Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘działalność charytatywna’

Dla badaczy przeszłości, epok wiktoriańskiej i edwardiańskiej, ówczesny zwyczaj prowadzenia pamiętników jest wręcz darem niebios. Bez dzienników tamtych ludzi nasza wiedza o czasach, w których żyli byłaby ograniczona, niekompletna i pozbawiona detali. I choć czytając je pamiętać musimy, że nie do końca są obiektywnym źródłem informacji, oddać im należy pokłon za kolor i tonację w jakiej spoglądamy na te lata.

Nasza wiedza o księżnej Daisy von Pless pochodzi głównie z jej pamiętników, ale byli też inni, którzy nie zapomnieli o niej w swoich zapiskach. Ich wspomnienia niejednokrotnie rzucają nowe światło na jej życie i charakter, zmuszając nas do zrewidowania przyjętej opinii. Przykładem niech będzie książka opublikowana w 1922 r. przez jej rówieśniczkę, lady Susan Townley.

Lady Susan Townley (1868 – 1953) spotkała i zaprzyjaźniła się z księżną Daisy von Pless w Berlinie. Rysunek ołówkiem wykonany przez księżną Rutland

Lady Susan była córką Williama Keppel, 7. hrabiego Albemarle. W 1896 r. wyszła za mąż za Sir Waltera Beaupré Townley’a, dyplomatę, którego długa kariera zaczęła się w 1886 r. Lady Townley przebywała razem z mężem na placówkach w Lizbonie, Berlinie, Rzymie, Pekinie, Konstantynoplu, Waszyngtonie, Buneos Aries, Bukareszcie i Teheranie.  Sir Walter Beaupré Townley zmuszony został przejść na emeryturę w 1918 r. z powodu apolitycznej niedyskrecji żony, która w nieodpowiednim  czasie znalazła się w niewłaściwym miejscu – w Holandii w czasie abdykacji cesarza Wilhelma II. Ale zanim to nastąpiło, spędziła interesujący czas w Niemczech od 1899 do 1900 r., gdzie spotkała i zaprzyjaźniła się z księżną Daisy. Oto jak ją wspomina:

Sir Walter Beaupré Townley (1863 – 1945) dyplomata brytyjski i mąż lady Susan. Portret P. de László. Foto: Government Art Collection

„W czasie naszego pobytu w Berlinie najbardziej popularną postacią stolicznej society była angielska żona księcia [Jana] Henryka von Pless, magnata niemieckiego, właściciela ogromnych posiadłości w południowych Niemczech. Była młoda, bardzo czarująca, nadzwyczaj piękna, szczera i bezpośrednia do stopnia alarmującego ludzi przyzwyczajonych od kołyski, jak Niemcy, do surowej ceremonii i porządku.

Żaden opis Berlina z początku 20. wieku nie byłby jednak pełny bez wzmianki o niej. Była dzieckiem Natury, które nie zważało na ustalone zwyczaje, otwarcie zaprzeczało konwencjom i łamało towarzyskie reguły, płatając figle z dziecięcą, ale fantastycznie pociągającą, nieposłusznością.

Oczywiście, będąc obie młodymi Angielkami spotykałyśmy się często. Kiedy poszłam zobaczyć ją po narodzinach jej najstarszego syna [Hansela w 1900 r.], byłam tak zachwycona jej  cudowną urodą gdy leżała oparta na poduszkach, że powiedziałam jej, że wygląda bosko. „Bosko!“ wykrzyknęła, przeglądając się w lusterku. „Nonsens! Zaczekaj tylko chwilę!“ A potem zawołała „Anna“ do swojej pokojówki, „przynieś mi moje włosy.“ Pokojówka przyniosla pudło pełne loków, w których księżna zaczęła przebierać. „Wystarczy“ powiedziała, odprawiając dziewczynę z na pól pustym pudłem. „A teraz zobacz różnicę“ i wciąż rozmawiając przypieła triumfalnie loki, dodając też za ucho ogromną różową satynową kokardę. I rzeczywiście wyglądała prześlicznie, jak duża jasnowłosa lalka. W tamtych czasach, kiedy w modzie były wolumniaste fryzury, prawie każda kobieta dodawała sobie loków (i wciąż dodaje), ale ze wszystkich moich znajomych tylko księżna tak otwarcie się do tego przyznawała.

Zanim prywatne występy teatralne stały się normą, księżna zaskoczyła statecznych Berlińczyków rozrywkami teatralnymi, jakie organizowała ku pomocy interesujących ją instytucji dobroczynnych. Niewątpliwie sprzyjającym był tu fakt, że jej szwagier był zarządcą Narodowego Teatru.

Pewnego razu odpowiedzialna była za manekinowe przedstawienie, uwięczone ogromnym sukcesem, tzw „Puppenfee“, wystawione w domu jej teścia, w którym cała młoda śmietanka Berlina pojawiła się w charakterze mechanicznych kukieł. Pamiętam, że byłam motylem i wykonałam zdumiewający taniec na czubkach palców, z rozpostartymi ramionami, ubrana w cudowny kostium, który wybrałam sobie z garderoby cesarskiej opery. Nasze przedstawienie było wielkim wydarzeniem towarzyskim sezonu, a organizacje charytatywne księżnej Daisy bardzo się na nim wzbogaciły.

