Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘blog’

Ogłoszone we wrześniu 1904 r. zaręczyny następcy tronu, cesarzewicza Wilhelma, z Cecylią księżniczką Maklenburgii i Schwerinu sprawiły, że całe Niemcy, a w szczególności Berlin, wypatrywały z niecierpliwością ślubu cesarskiego syna i przyszłego króla.
Nic więc dziwnego, że nowa w tym kraju Leila von Meister wpadła w euforię, czując się wyróżnioną po otrzymaniu zaproszenie na królewskie wesele. Świadoma faktu rzadko nadarzającej się okazji bycia naocznym obserwatorem historycznej ceremonii, nie omieszkała skrzętnie opisać ją w swoim pamiętniku.
Uroczystości rozpoczął wjazd księżniczki Cecylii do Berlina przez Bramę Branderburską 5-go czerwca 1905 r. Przyjechała do Niemiec dzień wcześniej z matką, wielką księżną Anastazją. Spotkana na stacji przez Cesarza i Cesarzową, zawieziona została do pałacu Bellevue, znajdującego się na terenie ogrodów Tiergarten. Stamtąd, jej przyszła teściowa zabrała ją nazajutrz na spotkanie z narzyczonym. Jechały złotą karetą zaprzężoną w osiem koni i otoczoną forysiami w ceremonialnych liberiach. Towarzyszyła im procesja złożona, zgodnie z tradycją na tą okazję, z urzędników poczty i członków cechu rzeźników, ubranych w czarne garnitury i wysokie kapelusze. Przeciwagę ich niepewnej jazdy konnej zapewniały dwa oddziały zawodowej kawalerii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powitanie Cecylii, księżniczki Meklemburii i Schwerinu przez burmistrza Berlina 5 czerwca 1905 r. Ilustracja opublikowana przez Black and White 10 czerwca 1905 r.

Powitana formalnie przy Bramie Branderburskiej przez burmistrza stolicy, Cecylia i jej konwój połączyły się na Placu Paryskim z orszakiem cesarzewicza Wilhelma, który przybył z Pałacu Królewskiego aleją Unter der Linden. Witani entuzjastycznie przez tłum ludzi zgromadzonych na ulicach, wrócili razem do pałacu by przyjąć delegacje z życzeniami od licznych organizacji i przedstawicieli społeczeństwa niemieckiego. Dzień zakończyli na galowym przedstawieniu w operze, gdzie – jak wspomina księżna Daisy – wszyscy czuli się z powodu panującego upału jak „w środku pieca“.
Następnego dnia po południu odbył się ich ślub. Biedna Leila, która ugrzęzła po drodze w korku, o mały włos nie zostałaby wpuszczona do środka. Ignorując rozkazy strażników, próbujących ją zatrzymać, chwyciła swój tren i podniosła spódnicę sukni, by szybko pokonać stopnie klatki schodowej i wpaść do kaplicy pałacowej tuż za ostatnią osobą z weselnego konduktu. W środku nie było czym oddychać. W stosunkowo małym pomieszczeniu zgromadziło się prawie trzy tysiące osób!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Slub cesarzewicza Wilhelma z Cecylią, księźniczką Meklemburgii i Schwerinu w kaplicy cesarskiego pałacu w Berlinie 6 czerwca 1905 r. Ilustracja opublikowana w Black and White 17 czerwca 1905 r.

Po złożeniu przysięgi, młoda para i goście przeszli do Białego Holu (Weisser Saal), gdzie nowożeńcy i ich rodzice usiedli na podwyższeniu, by przyjąć ukłony od swoich poddanych. Leila dobrze się na ten moment przygotowała, jadąc wcześniej do Paryża, by zamówić tam sobie wykwitny strój – jasno-niebieską suknię z gazy i szyfonu, ozdobioną cekinami, których wielkość i granatowy kolor topniały stopniowo od dołu ku dekoltowi. Jej tren z niebieskiej satyny obrębiony był falującym aksamitem. Szerokość tej oblamówki zmniejszała się idąc w górę, by zupełnie zniknąć przy dojściu do ramion.

Leila_1902

Wysoka i smukła jak księżna von Pless i hrabina Nancy von Hochberg, Leila von Meister dołączyła się do żartu Daisy.

Zanim jednak nadeszła jej kolej, spotkała na parkecie księżną Daisy von Pless. Ta, ubrana była w białą suknię iskrzącą się złotymi cekinami, z trenem z niebieskiej gazy oraz turkusową koronę i biżuterię. Towarzyszyła jej Nancy Roche z brytyjskiej rodziny arystokratycznej Fermoyów, od stycznia 1905 r. żona jej szwagra, hrabiego Fritza von Hochberg. W opisie kolejnych wydarzeń oddaję glos Leilii:
„Daisy Pless, która wyglądała przepięknie i, jak zwykle miała na myśli jakiś żart, uznała, że powinniśmy złoźyć pokłon razem jako trzy, wysokie na prawie sześć stóp, angielskie damy. Przypomniałam jej, że w świetle obowiązującej etykiety, nie jest to możliwe, ponieważ należymy do różnych klas, ale ona tego nie przyjęła, wierząc że rodzinę cesarską ubawimy tym gestem w świetle otaczającej jej śmiertelnej powagi. Zawsze gotowa na przygodę, zgodziłam się i oto, pod reżyserią księżnej Daisy razem w trójkę wykonałyśmy wielce pedantyczny ukon, najpierw w stronę nowożeńców, a potem w kierunku ich cesarskich mości. Zostałyśmy za to „nagrodzone“ zdziwionymi spojrzeniami i szmerem duszonego chichotu przy naszym wyjściu“. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Widowiskowym akcentem wieczoru był tradycyjny Taniec z Pochodniami (Fackeltanz) w rytmie podobnym do poloneza. Poprowadził go hrabia Eulenburg, za którym szło dwunastu paziów niosących duże, zapalone świece, a za nimi sunęła w takt muzyki młoda para. Pokonawszy całą długość sali, rozdzielili się, stając na czele dwóch korowodów wyprowadzających gości: księżniczka Cecylia mężczyzn, a cesarzewicz damy. Orkiestrą grenadierów drygował książę Joachim Albrecht Pruski, kuzyn cesarza Wilhelma II. Oryginalne nagranie tego utworu zachowało się do naszych czasów. Zapraszam do jego odsłuchania i przeniesienia się w tamtą epokę:

 

Read Full Post »

Księżna Daisy von Pless zmarła w Wałbrzychu 29 czerwca 1943 r. Ze zrozumiałych wzgłędów, wiadomość o śmierci dotarła do Anglii z opóźnieniem i dopiero 13 lipca 1943 r. The Times opublikował jej nekrolog napisany przez Harolda Nicolsona. Autor przywołał w nim fakty z źycia księżnej, podkreślił jej starania o utrzymywanie dobrych stosunków pomiędzy krajami, w których przyszło jej żyć oraz zasługi, jakie położyła na polu działalności dobroczynnej. Przypomniał również jej dawną pozycję społeczną i sławę jako członkini Edwardiańskiej socjety w Anglii oraz wspaniałej gospodyni w swoich rezydencjach na terenie Niemiec.

Za przykładem The Times’a, inne gazety zamieściły także artykuły o jej życiu i zgonie, uznając ją w nich szablonowo za „słynną Edwardiańską hostessę“! Harold Nicolson poczuł, że musi się temu sprzeciwić. Przypięcie jej takiej wizytówki znaczyło dla niego nie tylko spaczenie prawdy historycznej, ale – przede wszystkim – przekręcenie prawdy o jej charakterze i osobowości. Znał bowiem księżną bardzo dobrze.

Harold Nicolson (1886-1968) był człowiekiem nienagannie wykształconym, obytym i światowym. Idąc w ślady ojca, wybitnego dyplomaty brytyjskiego Arthura Nicolsona, oddał się po studiach służbie zagranicznej, która umieściła go na placówkach w Madrycie, Konstantynopolu, Teheranie i Berlinie. Berlin, gdzie przebywał od 1928 do 1929 był ostatnią stolicą, w której pracował. Stęskniony za swoją młodą rodziną, zrezygnował z dyplomacji w 1929 r. i zajął się zawodowo pisaniem, będąc już znany czytelnikom z kilku, wcześniej opublikowanych, biografii poetów angielskich. W decyzji tej sekundowała mu gorąco żona, wybitna pisarka Vita Sackville-West (1892-1962), jedyna córka 3. barona Sackville, którą poślubił w 1913 r. Ich bardzo niekonwencjonalny związek, naznaczony romansami Vity z Violet Trefussis i Virginią Woolf, przetrwał skandale i okazał się szczęśliwą przystanią na ich późniejsze lata. Poza twórczością intelektualną, obydwoje małźonkowie oddali się pasji ogrodniczej, czego wynikiem był – i nadal jest – światowej sławy ogród, otaczający ich rezydencję w Sissinghurst w hrabstwie Kent.

61028762

Krewna księżnej Daisy, Vita Sackville-West z mężem, Haroldem Nicolsonem.

Jak nazwisko Vity, zawierające człon „West“, wskazuje była ona krewną księżnej Daisy von Pless de domo Cornwallis-West. Dziadek księżnej Daisy ze strony ojca, Fryderyk West  i pradziadek Vity, John West byli braćmi, synami 2. hrabiego de la Warr. Rodziny pozostawały ze sobą w kontakcie. Dziewięcioletnia Vita była jedną z drużek na ślubie Shelagh z księciem Westminsteru w 1901 r. Brat księżnej, Jerzy, wspomina w swojej książce o licznych wakacjach spędzanych w przepięknej rezydencji Sackville-Westów w Knole – tak bardzo ukochaną przez Vitę, że stała się ona przewodnim „charakterem“ jej najsłynniejszej powieści „Edwardians“. Daisy też tam bywała, a Vita i jej matka Wiktoria conajmniej dwa razy gościły w Książu, nie mówiąc o póżniejszych tam wizytach Vity z Haroldem. Harold więc był w jak najbardziej dogodniej pozycji, żeby zabrać głos po śmierci księżnej Daisy i zapewnić jej odpowienią ocenę historyczną. Jego śliczne wspomnienia, przepełnione szczerą nutą sympatii i zrozumienia, przytaczam w całości poniżej. Ukazały się 22 lipca 1943 r. w prowadzonej przez niego na łamach czasopisma The Spectator kolumnie zatytuowanej „Marginal Comment“:

„Nekrologi księżnej von Pless, jakie ukazały się w gazetach zeszłego tygodnia, opisują ją jako „słynną Edwardiańską hostessę“. Mijają się w tym z prawdą. Kobiety, które w pierwszym dziesięcioleciu tego wieku wcieliłī się w tę rolę, były z zasady istotami bez ludzkiego oblicza: strwardniałymi do szpiku kości, przesadnie ambitnymi i zachłannymi na pieniądze potworami, ubranymi w stroje o wysokich tiulowych kołnierzach usztywnionych fiszbinami i wybuchającymi śmiechem tak wysokim i sztucznym, jak tiary w ich włosach. Ich małe emaliowane torebki od Faberge’go podrapane były pierścieniami z olbrzymimi szmaragdami; wielkie donice z trawą pampasową zakrywały w ich buduarach liczne fotografie w srebrnych ramach; bransolety na nadgarstkach brzękały szorstko przy rozdawaniu kart lub filiżanek z herbatą; ich sympatie były zawężone, a emocje zamaskowane; nie pozwalały sobie na naturalne odruchy; nawet zabawne zdziwienie z powodu gafy, popełnionej przez kogoś spoza ich kręgu, wyrażane było suchym rechotem.

Prawdą jest, że kiedy panowanie Edwarda VII dobiegło swojego ociężałego w luksusie końca, przywódczynie Edwardiańskiej socjety pozwoliły sobie na pewne zmiany. Niezliczone stoliczki, z ustawionymi na nich bombonierami i srebrnymi ornamentami oraz towarzyszące im lampy z falbaniastymi abażurami ustąpiły miejsca prostszej aranżacji; zdjęcia w ramkach spakowane zostały do pustych szuflad szaf, a porcelanowe figury zastąpiły filigranowy nonsens, jaki rządził od czasów Wiktoriańskiej przesady. Same hostessy jednak pozostały tak samo wyniosłe, zimne i oślizłe, jak ryby z nefrytu zdobiące gzymsy ich kominków. Taka też była Edwardiańska gościnność, przepełniona zapachem soli kąpielowych unoszącym się w korytarzach łączących różne sypialnie. Daisy Cornwallis-West napewno taką nie była. Wyszła za mąż za Hansa Heinricha XV, Księcia von Pless kiedy była wciąż jeszcze dziewczynką w wieku szkolnym i dziewczynką w wieku szkolnym pozostała przez całe swoje życie.

Daisy_Girl

Wychodząc za mąż, księżna von Pless była „wciąż jeszcze dziewczynką w wieku szkolnym i dziewczynką w wieku szkolnym pozostała przez całe swoje życie”.

