak dostojnego gościa początkowo zbiła z tropu staruszkę. Nie była przygotowana. Dopiero co wróciła z przejażdżki. Jej czepek był przekrzywiony, włosy rozwiane, a nos czerwony. W dodatku król zajął jej ulubiony fotel!
Lody stopniały, kiedy Edward VII zaczął prawić jej niesamowite komplementy, po których obydwoje poczeli okropnie flirtować. Oddając głos Daisy: „Babcia nigdy nie potrafiła, tak samo jak król, powstrzymać się od flirtu. Nie zdziwiłabym się, gdyby (…) zaczęła to robić w niebie ze Św Pawłem pod nosem samego Pana Boga!“.
Kiedy król zapytał: „Czy to prawda, że moja matka odesłała panią z dworu, bo próbowała pani flirtować z moim ojcem?“, lady Olivia odpowiedziała: „Nie bardzo to pamiętam, Panie; całkiem prawdopodobne, że chciałam flirtować z pańskim ojcem; był on bardzo przystojnym mężczyzną, a poza tym, jak wszyscy Koburgowie, oglądał się za spódniczkami. Jakże upokarzająca byłaby dla mężczyzny myśl, że żadna kobieta nie chce z nim flirtować“. „Wątpię, lady Olivia“ – podsumował żartobliwie Edward VII – „że pani lub ja moglibyśmy być autorytetami na temat tej formy upokorzenia“.(tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Wspominając powyższy epizod, Daisy zawsze bardzo się wzruszała, ujęta gestem króla, który pomimo tylu wtedy zajęć i stresu, znalazł czas, by odwiedzić staruszkę i zapewnić jej chwilę radości. Tak się złożyło, że dla lady Olivii, Daisy i Shelagh było to ostatnie spotkanie z monarchą. Zmarł w maju 1910 r. Po jego zgonie, zrozpaczona księżna von Pless, pamiętająca przytłaczającą go atmosferę ostatnich miesięcy, napisała do premiera H.H. Asquitha list oskarżający jego partię o przyśpieszenie śmierci króla. Brudnopis tego cennego listu znajduje się obecnie w zbiorach wałbrzyskiej Fundacji Księżnej Daisy von Pless.
Niedługo potem rodzina zadecydowała o przeniesieniu babci Olivii do zamku w Ruthin. Daisy miała okazję pobyć z nią dłużej podczas Świat Wielkanocnych 1913 r. W lutym następnego roku zaprosiła babcię na wakacje do willi Liberia w Mandelieu na południu Francji. Pierwsza wojna światowa uniemożliwiła im dalsze kontakty. Tylko z rzadkich listów matki, księżna von Pless dowiadywała się o pogarszającym się stanie umysłu babci i jej pragnieniu śmierci i wiecznego spokoju. „Nie bądź z tego powodu nieszczęśliwa“ – pisała Patsy, „ani nie myśl, że ja jestem. Oczywiście, jak każdy, odsuwam od siebie myśl o jej końcu, bo nic nie zastąpi matczynej miłości. A jednak czuję, że zmierza ona ku doskonałemu szczęściu…“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Lady Olivia Fitzpatrick zmarła 4 września 1916 r. Pochowana została na cmentarzu Llambedr Church niedaleko Ruthin.

Read Full Post »

Czytelnicy dzienników księżnej Daisy pamiętają zapewnie wymienianego w nich niejednokrotnie Pata FitzPatricka, czy to przy okazji wspólnych podróży, gościny w Irlandii, odwiedzin w Eaton Hall u siostry Shelagh, czy jego częstych przyjazdów na Śląsk. Kim był ten popularny w jej życiu człowiek?

Matka księżnej, Mary Adelaide Thomasina Eupatoria (zwana „Patsy“ lub „Mai“) miała jedną siostrę, Edwinę Virginię Joannę („Minnie“) i pięciu braci. Najstarszym był Frederick Thomas Edwin, potem Robert Persse („Bob“), Heremon John Francis Headford („Pat“ lub „Herry“), Hugo George Heber i Oliver Thomas Edward. Pat był przeto bliskim wujkiem Daisy, Shelagh i Georga.

Urodził się w 1860 r. W 1885 ożenił się z Mary Lindsey, która wniosła w wianie rodzinną posiadłość Hollymount w irlandzkim hrabstwie Mayo. By oddać temu cześć, Heremon dodał jej nazwisko do swojego. Mary zmarła w 1895 r. Od 1908 r. jego drugą żoną była Grace Agnew Brooke, wdowa po pułkowniku Henrym L’Estrange Malone. Oba małżeństwa były bezdzietne.

