Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘flirt’

W czerwcu 1868 r., siedemnastoletnia Panna Alice Miles przyjechała z rodzicami do Anglii, by uczestniczyć w jej pierwszym w życiu Sezonie Londyńskim. Rodzina mieszkała od paru lat w Paryżu, oszczędzając na tańszym tam życiu w oczekiwaniu na śmierć Sir Williama Milesa, po którym majątek i tytuł baroneta przechodził na ojca Alice, Philipa Johna. Matką Alice była znana zarówno z urody, jak i z frywolności Francis Elizabeth Roche.
Panna Miles była niezwykle podeksytowana czekającymi ją wydarzeniami. Świadoma własnych wdzięków, podkreślonych najmodniejszymi paryskimi toaletami i pewna swoich kokieteryjnych zdolności, oczekiwała wielkiego sukcesu w zdobyciu bogatego męża. Swoje „zwycięstwa“ i „analizy“ admiratorów opisywała skrzętnie w pamiętniku.
Milesowie zatrzymali się w Londynie w domu kuzyna, malarza Augustusa Lumleya pod numerem 39 na Eaton Place. Znany dobrze na salonach stolicy, Augustus okazał się niezwykle przydatnym przewodnikiem po londyńskiej Socjecie. W zamian za kontakty, porady i wywiady na temat finansowej sytuacji potencjalnych kandydatów, śliczna Panna Miles zgodziła się pozować mu do portretu, który zaczął malować w piątek 3 lipca. Alice miała na sobie biało-niebieską suknię; jej długie, rozpuszczone blond włosy opadały na ramiona.
Nie było im jednak dane pracować w spokoju. Wkrótce służąca zaanansowała Sir Samuela Hayesa, którego Panna Miles musiała zobaczyć w sprawie prestiżowego Balu Gwardzistów. Jak tylko z nim skończyła, do pracowni wszedł przyjaciel i sąsiad Augustusa, William Cornwallis West. Alice była mile zaskoczona ujrzawszy mężczyznę „wysokiego na sześć stóp i trzy cale (prawie dwumetrowego) i niespotykanie przystojnego“, który w dodatku wydawał się być nią zachwycony od pierwszego wejrzenia. Nic więc dziwnego, że już po pięciu minutach śmiało ze sobą dowcipkowali, aż zdenerwowany Augustus przypomniał kuzynce o celu tego posiedzenia, a Williamowi o intencji jego wizyty słowami: „Drogi Weście, będąc sam artystą, powinieneś zrozumieć mój gniew, proszę Cię więc, żebyś uprzejmnie sobie poszedł, zabrawszy gobelin, po który przyszedłeś i pozwolił mojej modelce wrócić do jej obowiązków“. Niechętnie, William zrobił, co mu nakazano, ale nie wcześniej nim uzyskał od Alice obietnicę, że przyjdzie na bal wydawany przez niego w poniedzialek.

Alice_Miles_young

Panna Alice Miles (1850-1926) wierzyła w 1868 r., że podbije Londyn i szybko zdobędzie bogatego męża