Urodziła się w rodzinie słynnej z dobrego wyglądu, aczkolwiek w dzieciństwie nie uchodziła za ładną. Nawet kiedy już uznano ją za jedną z najcudowniejszych kobiet Europy, z jej nosem ciągle było coś nie tak: był zbyt ruchliwy, zuchwały i podniecający, by zrobić z niej statycznie klasyczną piękność, ale jakimś cudem niejednego zastanawiał, jak ktoś tak śliczny może być zupełnie nieświadomy swojej urody. Łobuzerskie niedyskrecje, w które ten nos wsadzała, przerażający brak taktu jej wielu pytań i uwag nigdy nikogo nie oburzały: wręcz przeciwnie, zachwycały odkryciem, że w tym wyrachowanym świecie znaleźć wciąż można osobę aż tak nierozważną. Nie była pod żadnym względem przebiegła; choć całkowicie pozbawiona kalkulacji, swoim gorącym sercem ujmowała ludzi tak różnych, jak egoistycznego Edwarda VII, introwertycznego Williama II, swojego poważnego, aczkolwiek łaskawgo teścia oraz niezliczoną ilość innych, którzy z uwielbieniem ją otaczali. Nawet w środku pierwszej wojny światowej, kiedy już brakowało jedzenia, zawiadowca stacji w Berchtesgaden przemycał do jej przedziału kiełbaski zawinięte w potłuszczony papier z odręcznie napisanym ołówkiem życzeniem: „Gröss Gott!“

W Książu i w Pszczynie, normą były olbrzymie przyjęcia dla czterdziestu gości; status utrzymywany w jej kilku pałacach był taki, że kiedy opuszczała pokój rozlegał się dzwonek i wypudrowany lokaj towarzyszył jej gdziekolwiek szła; jednocześnie, nawet tak dostojny gość, jak Ambasador, kładąc się do łóżka rozgniatał położony tam przez nią żartem placek z jabłkami, a chichot towarzyszący bitwie na poduszki rozbrzmiewał po korytarzach. Nie znaczy to jednak, że nie zajmowała się poważnymi sprawami. Od chwili przyjazdu do Niemiec, przerażona była okropnymi warunkami, w jakich mieszkali ludzie na Śląsku. Molestowała o to Kanclerza Rzeszy, zadręczała Cesarza oraz zjednała sobie sympatię i uwagę Cesarzowej. Nic więc dziwnego, że biedni poddani w jej majątkach obdarzali tę wesołą angielską dziewczynę sympatią i czułością, która oparła się dwóm wojnom.

Próba przeszczepienia jej dotychczasowego, rozbawionego trybu życia na grunt Pszczyny lub Książa nie całkiem się powiodła. Starszy o prawie dwadzieścia lat mąż, był tradycjonalistą. Bez przerwy nalegał, żeby była bardziej „fürstlich“, na co reagowała wybuchami młodzieńczego śmiechu, odbijającego się echem od namalowanych na sklepieniach mitologicznych postaci i cherubinów. Jej teść, panujący wtedy książę, wykazywał więcej zrozumienia i nie obraził się, kiedy zasiadła raz do obiadu w sukni uszytej z worków po końskiej paszy. Cesarzowa Fryderykowa (sama zgorzkniała na emigracji) wzięła tę tęskniącą za rodzinnym domem dziewczynę pod swoją protekcję, a Cesarz Wilhelm nigdy nie przestał otaczać jej szczerą troską. Jednakże, wybryki, do jakich była przyzwyczajona w Denbighshire i w Newlands Manor, przetransportowane na Śląsk straciły na swojej lekkości i spontaniczności. Młodzi niemieccy hrabiowie, baronowie i oficerowie zapraszani do Książa, choć bardzo chętni do uczestnictwa w zabawach o angielskim charakterze, nigdy nie wyczuwali kiedy należy ją przerwać. Pewnej nocy w Książu, zaplanowano piknik w zrujnowanej wieży w lesie. Służba została wysłana tam po południu z porcelanową zastawą, szklanymi kieliszkami i srebrnymi sztućcami; stół przygotowano jak za zamierzchłych czasów w sali bankietowej jakiegoś starego zamczyska, a wypudrowani lokaje stali za krzesłem każdego gościa. Niewinne igraszki przeszły jednak w hulankę: stół został wywrócony, a szkło i porcelana roztrzaskane. W pamięci jednego z uczestników pozostał obraz wielkiego srebrnego świecznika, leżącego na podłodze z wciąż płonącymi świecami, których wosk kapał do olbrzymiej kałuży szampana.

Przez pięćdziesiąt cztery lat swojego pobytu w Niemczech, księżna Pless nie opanowała języka niemieckiego. Nie była przez to w stanie zrozumieć niuansów niemieckiej etykiety, ani mocnych dynastycznych tradycji, jakimi inspirowała się rodzina Hochbergów. Jak sama wyznała w pamiętnikach: „Nigdy nie orientowałam się w rodowodach“. Jedynymi znanymi jej niemieckimi wyrażeniami były te, których używano w szpitalach i domach rekonwalescyjnych. Nigdy też nie przywiązywała wagi do drętwego ceremoniału niemieckiego dworu. Dla niej „kanapa była tym samym co sofa“, podczas gdy w ówczesnych Niemczech reprezentowała ona ważny symbol. Kiedy była jeszcze młodziutką kobietą, miała skłonność wtrącania się do wszystkiego. Niemcy, oczywiście, uznali to za angielską arogancję; jednakże, jej wszechobecna radość życia, którą każdemu ofiarowała, pokonywała nawet ich ograniczony punkt widzenia. Stała się więc pewnego rodzaju „wyjątkiem“, akceptowanym czasami z oszołomieniem, czasami z irytacją, ale przeważnie z tkliwością.

Od momentu wybuchu pierwszej wojny światowej, nie wyparła się swojej ojczyzny; wykorzystywała znajomości, a miała ich wiele, by zrobić wszystko i pomóc angielskim jeńcom wojennym. Cesarz (za co należy mu się ukłon) nie zaprzestał nad nią opieki, a nawet zaprosił ją do Pszczyny, gdzie miał swoją siedzibę, mimo ostrzeżeń, że pobyt Angielki, która głośno wyznawała swój patriotyzm, nie zostanie przez innych dobrze przyjęty. Później wysłana została na front serbski do pracy w pociągu sanitarnym, po czym oddelegowano ją do Berchtesgaden.  Gdy nastąpił pokój, majątek von Plessów – wielkości angielskiego hrabstwa, został podzielony, a ich olbrzymi dochód stopniał do skromnych wymiarów. Księżna Pless straciła niemieckie obywatelstwo, nie przyznano jej polskiego i stała się ponownie angielską poddaną, którą w zasadzie, zawsze była.

Ostatnie lata jej życia były tragiczne. Najmłodszy syn, zaaresztowany przez Niemców, zmarł po wyjściu z więzienia. Najstarszy, który przyjął polskie obywatelstwo, żyje na emigracji. Średni służy w polskiej armii w randze oficera. Ona sama, sparaliżowana i z zanikiem pamięci zamieszkała na starość w Książu i, podobno, nieświadoma nawet była, że Anglia i Niemcy prowadzą ze sobą nową wojnę. W tym wielkim pałacu przyszło jej umrzeć samej. Dawna pompa i świetność zniknęły, tak samo jak 4 000 służby, karoce, prywatny pociąg i sznury pereł. Jej radość z ich posiadania była zawsze jak radość dziewczynki w wieku szkolnym z nowej sukienki. W pretensjonalnym świecie była najmniej snobistyczną osobą, jaką kiedykolwiek znałem; w okrutnej rzeczywistości jaśniała radością i uprzejmością. Miała na świecie tylko jednego wroga – samotność, która ją w końcu pokonała“. (Tłumaczenie©Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Po śmierci królowej Wiktorii, wszyscy wiedzieli że na dworze brytyjskim nastąpią wielkie zmiany. Pustelniczy wręcz tryb życia starej monarchini miał niewielu admiratorów. Jej poddani tęsknili za władcą, którego mogliby często widzieć i podziwiać w splendorze godnym wielkiego imperium; za władcą o ludzkim obliczu, ze swoimi wadami i słabostkami, o którym mogliby plotkować z przymrużeniem oka i z fascynacją śledzić jego życie; za władcą, który nie byłby monotonny i nudny. Wiedzieli, że nowy król da im to w nadmiarze, gdy skończy się okres żałoby. Jego koronacja 26 czerwca 1902 r. miała być tego dowodem. Zapowiadała się rzeczywiście spektakularnie.
Od początku miesiąca dystyngowani goście zaczęli zjeżdżać do Londynu: królowie, premierzy, książęta, maharadże, delegacje z krajów imperium, reprezentacje kolonialnych armii, dyplomaci, dygnitarze państwowi, rodzina i osobiści przyjaciele. Wśród tych ostatnich nie zabrakło księstwa von Pless.
Hans i Daisy wynajęli na tą okazję dom pod numerem 7 na centralnie położonej ulicy Hyde Park Street. Wprowadzili się do niego 19 czerwca z olbrzymią ilością bagażu. Wiedząc, że ich życie towarzyskie nabierze teraz niebywałych rozmiarów, księżna starannie przygotowała garderobę, z wielką ilością nowych szat na każdą okazję. Pierwszą większą z nich był wspólny bal wydany 23-go przez damy londyńskiej socjety w Hotelu Savoy. Daisy pojawiła się na nim w jaskrawoniebieskiej sukni, ozdobionej na staniku bukietem lilii. Lilie również miała wpięte we włosy. Już jednak następnego dnia, 24 czerwca, okazało się, że kolejnych kufrów nie ma co rozpakowywać. Z powodu choroby Edwarda VII i niezwłocznej operacji wyrostka robaczkowego, jego koronacja została przesunięta na 9 sierpnia. Plessowie wrócili do Niemiec.
Księżna przerwała pisanie pamiętnika w latach od 1897 do 1902. W wydanej w 1930 r. książce, starała się przywołać z pamięci wydarzenia tamtego lata. Wydawało jej się, że spędzili wtedy spokojnie czas z rodziną w Książu. Być może byli tam przez dzień lub dwa, ale – jak na to wskazują raporty ówczesnej prasy – pojechali także na regaty do Kilonii, skąd wrócili do Anglii, by uczestniczyć w pierwszym balu w Grosvenor House wydawanym przez Shelagh – świeżo upieczoną ksieżną Westminsteru.

Daisy_Lafayette_Cabinet_Photo

Księżna Daisy von Pless przygotowała olbrzymią nową garderobę na uroczystości związane z koronacją króla Edwarda VII. Jej diamentowa korona była niezbędnym dodatkiem. Foto Lafayette’a z 1901 r. z kolekcji autorki

1 lipca, Daisy, wyglądająca „promiennie w białej sukni i wysokiej diamentowej koronie”, wzięła udział wraz z siostrą w raucie, zorganizowanym przez hrabiostwo Landsdowne dla zagranicznych emisariuszy. Tydzień później przyjęły zaproszenie na koncert i przyjęcie w Seaford House, domu lady Howard de Welden. Śpiewał sam Caruso i słynna Suzanne Adams. Księżna von Pless ubrana była wtedy na jasno-niebiesko, księżna Westminsteru na biało.

Pomimo bardzo zajętego kalendarza, Daisy nie zapomniała o wcześniej przyrzeczonym występie na rzecz pomocy walijskim rzemiosłom. Na prośbę lady Llangattock zaśpiewała dwie pieśni przy akompaniamencie lady Limerick. Tego wieczoru miała na sobie białą suknię z szyfonu, z różowymi i fioletoworóżowymi akcentami; jej siostra ubrana była na czarno, z ozdobami w postaci różowych roż.
Tak bardzo wypatrywany bal Shelagh miał się odbyć 2 lipca, ale został o tydzień przełożony w oczekiwaniu na poprawę zdrowia króla. Ewentualnie, monarchę reprezentował jego młodszy brat, książę Connaught, który przyszedł z małżonką i córką, ksieżniczką Margaretą. Innym gościem honorowym była Marie, królewska księżniczka (a póżniej królowa) Rumunii. W swoich wspomnieniach określiła go jako „najwspanialsze i najbardziej eleganckie spotkanie, jakie kiedykolwiek widziałam”, „uczta dla oczu, harmonia, jaka tylko możliwa jest do osiągnięcia dzięki doskonałemu angielskiemu zmysłowi smaku i tradycji: bez jednej fałszywej nuty, bez żadnego błędu, ani w kolorze, ani w proporcjach i detalu; bezpretensjonalny przepych, wytrawna elegancja.” A wśród tego wszystkiego „księżna Daisy Pless, wysoka i cudownie angielska, ze swoją zjawiskową biało-różową cerą. Odziana na złoto, z wysoką diamentową tiarą na miodowych włosach, wesoła, uśmiechnięta, uprzejma dla innych, była rzeczywiście wybijającą się osobowością, doskonałym wcieleniem tamtych dni spokoju, bogactwa i ogólnego dobrobytu.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

QA_Coronation_Bazaar_Graphic

Pomimo choroby męża, królowa Alexandra nie zrezygnowała z funkcji otwarcia bazaru na rzecz patronizowanego przez nią szpitala dziecięcego, Great Ormond Street Hospital. Ilustracja reprodukowana w The Graphic w lipcu 1902 r.