Nic więc dziwnego, że dobroduszny Pat przelał całe zasoby ojcowskiej miłości na swoich licznych bratanków i siostrzeńców. Wszystkie dzieci w rodzinie uwielbiały jego wizyty i nie mogły doczekać się wyjazdu na wakacje do Hollymount. Miały tam pełno swobody, ale też dużo się uczyły, bo wuj Pat wprowadzał je w tajniki jazdy konnej, zdradzał sekrety polowań, pokazywał jak posługiwać się bronią, ćwiczył ich dyscyplinę i maniery. Wszystkim wpoił respekt dla natury i miłość do zwierząt. Będąc hodowcą koni, znał się na nich bardzo dobrze i był świetnym jeźdzcem. Doradzał im na ich temat nawet wtedy gdy byli już dorosłymi.

Pat FitzPatrick w otoczeniu swoich czworonożnych przyjaciół w Hollymount

W miarę dojrzewania, ich uwielbienie przeradzało się w głęboki szacunek, a potem w dozgonną przyjaźń. Jak stwierdził po latach jeden z nich: „Dla mnie i pozostałych z mojej generacji, był on nie tylko super wujem, ale i doskonałym towarzyszem, jak również – co miało dla nas młodych szczególne znaczenie – człowiekiem wielkiej mądrości i zrozumienia. (…) Pamięć o nim przywołuje zawsze szczęśliwe chwile radości i uciechy.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Humor Pata był legendarny. Matka, lady Olivia, i siostra Minnie padały często ofiarami jego niedorzecznych zmyślań, ale dla obydwu był do końca życia ulubionym synem i bratem. Lady Olivia zwykła nawet mówić, że śmiech, którym kończyły się jego nabierania „utrzymuje ją młodą na duchu.“

Uwielbiał też tzw „praktyczne żarty“ („practical jokes“). Nigdy nie pozwolił sobie w nich na wulgarność i bolesną złośliwość. Nigdy nie posunął się w nich za daleko. Ich „scenariusze“ pokazują, poza olbrzymim poczuciem humoru, jego głęboki humanizm i inteligencję.

Moim ulubionym jest ten o orderach: Pewnego razu w Fürstenstein wydano obiad na cześć dostojnego gościa, wielkiej księżnej Hesse. Gościom nakazano przyjść w przyznanych im za życia medalach. Pat FitzPatrick nie posiadał żadnego, więc przypiął sobie wszystkie swoje odznaczenia ze zwycięskich wyścigów konnych. Siedząca przy nim wielka księżna zwróciła uwagę na jeden – znaczek wyścigu Leopardstown. Zapytany o niego, Pat bez zmróżenia oka wyjaśnił, że jest to Order Lamparta, który przysługuje tylko bezpośrednim potomkom dawnego króla Irlandii. Powiedział jej, że, jak wszyscy FitzPatrickowie, on także zrzekł się wszelkich roszczeń do tronu, po czym opisał z detalami starodawną irlandzką ceremonię koronacji. Wielką księżną bardzo to zainteresowało. Pod koniec wieczoru, kiedy Daisy wydała Pata, wszyscy dobrze się tym ubawili i z „należnymi honorami“ pożegnali irlandzkiego pretendenta.

Wielki książe rosyjski Michał Michajłowicz i jego córka, księżniczka Zia Torby, którym Pat zgotował specjalne przywitanie w Książu w 1905 r.

Kuzyn księżnej von Pless, general major Geoffrey Brooke (1884-1966), zostawił po sobie ujmujące wspomnienia, które w dużej mierze opowiadają o ich ukochanym wujku . Jako kolejny przykład przemyślnego humoru Pata, ponownie związanego z Książem, pozwolę sobie zacytować w całości anegdotę, którą przytacza:

„Po ślubie Daisy Cornwallis West z Hansem Pless, Pat był częstym gościem w ich zamku Książ na Śląsku, gdzie żyli w iście królewskim stylu. Choć zawsze mile widziany, był on tam przysłowiową solą w oku Hansa, który nigdy nie wiedział co i kiedy Pat (zazwyczaj podżegnywany i wspomagany przez Daisy) wymyśli i zrobi.