Bal ten odbył się w londyńskiej rezydencji Westów pod numerem 49 na Eaton Place i w opinii Panny Miles był wielkim hołdem złożonym jej urodzie przez gospodarza, który, omijając obecne tam księżne i markizy, poprowadził ją na kolację. „Pan West jest naprawdę bardzo miłym mężczyzną“ – zapisała potem w swoim pamiętniku, nie omieszkając dodać co w międzyczasie się o nim dowiedziała: „jest kuzynem [tu opuściła nazwisko], którego spotkaliśmy niedawno i który przekazał nam, że najpiękniejszą teraz dla Cornwallisa rzeczą do oglądania w Londynie są moje włosy. Doniósł mi również, że jego roczne uposażenie waha się między 500 a 1000 funtów na rok, choć może być wkrótce znacznie wyższe. Niestety, w rodzinie podobno był przypadek szaleństwa, co mnie trochę niepokoi“. Niemniej jednak, Alice zdecydowała, że – „choćby dla zabawy, warto znajomość z Williamem Cornwallisem kontynuować…“.
Spotkali się ponownie już następnego dnia, we wtorek 7 lipca, na balu u pana Holforda, gdzie Panna Miles zatraciła się całkowicie w „najcudowniejszym walcu z Cornwallisem Westem – najlepszym tam tancerzem“, ignorując starych adoratorów w osobach Lorda Lansdowne, Lorda Cole i Kapitana Buckleya. Zwróciła jednak uwagę, że tego wieczora zainteresował się nią Wicehrabia Petersham, dziedzic do tytułu Hrabiego Harrington. Po kolejnym tańcu z Westem, wyszli ochłodzić się i „trochę poflirtować“ do galerii obrazów, gdzie William, wskazując na piękny obraz Greuzego, oświadczył jej, że będąc malarzem, pragnie ją uwiecznić w tej samej manierze. „Ma podobno najlepszą pracownię, jaką można sobie wyobrazić i chciałby, abym mu tam pozowała, bo światło w salonie nie jest wystarczająco dobre; (…) Tylko na wpół obiecałam mu, że przyjdę jutro. Potem poprosił mnie, bym następnego miesiąca przyjechała do niego i sióstr do ich pięknej rezydencji w Walii“.
Pierwsza sesja portretowa odbyła się w sobotę 11 lipca, po lunchu z siostrami Williama, Niną i Florence – „bardzo miłymi i całkiem przystojnymi dziewczynami“. „Jakże wesoło muszą one spędzać czas, prowadząc kawalerskie życie z bratem, który wydaje się im całkowicie oddanym. (…) Mają przepiękny dom, a jego pracownia jest rzeczywiście doskonała, usytuowana z dala od innych apartamentów i posiadająca, jak należy, dwa osobne wejścia – publiczne i prywatne“. „Lubię pozować panu Westowi, bo w przeciwieństwie do Augustusa nie karci mnie za każdym razem, kiedy się poruszę (…), chwali mnie tak często, jak mój kuzyn mnie krytykuje, pozwala mi się przekręcić jeśli tego potrzebuję i [w dodatku] przygotował mi pyszny podwieczorek o 5.30 składający się z prawdziwej francuskiej kawy, truskawek ze śmietaną, brzoskwiń, winogron, ciastek i innych małych smakołyków“.
Nie wiemy, jak przebiegły kolejne posiedzenia do portretu, ani czy w ogóle został on namalowany. W marzeniach Panny Miles bowiem, zapanował wkrótce Lord Petersham i jego majątek. Jak oświadczyła w pamiętniku: „Obowiązkiem każdej panny jest poślubienie 80 000 funtów rocznie, jeśli Opatrzność daje jej taką możliwość…“. Suma ta odnosiła się, oczywiście, do rocznych dochodów Lorda Petershama, którego umieściła na czele listy potencjalnych kandydatów do jej ręki.
Na odpoczynek po londyńskim Sezonie, Alice z rodzicami wyjechali do krewnych w Irlandii, skąd po tygodniu wracali do Anglii zatrzymując się po drodze u rodziny i znajomych. Dotrzymując słowa danemu Williamowi Cornwallisowi, 6 sierpnia 1868 r. przybyli na trzy dni do Walii. Alice skrupulatnie opisała swoje wrażenia, przemyślenia i kalkulacje:
„Jestem jednocześnie zachwycona i rozczarowana. Sam Ruthin – co mnie cieszy – jest doskonałym pałacem, usytuowanym pośród scenerii wymarzonej dla poety lub malarza. Ja jednak, nie będąc ani jednym, ani drugim, spoglądam prozaicznie na te piękne hektary, przeliczając je na złote suwereny, jakich są w stanie dostarczyć i, nawet w ostrożnym podejściu, widzę że ich suma nie byłaby taka mała. Niestety, jak na razie, Ruthin jest własnością starszego, aczkolwiek chorego, brata. Cornwallis na pewno odziedziczy go po jego śmierci, jak również po matce Newlands, przepiękną rezydencję w południowej Anglii. Wychodzi na to, że nie jest on aż tak złą partią, jak przedstawiał jego kuzyn, więc miałam rację w podtrzymywaniu z nim znajomości. Rozczarowana jednak jestem faktem, że zamiast uroczych gości, wyselekcjonowanych z najlepszych londyńskich salonów, ja i matka – dwie piękne, światowe damy – wpadłyśmy w środek artystycznego towarzystwa złożonego z ludzi znanych ze swojej wiedzy o obrazach, [odkopanych] kawałkach zardzewiałego żelastwa, drogocennych, ale jeszcze nie obrobionych kamieni i tym podobnych skarbów. (…) Zachwycam się dobrym obrazem, kiedy go widzę (…), ale, nie obrażając tych wartościowych obiektów, jestem przekonana, że istnieją bardziej intersujące tematy do rozmów niż ich pochodzenie, wiek lub poprzednie dzieje. Pozostali tu obecni, którzy nie są specjalistami od geologii lub innych zawiłych nauk, są z koleji zwariowani na punkcie muzyki, tak jak Florence i Nina West. Jednego wieczoru grano naraz na harpie, organach, pianinie i akordeonie. Choć dzwięki tych instrumentów są czarujące przez chwilę, na dłużej nie da się ich wytrzymać. W dodatku, co jest moją kolejną skargą, nie pozwolono nam rozmawiać podczas koncertu, co – wziąwszy pod uwagę, że trwał od obiadu do 1.30 nad ranem – jest chyba zbyt surowym zakazem. W rzeczywistości, zamiast zdobywać tam nowych adoratorów, z konieczności musiałam przyznać, że tylko nasz gospodarz [Frederic, starszy brat Williama] jest warty mojej dodatkowej uwagi, aczkolwiek i on jest trudny do pokierowania, bo też zarażony jest bakcylem sztuki i muzyki. Pod naciskiem ich obojgu, musieliśmy całe dnie spędzać w wielkim namiocie, gdzie z tytułu barbarzyńskiego „Eistedfod“ [sic!] mnóstwo uszczęśliwionych wieśniaków masakrowało Messiaha Handela oraz na wystawie sztuk pięknych, zorganizowanej dla oświecenia Walijczyków przez niezmordowanego Cornwallisa, tak jakby te biedne, ciemne stworzenia były w stanie rozróżnić Turnera od Claudego bez pomocy kogoś innego. Nawet to łagodnie zasugerowałam, ale West nie chciał o tym słyszeć. Miło z jego strony, że bierze na siebie zadanie uszlachetnienia tych nudnych dzikusów, z których połowa nie potrafi mówić po angielsku, ale jest on do nich bardzo przywiązany, a oni z koleji, mając ku temu wiele powodów, wręcz go uwielbiają. Im więcej ich razem obserwuję, tym bardziej jestem przekonana, że najlepiej by się stało, aby starszy brat jak najszybciej umarł, oddając władzę i prawo zarządzania młodszemu“.

Ruthin_entrance

Brama wjazdowa do walijskiego zamku Ruthin, gdzie Panna Miles gościła w sierpniu 1868 r. Foto z kolekcji autorki.