Następnego dnia księżną von Pless czekała ciężka praca. 10 lipca po południu otwierał się bowiem w Ogrodzie Botanicznym przygotowywany od dawna wielki bazar koronacyjny na rzecz szpitala dziecięcego, Great Ormond Street Hospital. Daisy zobowiązała się poprowadzić stoisko niemieckie. Kajzer Wilhelm II przesłał na nie olbrzymią ilość wyrobów porcelanowych z Drezna, wartości 300 funtów. Jego gest był szeroko komentowany na łamach brytyjskiej prasy. Dla podkreślenia swojego udziału, księżna Daisy ozdobiła cały kram wielkimi stokrotkami. Przygotowana była na dużą liczbę klientów. Ich rzeczywista ilość przeszła jej największe oczekiwania.
W dniu inauguracji została oblężona przez tłum wielbicieli już przy bramie wjazdowej do Regents Parku, co spowodowało że do swojego stoiska dotarła godzinę później. Przy sprzedaży pomagała jej siostra Shelagh i matka Patsy. Ta ostatnia musiała być bardzo zadowolona, czytając następnego dnia w gazetach, że „nie wygląda starzej, niż jej córki”! Towar znikał w rewelacyjnym tempie. Nazajutrz było to samo.
Trzeciego, ostatniego, dnia, ludzi na bazarze spotkała miła niespodzianka: ich ulubiony aktor komediowy, Dan Leno, stanął nagle na pianinie, nawołując wszystkich do siebie. Okazało się, że będzie przeprowadzał aukcję niesprzedanych jeszcze przedmiotów ze stoiska teatru Savoy.

Dan_Leno_doll

Dan Leno z żoną, Sarah Lydią Reynolds, i lalką, od sprzedaży której rozpoczął swoją aukcję na bazarze. Foto z kolekcji Lafayette’a w V&A Museum, reprodukowane w The Tatler w lipcu 1902 r.

Dan Leno (1860 – 1904) już od dobrych paru lat był gwiazdą londyńskich scen rozrywkowych. Niesłychanie zabawny w swoich skeczach, piosenkach, mimice i tańcach, oprócz występów solo, pojawiał się także w corocznych bożonarodzeniowych burleskach, parodiujących klasyczne opery lub sztuki teatralne. W 1902 r. publiczność miała wciąż w pamięci jego kobiecą rolę, Siostry Anny, w trawestacji Sinobrodego (Bluebeard) na deskach teatru Drury Lane.
Licytację zaczął od ślicznej lalki. Głaszcząc ją czule, przyrzekł potencjalnemu nabywcy, że jest ona „równie atrakcyjna w środku, jak na zewnątrz”. Kałamarz w kształcie swojego popiersia sprzedał jako wizerunek Sary Bernhardt naśladującej go w jego ostatniej kreacji. I tak dalej i dalej, aż poszło wszystko, włącznie z pianinem, na którym stał.
Nie wiem, jak Daisy to załatwiła, ale w najlepszej manierze dzisiejszego PR sprawiła, że Dan Leno, zakończywszy swoją aukcję, podążył wraz tłumem admiratorów ku jej stoisku i przyłączył się do sprzedaży cesarskiej porcelany. Nie muszę dodawać, że chętnych było więcej, niż towaru.
Bazar Koronacyjny był wielkim sukcesem. Szpital dziecięcy, Great Ormond Street Hospital, otrzymał na swoje potrzeby 25 000 funtów.

Read Full Post »

Urodzony w listopadzie 1874 r., brat księżnej Daisy von Pless, George zwany w rodzinie Buzzy, był jedynym synem pułkownika Williama Cornwallis Westa i dziedzicem jego fortuny.
Fakt ten nie zapewnił mu specjalnej rangi w rodzinie. Matka, Patsy, wolała swoje córki, z którymi w miarę upływu czasu zaczęła wiązać coraz większe ambicje. Nieśmiałego, chorowitego Georga traktowała nieco jak kulę u nogi, złoszcząc się na jego napady melancholii i słaby charakter.

Patsy_children_Downey

Matka Georga, Patsy, wolała od niego swoje córki: Daisy i Shelagh. Denerwował ją jego słaby charaker i częsta, choć cicha, niesubordynacja

George wykształcony został znacznie lepiej niż jego siostry, choć nie na poziomie, którego mógł oczekiwać z racji swojej pozycji. Po ukończeniu lokalnej szkoły podstawowej w Ruthin, wysłany został do prestiżowego Eaton College, gdzie pobierał nauki od 1888 do 1891 r. pod pieczą Sir Waltera Durnforda.
Rodzice początkowo myśleli dla niego o karierze dyplomatycznej i, w 1891 r., wyprawili go do Freiburga na naukę języka niemieckiego, który nawet szybko opanował dzięki czynnemu włączeniu się w tamtejsze życie studenckie i mieszkaniu na stancji u miejscowej rodziny Gablerów. Jednakże, po powrocie do Anglii w czerwcu 1892 r., George dowiedział się, że los jego związany będzie z armią. Ponieważ było już za późno na wpis do renomowanej akademii wojskowej w Sandhurst, ojciec wziął go do swojego, 3-go królewskiego batalionu Walijskich Fizylierów, stąd później przeszedł do szkoły militarnej w Camberley. W lipcu 1895 r. dostał przydział do Gwardii Szkockiej i wkrótce został wysłany na służbę do, wciąż wtedy spokojnej, Irlandii. Czas tam spędzony wspominał po latach jako jeden z najmilszych okresów swojego życia.

Cornwallis_West_George_Lafayette_1900

George Frederick Myddleton Cornwallis-West (1874 – 1951) jako młody officer Gwardii Szkockiej. Foto Lafayette’a ze zbiorów autorki

W maju 1896 r. musiał na chwilę opuścić Irlandię, żeby wziąć udział w, opóźnionych z powodu jesiennej sesji egzaminacyjnej, obchodach swoich 21 urodzin, powiązanych z osiągnięciem pełnoletności – faktu o wielkim znaczeniu i tradycji w odniesieniu do dziedzica rodu. Podróż zaczął, oddając mu głos: „pewnego cudownego ranka majowego wejściem w King’s Town na pokład jachtu, należącego do mojego przyjaciela kapitana Orr-Ewinga, który był jednym z adiutantów lorda Robertsa i którego wszyscy przezywaliśmy „Łasicą” („Weasel”). Razem jechaliśmy do Ruthin na uroczystości związane z dojściem przeze mnie do wieku dojrzałości. Wiatr był słaby, więc płynęliśmy bardzo powoli przez Kanał Irlandzki, zjawiając się w Holyhead dopiero wieczorem. Bez zastanowienia – a noce były zimne – wskoczyłem do wody i następnego dnia zaczął się ponownie mój stary problem z gardłem. A tu dom był pełen gości; bale i prezentacje przygotowane, w których nie byłem w stanie uczestniczyć…”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Aż strach wyobrazić sobie wściekłość Patsy. Musiał to być dla niej kolejny dowód na bezmyślność i egoizm syna. Nie mogąc odwołać starannie zorganizowanego święta, rodzice postanowili odbyć je według programu, nie bacząc na fakt, że George nie będzie w nim brał udziału. Tak naprawdę, nie mieli innego wyjścia wobec ogromnego zaangażowania, wysiłku i pieniędzy, jakie również włożyli w przygotowania dzierżawcy ich gruntów oraz miejscowi dygnitarze. Nad całością celebracji czuwał komitet wykonawczy, na czele którego stanął najstarszy farmer z okolicy, pan John Roberts.
Znaczący goście zaczęli przybywać na zamek już tydzień wcześniej. W czwartek, 14 maja, Cornwallisowie wydali wielki bal, na który zaprosili całe ziemiaństwo z okolicy. Piątek był dla wszystkich mieszkańców hrabstwa Denbighshire dniem wolnym od pracy. Georgowi starczyło sił tylko na podjęcie delegatów przybyłych do Ruthin z majątku Llanarmon. Inni, ze swoimi adresami i gratulacjami musieli poczekać do czasu poprawy jego zdrowia.
Leżąc z gorączką na kanapie w bibliotece, młody dziedzic wysłuchał przemowy dzierżawców z Llanarmon, którzy nie omieszkali przytoczyć chwalebnej historii rodu i wyrazić nadzieję na dalsze harmonijne współżycie. Jak podkreślili z dumą, w przeciwieństwie do innych, w posiadłościach Westów nigdy nie doszło do dyskryminacji poddanych z powodu religijnych lub politycznych przekonań. George podziękował im w paru słowach, przyrzekając iść zawsze śladami ojca i w zgodzie z najlepszymi tradycjami swoich przodków.

Ruthin_Castle_colour

Zamek w Ruthin w Północnej Walii, rodowa siedziba Cornwallis Westów, gdzie 15 maja 1896 r. świętowano pełnoletność Georga. Ilustracja z kolekcji autorki.

Publiczne świętowanie zaczęło się od lunchu w namiocie na terenie ogrodu dla rolników i innych osób, które poparły finansowo prezent dla solenizanta. Do stołu zasiadł z nimi pułkownik William Cornwallis West z żoną, córką, teściową i ich dostojnymi gośćmi, wśród których nie zabrakło tak znanych czytelnikom pamiętników księżnej Daisy nazwisk, jak lord Alexander Paget, austriacki ambasador książę Deym, panna Fleetwood Wilson (póżniejsza księżna Dalgorouki), pan Laycock i Gordon Wood.
Toast na cześć Georga wzniósł pan Roberts. Odpowiadając mu, pułkownik Cornwallis podziękował każdemu za datki na fundusz urodzinowy i wyraził zaufanie, że jego syn, podążając za mottem księcia Jana Portugalskiego – „Umieć robić dobrze” – wprowadzi je w pełni w życie. Biskup St Asaph poprosił o wypicie zdrowia gospodarzy, co przyjęte zostało z wielkim aplauzem, w ripoście na który pułkownik West oznajmił zgromadzonym ostatnią decyzję rządu o pomocy dla rolników, obiecując przy tym że w jego rodzinie nikt nigdy nie podniesie im opłat z powodu depresji ekonomicznej. Uszczęśliwione tym bractwo, z entuzjazmem zareagowało na sugestię pani Cornwallis West toastu za zdrowie jej córki Daisy, która zatrzymana podróżą po Indiach nie mogła wziąć udziału w tej uroczystości.
Następnie podano podwieczorek dla 900 dzieci w wieku szkolnym i 400 lokalnych staruszków. Na koniec, po zawodach atletycznych, odbył się spektakularny pokaz sztucznych ogni.
George, który całe życie był przekonany, że posiada zdolności spirytualistyczne, wyznał po latach: „Pamiętam, że tego dnia miałem dziwne przeczucie, iż nigdy nie przyjdzie mi tu żyć.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)  Niestety, ta złowieszcza myśl się sprawdziła. W 1917, roku śmierci jego ojca, długi Georga osiągnęły niebotyczną sumę 170 000 funtów. Zbankrutowany, młody dziedzic musiał sprzedać cały swój spadek. Pierwszy pod młotek licytatora poszedł właśnie Ruthin.