Pompa i ceremonia, bez których Hans nie mógł się obejść, dominowały w Książu i, z tego właśnie powodu, gospodarz stał się obiektem licznych żartów. Hans więc siedział zawsze jak na szpilkach, obawiając się kolejnego epizodu, który zatrzęsie fundamentami jego, tak mocno osadzonego, porządku. (…)

Siłą rzeczy, panująca tam atmosfera dyscypliny podsuwała Patowi (i jego częstemu „pomocnikowi“, księciu Francisowi Teck) pomysły wyrachowanych wyczynów, które zbiłyby z tropu nieszczęsnego pana domu. Na jedną z pamiętnych okazji, przybyli [na Śląsk] wielki książę Michał i [jego córka] księżniczka Zia Torby. Ze stacji przywiozła ich czterokonna karoca z forysiami i eskortą. Kiedy zatrzymała się przed zamkiem, pół minuty po tym jak Hans wyszedł by stosownie powitać gości, rozległy się przygłuszające i waśniące ze sobą dźwięki wydawane przez dwóch trębaczy w zbrojach, usytuowanych na balkonie nad wejściem. Gdyby muzyka, którą wygrywali była zharmonizowana, ten element starodawnego powitania mógł zrobić imponujące wrażenie. (…) W tym wypadku jednak, rycerzami w pancerzach na balkonie byli książę Francis i Pat. Stojący poniżej na schodach Hans i jego goście, ogłuszeni tym bezbożnym hałasem, nie byli w stanie zobaczyć skąd dochodzi ów ryk, ale i tak nie poznaliby sprytnych spiskowców.

Oczywiście, pracowicie dobrane słowa adresu Hansa utopiły się całkowicie w huku „melodii“, przed której piekielnymi dźwiękami wszyscy uciekli do holu. Widok stojącej tam, uprzejmnie uśmiechającej się Daisy uspokoił nieco zdenerwowanego męża. Kamerdyner odebrał księciu Michałowi kapelusz i wszystko wydawało się wracać do ładu, gdy nagle Hans spojrzał na schody i … oniemiał. Nie wierzył własnym oczom: ustawieni tam w rzędy lokaje, stali wyprostowani na baczność, ale … każdy z nich miał twarz pomalowaną na CZARNO! Biedak o mało nie dostał apopleksji.

Lokaje zamku Książ, których księżna Daisy i jej wuj Pat wciągnęli w swój żart

Od razu domyślił się, że to złe duchy wuja Pata i księcia Francisa zrodziły tą nieprawość, frustrującą podstawowe zasady przyzwoitości i tradycji, ale wiedział również, że jego własna żona nie była bez winy.

Każdy inny, z łatwością i czarem, obróciłby to w żart, ale nie Hans, który długo przychodził do siebie. W końcu zawsze odzyskiwał humor i, po mniej więcej tygodniu, zaczynał się z tego śmiać – początkowo szelmowskim uśmiechem kota Cheshire [postaci z „Alicji w Krainie Czarów“], który stopniowo przechodził w konspiracyjny chichot.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Opisane powyżej wydarzenie miało miejsce w 1905 r. Pat odwiedził później Książ przynajmniej dwukrotnie. Potem widział jeszcze Daisy w nowym domu Shelagh, Ettington Park, w październiku 1913 r i na południu Francji zimą 1914 r.

W czasie wojny wujek Pat znalazł się we Francji, gdzie jego żona Grace pracowała w szpitalu prowadzonym przez Konstancję (Shelagh) księżną Westminsteru w Le Touquet. Choć oficjalnie nie zatrudniony, włączył się w przewóz wyleczonych żołnierzy z powrotem na front. Robił to na własny koszt i swoim prywatnym samochodem, ubrany w mundur wicegubernatora hrabstwa Mayo. Biurokraci wojskowi jednak, uznali to za niedopuszczalną nieregularność i Pat musiał wrócić do Irlandii.

Natężające się nastroje rewolucyjne spowodowały, że zdecydował zamknąć Hollymount i przenieść się do spokojniejszej cześci Irlandii, hrabstwa Meath, gdzie Grace miała dom w Killarkin. Ale i tam po pewnym czasie zaczęło być niespokojnie. Ich rezydencja została zaatakowana i ograbiona. Choć jej nie opuścili, zaczęli coraz częściej i na dłuźej przyjeżdżać do rodziny do Anglii.

Pat FitzPatrick zmarł na atak serca w  Dublinie 1 lipca 1929 r.

Read Full Post »

Francis Octavius i jego bliźniak Riversdale (Rivy) Nonus przyszli na świat w 1880 r., dołączając do trzynastu pozostałych dzieci Pascoe du Pre Grenfella. Grenfellowie byli starą rodziną osiadłą w hrabstwie Buckinghamshire. Jej członkowie znani byli jako magnaci hutnictwa miedzi, bankierzy w londyńskim City i wybitni wojskowi, zasłużeni w obronie brytyjskiego imperium. Dziadek Francisa był admirałem marynarki brazylijskiej, a jego wuj feldmarszałkiem armii angielskiej, który walczył w Afryce Południowej i Egipcie.