Panna Miles z rodzicami opuściła Ruthin w niedzielę 9 sierpnia, zdając sobie sprawę, źe ani kulturalny, wyrafinowany, lokalny patriota Cornwallis West, ani eksluzywnie walijska atmosfera Rutin nie są dla niej. Po kilku dniach, zatrzymawszy się u znajomych w Kelham Hall, rozkochiwała już w sobie kolejnego atrakcyjnego młodzieńca, Morlanda Huttona. Nie przypuszczam, aby William uronił z tego powodu łzę, aczkolwiek może szkoda mu było niedokończonego obrazu zostawionego na sztalugach londyńskiej pracowni…
Osobiście, jestem wdzięczna Pannie Miles, że w swojej paplaninie na kartkach pamiętnika przekazała nam tyle szczegółów o młodym Williamie Cornwallisie i jego rodzinie. Zachwycona jestem szczególnie słowami podkreślającymi jego walijski patriotyzm i wysiłki podejmowane dla utrzymania lokalnych tradycji.
To trudne słowo walijskie, które Alice z błędem napisała opowiadając o wydarzeniach, jakich była świadkiem to „Eisteddfod“ – czyli rokroczny festiwal odbywający się do dnia dzisiejszego na przemian w południowej, albo w północnej Walii w celu promocji kultury i języka walijskiego poprzez prezentacje poezji, prozy, teatru, tańcow, muzyki i sztuki wizualnej. W 1868 r. miał on miejsce w Ruthin, znaczenia czego głupiutka Panna Miles nie zrozumiała, jak również nie pojęła do końca zaangażowania rodziny Westów. Pomimo swojej miłości do Włoch, William Cornwallis West nigdy nie zapomniał, ani nie zaniedbał rodzinnych korzeni. Władał bardzo dobrze językiem walijskim, szanował walijską historię i zrobił wiele, zwłaszcza na polu kultury, by ją wzbogacić i rozpowszechnić. Zdobył tym sobie zaufanie i miłość okolicznej ludności. Na własne życzenie pochowany został w Ruthin na polu ofiarowanym przez ojca lokalnemu kościołowi. Jego grób został tak usytuowany, aby w dniu Sądu Ostatecznego wstał z niego na wprost ukochanego zamku, w którym jego rodzina mieszkała od paru pokoleń. Na pogrzebie lokalny chór wojskowy odśpiewał mu pożegnalny hymn walijski „Cyfaill yn Angau“.

Alice_Miles_mature

Alice w 1888 r. o włos uniknęła skandalu i po śmierci męża wyszła za swojego kochanka Gerarda Ames.

A Panna Miles? No cóż, przez dwa londyńskie Sezony nie udało jej się nikogo złapać. Jej arystokratyczni adoratorzy lubili z nią flirtować, ale żaden nie poprosił o rękę dziewczyny, co do skromności której mieli obawy i która była córką notorycznej w romansach Lady Miles. W 1870 r. matka popchnęła ją w związek ze starszym o 33 lat Georgem Duppa, mężczyzną, który dorobił się olbrzymich pieniędzy na hodowli i eksporcie owiec w Nowej Zelandii. Po paru latach małżeństwa zaczęła go zdradzać z przyjacielem rodziny, majorem Gerardem Ames. Gdy na świat przyszły dzieci, co do ojcostwa których George miał uzasadnione wątpliwości, wszczął postępowanie rozwodowe i wydziedziczył ją z majątku. Przed skandalem uratowła Alice jego śmierć w 1888 r. Wyszła potem za mąż za swojego kochanka i zamieszkała z nim w jego rodzinnym domu w Ayot St Lawrence.

George_Stella_Ayot_1

George_Stella_Ayot_2

George Cornwallis-West z żoną Stellą (Panią Patrick Campbell) podczas wizyt u Georga Bernarda Shawa w Ayot St Lawrence. Fotografie z Archiwum G.B. Shawa w LSE, Londyn.

Kiedy w 1899 r. umarł jej drugi mąż, przeniosła się do pobliskiej starej plebanii. Dla proboszcza wybudowała nowy dom, w którym jednak nigdy nie zamieszkał. Wynajęła go słynnemu dramatopisarzowi Georgemu Bernardowi Shaw. Dziś znajduje się tam muzeum, znane wielbicielom jego talentu jako „ Shaw’s Corner“. Życie płatające często żarty nie zawiodło w swojej ironii. Zanim stara Alice umarła w 1926 r., obserwować mogła gości odwiedzających G.B.Shawa, a wśród nich jego muzę, aktorkę Panią Patrick Campbell i jej męża – „wysokiego na sześć stóp i trzy cale i niespotykanie przystojnego“ syna Williama, Georga Cornwallis-Westa. (tłumaczenia tekstów z pamiętnika Alice©Barbara Borkowy)

Reklamy

Read Full Post »

Myślałam nad tym długo i poważnie. Coś zawsze nie zgadzało mi się w „smutnych” opisach podróży księcia i księżnej von Pless na subkontynent indyjski. Jej niespełnionych nadziejach i oczekiwaniach, egoistycznym Hansie, któremu w głowie było tylko polowanie na egzotyczną zwierzynę i który w swojej bezduszności śmiał zostawić żonę samą na sześć tygodni… I ta jej niby reinkarnacja z błądzącej w romantycznych marzeniach młodej dziewczyny w dojrzałą kobietę, pogodzoną ze swoim losem…
Dziś przedstawiam Państwu własną opinię, opartą nie tylko na osobistych przemyśleniach, ale także na historycznych źródłach, które wypłynęły od czasów ostatnich biografii księżnej, opublikowanych (nie mówię o wznowieniach lub tłumaczeniach) ponad 10 lat temu. Mam na myśli dwa dokumenty zakupione w 2012 r. przez wałbrzyską Fundację Księżnej Daisy von Pless oraz trzy inne odkryte w trakcie moich badaniach w Wielkiej Brytanii.
Pan John Koch, który miał dostęp do nieopublikowanych fragmentów z pamiętników księżnej Daisy, twierdzi że to książę Walii (późniejszy król Edward VII) był pomysłodawcą wyjazdu Plessów do Indii. Niewątpliwie pomógł im w jego zorganizowaniu, kontaktując Hansa z lordem Williamem Beresfordem, sekretarzem wojskowym kilku wicekrólów indyjskich, w celu omówienia szczegółów. Świadczy o tym list, który napisał do księżnej z Charlottenlundu 21 września 1895 r. (dokument „Daisy 16” w zbiorach Fundacji Księżnej Daisy von Pless). Dowiadujemy się z niego również o zaplanowanej na listopad 1895 r. dacie wyjazdu.
Rzeczywiście w pierwszej połowie tego miesiąca, księżna von Pless z siostrą Shelagh wróciły z Niemiec do Anglii. Daisy chciała spędzić parę dni z rodzicami w Newlands i pożegnać się z przyjaciółmi, zwłaszcza z tym jednym, Gordonem Woodem – jej adoratorem, w którym się podkochiwała. Jak wyznała, mieli w Londynie „dyskretną kolację w [klubie] Bachelor’s, po której zeszli do salonu, gdzie spędzili sami ze sobą czas do godziny pierwszej w nocy…”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy) Gordy podarował jej na podróż przenośne biurko i zieloną poduszkę do siedzenia.