Read Full Post »

Ambicją i dumą każdego suwerennego państwa jest posiadanie Teatru Narodowego. Trudno w to uwierzyć, ale Anglia, która wydała Szekspira, doczekała się tej instytucji dopiero w 1963 r. Próby jej stworzenia sięgają jednakże czasów wiktoriańskich, kiedy londyński wydawca, Effington Wilson, opublikował w 1848 r. propozycję otwarcia niezależnego teatru będącego własnością społeczną. Jego ideę podjęli w 1879 r. intelektualiści brytyjscy, zawstydzenie występami w Londynie i sukcesem Comédie Francaise. W swoich wysiłkach popierani byli przez wybitnych artystów scen, jak Sir Henry Irving, zaniepokojonych zalewem komercyjnych i błahostkowych sztuk.
W 1904 r., krytyk teatralny i tłumacz Ibsena, William Archer, wraz z aktorem i dyrektorem Harleyem Granville Barkerem opracowali szczegółowy, opatrzony kosztorysem, projekt realizacji narodowej sceny. Ich wizja poruszyła wyobraźnię i zachęciła do działania innych ludzi teatru, na czele których stanął sam George Bernard Shaw. Inicjatywa ta zbiegła się w czasie z ożywieniem zainteresowania Szekspirem spowodowanej twórczością Williama Poela, który zarówno w swoich wywodach, jak i spektaklach odrzucających monumentalną scenografię, nawoływał do powrotu do prostych kanonów sceny elżbietańskiej.
Te dwa ruchy, szekspirowski i narodowy, połączyły siły w 1908 r. rozpoczynając apel o monument ku uczczeniu 300 rocznicy śmierci wielkiego poety i dramatopisarza przypadającej na 1916 r. Jednocześnie zgodziły się, że najlepszym pokłonem dla tego geniusza będzie narodowy teatr ku jego pamięci – „Shakespeare Memorial National Theatre”!
Pierwszym finansowym zastrzykiem dla Shakespeare Memorial National Theatre była suma 70 000 funtów, ofiarowana przez bankiera i mecenasa sztuki, Carla Meyera. Do zbierania dalszych funduszy zwrócono się o pomoc do społeczeństwa.
Zawsze szukająca inspirujących zajęć, zaspakajających jej ambicje, szwagierka księżnej von Pless, Jennie Cornwallis-West (dawna lady Randolph Churchill) odpowiedziała na wezwanie. Cel był szlachetny, a prestiż i sława po jego osiągnięciu bardzo kuszące. Jennie postanowiła zorganizować dobroczynny bal kostiumowy, na który goście przyjdą przebrani za postacie ze sztuk Szekspira. Odbył się on 20 czerwca 1911 r. w londyńskim Albert Hallu, który architekt, Edwin Lutyens, przekształcił w sielankowy włoski ogród, udekorowany pilastrami, przyciętymi cisami, altanami ocienionymi winoroślą i pagórkami pokrytymi trawą. Nad całością wisiało niebieściutkie niebo, oświetlone reflektorami zwisającymi z kopuły budynku.

Jennie_Olivia_Lavery_1911

Jennie Cornwallis-West (Lady Randolph Churchill) jako Olivia z Wieczoru Trzech Króli. Obraz Johna Lavery z 1911 r.

Sprzedano 800 biletów. Oprócz arystokracji na balu zjawili się także politycy (jak James Arthur Balfour), prawnicy, artyści, aktorzy (włącznie z panią Patrick Campbell) i pisarze, wśród których nie zabrakło Somerset Maughama i W.B. Yeatsa. Wszyscy tańczyli kadryla i przeszli w procesji przed lożą królewską, w której, reprezentując Jerzego V, siedział jego wuj, książę Connaught.
Przebrana za Olivię, Jennie stanęła na czele grupy reprezentującej dramat Wieczór Trzech Króli (Twelfth Night), w której znaleźli się również jej mąż George, syn Jack i narzeczona Winstona, panna Hozier. Shelagh, księżna Westminsteru, wystąpiła jako Królowa Francji z Henryka VI. W ostatniej chwili dołączyła do niej siostra Daisy jako dama jej dworu. Stało się tak dlatego, że schorowana i słaba po porodzie Bolka, księżna von Pless nie była pewna swoich sił i zamiarów. Nie mogła jednak odmówić zaproszenia na koronację króla Jerzego V i będąc na kilka dni wcześniej w Londynie, postanowiła poprzeć swoją obecnością projekt szwagierki. Nie przypuszczała wtedy, że ta za rok osadzi ją w znacznie poważniejszej roli.

NPG Ax135774; Group in fancy dress for the Shakespeare Memorial National Theatre Ball by Langfier Ltd, published by  Hudson & Kearns Ltd

Shelagh, księżna Westminsteru jako Królowa Francji w Henryku VI. Obok lord Aleksander Thynne jako Henryk VI. Foto Langfiera reprodukowane w Ladies’ Field 01 lipca 1911 r.

Bal zarobił dla Shakespeare Memorial National Theatre niebotycznych 10 000 funtów. Upojona sukcesem Jennie postanowiła zorganizować następną imprezę szekspirowską, tym razem na znacznie większą skalę i dostępną widzom przez długi okres czasu. Miała na myśli stałą wystawę Szekspirowskiej Anglii, gdzie publiczność przechadzałaby się średniowiecznymi uliczkami, obserwując codzienne życie epoki elżbietańskiej i uczestnicząc, za dodatkową opłatą, w typowych rozrywkach tamtych czasów: turniejach rycerskich, dworskich balach, koncertach i przedstawieniach teatralnych.
Grono historyków i ekspertów czuwało nad pieczołowitą rekonstrukcją tudorskiego miasta i jego atmosfery na terenie dzisiejszych hal wystawowych Earl’s Courtu. Ponownie zatrudniono architekta, Edwina Lutyens, do adaptacji istniejących budynków oraz wzniesienia nowych obiektów, wśród których znalazła się replika Szekspirowskiego Globu. Odtworzono nawet fragment typowego portu morskiego, przy którym przycumowano kopię Revenge – galeona z floty Sir Francisa Drake’a. Miejscem spotkań, pełniącym również funkcję towarzyskiego klubu, była tawerna Marmaid. W dniach poprzedzających otwarcie wystawy, Jennie organizowała w niej promocyjne tańce i przyjęcia, których motywem przewodnim była twórczość Szekspira.

GlobeTheatre_EarlsCourt

Rekonstrukcja szekspirowskiego teatru Globe według projektu Edwina Lutyensa na eksozycji Szekspirowskiej Anglii w 1912 r.

Jednym z nich był Wenecki Bal Maskowy, z przymusowymi czarnymi kapotami, trójnarożnymi kapeluszami i maskami kryjącymi twarze. Pomimo tego, księżna Daisy von Pless i jej siostra Konstancja, księżna Westminsteru zostały rozpoznane przez prasę, która nie omieszkała donieść czytelnikom o ich dobrych tego wieczoru humorach.
Uroczysta inauguracja Szekspirowskiej Anglii odbyła się 11 lipca 1912 r. Jej punktem kulminacyjnym był turniej rycerzy w prawdziwych zbrojach, którzy starali się zrzucić przeciwnika za pomocą starodawnych kopii. Zanim jednak do niego doszło na wyimaginowany dziedziniec pomiędzy zamkami Yorku i Warwick, weszła ze swoją świtą Królowa Piękności, odgrywana przez wicehrabinę Curzon, ubraną w białą suknię z szerokim postawionym kołnierzem, wysadzanym drogimi kamieniami i diamentową koronę. Wkrótce po niej, trębacze ogłosili pojawienie się kolejnej romantycznej postaci z przeszłości – Błądzącej Księżniczki (Princess Errant), z oddanymi jej na zawsze błędnymi rycerzami ze Wschodu, czyli księżnej von Pless z księciem Krzysztofem Greckim, księciem Jerzym Greckim, wielkim diukem Adolfem Fryderykiem Mecklenburg-Strelitz, księciem Kinskim, księciem Bentheim, diukem Alba, baronem von Kulhman i księciem Elsten. Dodatkowo towarzyszyły jej dwie damy dworu, hrabina Paulina Pappenheim i hrabina Nada Torby. Jak wspomina sama Daisy: „podobałam się prasie i publiczności, bo wjechałam na olbrzymim srokatym koniu, który należał do tamburmajora pierwszej królewskiej straży przybocznej i który potem został uwieczniony na płótnie przez pana Munningsa. Przegalopowaliśmy dwa razy arenę, co było dobrą zabawą. Potem usiadłam obok Królowej Piękności…”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Daisy_Shakespeare

Księżna Daisy von Pless jako Błądząca Księżniczka na turnieju rycerskim podczas otwarcia ekspozycji Szekspirowskiej Anglii w lipcu 1912 r. Foto z kolekcji autorki.

Księżna ubrana była w wykwintną, drobiazgowo wypracowaną suknię z epoki elżbietańskiej w kolorach białym i niebieskim. Jej nakrycie głowy wieńczyła diamentowa korona i białe strusie pióra.

Po Błądzącej Księżniczce, na scenie pojawiło się sześciu zawodników turnieju. Ustawili się naprzeciwko siebie, ale zawodów jeszcze nie zaczęli. Wraz z innymi podziwiali Balet Koni na 16 par, w którym wzięła udział i wzbudziła podziw siostra Daisy, Shelagh, znana ze swych jeździeckich umiejętności.
Czterech sędziów oceniało pojedynki rycerzy na kopie. Najlepszym okazał się lord Ashby St Ledgers, który w nagrodzie otrzymał od Królowej Piękności zloty puchar wartości 600 funtów. Później mu go odebrano, ponieważ okazało się, że w jego zbroji walczył w zastępstwie kapitan F.E. Guest. Za zwycięzcę uznano wtedy księcia Marlborough.
Po turnieju odbyła się ogólna bitwa na koniach, podczas której uczestnicy starali się obciąć mieczami pióropusze na hełmach wroga. Śmiechu tu było co niemiara. Wieczór zakończył się balem, na którym tańczono do świtu.
Impreza pozostała głęboko w pamięci księżnej von Pless. Jak napisała po latach: „było to moje ostatnie duże wystąpienie publiczne w Anglii, i chyba nie bez powodu się stało, że zagrałam wtedy właśnie Błądzącą Księżniczkę”! (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Czytelnicy polscy mają dostęp tylko do pierwszej książki księżnej von Pless, wydanej w 1928 r. pod tytułem Taniec na Wulkanie. Zawarte w niej przemyślenia i opinie autorki oparte są na bardzo luźnym szkielecie jej pamiętników, często naginanym i „poprawianym” przez redaktora edycji, majora Desmonda Chapmana.
Nic więc dziwnego, że badacze epoki i księżnej Daisy kwestionują niektóre daty lub scenariusze opisanych tam wydarzeń. Na ich szczęście, kolejne dwie książki księżnej, w których – bez specjalnej cenzury – cytuje długie fragmenty swoich dzienników i listów, często korygują lub uzupełniają te nieścisłości.
Jednym z przykładów może być relacja Daisy o jej podróży z siostrą do Egiptu. W Tańcu na Wulkanie zamieściła ją na początku rozdziału omawiającego lata 1911 – 1913, co sugeruje, że miała ona miejsce w pierwszych miesiącach 1911 r. kiedy: „… zdecydowałyśmy pojechać małą grupą do Egiptu. Chciałam dotrzeć do Chartumu, a stamtąd nawet dalej na południe, więc napisałam do generała Kitchenera, który był wtedy brytyjskim agentem króla i konsulem generalnym w Egipcie, o pomoc i radę. Nie było na tyle czasu, żeby wszystko dokładnie zaplanować, ale zatelegrafowaliśmy do Sir Reginalda Wingate, sirdara armii egipskiej i generalnego gubernatora prowincji sudańskich, który był bardzo dla nas uprzejmy. Totalna zmiana sceny i klimatu bardzo mi pomogła i, pomimo ograniczonych możliwości podróżowania po Egipcie, zaspokoiłam tym wyjazdem swoją nieuleczalną miłość do tułaczki. Hans nie mógł w niej uczestniczyć, więc było nas tylko troje: Shelagh, Benny [Bendor, książę Westminsteru] i ja”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
W opublikowanym w 1930 r. tomie Better Left Unsaid, księżna jest bardziej szczegółowa i pod datą 12 lutego [powinno być marca] 1912 r. pisze: „Płyniemy po Nilu. Jesteśmy w drodze z Chartumu na południe. (…) Hans został [z nami] na łodzi tylko do Luksoru. Dołączył do nas pociągiem na dwa dni w połowie drogi, ale świątynie i pustynia nie bardzo go wzruszają, więc wraca na chwilę do Berlina, a potem jedzie na Riwierę. Chłopcy [Hansel i Lexel] są w St Moritz, a dzieciątko [Bolko] w Książu. Jest to moja druga wizyta w Egipcie. Fritz [von Hochberg, brat Hansa] był tu wiele razy. Shelagh nigdy i jest rozczarowana, bo oczekiwała więcej zieleni i „oaz na pustyni”! Ja jednak wiedziałam czego się spodziewać. Uwielbiam tą cichą tajemniczość i ducha wspaniałej przeszłości, teraz zasypanej, choć ciągle dającej o sobie znać fragmentami świątyń w ich oryginalnych kolorach. Uwielbiam spokojną godność, nawet jeśli ktoś nazwie to lenistwem, wielbłądów, łagodny trucht cierpliwego osiołka i dzieci, z łobuzerskimi oczami, rozjaśniającymi psotą ich poważne brązowe buzie. A także dorosłych Arabów, w twarzach których lubię dopatrywać się śladu ukrytego zła, choć prawdopodobnie zobaczyłabym w ich wzroku iskierkę rozbawienia, gdyby tylko odgadli moje intencje! Kobiety (prawdopodobnie z powodu religii muzułmańskiej) są jedyną sprawą w Egipcie, którą „chłodno przyjmuję”, jako że wiodą życie pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Myślę, że zmieni się to pewnego dnia, choć nieprędko. Kair natomiast przeistoczył się bardzo i nie jest już miastem starych pałaców w ogrodach i przytulnych jednokonnych pojazdów. Stare pałace są teraz hotelami, a po ulicach jeżdżą wszędzie samochody. Okropny widok – jak drugorzędny Paryż. (…) Mam dosyć malowania; narzucam za dużo kolorów (trzeba to robić szybko, bo kolorystyka tutaj zmienia się błyskawicznie), więc moje obrazy wyglądają jak ten jeden na wystawie, o którego twórcy mówiono, że jest spirytualistycznym medium, przerażające! Niemniej jednak ciepło, słońce i wypoczynek zrobiły mi dobrze. Lord Kitchener i jeden z jego podwładnych, lord Colum Crichton-Stuart, byli dla nas niesłychanie uprzejmi w Kairze. Lord Kitchener wysłał telegraf do Sir Reginalda Wingate o zamierzanym pobycie w Chartumie, i kiedy się tam zjawiliśmy Pasha Slatin był tak czarujący, że ja i Shelagh się w nim zakochałyśmy…”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Shelagh_Bendor_races

Książę i księżna Westminsteru (Shelagh i Bendor) na wyścigach konnych w 1908 r. W 1912 r. ich małżeństwo było w poważnych tarapatach.