Zgodnie z tradycją, chłopcy zostali wysłani do prestiżowej szkoły w Eton, po ukończeniu której ich kariery się rozeszły: Francis wybrał wojsko, a Riversdale bank. Do końca życia łączyła ich jednak wspólna pasja – gra w polo. Obydwoje byli w niej świetni i przez to często zapraszani do udziału w lokalnych i międzynarodowych rozgrywkach. Nic więc dziwnego, że niejednokrotnie gościli u księżnej (Shelagh) i księcia (Bendor) Westminster w Eaton Hall, gdzie w sierpniu każdego roku odbywał się słynny „Polo Week“.

Francis i Riversdale Grenfell byli świetnymi graczami w polo.

Shelagh, czyli Konstancja Westminster, była siostrą księźnej Daisy von Pless. Jej mąż, Hugh, nosił przezwisko Bendor. Daisy znała również wujostwo Francisa i Riviego, Williama Grenfella, barona Desborough i jego żonę Etty. Tak jak Plessowie, bywali oni zapraszani na po-Boże Narodzeniowe uroczystosci (tzw Twelfth Night) do Chatsworth, posiadłości księstwa Devonshire. Ich własną rezydencję, Taplow Court, Daisy odwiedziła w czerwcu 1906 r. „Śliczne i spokojne miejsce, pełne pięknych kwiatów; obydwoje gospadarze czarujący“ zapisała w swoim pamiętniku.

Francis wstąpił do wojska w 1900 r. W 1901 r. walczył w wojnie burskiej, po czym został wysłany do Indii. W 1905 r. spełniło się jego marzenie: z piechoty został przeniesiony do kawalerii – renomowanego 9. pułku ułanów (9th Lancers). By zapewnić sobie kolejny awans, musiał wykazać się dobrą znajomością niemieckiego. W celu podszkolenia języka, wyjechał w czerwcu 1911 r. do Berlina. Zatrzymał się u emerytowanego niemieckiego oficera o nazwisku Hamann, który był przyjacielem Austena Chamberlaina i chrześniakiem profesora Max-Mullera, ożenionego z kuzynką Grenfellów.

W swoim pierwszym liście do brata Riviego, Francis opisuje nowe życie w Niemczech, które zaczęło się od wizyty u księstwa von Pless w Książu:

„Spadłem szczęśliwie na cztery łapy, lepiej niż jakikolwiek kot: zostałem zaproszony do Plessów, co jest wielką z ich strony uprzejmością! Księżna Daisy wyjechała właśnie do Londynu, gdzie zatrzyma się w Sunderland House, dokąd musisz pójść z wizytą. Przejęta jest bardzo międzynarodową polityką, stosunkami angielsko-niemieckimi, itp i zamierza gościć Barona Marschalla, któremu chce pomóc. Jest ona tu [w Niemczech] naszą Panią Astor i rozśmiesza mnie do łez, kiedy stara się rozruszać [ponurych] Niemców. Spędziłem kilka dni w Książu – imponującym zamczysku, który wprawdzie posiada niewiele cennych skarbów, ale za to jest olbrzymi i pięknie położony. Plessowie są bardzo bogaci i wszystko tu musi być w wielkim stylu – karoce z forysiami i eskortą, itp. Mają pięćdziesiąt powozów konnych, sześćdziesiąt koni jeździeckich, czterdzieści klaczy, trzy ogiery, mnóstwo roczniaków w Książu i drugą stadninę w Pszczynie.

Niestety, nie widziałem za wiele księżnej Daisy, bo była zajęta swoimi niemieckimi gośćmi, wśród nich Gubernatorem Śląska, o którym mówi się, że zostanie kanclerzem. Rozmawiał ze mną po francusku, ale ani jego francuski, ani jego wygląd nie zrobiły na mnie wrażenia.

Później wszyscy wróciliśmy do Berlina, do hotelu Esplanade, gdzie aż spuchnąłem z dumy bycia członkiem świty Plessów. Spotkałem dwóch lub trzech księci, ministra spraw zagranicznych z rządu Bethmann-Hollwega i wiele innych osobistości.