Oldenburg ship

Statek parowy Oldenburg, na którym księstwo von Pless popłynęło do Indii pod koniec listopada 1895 r.

Spotkawszy się z Hansem w Pszczynie, wyjechała z nim do Triestu, gdzie wsiedli na pokład statku parowego Oldenburg, płynącego z Ameryki do Australii. Nie był to „stary i rozpadający się” okręt, jak opisał go w swojej książce pan Koch. Zbudowany w 1891 r. w Glasgow dla Północnoniemieckiego Lloyda, Oldenburg był nowoczesny i w miarę wygodny dla 1 988 pasażerów. Długi na 126 metrów i szeroki na prawie 15, miał trzy pokłady i mógł rozwinąć prędkość 13 węzłów morskich. Wszelkie późniejsze niedogody rejsu spowodowane były niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.
Towarzyszyli im w podróży: wujek Daisy – Pat FitzPatrick, brat Hansa – hrabia Fritz von Hochberg oraz panna Dugton.
Z notatek księżnej wynika, że 5 grudnia dopłynęli do Brindisi, 7-go do Aleksandrii (gdzie zdołali wyskoczyć na wycieczkę do piramid), a 11-go byli już na Morzu Czerwonym. Przed wypłynięciem w Ocean Indyjski zatrzymali się na krótko w Adenie, gdzie zaraz po przybyciu, 13 grudnia o godzinie 11 w nocy, wybrali się na przejażdżkę w góry. W drodze powrotnej na statek, wpadli na pogawędkę i „wytrawnego szampana” do domu konsula niemieckiego. Pisze o tym, jak również o dalszych wydarzeniach, panna Dugton. Jej relacja w maszynopisie przetrwała we fragmentach i znajduje się dzisiaj w zbiorach Fundacji Księżnej Daisy von Pless.
Pasażerom niewątpliwie dokuczała monotonia dni na otwartym morzu. Opatuleni w koce na leżakach próbowali czytać, a dla ćwiczenia spacerować po pokładzie, w czym przewodził Hans wyznaczając sobie do pokonania dzienną normę kilometrów. Z nudów zaczął nawet grać w bezika z Włochami, których początkowo ignorował i uczestniczył w spontanicznie organizowanych turniejach.
Daisy i panna Dugton zaprzyjaźniły się z małym, zabawnym Amerykaninem, Rayem. Miały też dla rozrywki pieska, który wabił się Comfy. Czasami płatały psikusy, wkładając na przykład zgniłą cebulę do łóżka Pata! Przede wszystkim jednak snuły już teraz plany co do podróży powrotnej. Tym razem postanowiły skorzystać z bardziej komfortowego serwisu linii żeglugowej austriackiego Lloyda i, oddając głos pannie Dugton: „wypłynąć końcem lutego [lub] początkiem marca, [bo] chcemy przez osiem dni zażywać rozrywki w Kairze, potem zaś płynąć do Neapolu, na Capri, do Amalfi, Sorrento, na Ischę. Następnie [spędzić] kilka dni w Rzymie ze względu na galerie i antykwariaty (…), a 1 maja być we Florencji, [by] (…) świętować moje urodziny w Montaldo [włoskiej rezydencji hrabiego Fritza von Hochberg]. Pozwolić Daisy tańczyć na różnych balach, a siebie pozwalać zapraszać na miłe kolacje. Hans odbierze Daisy w trakcie swojej drogi powrotnej z Indii końcem maja, podczas gdy Pat przez Japonię i Amerykę wróci do domu [sam]”. (tłumaczenie © Magdalena Woch)
Ku niezadowoleniu wszystkich przepływ do Cejlonu (dzisiejszej Sri Lanki) wydłużał się z powodu silnego prądu i wiatru. Według relacji panny Dugton, statek „podskakuje i przewala się się z jednej strony na drugą, rozpaczliwie dudni silnik. Niekiedy fale pryskają aż po drugi pokład. (…) Daisy wymiotuje lub z zimnymi okładami leży w swoim łóżku wśród całej góry poduszek z konwulsjami żołądka podobnymi do objawów cholery”. (tłumaczenie © Magdalena Woch)
Kiedy wreszcie, na początku stycznia 1896 r., Oldenburg dowlókł się do Colombo, księżna von Pless była tak wycieńczona dyzenterią, że – jak donosiła gazeta The Friend of India and Statesman – „musiała być zniesiona na ląd na noszach”.
W tym samym czasie co Plessowie, przybyli do Indii odrębnymi drogami dwaj inni gentelmani, którym los pozwolił później ich spotkać. Na szczęście dla nas, zostawili na ten temat rekolekcje: jeden – anonimowy urzędnik irlandzki – w postaci manuskryptu, który zatytułował Ponownie dookoła Świata, drugi – major S.H. Pollen – w postaci bezcennego albumu fotograficznego!
Daisy dochodziła do siebie prawie dwa tygodnie i dopiero 13 stycznia ich grupka wyruszyć mogła na nowo do Indii. Tam, już pociągiem, jechali okrężną drogą do Kolkaty przez Madras, Bombaj i Hyderabad. Słowo księcia Walii sprawiło, że wszyscy uprzejmie ich gościli, włącznie z ówczesnym wicekrólem, hrabią Elginem i gubernatorem Madrasu, baronem Wenlockem. Poznali, oczywiście, wielu rodzimych władców, w tym Aga Khana i Nizama Hyderabadu, Asafa Jah VI. Ten ostatni, którego bardzo polubili, podjął ich szczególnie wystawnie. Wizytę tą opisuje w szczegółach wspomniany powyżej urzędnik irlandzki, który wtedy był również jego gościem. Gospodarz oprowadził ich po swoim pełnym przepychu pałacu i pochwalił się wyśmienitymi stajniami. Potem zabrał ich na wyżynę Dekan (Deccan Plateau) na pokaz polowania na przepięknych arabskich rumakach. Następnego dnia, po prezentacji umiejętności jeździeckich, miała miejsce wyprawa do słynnych ruin miasta Golkondy.

golconda9

Ruiny starego fortu i miasta Golkondy w Hyberabadzie. Foto: India Pictures

Z relacji panny Dugton wiemy, że zwiedzili także Agrę, a w niej takie cuda jak Taj Mahal, Czerwony Ford, grobowiec Itmad-Ud-Daulah oraz Mauzoleum Akbara w pobliskiej Sikandrze. Pełni wrażeń zbliżali się do głównego celu swojej eskapady – polowania w dżungli Cooch Beharu, zorganizowanego dla nich przez maharadżę Sir Nripendra Narayana.