W żadnej z tych relacji księżna von Pless nie odkrywa całej prawdy, a w pierwszej z nich nawet ją przekręca. 1912 był krytycznym rokiem w rozpadającym się małżeństwie jej siostry z Bendorem, księciem Westminsteru. Wyjazd do Egiptu nie był wakacjami, ale swojego rodzaju próbą sprawdzenia co Bendor porabia sam w Kairze. Shelagh towarzyszył nieodstępujący od niej adorator, książę Jimmy Alba. Daisy zaprosiła do podróży swojego szwagra, hrabiego Fritza von Hochberg. Kiedy jednak dotarli w połowie lutego do hotelu Ghezireh Palace, Bendora tam nie zastali. Uciekł przed nimi z powrotem do Londynu.
Po parodniowym pobycie w Kairze, umilonym uprzejmościami lorda Kitchenera i przymusową dla Shelagh wycieczką do piramid, czwórka podróżników wynajęła wygodny stateczek parowy Niagara i rozpoczęła rejs w dół rzeki Nil. Hans dołączył do nich na parę dni początkiem marca. Ich celem były nieznane im jeszcze egipskie prowincje Sudanu, którymi zarządzał słynny Slatin Pasha.

Egypt_party_1912

Wycieczka do piramid w lutym 1912 r. Na wielbłądach od lewej: ksieżna Daisy von Pless, księżna Konstancja Westminster (Shelagh), hrabia Fritz von Hochberg i książę Jimmy Alba.

Baron Sir Rudolf Carl von Slatin (1858 – 1932) był legendą jeszcze za swojego życia. Rodzinny Wiedeń opuścił w wieku lat szesnastu zatrudniwszy się jako pomocnik i nauczyciel dzieci niemieckiego księgarza w Kairze. Parę miesięcy potem zrezygnował z posady by podjąć rozległe podróże po Egipcie. Spotkał wtedy i zaprzyjaźnił się z Edwardem Schnitzerem (późniejszym Emin Pashą), który walczył w egipskiej armii pod dowództwem brytyjskiego generała Charlesa Gordona i którego śladami, zarażony już bakcylem przygody, Slatin pragnął podążyć po odbyciu służby wojskowej w armii austriackiej. W efekcie rekomendacji Schnitzera, generał Gordon, który w międzyczasie został naczelnikiem Turecko-Egipskiego Sudanu, zaoferował Slatinowi w 1879 r. stanowisko inspektora w departamencie finansowym. Rok później mianował go gubernatorem Darfuru.
W czerwcu 1881 r. lokalny przywódca religijny, Muhammad Ahmad ibn’Abdullahi mianował się Mahdim – „wybrańcem narodu” i ogłosił Jihad – „świętą wojnę” z narzuconą Sudanowi obcą administracją. Młodemu gubernatorowi Darfuru przyszło stoczyć z nim wiele krwawych bitew. By wzmocnić swoją pozycję i nie stracić zaufania poddanych i armii, Slatin przeszedł (nominalnie tylko) na religię muzułmańską i przyjął imię Abd al-Qadir Salatin. Decyzja ta uratowała mu życie kiedy wkrótce, w grudniu 1883 r., wpadł w ręce Mahdistów. Nie został zabity, ale spędził kolejnych jedynaście lat w niewoli, z której wydostał się dopiero w lutym 1895 r. Jego ucieczkę zorganizował pułkownik Reginald Wingate, oficer wywiadu angielskiego, który słusznie uznał Slatina, z jego pierwszorzędną wiedzą o regionie i znajomością języka arabskiego, za cennego w przyszłości współpracownika. Nie omylił się.

Legendarny baron sir Rudolf Carl von Slatin, Slatin Pasha (1858 – 1932), w którym obie siostry się „zakochały” podczas wyprawy do Sudanu. Obraz ze zbiorów Welcome Library

Slatin, utytułowany w marcu 1895 r. przez kedywa Abbasa II Pashą, stał się żarliwym adwokatem odbicia Sudanu i totalnej destrukcji armii Mahdiego. Jego, opublikowane w 1896 r., wspomnienia Fire and Sword (Ogniem i Mieczem) miały w tym względzie olbrzymi wpływ na europejską opinię publiczną. Ich popularność uczyniła ze Slatina swojego rodzaju celebrytę, którego wszędzie zapraszano. Królowa Wiktoria i cesarz Franciszek nadali mu tytuły szlacheckie, a inni zachodni monarchowie prześcigali się w przyznaniu mu najwyższych orderów państwowych.
W 1900 r., Sir Reginald Wingate, teraz naczelnik Sudanu, mianował Slatin Pashę brytyjskim inspektorem generalnym prowincji. W tej to właśnie funkcji przyszło mu spełnić w marcu 1912 r. prośbę księżnej von Pless, która napisała do niego z Kairu: „Moja siostra, księżna Westminsteru, ja ze szwagrem, hrabią Hochberg i księciem Alby przybędziemy do Chartumu 8-go [marca] rano (mój mąż musiał wrócić do Niemiec) i pozostaniemy tam do 10-go wieczorem. [Sir] Wingate’a tam nie będzie, jak również – o ile mi wiadomo – lorda Kitchenera, więc może Pan będzie tak uprzejmy, żeby się nami troszeczkę zająć! Na początek może mógłby Pan użyć swoich wpływów i załatwił nam dobre pokoje w (…) w najlepszym hotelu, (…) a także posłał do tego hotelu swojego służącego, który bardzo nam pomoże rezerwując cztery sypialnie dla nas i cztery pokoje dla naszej służby. (…)”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy) W ślad za tym listem podążył telegraf potwierdzający datę przyjazdu.
Jak wynika z notatki Daisy w pamiętniku, pobyt w Chartumie stał się miłą dla wszystkich niespodzianką, a uprzejmość i osobisty urok Slatin Pashy odzwierciedliły się w jej spontanicznym stwierdzeniu: „był on dla nas tak czarujący, że ja i Shelagh się w nim zakochałyśmy!”. Znaleziony przeze mnie w jednym z angielskich archiwów list księżnej von Pless napisany do niego po powrocie do Pszczyny świadczy, że ich znajomość przetrwała dłużej. W odpowiedzi na jego prośbę o zdjęcie, Daisy odpisała mu 12 maja 1912 r.: „Właśnie zrobiłam sobie portrety we Wiedniu! Nie powiem, że specjalnie po to, by spełnić Pańskie życzenie [otrzymania] mojego „dobrego wizerunku”, ale chyba ten [który załączam] spodoba się Panu. Ja także proszę o Pana zdjęcie – takie ze wszystkimi Pańskimi orderami! – i proszę nie zapomnieć dać mi znać na powyższy adres kiedykolwiek zjawi się Pan w Austrii, bym mogła wyprawić na jego cześć przyjęcie. Musiałam opowiadać prawie przez 15 minut, wyłącznie tylko o Panu, cesarzowej Eugenii podczas niedawnego pobytu w Cap Martin. Powiedziałam jej jak świetnie i młodo Pan wygląda i w jak dobrym nastroju Pana znalazłam (…) Kiedy pomyślę o tym wszystkim co Pan w życiu przeszedł, czuję jakby w Pana osobie nie jednego człowieka, ale jeszcze kilku innych. Przypuszczam, że w Chartumie jest teraz bardzo gorąco; tutaj jest okropnie duszno i przed burzą, co przyprawia mnie o ból głowy. Znacznie lepiej znosiłam suchy, gorącym klimat Chartumu. (…) Wyjeżdżam do Londynu pod koniec czerwca na dziesięć dni, a potem do Bagnolles na leczenie „żylaków”. Wierząc, że czuje się Pan dobrze i dziękując bardzo za wesołe, choć krótkie dni w Chartumie – których nie zamieniłabym za nic na świecie – oraz mając nadzieję, że wkrótce się zobaczymy, pozostaję z poważaniem….”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Austriak z pochodzenia, Slatin Pasha pracował dla Brytyjczyków do 1914 r. W grudniu 1914 kedyw Abbas zaproponował mu na czas wojny stanowisko swojego adiutanta, którego nie przyjął nie chcąc aktywnie uczestniczyć we wrogich działaniach przeciwko Anglii. Bez wynagrodzenia stanął na czele departamentu austriackiego Czerwonego Krzyża pomagającego więźniom wojennym. Umarł we Wiedniu w 1931 r.
Angielscy przyjaciele o nim nie zapomnieli. 27 maja 1934 r. ukazał się w londyńskim Timesie anons, podpisany przez admirała lorda Beatty, lorda Cromera, lorda Buxtona i sir Reginalda Wingate, o zbieraniu funduszy na pomnik Slatina celem „upamiętnienia jego godnej odnotowania służby dla Sudanu i Wielkiej Brytanii, jego żołnierskiej odwagi i administracyjnych umiejętności”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Read Full Post »

Myślałam nad tym długo i poważnie. Coś zawsze nie zgadzało mi się w „smutnych” opisach podróży księcia i księżnej von Pless na subkontynent indyjski. Jej niespełnionych nadziejach i oczekiwaniach, egoistycznym Hansie, któremu w głowie było tylko polowanie na egzotyczną zwierzynę i który w swojej bezduszności śmiał zostawić żonę samą na sześć tygodni… I ta jej niby reinkarnacja z błądzącej w romantycznych marzeniach młodej dziewczyny w dojrzałą kobietę, pogodzoną ze swoim losem…
Dziś przedstawiam Państwu własną opinię, opartą nie tylko na osobistych przemyśleniach, ale także na historycznych źródłach, które wypłynęły od czasów ostatnich biografii księżnej, opublikowanych (nie mówię o wznowieniach lub tłumaczeniach) ponad 10 lat temu. Mam na myśli dwa dokumenty zakupione w 2012 r. przez wałbrzyską Fundację Księżnej Daisy von Pless oraz trzy inne odkryte w trakcie moich badaniach w Wielkiej Brytanii.
Pan John Koch, który miał dostęp do nieopublikowanych fragmentów z pamiętników księżnej Daisy, twierdzi że to książę Walii (późniejszy król Edward VII) był pomysłodawcą wyjazdu Plessów do Indii. Niewątpliwie pomógł im w jego zorganizowaniu, kontaktując Hansa z lordem Williamem Beresfordem, sekretarzem wojskowym kilku wicekrólów indyjskich, w celu omówienia szczegółów. Świadczy o tym list, który napisał do księżnej z Charlottenlundu 21 września 1895 r. (dokument „Daisy 16” w zbiorach Fundacji Księżnej Daisy von Pless). Dowiadujemy się z niego również o zaplanowanej na listopad 1895 r. dacie wyjazdu.
Rzeczywiście w pierwszej połowie tego miesiąca, księżna von Pless z siostrą Shelagh wróciły z Niemiec do Anglii. Daisy chciała spędzić parę dni z rodzicami w Newlands i pożegnać się z przyjaciółmi, zwłaszcza z tym jednym, Gordonem Woodem – jej adoratorem, w którym się podkochiwała. Jak wyznała, mieli w Londynie „dyskretną kolację w [klubie] Bachelor’s, po której zeszli do salonu, gdzie spędzili sami ze sobą czas do godziny pierwszej w nocy…”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy) Gordy podarował jej na podróż przenośne biurko i zieloną poduszkę do siedzenia.

Oldenburg ship

Statek parowy Oldenburg, na którym księstwo von Pless popłynęło do Indii pod koniec listopada 1895 r.