Książę von Pless [Hans], który uchodzi tutaj za kogoś w rodzaju naszego księcia Devonshire, wprowadził mnie do swojego klubu [o nazwie Union] – najlepszego w Berlinie. Jest prawie identyczny jak [klub londyński] Turf, z wyjątkiem tego, że każdy z tobą rozmawia i że wszyscy jedzą obiad przy wspólnym stole, prowadząc otwartą konwersację po niemiecku. Dzisiaj siedziałem obok księcia von Bulow, generała dowodzącego Gwardią Kirasjerów. Poprosił, żebym przyszedł zobaczyć jego brygadę kawalerzystów, obiecując mi wszystko pokazać. „Jaka szkoda, że nie spotkałem Pana wczoraj, kiedy odbyła się inspekcja mojej brygady, bo zobaczyłby Pan świetne widowisko“ – powiedział. Obsługa, jedzenie i regulamin są [w tym klubie] takie same jak w Turf, za wyjątkiem tego że wszystkie angielskie gazety są wyłoźone na stole, chociaż poza mną nie było tam żadnego Anglika.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Hans niewątpliwie byłby dumny z powyższego opisu swojego klubu. Był bowiem jednym z jego założycieli, wraz z księciem Ujest i młodymi Hohenlohami. Union, wzorowany na najlepszych klubach gentlemeńskich Londynu, miał być konkurencją Casino – jedynego wówczas klubu w Berlinie, zbyt elitarnego i skostniałego w swoich przepisach. Na jego otwarcie przybył sam cesarz Wilhelm II, a książę von Pless został jednogłośnie wybrany prezydentem.

Porównanie Hansa do angielskiego księcia Devonshire dowodzi raczej jego wysokiej i silnej pozycji towarzyskiej w socjecie niemieckiej, niż jego miejsca w polityce kraju, w której nie brał czynnego udziału.


Nancy Astor i księżna Daisy von Pless, portrety J.S. Sargenta

Znacznie ciekawsze jest zestawienie księżnej Daisy von Pless z angielską Panią Astor. Nancy Astor (1879 – 1964) była arystokratką pochodzenia amerykańskiego, która w konsekwencji długoletniego zaangażowania politycznego, została w 1919 r. wybrana do parlamentu, stając się pierwszą w historii kobietą zasiadającą w izbie gmin. Wedug słów samej Daisy, była „bystra, dowcipna, z umysłem cynicznym, a duszą sentymentalną.“ Walczyła o prawa kobiet i dzieci, popierając gorąco reformy socjalne Lloyd Georga. Choć były to również problemy bliskie sercu Daisy, jej arena działalności politycznej była inna. „Przejęta jest bardzo międzynarodową polityką [i] stosunkami angielsko-niemieckimi“ pisał Francis Grenfell. I chyba właśnie to zaangażowanie i pasja, nasuneły mu porównanie Daisy z Nancy.

Wzmianka, że księżna von Pless „ zamierza gościć Barona Marschalla [von Biebersteina], któremu chce pomóc“ dowodzi, że już w czerwcu 1911 r. musiała wiedzieć o jego nominacji na niemieckiego ambasadora w Londynie. Stanowisko to objął w maju 1912 r., ale zmarł po paru miesiącach. Jego następcą został książę Lichnowsky, z którym Daisy miała równie przyjazne stosunki, jak z jej ukochanym księciem Wolff-Metternichem. Czy udałoby się jej obłaskawić zatrwardziałego anglofoba Marschalla?

Pierwszy Victoria Cross 1. Wojny Światowej zdobyty przez kapitana Francisa Grenfella 24 sierpnia 1914 r. Obraz Richarda Caton Woodvilla ze zbiorów National Army Museum w Londynie.

Wracając do Francisa Grenfella, jego młode życie zakończyło się śmiercią na froncie angielsko-niemieckim w maju 1915 r. Wkrótce po wybuchu I wojny światowej, kapitan Francis Grenfell wykazał się olbrzymią odwagą w bitwie pod Mons, gdzie stanąl na czele ataku na piechotę niemiecką. Pomimo odniesionych ran, jeszcze tego samego dnia wyprowadził z pola walki zagrożone przejęciem przez wroga angielskie armaty. Odznaczony został za to krzyżem Victoria Cross (VC).

Francis Grenfell i Bendor, 2. Książę Westminster, przyjaciele i żołnierze 9. pułku Lansjerów

Nie dokonałby jednak tego, gdyby nie interwencja jego znajomego z gry w polo i współbratanka 9. pułku Lansjerów, Bendora księcia Westminsteru, który uratował go od kolejnych ran i niewątpliwej śmierci między jedną akcja a drugą.

Po śmierci Francisa, The Times opublikował jego testament, w którym złożył on Bendorowi specjalne podziękowanie słowami: „nigdy żaden człowiek nie miał szlachetniejszego przyjaciela…“

Read Full Post »