Sir Nripendra Narayan, maharadża Cooch Behar i jego żona Siniti Devi byli najbardziej postępowymi władcami indyjskimi. Ich księstwo w zachodnim Bengalu stawiane było przez brytyjskich kolonizatorów za przykład progresywnej administracji z udziałem reprezentacji obywateli. W wyniku częstych i długich wizyt w Anglii weszli głęboko w tamtejsze życie towarzyskie. Młody, przystojny i wysportowany maharadża był szczególnie popularny. Trafił nawet do Newlands, gdzie spotkał nastoletnią dziewczynkę Daisy. Któż by przypuszczał, że za parę lat stanie się ona obiektem jego pożądania…

Cooch_Behar_caricature

Sir Nripendra Narayan, maharadża Cooch Behar (1863 – 1911). Wspóczesna karykatura indyjskiego władcy.

Jedną z wielkich pasji maharadży były polowania i, jak każdy z krwi i kości myśliwy, prowadził drobiazgowy ich dziennik. Opublikował go w 1908 r. pod tytułem Thirty Seven Years of Big Game Shooting in Cooch Behar, the Duars, and Assam: A Rough Diary. Rozdział XIII poświęcony jest łowom, na które w lutym 1896 r. przybyła grupa księcia von Pless. Innymi uczestnikami byli: maharani Siniti, jej brat Peter Sen, P. Burgess, Lowis, major S.H. Pollen, hrabia Fritz von Hochberg, J. Ezra, Aaron Ezra i Sir Ben Simpson.
Obóz wyjściowy usytuowany został w Mahakulguri i już pierwszego dnia, 20 lutego, myśliwi mieli okazję zabicia tygrysa i dwóch bawołów. Następny dzień, w Guigaon, był jeszcze lepszy, choć zaczął się bezskutecznym strzelaniem do nosorożca. W sumie, do 27 marca, ustrzelono 10 tygrysów, 3 leopardy, 5 nosorożców, 7 bawołów, 4 bizony, 6 niedźwiedzi, 2 jelenie azjatyckie, 5 jeleni moczarowych, 3 jelenie indyjskie, 2 antylopy i 6 dzików. Zainteresowanych szczegółami i wymiarami upolowanych zwierząt odsyłam na link: http://archive.org/stream/thirtysevenyear00bhgoog#page/n212/mode/2up
W tej skrupulatnej kronice wyczytać także możemy o niezwykłych sytuacjach, w jakich znaleźli się uczestnicy polowania: odkrycie leoparda na drzewie, tonięcie słonia w bagnach i jego ośmiogodzinna akcja ratunkowa, ucieczka na wolność do dżungli innego słonia z konwoju, czy panika służby i słoni zaatakowanych najpierw przez bizona, a potem leoparda.
Niebywałym komplementem tych opisów są cudowne fotografie wykonane w wolnych chwilach przez majora S.H. Pollena: zdjęcia grupowe podczas postojów lub z trofeami myśliwskimi, portrety słoni – wśród nich jednego niosącego maharanię z Hansem i drugiego maharadżę z Daisy, zdjęcia przekraczania rzeki Reidak, jak również rejestrujące tak prozaiczne scenki jak poranną toaletę.
Sto sześćdziesiąt sześć tych fotografii, dokładnie opisanych i oprawionych w album, zostało sprzedanych za 1 020 funtów w kwietniu 2008 r. na aukcji kolekcji Kanwardipa Gujrala przeprowadzonej przez Bonhams’a. Poniżej reprodukuję jedną z nich, z księżną von Pless pośrodku.

Bonhams_2

Uczestnicy polowania na grubego zwierza w dżungli Cooch Behar w lutym i marcu 1896 r. Pośrodku księżna Daisy von Pless. Foto majora S.H. Pollena/Bonhams

Zawsze wrażliwa na piękno natury, Daisy była zafascynowana dżunglą Cooch Beharu. Nawet po wielu latach, przywołać wciąż mogła chwilę brzasku „ze wschodzącym złotym słońcem i białymi mgiełkami przykrywającymi szczyty gór; a za chwilę brzęk ptaków i szelest owadów w wysokiej trawie i ten dziwny szept unoszący się dookoła, kiedy każdy listek budził się delikatnie z nocnej drzemki i zaczynał trzepotać”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Według dziennika maharadży, Plessowie opuścili obozowisko po południu 16 marca 1896 r. udając się do Kolkaty. Reszta towarzystwa kontynuowała polowanie do 27 marca. Rozkochany, w niecały miesiąc, w Daisy, i natychmiast za nią tęskniący, mahardża wziął się za pisanie miłosnych listów, błagających ją o przyjęcie gościny, tym razem w jego pałacu.
Zgodnie z planem, Hans wyjechał na kolejne łowy do Madrasu. Księżna von Pless i panna Dugton miały zacząć podróż powrotną do Europy, tak jak to omówiły na pokładzie Oldenburga. Daisy zmieniła jednak decyzję i zgodziła się na propozycję maharadży. Był to jej własny wybór, w obliczu którego zamilknąć powinny wszelkie oskarżenia Hansa o egoizm i bezduszność w pozostawieniu młodziutkiej żony samej w obcym kraju na długich sześć tygodni! Osobiście mówię mu teraz „przepraszam”, że i ja kiedyś tak o nim myślałam.

coochbehar

Rezydencja maharadży Cooch Behar, gdzie księżna Daisy gościła w marcu i kwietniu 1896 r., kiedy jej mąż polował w południowych Indiach. Stan obecny.