Jej zachowanie w roli hostessy rezydencji jej meźa w południowych Niemczech było nawet bardziej niekonwencjonalne niż w Berlinie. Jej mąż był dumnym arystokratą, przywiązanym do rodzinnych tradycji i chciał mieć wszystko na najwyższym poziomie, czego jego żona nie podzielała. Jednego dnia, wciąż w swoim pokoju na górze, usłyszała przybycie gościa. Przekroczywszy na palcach galerię, spoglądnęła sponad balustrady na przedsionek i zobaczyła tam czekającego mężczyznę. Od razu wpadł jej do głowy psikus. Pobiegła więc z powrotem do sypialni, by za chwilę wrócić z dzbanem wody, który na niego wylała. Nie była przy tym zupełnie skonsternowana, gdy wściekły, z pianą na ustach, mężczyzna spojrzał w kierunku skąd zleciał na niego prysznic i okazał się być, zamiast swawolnym młodym oficerem, ziemiańskim sąsiadem o wielkim znaczeniu i arystokratycznym pochodzeniu, którego mało znała, a który przebył ponad dwadzieścia mil by złożyć jej grzecznościową wizytę!

Jej bezceremonialne postępowanie z adoratorami jest nie do opisania, aczkolwiek biedni cierpiętnicy byli zazwyczaj tak beznadziejnie w niej zakochani, że wydawali się nie żywić do niej urazy za szyderstwa, którymi ich obdarzała. Pewnego letniego wieczoru, kiedy wszyscy byliśmy na trawniku, powiedziała melancholijnie, „Jakże bardzo bym chciała mieć kasztana z tego drzewa! Oh, żeby ktoś mógł mi go zerwać!“

Natychmiast jeden z młodzieńców poderwał się, by spełnić jej kaprys. I choć nieodpowiednio ubrany, wdrapał się na drzewo. Ona zaś, przez chwilę bawiła się tym, wykrzykując mu kierunek, prowadząc go wciąż wyżej i wyżej, z jednej gałęzi na drugą, ryzykując jego upadek, aż znudzona żartem, ze śmiechem zawołala go na dół.

Stanął przed nią potargany i zbity z tropu. A ona odwróciła się do służącego i, wskazując na swoją ofiarę, powiedziała w złym niemieckim (nigdy nie nauczyła się języka zaadoptowanego kraju): „Proszę wziąć tego gentlemana do stajni, bo jest osłem. Proszę go dobrze nakarmić, pamiętając że on tylko je osty.“

Przy innej okazji byliśmy w jej pszczyńskiej rezydencji, gdzie oczekiwano wpół-oficjalnej wizyty Gubernatora Śląska i jego małżonki. Nasz gospodarz był bardzo przejęty, że powinno się ich przyjąć z odpowiednią ceremonią i zarządał by żona powitała ich na progu domu.

Ona jednak, jak tylko wyjechał na stację wielką karocą zaprzężoną w cztery konie, z forysiami i eskortą, oświadczyła że zamierza pobrodzić sobie w jeziorze. Nakazała służbie, by gości po ich przyjeździe tam doprowadzić, gdzie również będzie podany poczęstunek. Nic nie było w stanie zmienić jej decyzji i choć staraliśmy się odwrócić ją od tego zamiaru, zaciągnęła nas nad wodę, by tam spędzić gorące popołudnie.

Siedzenie nad brzegiem jeziora było bardzo przyjemne, więc tam zostaliśmy nawet gdy karoca wróciła już z gośćmi do pustego domu. Z oddali zobaczyliśmy ich idących po trawniku w naszą stronę – pochmurnego, poniżonego męża i dwie wściekłe niemieckie osobistości, głęboko urażone złym potraktowaniem. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy tej damy. Lecz nikt nie mógł być długo zły na Daisy; bo, pomimo jej nieodpowiedzialności, była osobą serdeczną i uprzejmą.“ (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Księżna Daisy von Pless w Viceregal Lodge w Dublinie podczas wizyty księstwa York w Irlandii w sierpniu 1897 r. Foto Lafayette’a z kolekcji autorki

Proszę nie oburzać się na Daisy za jej młodociane psikusy, brak subordynacji wobec męża i „okrucieństwo“ dla adoratorów. Każdy aspekt jej zachowania ma wytłumaczenie.

Niewybredne żarty, tzw „practical jokes“, były normą i barometrem poczucia humoru w środowisku angielskiej arystokracji. Jej własna matka wrzuciła kostki lodu za  koszulę księcia Walli [przyszlego króla Edwarda VII]! A księżna Warwick wspomina, że nawet stateczny Hans Pless nie uwierzył w trzęsienie ziemi, które nawiedziło jej posiadłość, będąc przekonanym że to lord Herbert Vane-Tempest siedzi pod i rusza łóżkiem w jego sypialni.

O tym, że księżna przeciwna była przesadnej pompie i sztywnemu niemieckiemu protokołowi wiemy z jej własnych zwierzeń. Upartemu i konserwatywnemu Hansowi musiała się sprzeciwiać, żeby podkreślić swój punkt widzenia oraz wprowadzić zmiany w nużącej i, w porównaniu do brytyjskiej, skostniałej etykiecie.

Miała również dosyć tuzinkowych adoratorów, których komplementy – jak pisała – „powielane tymi samymi słowami tracą swój czar“ nudząc, a nawet, ją złoszcząc.

Wspomnienia lady Susan Townley dorzucają jednak parę nowych faktów. Interesująca jest wzmianka o fryzurach Daisy, jak również opis manekinowego  przedstawienia w domu Vatera. Ciekawe są przytoczone dialogi i sytuacyjne obserwacje.

Powyższy tekst jest pierwszym cytatem z ówczesnej literatury pamiętnikarskiej, który tutaj przedstawiam. Kolejne pojawią się wkrótce.

Reklamy

Read Full Post »