Spotkawszy się z Hansem w Pszczynie, wyjechała z nim do Triestu, gdzie wsiedli na pokład statku parowego Oldenburg, płynącego z Ameryki do Australii. Nie był to „stary i rozpadający się” okręt, jak opisał go w swojej książce pan Koch. Zbudowany w 1891 r. w Glasgow dla Północnoniemieckiego Lloyda, Oldenburg był nowoczesny i w miarę wygodny dla 1 988 pasażerów. Długi na 126 metrów i szeroki na prawie 15, miał trzy pokłady i mógł rozwinąć prędkość 13 węzłów morskich. Wszelkie późniejsze niedogody rejsu spowodowane były niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.
Towarzyszyli im w podróży: wujek Daisy – Pat FitzPatrick, brat Hansa – hrabia Fritz von Hochberg oraz panna Dugton.
Z notatek księżnej wynika, że 5 grudnia dopłynęli do Brindisi, 7-go do Aleksandrii (gdzie zdołali wyskoczyć na wycieczkę do piramid), a 11-go byli już na Morzu Czerwonym. Przed wypłynięciem w Ocean Indyjski zatrzymali się na krótko w Adenie, gdzie zaraz po przybyciu, 13 grudnia o godzinie 11 w nocy, wybrali się na przejażdżkę w góry. W drodze powrotnej na statek, wpadli na pogawędkę i „wytrawnego szampana” do domu konsula niemieckiego. Pisze o tym, jak również o dalszych wydarzeniach, panna Dugton. Jej relacja w maszynopisie przetrwała we fragmentach i znajduje się dzisiaj w zbiorach Fundacji Księżnej Daisy von Pless.
Pasażerom niewątpliwie dokuczała monotonia dni na otwartym morzu. Opatuleni w koce na leżakach próbowali czytać, a dla ćwiczenia spacerować po pokładzie, w czym przewodził Hans wyznaczając sobie do pokonania dzienną normę kilometrów. Z nudów zaczął nawet grać w bezika z Włochami, których początkowo ignorował i uczestniczył w spontanicznie organizowanych turniejach.
Daisy i panna Dugton zaprzyjaźniły się z małym, zabawnym Amerykaninem, Rayem. Miały też dla rozrywki pieska, który wabił się Comfy. Czasami płatały psikusy, wkładając na przykład zgniłą cebulę do łóżka Pata! Przede wszystkim jednak snuły już teraz plany co do podróży powrotnej. Tym razem postanowiły skorzystać z bardziej komfortowego serwisu linii żeglugowej austriackiego Lloyda i, oddając głos pannie Dugton: „wypłynąć końcem lutego [lub] początkiem marca, [bo] chcemy przez osiem dni zażywać rozrywki w Kairze, potem zaś płynąć do Neapolu, na Capri, do Amalfi, Sorrento, na Ischę. Następnie [spędzić] kilka dni w Rzymie ze względu na galerie i antykwariaty (…), a 1 maja być we Florencji, [by] (…) świętować moje urodziny w Montaldo [włoskiej rezydencji hrabiego Fritza von Hochberg]. Pozwolić Daisy tańczyć na różnych balach, a siebie pozwalać zapraszać na miłe kolacje. Hans odbierze Daisy w trakcie swojej drogi powrotnej z Indii końcem maja, podczas gdy Pat przez Japonię i Amerykę wróci do domu [sam]”. (tłumaczenie © Magdalena Woch)
Ku niezadowoleniu wszystkich przepływ do Cejlonu (dzisiejszej Sri Lanki) wydłużał się z powodu silnego prądu i wiatru. Według relacji panny Dugton, statek „podskakuje i przewala się się z jednej strony na drugą, rozpaczliwie dudni silnik. Niekiedy fale pryskają aż po drugi pokład. (…) Daisy wymiotuje lub z zimnymi okładami leży w swoim łóżku wśród całej góry poduszek z konwulsjami żołądka podobnymi do objawów cholery”. (tłumaczenie © Magdalena Woch)
Kiedy wreszcie, na początku stycznia 1896 r., Oldenburg dowlókł się do Colombo, księżna von Pless była tak wycieńczona dyzenterią, że – jak donosiła gazeta The Friend of India and Statesman – „musiała być zniesiona na ląd na noszach”.
W tym samym czasie co Plessowie, przybyli do Indii odrębnymi drogami dwaj inni gentelmani, którym los pozwolił później ich spotkać. Na szczęście dla nas, zostawili na ten temat rekolekcje: jeden – anonimowy urzędnik irlandzki – w postaci manuskryptu, który zatytułował Ponownie dookoła Świata, drugi – major S.H. Pollen – w postaci bezcennego albumu fotograficznego!
Daisy dochodziła do siebie prawie dwa tygodnie i dopiero 13 stycznia ich grupka wyruszyć mogła na nowo do Indii. Tam, już pociągiem, jechali okrężną drogą do Kolkaty przez Madras, Bombaj i Hyderabad. Słowo księcia Walii sprawiło, że wszyscy uprzejmie ich gościli, włącznie z ówczesnym wicekrólem, hrabią Elginem i gubernatorem Madrasu, baronem Wenlockem. Poznali, oczywiście, wielu rodzimych władców, w tym Aga Khana i Nizama Hyderabadu, Asafa Jah VI. Ten ostatni, którego bardzo polubili, podjął ich szczególnie wystawnie. Wizytę tą opisuje w szczegółach wspomniany powyżej urzędnik irlandzki, który wtedy był również jego gościem. Gospodarz oprowadził ich po swoim pełnym przepychu pałacu i pochwalił się wyśmienitymi stajniami. Potem zabrał ich na wyżynę Dekan (Deccan Plateau) na pokaz polowania na przepięknych arabskich rumakach. Następnego dnia, po prezentacji umiejętności jeździeckich, miała miejsce wyprawa do słynnych ruin miasta Golkondy.

golconda9

Ruiny starego fortu i miasta Golkondy w Hyberabadzie. Foto: India Pictures

Z relacji panny Dugton wiemy, że zwiedzili także Agrę, a w niej takie cuda jak Taj Mahal, Czerwony Ford, grobowiec Itmad-Ud-Daulah oraz Mauzoleum Akbara w pobliskiej Sikandrze. Pełni wrażeń zbliżali się do głównego celu swojej eskapady – polowania w dżungli Cooch Beharu, zorganizowanego dla nich przez maharadżę Sir Nripendra Narayana.

Sir Nripendra Narayan, maharadża Cooch Behar i jego żona Siniti Devi byli najbardziej postępowymi władcami indyjskimi. Ich księstwo w zachodnim Bengalu stawiane było przez brytyjskich kolonizatorów za przykład progresywnej administracji z udziałem reprezentacji obywateli. W wyniku częstych i długich wizyt w Anglii weszli głęboko w tamtejsze życie towarzyskie. Młody, przystojny i wysportowany maharadża był szczególnie popularny. Trafił nawet do Newlands, gdzie spotkał nastoletnią dziewczynkę Daisy. Któż by przypuszczał, że za parę lat stanie się ona obiektem jego pożądania…

Cooch_Behar_caricature

Sir Nripendra Narayan, maharadża Cooch Behar (1863 – 1911). Wspóczesna karykatura indyjskiego władcy.

Jedną z wielkich pasji maharadży były polowania i, jak każdy z krwi i kości myśliwy, prowadził drobiazgowy ich dziennik. Opublikował go w 1908 r. pod tytułem Thirty Seven Years of Big Game Shooting in Cooch Behar, the Duars, and Assam: A Rough Diary. Rozdział XIII poświęcony jest łowom, na które w lutym 1896 r. przybyła grupa księcia von Pless. Innymi uczestnikami byli: maharani Siniti, jej brat Peter Sen, P. Burgess, Lowis, major S.H. Pollen, hrabia Fritz von Hochberg, J. Ezra, Aaron Ezra i Sir Ben Simpson.
Obóz wyjściowy usytuowany został w Mahakulguri i już pierwszego dnia, 20 lutego, myśliwi mieli okazję zabicia tygrysa i dwóch bawołów. Następny dzień, w Guigaon, był jeszcze lepszy, choć zaczął się bezskutecznym strzelaniem do nosorożca. W sumie, do 27 marca, ustrzelono 10 tygrysów, 3 leopardy, 5 nosorożców, 7 bawołów, 4 bizony, 6 niedźwiedzi, 2 jelenie azjatyckie, 5 jeleni moczarowych, 3 jelenie indyjskie, 2 antylopy i 6 dzików. Zainteresowanych szczegółami i wymiarami upolowanych zwierząt odsyłam na link: http://archive.org/stream/thirtysevenyear00bhgoog#page/n212/mode/2up
W tej skrupulatnej kronice wyczytać także możemy o niezwykłych sytuacjach, w jakich znaleźli się uczestnicy polowania: odkrycie leoparda na drzewie, tonięcie słonia w bagnach i jego ośmiogodzinna akcja ratunkowa, ucieczka na wolność do dżungli innego słonia z konwoju, czy panika służby i słoni zaatakowanych najpierw przez bizona, a potem leoparda.
Niebywałym komplementem tych opisów są cudowne fotografie wykonane w wolnych chwilach przez majora S.H. Pollena: zdjęcia grupowe podczas postojów lub z trofeami myśliwskimi, portrety słoni – wśród nich jednego niosącego maharanię z Hansem i drugiego maharadżę z Daisy, zdjęcia przekraczania rzeki Reidak, jak również rejestrujące tak prozaiczne scenki jak poranną toaletę.
Sto sześćdziesiąt sześć tych fotografii, dokładnie opisanych i oprawionych w album, zostało sprzedanych za 1 020 funtów w kwietniu 2008 r. na aukcji kolekcji Kanwardipa Gujrala przeprowadzonej przez Bonhams’a. Poniżej reprodukuję jedną z nich, z księżną von Pless pośrodku.

Bonhams_2

Uczestnicy polowania na grubego zwierza w dżungli Cooch Behar w lutym i marcu 1896 r. Pośrodku księżna Daisy von Pless. Foto majora S.H. Pollena/Bonhams

Zawsze wrażliwa na piękno natury, Daisy była zafascynowana dżunglą Cooch Beharu. Nawet po wielu latach, przywołać wciąż mogła chwilę brzasku „ze wschodzącym złotym słońcem i białymi mgiełkami przykrywającymi szczyty gór; a za chwilę brzęk ptaków i szelest owadów w wysokiej trawie i ten dziwny szept unoszący się dookoła, kiedy każdy listek budził się delikatnie z nocnej drzemki i zaczynał trzepotać”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Według dziennika maharadży, Plessowie opuścili obozowisko po południu 16 marca 1896 r. udając się do Kolkaty. Reszta towarzystwa kontynuowała polowanie do 27 marca. Rozkochany, w niecały miesiąc, w Daisy, i natychmiast za nią tęskniący, mahardża wziął się za pisanie miłosnych listów, błagających ją o przyjęcie gościny, tym razem w jego pałacu.
Zgodnie z planem, Hans wyjechał na kolejne łowy do Madrasu. Księżna von Pless i panna Dugton miały zacząć podróż powrotną do Europy, tak jak to omówiły na pokładzie Oldenburga. Daisy zmieniła jednak decyzję i zgodziła się na propozycję maharadży. Był to jej własny wybór, w obliczu którego zamilknąć powinny wszelkie oskarżenia Hansa o egoizm i bezduszność w pozostawieniu młodziutkiej żony samej w obcym kraju na długich sześć tygodni! Osobiście mówię mu teraz „przepraszam”, że i ja kiedyś tak o nim myślałam.

coochbehar

Rezydencja maharadży Cooch Behar, gdzie księżna Daisy gościła w marcu i kwietniu 1896 r., kiedy jej mąż polował w południowych Indiach. Stan obecny.