Zamężna od czterech lat, Daisy wiedziała już więcej o życiu i męsko-damskich relacjach. Jako młoda, piękna kobieta o wesołym usposobieniu, wzbudzała zainteresowanie przechodzące często w admirację. Grono jej adoratorów szybko się powiększało, co niewątpliwie satysfakcjonowało jej kobiecą próżność. O zdradzie męża nie myślała, ale nie odmawiała sobie tego dreszczu emocji jaką zapewniał flirt. Nagły wybuch miłości maharadży musiał być miłą niespodzianką.
Młodziutka księżna von Pless nie przewidziała jednak, że namiętność egzotycznego adoratora przekroczy ustalone towarzyskimi konwencjami reguły „europejskiego” flirtu. Rozgorączkowany maharadża nie dawał jej spokoju wyznaniami i gestami swojego uczucia. Doszło do tego, że pewnego dnia musiała, po prostu, przed nim uciekać i poślizgnąwszy się na marmurowej posadzce, zraniła bardzo twarz. Przeleżała potem z zakrytą głową dwa tygodnie w łóżku, przy którym zakochany i pełen poczucia winy maharadża klękał, modlił się i głaskał ją po czole.
Maharani, pomimo że jej wtedy w pałacu nie było, znając swojego kochliwego męża doskonale wiedziała kto jest obiektem jego nowych emocji. Nic więc dziwnego, że Daisy nie czuła się wygodnie w jej obecności i z niechęcią myślała o kurtuazyjnej wizycie, którą musiała jej złożyć w Darjeeling. O tym jak chłodno została przyjęta, przeczytać możemy między linijkami noty zawiadamiającej o wyjeździe księżnej von Pless z Indii, zamieszczonej w gazecie The Friend of India and Statesman 06 maja 1896 r.: „Jej Wysokość, księżna von Pless, która przez ostatnie dwa tygodnie była gościem maharadży i maharani Cooch Behar, opuściła Darjeeling by dołaczyć do męża, który poluje w południowych Indiach, w drodze powrotnej do domu. Maharadża towarzyszył jej w podróży aż do Kolkaty, ale bez maharani, która nie mogła z nimi pojechać z powodu nagłej choroby…”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Nie wiem, czy to z przyczyny przygód Daisy, czy chęci Hansa do przedłużenia polowań, ale Plessowie wyjechali z Indii później niż początkowo planowali. Nie zdążyli się więc zjawić w Ruthin na czas bardzo ważnej dla rodziny Cornwallis-Westów uroczystości – uczczenia wieku dojrzałości młodego dziedzica, Georga, jaka miała miejsce 15 maja 1896 r. Oczekiwana tak bardzo siostra zjawiła się w Walii dopiero po tygodniu.
Po bardzo zajmującym Sezonie londyńskim, książę i księżna von Pless wrócili w lipcu na Śląsk, gdzie znowu wpadli w wir, tym razem niemieckiego, życia dworskiego i towarzyskiego. We wrześniu sami podejmowali licznych gości w Książu. Nie zabrakło wśród nich dwóch „ulubionych” adoratorów Daisy: Gordona Wooda i maharadży Cooch Behar.

Read Full Post »

Jestem przekonana, że każdy czytelnik pamiętników ksieżnej Daisy von Pless, zwrócił uwagę na jej komentarze odnoszące się do babci Olivii. W każdym z nich jest miłe o niej słowo i kolejna, rozczulająca uwaga o perfekcji jej zachowania, wyglądu i humoru. Kim naprawdę była ta urocza, staromodna staruszka, zawsze nieskazitelnie ubrana w czepek i krezy z poprzedniej epoki?

Olivia_FitzPatrick

Babcia księżnej Daisy von Pless, lady Olivia FitzPatrick z domu Taylour (1824 – 1916)

Lady Olivia Taylour urodziła się 8 lutego 1824 r. jako drugie dziecko i najstarsza córka Thomasa Taylour, 2. markiza Headfort i jego pierwszej żony, Olivii Dalton.
Jej matka (wdowa po Edwardzie Tuite Daltonie) była córką Sir Johna Stevensona, słynnego kompozytora muzyki kościelnej i dyrektora muzycznego Królewskiej Kaplicy na zamku w Dublinie. Zmarła w 1834 r. osieracając trzech chłopców i trzy dziewczynki.
Thomas, 2 markiz Headfort (1787–1870), który odziedziczył tytuł w 1829 r., przez całe swoje życie zajmował honorową posadę przedstawiciela korony brytyjskiej (Lord Lieutenant) w irlandzkim hrabstwie Cavan. W latach 1812 do 1829 był posłem do parlamentu, reprezentując partię Wigów z okręgu Meath. Od 1835 do 1837 r. pełnił funkcję szambelana (Lord of the Bedchamber), a potem, od 1837 do 1841, członka świty królewskiej (Lord in Waiting) na dworze Victorii i Alberta. W wyrazie uznania za swoje zasługi został w 1839 r. mianowany Rycerzem Orderu Św. Patryka.
W lutym 1853 r. ożenił się powtórnie z Frances MacNaghten, wdową po Sir Williamie Hay MacNaghten.
Parę miesięcy później, 10 sierpnia 1853 r., córka Olivia wyszła za mąż za księdza Fredericka FitzPatrick, jedynego syna księdza Fredericka Thomasa FitzPatrick i jego żony Edwiny Stone, zamieszkałych w Bailieborough.
Epizod „flirtu“ lady Olivii z księciem Albertem, zakończony usunięciem jej z dworu przez zazdrosną królową Victorię, urósł w późniejszych i teraźniejszych, bezkrytycznych przekazach do rangi haniebnego romansu, po którym musiała ona poślubić szybko byle kogo, by uratować swój honor. Nie ma nic dalszego od prawdy.
Podczas pracy ojca dla pary królewskiej, Olivia była mała dziewczynką. W 1841 – ostatnim roku jego służby – miała niespełna 17 lat. Była młoda, śliczna i zalotna, ale nie przekroczyła granic niewinnego flirtu. Gdyby to zrobiła, jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Z zamążpójściem się nie śpieszyła. W swoim przyszłym mężu zakochała się mając dopiero 28 lat.
Wybrankiem jej serca był starszy o dziewięć lat Frederick FitzPatrick, ówczesny wikar w rodzinnym Headfort, pochodzący z rodziny o dobrym rodowodzie, a przy tym przystojny i wysportowany. Pasja Fredericka do polowań była legendarna, a najlepszą jej ilustracją stał się jego zwyczaj narzucania pastorskiej sukmany na swój myśliwski strój.

Olivia_ClooneVillage

Współczesny widok Cloone w hrabstwie Leitrim, gdzie Frederick FitzPatrick był proboszczem parafii.

Małżonkowie przenieśli się do Cloone w irlandzkim hrabstwie Leitrim, gdzie Frederick objął parafię. Mieli siedmioro dzieci, które przyszły na świat w pierwszych dziesięciu latach po ślubie. Najstarszym był Frederick Thomas Edwin, po nim Mary Adelaide Thomasina Eupatoria („Patsy“ lub „Mai“), Robert Persee („Bob“), Edwina Virginia Joanna („Minnie“ lub „Min“), Heremon John Francis Headfort („Pat“ lub „Herry“), Hugo George Herbert i Oliver Thomas Edward. Wszyscy, oprócz Heremona, mieli w następnym pokoleniu swoich potomków, którzy stworzyli liczną grupę wnuków nieustannie nawiedzającą dom dziadków. Daisy, George i Shelagh byli z nich najstarszymi. Poród Georga był długi i skomplikowany. Przeżył tylko dzięki przytomności babci Olivii, która uderzyła niemowlaka, by złapał oddech i wlała mu do ust parę kropel koniaku.
Gdy w Irlandii zaczęły się problemy, Olivia wymusiła na mężu przeprowadzkę. Friderick o mało co nie stracił życia, gdy jeden z awarturników oddał do niego strzał. Kula ugrzęzła w biblii, którą trzymał, co oczywiście uznano za akt boski, a święta księga stała się od tego momentu cenioną pamiątką rodzinną.

Qlivia_Warren_Hall

Willa dziadków FitzPatricków, Warren Hall, niedaleko Chester. Stan obecny.

Na rezydencję obrali sobie Warren Hall w Broughton niedaleko Chester, niewielką, ale elegancką willę w stylu „Queen Anne“ z widokiem na walijskie góry. Usytuowany z przodu trawnik opadał stopniowo w kierunku stawu, obrośniętego wierzbami i sitowiem. Z boku trawnika, na wyżej położonym gruncie był ogród, na końcu którego stał ogromny hiszpański kasztan, z ławką obiegającą jego pień. Ośmiu wnuków potrzebnych było, żeby go objąć. Zazwyczaj było ich latem znacznie więcej.
Jak pamięta major generał Geoffrey Brooke (syn Minnii), ich pobyty w Warren Hall miały zawsze ten sam rytuał. Dzieci zaczynały dzień od modlitwy z babcią i jej slużbą, która zawsze miała miejsce o godzinie 9.15. Przelatując koło pokoju Fridericka, z roku na rok coraz bardziej przykutego do łóżka, witały go słowami: „Dzień Dobry najdroższy dziadku!“, by usłyszeć w odpowiedzi: „Dzień Dobry moje dziecię“ i biec pędem na dół, żeby – nie daj Boże – nie spóźnić się na pacierz. Obawiały się bowiem uwag lady Olivii, która komentowała ich tłumaczenia starodawnymi zwrotami, takimi jak „trele morele“ („fiddlesticks“), „super bzdury“ („fiddle dee dee“) lub zupełnie niezrozumiałym „tarra-diddle“.
Nie przeszkodziło im to po latach wspominać babcię z sentymentym, który w dzisiejszym slowniku oddany zostałby określeniem jej jako „cool“. Lady Olivia bowiem, pomimo staroświeckich manier i ubioru, była ciepłą, kochaną i żwawą staruszką, pełną incjatywy i energii. Chodziła z wnukami na jagody i wspinała się z nimi po okolicznych górach. Czasami zabierała je na poważniejsze spotkania do pobliskiego Hawarden Castle, by odwiedzić swoją przyjaciółkę, panią Gladstone – żonę czcigodnego premiera.
Wszyscy FitzPatrickowie byli bardzo rodzinni. W niedalekim Ruthin mieszkała ciocia Mia („Patsy“) i wujek Wallis („Popetts“), których dzieci też często odwiedzały. Ich starsi kuzyni, Daisy, George i Shelagh, zawsze znajdowali dla nich czas na zabawę i naukę. Kuzyn George zasłużył się szczególnie w uczeniu ich wędkarstwa. Podziwiany był równieź za umiejętności jazdy na rowerze. Kuzynka Shelagh imponowala im swoją menażerią i doskonałą jazdą na koniach. A Daisy? Oh, Daisy wieloma z nich zaopiekowała się w przyszłości, znajdując dla dziewcząt odpowiednich męźów, a dla chłopców przecierając drogę poznania szerszego świata.
Spora liczba z nich było później jej częstymi gośćmi w Książu.
Troska babci Olivii o rodzinę nie ograniczała się do okazyjnej gościnności. Całe życie opiekowała się swoją młodszą, chorą psychicznie siostrą, Marią Julianą, Przyjęła też pod swój dach i wychowała córkę syna, Roberta Persee, kiedy jego żona Caroline Rebecca zmarła w 1904 r. Dziewczynką tą była, znana nam z późniejszego życia księżnej von Pless, Edwina („Ena“) Fitzpatrick.
Po śmierci męża w 1895 r., lady Olivia przeniosła się do pobliskiego Brynedwin (pisanego również Brynedwyn lub Bryn Edwin), położonego 15 mil od Ruthin Castle i Eaton Hall, siedziby jej wnuczki Shelagh.
Do Eaton Hall była często zapraszana. Jeśli jej tam nie było podczas pobytów Plessów, Daisy wybierała się do niej pociągiem. Podróż trwała tylko pół godziny. Tak stało się w styczniu 1904 r. „Babcia ma się doskonale“ – księżna zapisała po wizycie – „zajęta jest bardzo sąsiadami; podejmuje ich na herbatki, wychodzi do nich na lunche, a jutro idzie na amatorskie przedstawienie teatralne. Po posiłku chodziła po domu z piórem w ręce, pytając: „Co mam zaznaczyć dla Ciebie po mojej śmierci?“, po czym napisała „Dla Daisy“ na paru przedmiotach, włącznie z malowanym portretem Patsy w wieku czternastu lat. Potem powiedziałam jej, żeby zostawiła mi krzesło na którym zawsze siedzi; wszystko to było niesłychanie śmieszne, i Hugo [syn lady Olivii] zachowywał się tak przekomicznie, że myślałam iż padniemy ze śmiechu, starając się w tym samym czasie ustalić datę przyjazdu babci do Książa i zaplanować tam dla niej przeróżne aktywne zajęcia“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Od września 1904 r., w kalendarz lady Olivii wpisała się nowa corocznna atrakcja. Były nią, wznowione po latach przerwy, pokaz kwiatów i zawody psów pasterskich, organizowane za pozwoleniem jej zięcia na terenie Ruthin Castle. Pułkownik William Cornwallis-West przyjął także nad nimi patronat.
Lady Olivia Fitzpatrick rzeczywiście przyjechala do Książa w październiku 1905 r. i spędziła tam z rodziną i licznymi gośćmi niezapomniane dwa tygodnie. „Kochana staruszka babcia była bardziej zachwycająca i pyszna niż kiedykolwiek przedtem, pełna radości i animuszu, pomimo swoich 82 lat“ – zanotowała księżna na stronach swojego pamiętnika. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Lata biegły, niewiele zmieniając w życiu i rutynie staruszki. W grudniu 1909 r. zjechał do Eaton Hall król Edward VII. Zmęczony i przygnębiony ówczesną sytuacją kraju, doprowadzonego do kryzysu politycznego żądaniami Liberałów, chciał uciec na chwilę od presji rozgrywek partyjnych. Nie było mu to dane. Gdziekolwiek teraz jechał na dłużej niż dwa dni, inżynierowie instalowali tam telegraf, by docierały do niego najświeższe wiadomości, na które musiał reagować. Księżna von Pless przeto, była ogromnie zdziwiona, gdy pewnego dnia rzucił wszystko i pojechał z nią i panią Keppel w odwiedziny do babci do Brynedwin.