Zamężna od czterech lat, Daisy wiedziała już więcej o życiu i męsko-damskich relacjach. Jako młoda, piękna kobieta o wesołym usposobieniu, wzbudzała zainteresowanie przechodzące często w admirację. Grono jej adoratorów szybko się powiększało, co niewątpliwie satysfakcjonowało jej kobiecą próżność. O zdradzie męża nie myślała, ale nie odmawiała sobie tego dreszczu emocji jaką zapewniał flirt. Nagły wybuch miłości maharadży musiał być miłą niespodzianką.
Młodziutka księżna von Pless nie przewidziała jednak, że namiętność egzotycznego adoratora przekroczy ustalone towarzyskimi konwencjami reguły „europejskiego” flirtu. Rozgorączkowany maharadża nie dawał jej spokoju wyznaniami i gestami swojego uczucia. Doszło do tego, że pewnego dnia musiała, po prostu, przed nim uciekać i poślizgnąwszy się na marmurowej posadzce, zraniła bardzo twarz. Przeleżała potem z zakrytą głową dwa tygodnie w łóżku, przy którym zakochany i pełen poczucia winy maharadża klękał, modlił się i głaskał ją po czole.
Maharani, pomimo że jej wtedy w pałacu nie było, znając swojego kochliwego męża doskonale wiedziała kto jest obiektem jego nowych emocji. Nic więc dziwnego, że Daisy nie czuła się wygodnie w jej obecności i z niechęcią myślała o kurtuazyjnej wizycie, którą musiała jej złożyć w Darjeeling. O tym jak chłodno została przyjęta, przeczytać możemy między linijkami noty zawiadamiającej o wyjeździe księżnej von Pless z Indii, zamieszczonej w gazecie The Friend of India and Statesman 06 maja 1896 r.: „Jej Wysokość, księżna von Pless, która przez ostatnie dwa tygodnie była gościem maharadży i maharani Cooch Behar, opuściła Darjeeling by dołaczyć do męża, który poluje w południowych Indiach, w drodze powrotnej do domu. Maharadża towarzyszył jej w podróży aż do Kolkaty, ale bez maharani, która nie mogła z nimi pojechać z powodu nagłej choroby…”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Nie wiem, czy to z przyczyny przygód Daisy, czy chęci Hansa do przedłużenia polowań, ale Plessowie wyjechali z Indii później niż początkowo planowali. Nie zdążyli się więc zjawić w Ruthin na czas bardzo ważnej dla rodziny Cornwallis-Westów uroczystości – uczczenia wieku dojrzałości młodego dziedzica, Georga, jaka miała miejsce 15 maja 1896 r. Oczekiwana tak bardzo siostra zjawiła się w Walii dopiero po tygodniu.
Po bardzo zajmującym Sezonie londyńskim, książę i księżna von Pless wrócili w lipcu na Śląsk, gdzie znowu wpadli w wir, tym razem niemieckiego, życia dworskiego i towarzyskiego. We wrześniu sami podejmowali licznych gości w Książu. Nie zabrakło wśród nich dwóch „ulubionych” adoratorów Daisy: Gordona Wooda i maharadży Cooch Behar.

Read Full Post »

Sława balu kostiumowego wydanego w lipcu 1897 r. przez księżną Devonshire dla uczczenia diamentowego jubileuszu królowej Wiktorii nie zagasła do dzisiaj. To wydarzenie, w którym uczestniczyło ponad 700 gości, miało miejsce w latach niezwykle silnej pozycji angielskiej arystokracji. Było pokazem jej potęgi i bogactwa, tradycji, korzeni oraz statusu, wydawałoby się, nie do zagrożenia. Nic więc dziwnego, że cytowane i analizowane jest przez badaczy różnych dziedzin historii: politycznej, społecznej, materialnej, obyczajowej i, nawet!, fotograficznej.
Gdyby bowiem nie przedsiębiorczość jednego fotografa, bal ten znany by nam był tylko z opisów i rysunków w ówczesnej prasie. Jego skalę i przepych trudno byłoby sobie wyobrazić. Tym człowiekiem był Monsieur Lafayette – wschodząca gwiazda na firmamencie dziewiętnastowiecznej fotografii, a jego inicjatywą stworzenie prowizorycznego studia w namiocie na terenie ogrodu londyńskiej rezydencji Devonshirów, gdzie „na gorąco” portretował uczestników zabawy. Tego rodzaju „rejestracja”, jakże podobna w pomyśle do dwudziestowiecznego wideo, była w czasach wiktoriańskim niesłychanym ewenementem

JS_Lauder_72dpi

Monsieur Lafayette, czyli irlandzki fotograf James Stack Lauder (1853-1923), twórca najsłynniejszych portretów księżnej Daisy von Pless. Foto za uprzejmością Lafayette Project

„Lafayette” to profesjonalny pseudonim Irlandczyka, Jamesa Stack Laudera (1853 – 1923). Jego ojciec, Edmund Stanley, był właścicielem studia dagerotypów w Dublinie, w którym młody James wtajemniczony został w tajniki rzemiosła. Tak naprawdę chciał być malarzem, ale w porę zdał sobie sprawę, że jego talent nigdy nie dorówna ulubionemu Sir Frederickowi Leightonowi i w zastępstwie podjął studia fotograficzne w Berlinie i Paryżu.
Po powrocie, otworzył w 1880 r. własne atelier, nazywając je z francuska „Lafayette” i reklamując siebie jako artystę „prosto z Paryża”. Wierzył bowiem głęboko, że w jego pokoleniu fotografia wspięła się już na wyżyny prawdziwej sztuki. Na uznanie nie musiał czekać długo.
Jego innowacyjne – w pozie, aranżacji tła i światła – portrety zrobiły furorę. Stał się pupilem irlandzkiej arystokracji i rozgłos o nim rozszedł się szybko poza Dublin. Podczas wizyty księżnej Walii, Alexandry w Irlandii w 1885 r., został wezwany do zrobienia jej zdjęcia w todze i birecie Doktora Muzyki – tytułu, który jej wtedy honorowo przyznano. Wizerunek ten zyskał niezwykłą popularność i sprzedany został w 80 000 kopii!
Dwie sesje z królową Wiktorią, w lutym 1887 r. w Osborne i w czerwcu 1887 r w Windsorze, ugruntowały jego sławę i zdobyły mu królewski przywilej – pierwszy tego rodzaju, przyznany kiedykolwiek irlandzkiemu fotografowi.
Komercyjny sukces Lafayette’a szedł w parze z licznymi nagrodami i medalami, jakie zdobywał za artystyczne osiągnięcia na krajowych i zagranicznych wystawach. W latach 1890-tych otworzył oddziały w Glasgow, Manchesterze i Belfaście. W marcu 1897 r., powitany uroczystym obiadem przez kolegów z branży, rozpoczął działalność londyńskiego studia w czteropiętrowym budynku na prestiżowej Bond Street.

Dziewięć miesięcy później w wywiadzie udzielonym magazynowi St. James’s Budget mógł stwierdzić: „miałem już zaszczyt sfotografować każdego żyjącego członka angielskiej rodziny królewskiej i większość czołowych przedstawicieli Socjety” (tłumaczenie © Barbara Borkowy). Fakt ten wykorzystał w swoim biznesie nie tylko jako reklamę, ale także jako dodatkowe źródło dochodu, sprzedając prawa reprodukcji tych portretów do ówczesnych ilustrowanych czasopism towarzyskich. A był to okres ich niesamowitej profuzji. Nowa, tania metoda druku spowodowała, że pojawiały się na rynku jak przysłowiowe „grzyby po deszczu”. Jedne przetrwały dziesiątki lat, inne kończyły publikację po roku lub dwóch. Dla każdego, archiwum fotograficzne Lafayette’a stanowiło istotne źródło egzystencji.
Atelier Lafayette’a znajdowało się kilka minut spacerem od pałacu Devonshire na Picadilly. Ale kiedy księżna Devonshire złożyła mu propozycję uwiecznienia obiektywem swoich dostojnych gości, wyszedł on temu naprzeciw z niespodziewanym pomysłem: „przeniesienia” swojego studia na lokalizację jej balu. Przedsięwzięcie to nie było łatwe, ale warte ryzyka. Jak sam później powiedział: „nie chcę się chwalić, ale pojawienie się „radosnego fotografa” na tym przyjęciu, uznane zostało za wielce oryginalne i otwarcie komentowane jako miła niespodzianka przy tej historycznej okazji. (…) W ciągu czterech i pół godzin zrobiłem 200 ujęć, co było nie byle jakim wyczynem fizycznym, nagrodzonym jednak w dwójnasób sławą, która potem mnie otoczyła”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Oprócz sprzętu fotograficznego i silnych lamp elektrycznych, Lafayette przygotował na ten wieczór dwa malowane tła. Jedno, odnoszące się do miejsca zdarzenia, przedstawiało fragment ogrodu rezydencji Devonshire z rzeżbą na postumencie; drugie, ewokujące odległe czasy, fragment średniowiecznej komnaty, tzw. „baronial hall”.

DHB_Graphic

Strona czasopisma towarzyskiego The Graphic z raportem na temat balu Devonshire, zilustrowanego zdjęciami Lafayette’a wykonanymi w prowizorycznym studiu zaaranżowanym w namiocie na terenie ogrodu pałacu Devonshire. W prawym dolnym rogu, księżna von Pless jako królowa Saba na tle średniowiecznej komnaty.

Gospodyni, księżna Devonshire, przebrana za Zenobię, królową Palmyry rozpoczęła posiedzenie. Za jej przykładem poszli inni wysoko tytułowani goście. Wśród nich oczywiście księżna Daisy von Pless, dla której ta sytuacja była niewątpliwie tak dobrą zabawą, że nigdy by jej nie przepuściła. Zmusiła nawet do zdjęcia nadąsanego brata George’a, który jak najszybciej chciał wrócić do domu, niezadowolony ze swojego kostiumu i pomalowanej na czarno twarzy. Daisy i George sfotografowani zostali na tle „baronial hallu”, a siostra Shelagh na tle ogrodu Devonshire. Z tych trzech pierwotnych ujęć zachował się tylko negatyw portretu Georga. Siostry wróciły do Lafayette’a na Bond Street w grudniu 1897 r., by powtórzyć portret – tym razem z orientalnym tłem i rekwizytami bardziej w zgodzie z charakterem królowej Saby, którą Daisy wtedy zagrała.

Daisy_DHB_sepia

Księżna von Pless w kostiumie królowej Saby na portrecie powtórzonym w atelier Lafayette’a w grudniu 1897. Jest to jedne z czterych zrobionych wówczas ujęć.

Opuszczając namiot Lafayette’a, księżna Daisy nie przypuszczała chyba, że wkrótce ponownie się spotkają. Po jubileuszowym Sezonie londyńskim i krótkim odpoczynku w Newlands, Hans i Daisy wyjechali do Dublina, zaproszeni przez hrabinę Cadogan, żonę wicekróla w Irlandii, na uroczystości związane z oficjalną wizytą księcia i księżnej Yorku. Włączeni w entourage królewskiej pary, zatrzymali się z nimi w Viceregal Lodge (po więcej szczegółów odsyłam Państwa do mojego blogu „Księżna Daisy i Diamentowy Jubileusz Królowej”).

Tam, 20 sierpnia 1897 r. wezwano Lafayette’a do zrobienia portretów księżnej Yorku. Jak donosił dubliński dziennik Freeman’s Journal and Daily Commercial Advertiser: „miał on wtedy także honor sfotografowania księżnej Henrykowej von Pless, hrabiny Arran, portugalskiego ministra, pana Soverala oraz Sir Donalda M’Kenzie Wallace’a”.
Szklane negatywy portretów księżnej Yorku (późniejszej królowej Marii) zachowały się do dnia dzisiejszego. Przechowywane są w muzeum Victoria and Albert w Londynie. Na podstawie moich wcześniejszych badań nad nimi oraz podanej powyżej wiadomości z Freeman’s Journal and Daily Commercial Advertiser, mogę dziś z całą pewnością stwierdzić, że znany dla poniektórych z nas i reprodukowany poniżej portret księżnej Daisy von Pless powstał 20 sierpnia 1897 r. podczas sesji zdjęciowej w Viceregal Lodge w Dublinie.

Lafayette

P_o_P_1897Portrety księżnej Yorku (po lewej) i księżnej von Pless, wykonane przez Lafayette’a 20 sierpnia 1897 r. podczas sesji zdjęciowej w Viceregal Lodge w Dublinie. Foto z kolekcji autorki.

Fakt, że fotografia ta sprzedawana była później przez Lafayette’a do wielu czasopism, które użyły jej dla zilustrowania zupełnie innych wydarzeń w życiu księżnej, narobił dużego zamieszania co do genezy i daty jej powstania. Cieszę się, że mogę je teraz raz na zawsze sprostować.
Daisy trafiła do atelier Monsieur Lafayette’a jeszcze parę razy, a na pewno 2 września 1898 r i 11 października 1901 r. Jest on autorem jej najsłynniejszych portretów z okresu młodości – portretów które niewątpliwie bardzo lubiła rozdając liczne ich winiety przyjaciołom i znajomym.

Read Full Post »

Wyścigi konne były wielką pasją księcia Walii (późniejszego króla Edwarda VII). W 1899 r., po Newmarket i Epsom, postanowił po raz pierwszy w życiu odwiedzić także zawody Chester Cup, odbywające się co roku w maju w północnej Walii. Tory wyścigowe Chester znajdują się około 20 mil od zamku Ruthin – rodowej siedziby rodziców księżnej von Pless. Nic więc dziwnego, że przyjął ich zaproszenie i zatrzymał się tam od 2-go do 4-go maja 1899 r.

Ruthin_Castle_bw

Zamek Ruthin w północnej Walii, rezydencja rodowa Cornwallis-Westów, gdzie książę Walii zatrzymał się podczas wyścigów konnych w Chester w maju 1899 r. Foto z kolekcji autorki

Podróż do Chester odbył w towarzystwie adiutanta, komandora S. Fortesque, lorda Marcusa Beresforda ( który od 1890 r. prowadził mu stadninę) i pana Reubena Sassoon (którego – jak wspominał później brat księżnej, George Cornwallis-West – głównym zadaniem było pomyślne obstawianie zakładów dla księcia Walii).

Wizyta była prywatna, ale zgromadziła wszędzie tłumy ludzi, pragnących zobaczyć i powitać następcę tronu. Miejscowi dygnitarze mieli ambicje choćby krótkich przemówień, a lokalni kupcy liczyli na cuda. Jednemu się udało. Był nim, według opisu Georga, aptekarz z Ruthin, który z własnej inicjatywy za darmo zaopatrzył zamek w produkty toaletowe, zapewniając tym sobie prawo reklamy jako dostawcy towaru dla „Jego Wysokości Księcia Walii”. Gdy po dwóch latach, książę Walii został królem, sprytny aptekarz zmienił zdobiące jego sklep trzy pióra książęce na herb królewski, a napis na „by special appointment to H.M. the King”!
Pułkownik William i pani Cornwallis-West, chcąc zapewnić księciu miłe towarzystwo, zaprosili do siebie również hrabiostwo Powis, Sir Richarda i lady Magdalen Williams-Bulkeley, pana Assheton Smitha, Hon. F. Guesta, kapitana i panią Greer oraz pannę Muriel Wilson. Obecna była także ich córka Shelagh i syn George, który przywiózł ze sobą swoją ukochaną Jennie, lady Randolph Churchill. Brakowało jednak najważniejszych gości – księcia i księżnej von Pless…
Coś bardzo ważnego stanęło na przeszkodzie przyjazdu Daisy do Ruthin. Musiała być to sprawa „życia lub śmierci”, że nagle zrezygnowała z uczestnictwa w zaplanowanej wcześniej wizycie tak uwielbianej osoby w jej ukochanym rodzinnym zamku. Zawiadomiła o tym księcia listem, który dotarł do niego wieczorem 3 maja. W odpowiedzi otrzymała kojące słowa: „Rozumię dobrze, dlaczego nie możesz teraz tu przyjechać, lecz mam nadzieję zobaczyć Cię za miesiąc”. (tłumaczenie © Barbara Borkowy)

Daisy 12 - list Edwarda VII - strona 1

Daisy 12 - list Edwarda VII - strona 3Daisy 12 - list Edwarda VII - strona 2List księcia Walii z 3 maja 1899 r. odpowiadający na korespondencję księżnej von Pless. Foto za uprzejmością Fundacji Księżnej Daisy von Pless.

List księcia znajduje się obecnie w rękach wałbrzyskiej Fundacji Księżnej Daisy von Pless. Gdy przygotowywałam ten list na wystawę w Książu w styczniu 2013 r., opatrzyłam go krótkim tłem historycznym. Dzisiaj mogę je rozszerzyć: powodem nieobecności księżnej w Ruthin było zajście w ciążę z Hanselem!
Przeszczęśliwa Daisy nie omieszkała powiadomić o tym fakcie także cesarza Wilhelma II. Ten, 2 czerwca 1899 r., napisał do niej entuzjastycznie: „Jakże bardzo się cieszę, że naprawdę oczekujesz! Niech Bóg da Ci zdrowe dziecko. Jeśli chłopca, niechże będzie on jak jego dziadek, jeśli dziewczynkę, niechże będzie ona jak najbardziej taka jak jej piękna i ujmująca mama. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze i w porządku.” (tłumaczenie © Barbara Borkowy)
Zajęty wyścigami, książę Walii nie spędził w Ruthin wiele czasu. Kiedy przyjechał we wtorek wczesnym popołudniem, dotarł tam dopiero wieczorem. Cała środa przeszła mu również na zawodach w Chester, ale potem uczestniczył w koncercie i przyjęciu zgotowanym mu przez Cornwallis-Westów. Z Ruthin pożegnał się już w czwartek rano, bo po wyścigach tego dnia wracał bezpośrednio do Londynu. Zanim jednak się to stało, do zamku wezwany został z pobliskiego Birkenhead fotograf, James Saronie, by uwiecznić na kliszy pobyt dostojnego gościa w Ruthin i zasadzone przez niego drzewko. Zdjęcie to, które reprodukuję poniżej, jest idealną ilustracją do wspomnianego powyżej listu z kolekcji Fundacji Księżnej Daisy von Pless (dokumentu numer „Daisy 12”).

PoW_Ruthin_1899

Albert Edward, książę Walii sfotografowany na pamiątkę wizyty w Ruthin w maju 1899 r. Od lewej: Hon. F. Guest, pułkownik William Cornwallis-West, Albert Edward, książę Walii, pani Cornwallis-West, lord Marcus Beresford, panna Muriel Wilson, panna Shelagh Cornwallis-West, Jennie, lady Randolph Churchill, George Cornwallis-West. Foto Jamesa Saronie

Książę Walii rzeczywiście spotkał Daisy następnego miesiąca w Londynie. Jej dolegliwości początków ciąży na tyle minęły, że 9 czerwca mogła się stawić na prezentację (Drawing Room) w pałacu Buckingham, 21 czerwca na bazarze zbierającym fundusze na szpital Charing Cross, 30 czerwca, razem z siostrą Shelagh, na koncercie w pałacu Buckingham, a 5 lipca na obiedzie wydanym przez księstwo Devonshire. Kiedy dołączył do niej Hans, 7 lipca 1899 r. poszli razem na bal do pałacu Buckingham, a 12-go tego miesiąca na garden party, wydaną przez księżną Louisę (markizę Lorne) w pałacu Kensington, by zobaczyć, jako jedni z pierwszych, otwarte ostatnio dla publiczności, dawne pokoje królowej Wiktorii.
Kiedy nareszcie wylądowali na odpoczynek w Newlands, księżna von Pless musiała go przerwać, by stawić się 8 sierpnia na obiad z królową Wiktorią rezydującą w niedalekim Osborne, a potem, wraz z rodzicami, podjąć księcia i ksieżną Connaught.
Resztę lata i jesień spędziła spokojnie w Irlandii, gdzie z wujkiem Patem FitzPatrickem wynajęła dom w Bray, w hrabstwie Wicklow. Potem wróciła do Niemiec.
Jej pierwszy syn, i dziedzic, Hansel urodził się 2 lutego 1900 r.

Read Full Post »

Księżna von Pless zaczęła pisać pamiętnik w sierpniu 1894 r. Nie znamy w szczegółach jej pierwszych lat małżeństwa. Każdy znaleziony dokument, każda relacja prasowa lub wspomnienia współczesnych odnoszące się do tego okresu nabierają wręcz fascynującego znaczenia. Jak młodziutka Daisy się odnalazła, jak sobie radziła, w jakim świecie przebywała?
Wiemy, że obydwoje z Hansem polowali namiętnie zimą w Leicestershire, gdzie rokrocznie powracali  by doświadczyć podniecających galopów po polach za sforą psów tropiących lisy. Czuli się tam dobrze w towarzystwie innych, jak oni młodych entuzjastów tego sportu. Przyjaźń zawarta z niektórymi, jak z lordem Lonsdale przetrwała całe życie.
Ale czy był to jedyny krąg ludzi, w którym się obracali?
Dla przykładu prześledźmy rok 1894. Do rodzinnego kalendarza Cornwallis-Westów wpisał się on wprowadzeniem „małej” Shelagh do socjety. Została ona zaprezentowana przez matkę królowej Wiktorii 6 marca 1894 r. Świadkiem tego wielkiego wydarzenia była jej starsza siostra Daisy, również zaproszona tego dnia na dwór. Później nastąpiły obowiązkowe bale, przyjęcia i obiady, z których zwariowane na punkcie foxhunting siostry czasami się urywały, by wrócić na parę dni do Melton Mowbray. Książę von Pless, kiedy mógł, towarzyszył im w tych eskapadach, ale 13 kwietnia musiał się stawić na męskie Levee w pałacu Św Jakuba. Księżna, z koleji, nie mogla odmówić uczestnictwa w ślubie swojej koleżanki z polowań, Margot Tennant, z ministrem spraw wewnętrznych (a potem premierem), H.H. Asquitem, który odbył się 10 maja 1894 r. w kościele Św Jerzego na Hanower Square.
2 lipca Hans, Daisy i Shelagh byli obecni na balu królewskim w pałacu Buckingham, a 19 tego miesiąca na obiedzie, a potem tańcach wydanych przez księstwo Devonshire w ich londyńskiej rezydencji na Piccadilly.
Sierpień, jak zwykle, był miesiącem regat w Cowes. Obie siostry pokazały się tam elegancko ubrane: Shelagh „w obcisłym plaszczyku w bardzo twarzowym brązowym kolorze z żółtym batystowym kołnierzem, a Daisy w jasnym, niebiesko-szarym żakieciku do pasa”.

Cowes_1894

Regaty w Cowes w sierpniu 1894 r. Foto: The Illustrated Sporting and Dramatic News

Rodzice, jak zwykle o tej porze roku, rezydowali w Newlands, podejmując licznych gości zjawiających się z wyspy Wight w przerwach pomiędzy żeglarskimi wyścigami. Tego lata zaszczycił ich swoją nieformalną wizytą sam książę Walii (przyszły król Edward VII) z synem, księciem Yorku (przyszłym królem Jerzym V).

King Edward VII taking spa water

Książę Walii w uzdrowisku Bad Homburg w 1894 r. Foto: The Graphic

Wkrótce potem, 21 sierpnia, książę Walii wyjechał na trzytygodniowy pobyt do niemieckiego uzdrowiska, Bad Homburg. 28 sierpnia opuścił je na dwa dni na wyścigi konne w Baden-Baden, zaproszony przez Fryderyka I, wielkiego księcia Badenu. Przybył na nie prosto z dworca, eskortowany przez księcia Hermanna Saxe-Weimar i księcia Furstenberga. Oczekiwała już tam na niego grupka znajomych z Anglii, a wśród nich – nie kto inny, ale książę i księżna Hans Heinrich von Pless, razem z siostrą Daisy, Shelagh. To właśnie wtedy miał miejsce zabawny zakład między księciem Walii a Daisy, w wyniku którego wygrała ona od niego dwanaście kapeluszy.

Baden_1894_2

Herbatka w Baden-Baden z księciem Walii w sierpniu 1894 r. Od lewej: Albert Edward, ksiażę Walii, młodziutka księżna Daisy von Pless, lady Lillian Boyd, książę Hans von Pless, książę Hermann Saxe-Weimar. Foto: The Graphic

Następnego dnia, na placu przed hotelem Stephanie, odbyła się coroczna „bitwa kwiatów” czyli tzw. badeńskie „blumen corso”. Ozdobione kwiatami pojazdy oceniane były przez sędziów zarówno za pomysłową dekorację, jak i dobór oraz sztukę prowadzenia koni. Dla zabawy, uczestnicy rzucali w widzów kwiatami, które oni odrzucali z powrotem w kierunku zawodników.
Książę Walii jechał w powozie księcia Furstenberga, zaprzężonym w pięć „czarnych jak smoła” koni. Na honorowym koło niego miejscu siedziała młodziutka Daisy!

BB_blumen_corso_1894

Książę Walii i księżna Daisy von Pless na paradzie podczas corocznej „bitwy kwiatów” w Baden-Baden w sierpniu 1894 r. Foto: The Graphic

Dwa dni wyścigów i zabaw w Baden-Baden minęły szybko. Książę Walii wrócił na kurację do Homburga.  Wypełnił zobowiązanie i przesłał Daisy wygrane przez nią nakrycia głowy, wyrażając nadzieję, że jego wybór „spotka się z jej aprobatą”. Dla siebie też kupił filcowy kapelusz noszony w tamtych okolicach Niemiec i rozpowszechnił go w całej Europie. Przeszedł on do historii mody jako „Homburg hat”.

W swoim liście z Bad Homburg z 3 września 1894 r., dziękuje Daisy za miły czas, żałuje że był on tak krótki, pozdrawia Hansa i Shelagh, nie zapominając spytać się o jej ból zęba. Ton tej serdecznej korespondencji świadczy, że pomimo różnicy wieku, przyszły król Edward VII i młodziutka księżna von Pless byli już wtedy w dobrej komitywie. Pogodna dyspozycja Daisy, jej umiejętność podtrzymania dobrego nastroju i zabawy, jak również jej talent muzyczny i dramatyczny spowodowały, że książę Walii zaczął od tej pory coraz częściej oczekiwać jej towarzystwa. Po paru latach książę i księżna von Pless weszli na stałe do grona jego najbliższych znajomych.

Z Baden-Baden Plessowie wrócili na Śląsk, ale nie na długo. Już wcześniej wynajęli od listopada 1894 r. rezydencję Somerby Grove w Melton Mowbray na kolejny foxhunting sezon w Leicestershire.

Read Full Post »

Older Posts »