Shelagh_EVII_dogs_1909

Król Edward VII podczas pobytu w Eaton Hall w grudniu 1909 r. Był to ostatni raz, kiedy Daisy i Shelagh go widziały. Foto z kolekcji autorki

Niespodziewana wizyta tak dostojnego gościa początkowo zbiła z tropu staruszkę. Nie była przygotowana. Dopiero co wróciła z przejażdżki. Jej czepek był przekrzywiony, włosy rozwiane, a nos czerwony. W dodatku król zajął jej ulubiony fotel!
Lody stopniały, kiedy Edward VII zaczął prawić jej niesamowite komplementy, po których obydwoje poczeli okropnie flirtować. Oddając głos Daisy: „Babcia nigdy nie potrafiła, tak samo jak król, powstrzymać się od flirtu. Nie zdziwiłabym się, gdyby (…) zaczęła to robić w niebie ze Św Pawłem pod nosem samego Pana Boga!“.
Kiedy król zapytał: „Czy to prawda, że moja matka odesłała panią z dworu, bo próbowała pani flirtować z moim ojcem?“, lady Olivia odpowiedziała: „Nie bardzo to pamiętam, Panie; całkiem prawdopodobne, że chciałam flirtować z pańskim ojcem; był on bardzo przystojnym mężczyzną, a poza tym, jak wszyscy Koburgowie, oglądał się za spódniczkami. Jakże upokarzająca byłaby dla mężczyzny myśl, że żadna kobieta nie chce z nim flirtować“. „Wątpię, lady Olivia“ – podsumował żartobliwie Edward VII – „że pani lub ja moglibyśmy być autorytetami na temat tej formy upokorzenia“.(tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Wspominając powyższy epizod, Daisy zawsze bardzo się wzruszała, ujęta gestem króla, który pomimo tylu wtedy zajęć i stresu, znalazł czas, by odwiedzić staruszkę i zapewnić jej chwilę radości. Tak się złożyło, że dla lady Olivii, Daisy i Shelagh było to ostatnie spotkanie z monarchą. Zmarł w maju 1910 r. Po jego zgonie, zrozpaczona księżna von Pless, pamiętająca przytłaczającą go atmosferę ostatnich miesięcy, napisała do premiera H.H. Asquitha list oskarżający jego partię o przyśpieszenie śmierci króla. Brudnopis tego cennego listu znajduje się obecnie w zbiorach wałbrzyskiej Fundacji Księżnej Daisy von Pless.
Niedługo potem rodzina zadecydowała o przeniesieniu babci Olivii do zamku w Ruthin. Daisy miała okazję pobyć z nią dłużej podczas Świat Wielkanocnych 1913 r. W lutym następnego roku zaprosiła babcię na wakacje do willi Liberia w Mandelieu na południu Francji. Pierwsza wojna światowa uniemożliwiła im dalsze kontakty. Tylko z rzadkich listów matki, księżna von Pless dowiadywała się o pogarszającym się stanie umysłu babci i jej pragnieniu śmierci i wiecznego spokoju. „Nie bądź z tego powodu nieszczęśliwa“ – pisała Patsy, „ani nie myśl, że ja jestem. Oczywiście, jak każdy, odsuwam od siebie myśl o jej końcu, bo nic nie zastąpi matczynej miłości. A jednak czuję, że zmierza ona ku doskonałemu szczęściu…“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Lady Olivia Fitzpatrick zmarła 4 września 1916 r. Pochowana została na cmentarzu Llambedr Church niedaleko Ruthin.

Read Full Post »